Wspomnienia z Cervadii – Odcinek 1

– Wracać! – gromki głos przeszył zgiełk bitewny, trzydziestu mieczników w ciężkich pancerzach zawróciło nagle dopiero co opuściwszy szańce. Zdezorientowani żołnierze rozglądali się wkoło. Pośrodku długiego na ponad pięćdziesiąt metrów okopu stał pewnie, wysoki mężczyzna, który dumnie wyrzuciwszy pierś do przodu przy pomocy lunety bacznym okiem badał rozciągające się przed nim miejsce straszliwej potyczki.

Rów wykopany w nocy sięgał przeciętnego wzrostu mężowi do piersi. Co dziesięć, może dwanaście metrów ustawiony był podest umożliwiający sprawne wyjście. Żołnierze skulili się nieco, tak, że zza ułożonych przed nimi wałów ziemi wystawały tylko ich głowy od wysokości oczu.

Cisza jaka teraz nastąpiła przejęła wszystkich do reszty, cała załoga oczekiwała na werdykt mężczyzny z lunetą, który z niezwykłą cierpliwością regulował przyrząd. Powoli opadający kurz odsłaniał leżące pośrodku bitewnego placu ciała pokonanych.

Na twarzy obserwatora malowało się zdziwienie i chyba drobne rozczarowanie.

– Odpuścili? – zapytał sam siebie.

Powoli obniżywszy postawę usiadł na jednym z podestów i wprawnym okiem w sekundę zlustrował stan swoich żołnierzy. Wielu z nich było lekko rannych i wszyscy potrzebowali odrobiny wody by się obmyć, na brudnych twarzach odznaczały się wyraźnie tylko oczy i zęby. Te ostatnie nie zawsze, bo kiedy ktoś nawykł podczas boju ustami wciągać bitewną kurzawę mógł być pewny, że bez solidnego płukania ust się nie obędzie. Właściciel lunety na imię miał Yorgo, był oficerem Armii Cesarskiej w stopniu młodszego gustiana[1]. Rok temu dopiero z niewielkim okładem skończył szkołę oficerską, z całkiem trzeba przyznać, niezłym wynikiem. Przydział do oddziału zwalczającego leśnych rewolucjonistów nie budził w młodym oficerze szczerego zapału, ale gdzieś doświadczenie zdobyć trzeba – tak sobie tłumaczył nieszczęśliwy przydział z daleka od zaszczytów i sławy.

Yorgo był naprawdę wysokim, barczystym wojakiem z twarzą raczej inteligencką niż wojskową. Lica młodego wojaka nie zbrukane były bliznami i ranami, nawet kurz skrzętnie odgarniany chustką nie imał się czoła ni policzków dowódcy.

Wiódł na prowincji oficerski żywot w takiej formie, jaką sobie wymarzył pobierając jeszcze nauki w Cesarskiej Akademii Wojskowej, starał się przynajmniej ignorując zdarzenia, które mu w tym przeszkadzały. Nie przywdziewał nigdy polowego munduru lub pancerza, każdego dnia ubrany tak jak teraz w paradny mundur ze srebrnymi guzikami, zakurzone po całym dniu buty z czarnej skóry sięgające do kolan i długą do ziemi szkarłatną pelerynę z naramiennikami, która sprawiała tylko, że wydawał się bardziej barczysty niż był w rzeczywistości. Gustian cenił paradę i szyk ponad wygodę i praktyczność. Teraz siedząc na podeście odwrócony tyłem do pola bitwy, czego nigdy nie powinien był robić, ignorując oczekujących na rozkazy podwładnych powoli wyjął zza poły oficerskiego munduru chustkę, strzepnął ją leniwie i wytarł czoło. Dawał odczuć swą wyższość każdego dnia wielokrotnie. Jedni się na niego gniewali i darzyli niechęcią, inni chichotali za plecami żartując z zadufania i pychy. Było pewne, że służący pod Yorgiem żołnierze nie szanowali go zbytnio, a byli mu powolni z tego samego względu, dla którego on nimi dowodził – taki był rozkaz z góry.

– Ty! – rzucił nagle w kierunku stojącego obok żołnierza. Większość dowódców szybko uczyła się imion żołnierzy, którzy walczą u ich boku, ale Yorgo nie splamił swojej pamięci zbędnymi, jak mniemał, imionami i nazwiskami rodowymi. Ciągle rzucał krótkie, obcesowe „ty” mówione tonem nacechowanym pewnego rodzaju niechęcią.

– Tak? – odparł zaczepiony miecznik ciekaw czego może chcieć kapryśny zwierzchnik.

– Pobiegnij po raport do termistrzów w sąsiednich okopach – rozkazał.

– Wystarczy krzyknąć… – rozpoczął wojak wyglądający na zmęczonego, cały dzień prawie wyskakiwał zza szańca i wbiegał z powrotem na jedno skinienie dowódcy, który przyłożywszy lunetę do oka mimowolnie wykrzywiał twarz w niezwykle śmiesznym grymasie. Widząc surową twarz przełożonego urwał w pół słowa.

– Idź! – rzucił, a raczej syknął gustian Yorgo.

Aby otrzymać informacje z sąsiedniego okopu naprawdę wystarczyło krzyknąć i to niezbyt głośno. Poza okopem, w którym znajdował się oficer były jeszcze dwa, ułożone prostopadle po lewej i prawej stronie, dowodzone przez termistrzów[2] Digana i Neiga. W szańcach termistrzów znajdowało się po siedemnastu żołnierzy, nie licząc rzecz jasna dowódców, czyli razem osiemnastu. Tak było rano. Teraz stan mógł się nieznacznie różnić. Yorgo w oczekiwaniu na raporty wyciągnął notes, kałamarz i pióro. Nowy prawie kałamarz umieścił obok siebie na podeście, otworzył go i lekko zanurzywszy pióro zaczął uzupełniać statystyki chylącego się ku końcowi dnia.

Żołnierze byli dla niego tylko statystykami. Ich imiona poznawał dopiero wtedy, kiedy przepisywał je z nieśmiertelników, które każdy nosił na szyi. Nie zapamiętywał ich jednak, zapominał o nich jak zapomina się odegnaną od ucha osę.

Zbliżała się noc. Zza linii drzew, które wyznaczały początek lasu oddalonego od szańca na ponad trzysta metrów wystawała tylko połowa ognistej tarczy. Na wschodzie pojawiać się zaczęły pierwsze ciemne chmury, rozpoczęto więc stawianie namiotów i przygotowywania na nadejście ulewy. Zaskoczenie deszczem to coś, na co żołnierze z oddziału Yorgo pozwolić sobie nie mogli. Spylona wierzchnia warstwa ziemi zmieniłaby się w potok błota, a szańce, których dno stanowiła nieprzemakalna glina napełniłyby się wodą i niezdatne byłyby do dalszego użycia.

Gustian z niepokojem przyglądał się swoim podwładnym, którzy w pocie czoła, w pośpiechu okrywali okopy specjalnym płótnem. Termistrzowie uwijali się instruując ich szczegółowo. Młody oficer usiadł na brzegu szańca i zmrużywszy oczy zastanawiał się jak uniknąć deszczu. Wilgoć źle wpływała na materiał, z którego wykonany był płaszcz i surdut. Nieoczekiwanie na horyzoncie pojawił się jeździec, Yorgo podskoczył i wyszarpnąwszy zza pasa lunetę przyłożył ją do oka i począł przypatrywać się bacznie.

– Ki czart?! – warknął pod nosem dopinając guziki surduta. Stanął dumnie oczekując przybycia tajemniczego jeźdźca. Niewielka kropka powiększała się z każdą sekundą, rumak gnany był ile tylko sił. Koń zarył kopytami tuż przed dowódcą szarpnięty nagle przez dosiadającego go żołnierza. Oficer w stopniu starszego drika, czyli dwa stopnie wyżej od Yorgo, zgrabnie zeskoczył z konia i mimo ciężkiej zbroi z cesarskim emblematem, która spoczywała mu na grzbiecie, lekkim krokiem zbliżył się do dowódcy oddziału stacjonującego w okopach. Gustian początkowo stał oniemiały. Nie bardzo mógł uwierzyć, że ten brudny mężczyzna z trzydniowym zarostem to cesarski oficer i gdyby nie wyższy stopień złajałby go pewnie srogo.

– Młodszy gustian Yorgo Sendan? – rzucił pytająco przybysz. Przechyliwszy głowę obserwował ubranego w paradne stroje oficera, a w jego oczach błysnęła ciekawość i dziwna wesołość. – Jesteśmy na wojnie panie Yorgo… Domowej, ale jednak wojnie. Należałoby nałożyć pancerz lub przynajmniej polowy mundur.

Tego dumnemu młodzieńcowi było za wiele. Twarz jego zrobiła się purpurowa, nadął policzki i szybkim ruchem przeciągnął rękę po świeżo odrastających włosach. Prychnął cicho i rzekł z przekąsem:

– Wolę to, niż razem z pospolitymi miecznikami tarzać się w kurzu, w czym jak mniemam, pan odnalazł świetną zabawę.

Niedawno przybyły gość nic nie powiedział, pokręcił tylko głową z niedowierzaniem i podszedłszy do swego wierzchowca wyjął spod siodła mały rulonik, wręczył go gustianowi mówiąc:

– Jestem starszy drik Mogern. Może spotkamy się jeszcze. – w oczach przybysza nie było urazy, nie żywił on gniewu za obelżywe słowa. – Niech pan tylko pamięta, że ni guziki, ni oficerskie gwiazdy na pelerynie nie uchronią przed strzałami ani mieczem.

Dopiero teraz zobaczył Yorgo przypiętą do konia tarczę – pokaźnych rozmiarów puklerz i długi miecz. Miecz zabarwiony był na czerwono i w ostatnich promieniach słońca błyszczał złowrogo. Chciał coś rzec, ale przybysz bez słowa pożegnania spiął konia i ruszył z powrotem tak samo prędko jak przybył. Po chwili rozmyślań drżącymi palcami otworzył rulon bojąc się nowych rozkazów. Kucnął i przez chwilę zbliżał głowę do kartki starając się odczytać koślawe pismo odręczne jednego ze sztabowych dowódców. Na koniec wytrzeszczył oczy przybierając obrażoną minę i krzyknął do swoich podwładnych tonem zwiastującym coś niemiłego. W taki sposób krzyczy matka na swoje dzieci, kiedy przeskrobią coś poważnego.

– Kompania do mnie! – wrzasnął tak, żeby wszyscy go usłyszeli. – Do mnie! Już!

Pięćdziesięciu trzech mieczników w pełnym rynsztunku w mgnieniu oka zajęło miejsce w dwuszeregu. Termistrzowie ustawili się po prawej i lewej stronie dowódcy.
– Nastąpiła mała zmiana planów. – rozpoczął Yorgo siląc się na spokój, ale brew drgała mu nerwowo odsłaniając tłumione emocje. – Rozkazano nam wycofać się stąd jak najszybciej. Do północy mamy być wszyscy w sztabie.

[1] Stopień młodszego gustiana otrzymywało się tuż po ukończeniu sześcioletniej nauki w Akademii. Adept miał po ukończeniu szkoły 26 lat. Hierarchia oficerów w wojsku cesarskim wyglądała następująco; pierwszym stopniem był mł. gustian, następnie: st. gustian, mł. drik, st. drik, restr, marum, mł. inst, st. inst, nariak.

[2] Termistrz – średni stopień podoficerski. Hierarchia podoficerska: mł. arsan, st. arsan, voldik, norg, termistrz, mł. eing, st. eing, nogal.

Autor: Łukasz Banaszczuk
e-mail: ubanaszczuk2@gmail.com

Autor

Łukasz Banaszczuk

Ur. 9 maja 1992 roku. Obecnie student filologii angielskiej, pisze od szkoły podstawowej. Obecnie pracuje nad „Wspomnieniami z Cervadii” – powieścią fantasy. Ma na swoim koncie publikacje w lokalnej gazecie „Słowo Podlasia”