Wybraniec- część pierwsza

-Brian, skocz no po wodę!- głos ojca wyrwał dziesięciolatka o kruczoczarnych włosach z zamyślenia. Rzeka była oddalona o dobre cztery kilometry od ich domu, jednak chłopiec nie zdziwił się tą prośbą. W swoim życiu zrobił już tyle bezsensownych rzeczy, że jedna więcej nie robiła mu absolutnie żadnej różnicy- poczuł raczej zirytowanie, jakie odczuwamy, kiedy akurat totalnie nic nie robimy, a ktoś nam bezczelnie to przerywa.
-To dla twojego dobra- rodzice powtarzali mu to jak mantrę, podobnie zresztą jak i przy pozostałych elementach jego treningu, którego celem było (według nich) wyrobienie charakteru. No i mięśni przy okazji też, aczkolwiek od zawsze wpajali swojemu synowi, że nie liczy się wielk… siła, tylko technika.
-I pewnie dlatego muszę nosić te cholerne wiadro z wodą, rąbać drewno i wykonywać dziesiątki różnych ćwiczeń…- pomyślał. Nie wiedział jeszcze o istnieniu takiego słowa jak „ironia”, ale najwyraźniej ona wiedziała o nim. Ojciec dużo mu opowiadał o sztukach walki, ale ponieważ był Napiętnowany (nie Brian, tylko jego współtwórca), nie miał najmniejszych szans na kupno czegokolwiek ostrzejszego od kuchennego noża. Pozostawało więc tylko wspólnie z synem okładać się starannie wystruganymi kijami, bądź ćwiczyć walkę wręcz.

*
-To już tylko miesiąc…- przerwała ciszę Marion. Biorąc pod uwagę prędkość upływu czasu w takich przypadkach, równie dobrze mogłaby powiedzieć „To już tylko rok” albo „To już tylko tydzień”, a i tak oznaczałoby to jedno i to samo: nieskończenie krótki okres czasu.
-Wiem, ale niewiele możemy zrobić. Zresztą, może one wcale nie mają wobec niego złych zamiarów?- beztroska w głosie męża spowodowała, że kobieta zaniepokoiła się stanem jego psychiki. Czy to możliwe, żeby nawet w obliczu utraty syna normalny człowiek pozostawał w tak dobrym nastroju?
-Możliwe, Ted, ale jestem jego matką, a on ma dopiero dziesięć lat i powinnam być przy nim.- wiedziała, że to niemożliwe, ale ponieważ zawsze w podobnych sytuacjach wypowiada się mniej więcej taką kwestię, więc i ona nie chciała być gorsza od innych kobiet mających stracić syna.
-Za miesiąc kończy 11, a poza tym, skoro elfy nazywają go swoim Wybrańcem, to chyba nie zrobią mu krzywdy. A przynajmniej będą miały naszego syna na oku, więc raczej nic gorszego niż to, co spotkałoby go na ulicach miasta, mu nie grozi. Dobrze wiesz, że bez względu na wszystko, za miesiąc zostanie sierotą…-I znowu ta beztroska… Gdyby Marion wiedziała, co to telefon, z pewnością byłaby właśnie w trakcie dzwonienia po psychiatrę.
-A skąd wiesz, co oni zrobią ze swoim Wybrańcem? Może zrobią go swoim królem, a może zabiją, kto to może wiedzieć? Ile razy tu przychodziły, nigdy nic nie odpowiadały na żadne pytania…
Ted nie kontynuował rozmowy. Zapewne wpływ na to miały 2 strzały sterczące z jego piersi. Jednak nawet teraz wydawał się beztroski. Beztrosko martwy.

*
Lavaal wraz ze swoimi trzema „podopiecznymi” szedł spokojnie ku krawędzi lasu. Zaczynała się wiosna i wszystko wokół budziło się do życia, łącznie z wyjątkowo licznymi w tych okolicach niedźwiedziami, które swoimi odchodami radośnie oznajmiały całemu światu, że już nie śpią. Jednak nawet niedźwiedzie odchody nie były w stanie zmniejszyć jego optymizmu, który był tym większy, że przyprowadzenie dziesięciolatka nie wydawało mu się czymś trudnym, mimo że tym dzieckiem był Wybraniec. „Przecież to tylko rytuał, w dodatku od dawna niepraktykowany.”- pomyślał. Właśnie taki był problem ze starożytnymi rytuałami- nikt w nie nie wierzył, ale odprawiano je tak na wszelki wypadek, tracąc przy okazji mnóstwo energii. Dom chłopaka był już otoczony z każdej strony przez inne oddziały, a Brian właśnie wyruszył w kierunku rzeki. Idealny moment na pozbycie się jego rodziców, bez narażania dziecka na rany. Popularność Lavaala ostatnio znacznie zmalała (pod pewnymi względami elfy były jak ludzie- nie da sie przyczepić do niczego, to przyczepią się do alkoholu. Co w nim złego, przecież każdy go lubi…), więc był to doskonały sposób na podreperowanie reputacji- akcja prestiżowa i łatwa. Z zamyślenia wyrwał go widok krańca lasu. Wraz z podwładnymi w milczeniu przeszli przez 100-metrową łąkę i weszli na teren gospodarstwa. Usłyszeli rozmowę dobiegającą z parteru. Lavaal skinął na swojego zastępcę i razem podeszli do otwartego okna. Elfy brzydziły się tchórzostwem i zachodzeniem kogoś od tyłu, chyba że to one były istotami zachodzącymi. Pod tym względem w tym przypadku było wszystko OK. Zobaczyli mężczyznę stojącego do nich tyłem i spokojnie napięli łuki. W momencie zwalniania cięciw człowiek odwrócił się do nich, ale nie zdążył się nawet zdziwić ich widokiem. Lavaalowi przemknęło przez głowę, że bardziej niż zdziwiony, był raczej jakiś taki… hmmm… beztroski. Stał przez chwilę nieruchomo, a następnie upadł bezwładnie na podłogę. Jego żona, wyglądająca do tej pory przez znajdujące się na przeciwległej ścianie okno, usłyszała krótki świst, po chwili łomot i popatrzyła na martwego męża, a następnie zemdlała. Zgodnie z traktatem z Manumisso, chłopak miał nie mieć żadnej rodziny. Nikogo, kto mógłby spróbować go uwolnić. Elfy, jako istoty respektujące prawo (a przynajmniej to prawo, które im akurat odpowiadało), umożliwiły Marion szybkie spotkanie z mężem.

*
Uff, nareszcie koniec wycieczki (zabawne, że kiedy tak myślimy, najdłużej po 5 minutach okazuje się, że to dopiero początek)- pomyślał Brian przechodząc przez prowizoryczną bramę. Wiadra były ciężkie, a ich metalowe rączki boleśnie wbijały mu się w dłonie. Pomimo kilku odpoczynków odbytych po drodze, chłopiec prawie nie czuł rąk. Wniósł wodę do domu, postawił ją w przedpokoju i podniósł głowę. W kuchni koło stołu siedziały 4 elfy. Brian wyszedł na dwór, wziął kilka głębokich oddechów, policzył do 10 i wrócił. Nie przywidziało mu się- elfy nadal tam były. Fakt, widywał je już wcześniej, ale do tej pory przychodziły wyłącznie w jego urodziny.
-Chyba się trochę pospieszyłyście w tym roku- powiedział zakłopotany.

*
Siedzieli przy stole już jakiś czas, kiedy w końcu chłopak wszedł do domu. Postawił pełne wody wiadro na podłodze, ze zdziwieniem na nie popatrzył i wyszedł. Podwładni Lavaala chcieli iść za nim, ale on gestem dłoni kazał im zostać. Miał nadzieję, że chłopak zacznie uciekać, mieliby jakąś zabawę, być może nawet kiedyś ułożono by na tę okoliczność jakąś pieśń wychwalającą jego mężny pościg. Niestety- po trzydziestu sekundach drzwi ponownie się otworzyły i znów stanął w nich czarnowłosy dziesięciolatek.
-Chyba się trochę pospieszyłyście w tym roku-powiedział zakłopotany. Elfy doskonale odczytywały uczucia innych. Na przykład w tym momencie nad celem ich misji unosiła się karteczka z napisem „ZAKŁOPOTANIE”.
-Tak chłopcze, rzeczywiście masz teraz kłopoty- zażartował Lavaal, ale jego kompani najwyraźniej nie zrozumieli dowcipu. Popatrzył na nich groźnie, co natychmiast wywołało oczekiwaną przez niego salwę śmiechu. Bez słowa podszedł do Briana i przerzucił go sobie przez ramię. W tym momencie chłopiec zorientował sie, że nigdzie w pobliżu nie ma jego rodziców i rozpaczliwie machnął nogami, starając się uwolnić. Trafił blondwłosego elfa piętą w nos z którego natychmiast wytrysnęła błękitna krew. Chłopak wykorzystał moment zaskoczenia, wyrwał się z uścisku i upadł na podłogę. W mgnieniu oka (konkretnie, to fizycznie niemożliwe byłoby osiągnięcie wyniku poniżej 3 mgnień, ale stylistycznie by to nie pasowało, więc wszelki realizm musiał się poddać) został otoczony. Napastnicy przyszykowali linę i zamierzali go związać, kiedy nagle zaczął świecić delikatnym niebieskim światłem, a po chwili nastąpił oślepiający błysk i Brian zniknął.

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz