Zielony dzień

Dzień był pogodny, słońce wisiało wysoko na niebie ogrzewając swym ciepłem całą okolice w pobliżu ćwierkały ptaki a i co i rusz przelatywał jakiś nad głową. Czuć było że wiosna wreszcie nadeszła, Morten wciągnął głęboko świeże powietrze. Nie zawsze jest źle, pomyślał. Mamy piękną pogodę i cudownie zapowiadającą się wiosnę, a jak wiosna ciepła to i lato będzie dogrzewać. Zbiory owoców powinny być duże i nikomu nie braknie smacznego jabłka czy gruszki. Tak, brakowało jedynie podwyżki. Morten Greitz przechadzał się po murach Steinhagen i rozmyślał. Był strażnikiem miejskim i niewiele miał do roboty, co jakiś czas uciszyć burdę w karczmie, złapać pomniejszego złodziejaszka a ostatnio musieli zamknąć jakąś bandę poza miejscowych awanturników. Okazało się że jeden z tych wagabundów zamordował mieszkającego w dzielnicy kupieckiej szlachcica – Caspara von Treib. Włóczęgę trzeba było powiesić a jego towarzysze odsiadują swoje za współudział i nie powiadomienie organów ścigania. Czasem tak było. Ale nie zawsze. Zazwyczaj jego praca ograniczała się do tego że obszedł wraz z innym strażnikiem ulicę lub po patrolował na murach miejskich.
 
Naglę coś zwróciło jego uwagę. Na horyzoncie coś się poruszyło. Właściwie to grupa czegoś co wylazło ze Steinwaldu – pobliskiego lasu który otaczał miasto, pełno w nim było łani i dzików, dlatego też w Steinhagen było sporo łowców. Obcy byli coraz bliżej i Morten rozpoznał spore około dwumetrowe postaci a wśród nich wypatrzył także parę sporo mniejszych istot. Wszyscy byli zieloni. To byli zielonoskórzy.
 
– Psiamać – przeklął Morten i rzucił się biegiem do dzwonu.
 
Ghazruk uniósł swój siekacz wysoko i swoimi wodnistymi ślepiami powiódł po otaczających go innych orkach i pełętających się pod nogami goblinach.
 
– Patrzajta! – Wykrzynął – Ludziki siem nas bojom i dzwoniom po pomoc swoich! – w istocie miał rację bo rozległ się głos dzwonu którym bił Morten. – Zniszczymy te mieścine i wysiepiemy wszystkich słabych ludziuf!!! Waaagh!!!!! – Orcza horda rzuciła się biegiem na Steinhagen. Bramy co prawda właśnie zamknięto i na murach stanęli kusznicy ale bandzie Ghazruka to nie przeszkadzało.
 
Kusznicy czekali aż zielonoskórzy zbliżą się na odległość strzału. Ziemia drżała pod ich ciężkimi krokami, wszelka zwierzyna z lasu pewnie uciekła gdzie się da. Wymierzyli i puścili pierwszą salwę a przodowe szeregi orków padły jednak reszta wcale na to nie zważała i zwyczajnie zdeptała swoich martwych bądź dogorywających towarzyszy i parli dalej. Kusznicy przeładowali broń i wypuścili kolejną salwę i kolejny szereg orków padł. Atak wcale nie był taki dramatyczny jak by się mogło wydawać postronnemu obserwatorowi. Zielonoskórzy nie mieli żadnych strzelców i była to mała banda zebrana przez pomniejszego wodza. Nawet nie było wśród nich szamanów. Poszła kolejna salwa ale kusznicy już nie przeładowywali broni bo orkowie dobiegli do bramy. Wylano na nich wrzącą smołę. Orkowie wrzeszczeli w niebo głosy. Morten odetchnął z ulgą widząc jak niedobitki orczej bandy, głównie gobliny uciekają z powrotem do lasu. Powiódł wzrokiem po polu rzezi zielonych i uśmiechnął się gdy zobaczył truchło orczego wodza przebite dziesięcioma bełtami. Cóż przynajmniej ten dzień nie był taki nudny jak zwykle. Teraz trzeba będzie tylko uprzątnąć martwe orki.

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz