Wspomnienia z Cervadii – odcinek 2

Szeregi zaszeleściły poruszając się lekko, teraz dopiero pojawiły się wątpliwości. Właściwie od czasu przybycia w to miejsce na skraju lasu, czyli od ponad trzech miesięcy, nie mieli informacji o postępach rewolucji. Zostali wysłani, kiedy była jeszcze w zalążku, nie wiedzieli nawet o co walczą rewolucjoniści.

Kiedy oddział gustiana przygotowywał się do opuszczenia umocnionych stanowisk, w sztabie panowało wielkie poruszenie. Siedzibą głównych dowódców był stary fort Zairim mieszczący się prawie trzydzieści kilometrów na wschód od obozu Yorgo. Fort ogrodzony był palisadą. Cały kompleks na planie kwadratu otoczony był zaostrzonymi palami ustawionymi tak, że żaden, choćby najbystrzejszy koń nie mógł ich przeskoczyć. Przed palisadą, jak wstęga, ciągnęła się fosa o stromych brzegach, prawie prostych. Szeroka na ponad pięć metrów, a głęboka na trzy. Nad utrzymaniem wody w fosie na tak suchym terenie pracowali miesiącami najwybitniejsi architekci Cervadii. Fort Zairim był dumą Cesarza.

Mimo zapadającego już zmroku ruch przy bramie nie malał, ciągle na plac wpadali posłowie, wmaszerowywały zwołane kompanie lub wymaszerowywały wedle rozkazu. Kurz na placu unosił się nie mniejszy niż na polu bitewnym i nie mniejszy był hałas. Tuż za bramą za niewielkim stolikiem siedział podoficer spisujący wjeżdżających i wyjeżdżających z fortu według ich dowódców. Naprzeciwko bramy, po przeciwnej stronie placu znajdowała się kwatera głównodowodzącego fortecą, obok mieszkania oficerów. Dalej miejsca odpoczynku zwykłych żołnierzy. W Zairim raczej nie stacjonowano długo, nowoprzybyłe jednostki po najwyżej jednodniowym odpoczynku ruszać musiały w dalszą drogę. To czego nie wiedziano w kompanii gustiana Yorgo paliło w pięty innych, lepiej poinformowanych dowódców.

Rewolucja rozwijała się bardzo pomyślnie, bardzo niepomyślnie jeśli by spojrzeć z punktu widzenia Cesarstwa. Cervadia była poważnie zagrożona, buntownicy zajęli prawie połowę kraju od zachodniej granicy po Zairim. Nadzieje wiązano z tym, że dotychczas nieposłuszni rewolucjoniści atakowali tylko na terenie wszechobecnych w zachodniej części kraju lasów, nie ośmielając się wystąpić na otwartym polu. Słabo uzbrojeni i niewyszkoleni bojówkarze, głównie chłopi i ubodzy mieszczanie z niewielkich miast, nie wiele mogli zdziałać przeciw doskonale opancerzonym i zaprawionym w bojach żołnierzom Cesarstwa Cervadii. Armia była dodatkowo doskonale dowodzona, oficerowie uczyli się taktyki i strategii. Potrafili dopasować sposób obrony do warunków pogodowych i możliwości, czego brakowało leśnym oddziałom.

Godzina jeszcze pozostawała do północy, kiedy zmordowany oddział broniący wcześniej okopów  na granicy puszczy dotarł do bramy fortyfikacji. Na czele kroczył dumnie zwierzchnik grupy ciesząc się, że nie musiał moczyć munduru. Termistrzowie maszerowali skromnie między towarzyszami broni podzielonymi na trzy kolumny. Kilka worków z prowiantem i bukłaki z wodą krążyły między utrudzonymi wojakami tak, by każdy zmęczył się po równo, omijano rannych i osłabionych. Widząc już wartowników Yorgo poprawił mundur, strzepnął kurz z butów i jak to miał w zwyczaju wypiął dumnie pierś do przodu. Kroczył tak wlepiwszy oczy w środek bramy zupełnie ignorując stojących obok strażników. Czterech rosłych mężów z włóczniami długimi dwa razy tak jak oni broniło wejścia do twierdzy. Odziani w czyste płytowe zbroje w zdobionych hełmach z wysokimi czarnymi pióropuszami wyglądali naprawdę dostojnie i groźnie. Oficer zrobił kilka kroków i nagle jego pierś oparła się o ostre groty długich włóczni.

– Co u…? – żachnął się gustian i spojrzał na strażników gniewnym, marsowym wzrokiem. – Co to znaczy żołnierze?

– Jest rozkaz, żeby po zmroku zatrzymywać każdy oddział. – odrzekł woj stojący po prawej stronie. – Proszę pana oficera o godność.

– Oddział młodszego gustiana Yorgo Sendana – zaczął – w liczbie pięćdziesięciu sześciu żołnierzy.

– Słyszałeś? – krzyknął ten sam strażnik odwracając głowę do tyłu i kierując słowa do siedzącego przy stoliku skryby.

– Taa… – dał się słyszeć cichy pomruk i całkiem głośne – Wpuść!

Dowódca przychodzącego oddziału nie czekał aż warta cofnie włócznie, pchnął je agresywnie i z cichym prychnięciem ruszył naprzód rzucając oddziałowi zuchwałe:

– Za mną!

Na placu panował taki tłok, że nikt nie zwrócił uwagi na nowo przybyłych. Wkoło pełno było wojaków wszelkiej formacji: łuczników, mieczników, dumnych toporników z północy, włóczników i oszczepników, po mundurach rozpoznać też można było kawalerzystów z ich sztywnymi kołnierzami i konnych łuczników z emblematem orła na piersiach. Łucznicy konni byli elitą armii Cesarza. Oddział liczył zaledwie sto dwadzieścia osób, ale ich siła była miażdżąca. Mimo posiadanego w nazwie łuku posiadali umiejętności fechtunku, walki na topory i bronią miotaną. Walka na sztylety także nie była im obca, pozbawieni konia nieludzko razili z gruntu, a walczyli zawsze do końca. Wojownicy o ogromnej wytrzymałości na ból i zmęczenie byli chlubą swojego dowódcy, restra Zoruma Stinara. Restr był kolejnym stopniem po driku.

Na balkonie kwatery głównodowodzącego fortu stała grupka mężczyzn, oficerów. Z zaciekawieniem oglądali mapę i słuchali objaśnień. Nie mówili jednak wystarczająco głośno, by wśród gwaru rozmów mógł ich usłyszeć Yorgo, który zostawiwszy żołnierzy na placu udał się po schodach na balkon, by wśród całkowitych ciemności nocy dołączyć do innych oficerów, którzy przy nikłym świetle lampy odczytywali z kart miejsca, szlaki i kierunki manewrów oddziałami.

Z początku wszyscy zdawali się nie dostrzegać przybycia młodszego kompana. Dopiero, kiedy wyraźnie chrząknął wymruczeli coś, co zapewne miało być powitaniem. Teraz dopiero młody, niedoświadczony przecież, wojak zdał sobie sprawę z tego, że spośród wszystkich oficerów tylko on ubrany był w mundur wyjściowy, reszta przyodziała grube, ciężkie i niewygodne pancerze płytowe. Szczególną jego uwagę zwrócił starszy gustian stojący obok całej grupy studiującej topografię okolicy. Oficer ów miał około czterdziestu lat, postawą nie przewyższał może Yorgo, ale wyglądał na silniejszego. Jego twarz była na pewno groźną bronią, ściągnięta bliznami skóra kształtowała na licach oficera grymas, który przerażeniem mógł napełnić najokrutniejszych przeciwników. Zbroja, którą nosił groźnie wyglądający oficer była powyginana i porysowana, wyszczerbiona w wielu miejscach. Yorgo stał tak dobre kilka minut wpatrując  się w wyższych stopniem żołnierzy i nie mógł zrozumieć dlaczego to, co tu zobaczył tak bardzo odbiega od wizji dostojnych oficerów jakich widywał na szkoleniach w Akademii. Zaczynało też do niego docierać, że zrobił z siebie durnia zakładając te śmieszne, szykowne wdzianka.

Tymczasem oficerowie skończyli czytać mapy i odwrócili się w stronę Yorgo, który nie cieszył się tym jednak zbytnio.

– Ty zapewne jesteś Yorgo! – zaczął dowódca załogi, ale zamilkł widząc jak ubrany jest przybysz.

Jeden ze stojących obok głównodowodzącego spojrzał na gustiana dziwnie wykrzywiając twarz. Ta mina wyrażała mieszaninę litości, śmiechu i pogardy. Nieprzyjemnie wyglądający oficer noszący zniszczony pancerz westchnął z politowaniem.

– Piłeś w tym okopach wino, żołnierzu? – zapytał surowo nariak dowodzący fortem. Nariak[1] to najwyższy tytuł wojskowy. O swoim dowódcy Yorgo wiedział tyle, że zwie się Irgan, bo to miał wygrawerowane na lewej piersi swojej zbroi. Żółtodziób spuścił wzrok i nie widział co odpowiedzieć. Pośród nieśmiałej ciszy wszyscy zaczęli chichotać, by po chwili napełnić przestrzeń gromkim śmiechem, który prędko został urwany przez Irgana głośnym klaśnięciem w dłonie.

– Przebrać się! Już! – warknął – To nie parady!

Schodzącemu z góry biedakowi towarzyszyły wcale niekryte śmiechy. Czuł, że to towarzystwo nie przypadnie mu do gustu. Nie chcąc się jednak zbłaźnić bardziej, niż już zdołał to zrobić szybko wskoczył w sztywną zbroję. Z płaszcza z naramiennikami nie potrafił jednak zrezygnować. Mimo totalnego upokorzenia, jakie zalewało mu serce wspiął się po schodach jeszcze raz. W płytowych nogawicach, które prawie się nie zginały nie czuł się komfortowo, ale nariak był zadowolony. Ciesząc się, że uniknie kolejnych nagan poprosił o przydział kwatery.

– Manar cię odprowadzi. – skwitował Irgan i wrócił do rozmowy z resztą oficerów.

Imię Manar okazał się nosić ów strasznie wyglądający żołnierz, który z początku przeraził nowicjusza. Ten w milczeniu wstał, ukrył w pochwie miecz, którym się podpierał i machnąwszy ręką na Yorgo ruszył po schodach w dół. Kiedy dotarli na miejsce Manar poklepał odrzwia i wcale miłym głosem rzekł:

– Tutaj.

– Dziękuję. – mruknął Yorgo starając się, by zabrzmiało to uprzejmie.

– Wyśpij się. Jutro pewnie wyruszysz, jak my wszyscy.

Tymi słowami pożegnany wszedł do swojej izdebki. Co prawda, wyższy rangą wojak nie musiał spać w ścisku, na piętrowych łóżkach jak pospolici żołnierze, ale do wygodnych młodych oficer by kwaterunku nie zaliczył. Poczuwszy ulgę po zdjęciu noszonego przecież tylko przez chwilę pancerza padł na niewygodne, wąskie, twarde łóżko. Przez chwilę przewracał się z boku na bok, by w końcu zasnąć głębokim, silnym snem. Nie przeszkadzał mu gwar panujący w forcie ani ulewa, która rozpoczęła koncert tuż po tym, jak zasnął. Ciągle niedoinformowany, nie znając sytuacji chrapał spokojnie czekając do ranka.


[1] Tytuł nariaka – najwyższy tytuł wojskowy nosiło co najwyżej dwóch oficerów: zwierzchnik Armii wschodniej i zachodniej. W czasie kiedy nariakiem na zachodzie był Irgan nie było nariaka wschodniego. Irgan był więc najwyższy stopniem w całym cesarskim wojsku.

Autor

Łukasz Banaszczuk

Ur. 9 maja 1992 roku. Obecnie student filologii angielskiej, pisze od szkoły podstawowej. Obecnie pracuje nad „Wspomnieniami z Cervadii” – powieścią fantasy. Ma na swoim koncie publikacje w lokalnej gazecie „Słowo Podlasia”