Władca Czasu i przestrzeni

Był już świt, gdy do pokoju weszła starsza kobieta i odsłoniła zasłony, pozwalają wpaść do izdebki promieniom słońca. Wyglądała na osobą, która przeszła twardą szkołę życia. Twarz miała pełną zmarszczek, ale oczy wciąż pokazywały chęć życia. Ubrana była w znoszoną koszulę nocną. Teraz podeszła do łóżka i zaczęła budzić śpiącego w nim chłopca. Trwało to pare minut, ale w końcu chłopak otworzył swoje durze błękitne oczy i głęboko ziewnął. Starsza kobieta mruknęła coś cicho i pospiesznie wyszła zamykając drzwi za sobą. Młodzieniec wstał i rozprostował kości, zaczął powoli się ubierać wciąż ziewając. Gdy się już ogarnął po śnie wyjrzał przez odsłonięte okno. Jego oczom ukazała rozległa równina, wokoło domu znajdowały się obora i pare naście stogów siana zwiezionych wczorajszego dnia. Niedaleko na wschód od obory leżała mała wieś Dwolf. Spoglądał w tym kierunku pare minut poczym otworzył okno i wyszedł z pokoju. Cały dom zajmował powierzchnie dwóch izb i malutkiej kuchni. Salom rozejrzał się pogardliwie i usiadł do stołu, stara kobieta postawiła przed nim talerz i zaczęła ubijać masło w kącie. Po paru minutach odezwała się babcia:- Może byś tak wreście pomógł wujowi w polu?Salom popatrzył na nią i połykając ostatni kęs wyszedł na podwórze.   Pogoda była idealna do zbiórki fasoli i buraków. Wiał lekki zachodni wiatr, a późno jesienne słońce przygrzewało kark. Rozejrzawszy się wokoło Salom dostrzegł wujowski wóz i pospiesznie ruszył w jego kierunku. Wydawało mu się, że wóz oddalony jest tylko pare metrów. Szedł teraz wokół grządek marchwi i pietruszki, w oddali dostrzegł inne wozy zbierających swoje plony. Zatrzymał się na pare minut i zaczął je podziwiać. Nie trwało to długo, gdy z sąsiedniego pola dobiegł głos jego wuja:            – Salom! Salom! Rusz się chłopcze, ile mam czekać na ciebie?

 – Przepraszam wuju… Zaczął Ruszył pospiesznie do niego zakasując rękawy. Wraz z nim i wujem na polu pracował także jego kuzyn Eryk. Był on do Saloma o dwa lata starszy i w przeciwięstwie do niego brązowe oczy i rude włosy. Wyglądem przypominał swego ojca, czyli wuja Saloma. Przyjaźnili się od dzieciństwa. Choć Eryk bardziej lubił prace na polu niż włóczenie się po okolicy to zawsze można ich było spotkać razem z dala od pół uprawnych.Teraz jednak pracowali ciężko przez cały poranek. Zbliżająca się zima zmusiła ich do wcześniejszych zbiorów. Nikt nie narzekał na ogrom pracy zdając sobie sprawą, że jeśli teza tego nie zrobią będą głodować w zimie. Około południa do pracujących przyszła ciotka i wuj rad nie rad zarządził przerwą. W koszu ciotki znajdowała się świeżo mielona kawa dla wuja, lemoniady dla młodzieńców i kilkadziesiąt kanapek.

– Ciężkie czasy nadchodzą kochanie. Rozpoczął wuj. Zima przyszła dziś trochę wcześniej niż mogliśmy się spodziewać.

– Racja ojcze, ale się nie martw do jutra wszystko zbierzemy i zagazujemy w stodole. Pocieszył go Eryk.

– Chłopcy, zaczęła ciotka, może byście się trochę przeszli po lesie i zebrali chrustu abym mogła ugotować ciepłą kolacje dla was i wuja?Chłopaki widząc możliwość rozprostowania nóg zgodzili się od razu i razem popędzili do pobliskiego lasu. Las znajdował się niedaleko pól i zajmował powierzchnie równą wsi wraz z otaczającymi polami. Był źródłem pożywienia dla niektórych mieszkańców oraz źródłem opału dla wieśniaków. Mimo tego w las zapuszczali się tylko nieliczni, powszechnie panowała opinia, że w lesie żyją dziwne stworzenia, które żywią się ludźmi. Chłopi zapuszczali się tylko na jego obrzeża. Jedyną osobą, która zapuściła się, kiedy ktokolwiek dalej niż do srebrnej polany ( tak chłopi nazywali polanę, na której rosły przedziwne srebrna trawa) był Salom i Eryk.Teraz szli spokojnie w kierunku srebrnej polany. Nie rozmawiali za wiele, wymienili tylko pare uwag na temat tegorocznych zbiorów i pogody. Znali wiele ścieżek do polany, ale wybrali tę, którą uczęstrzali wszyscy mieszkańcy wsi. Po drodze Eryk schylał się, co chwile podnosząc suche gałęzie. Salom prawie w ogóle na niego nie zwracał uwagi. Jego uwagę przykuła dziwna poświata otaczająca srebrną polanę. Trącił kuzyna, który ukucnął, aby poprawić sobie uchwyt, i wskazał na polane. Oboje patrzyli teraz na czerwoną poświatę unoszącą się nad polaną, jednak żaden z nich się nie poruszył, aby sprawdzić, co tą poświatę wywołał. Powszechnie w Dwolfie panowała opinia, że magia i czarownicy nie przyniosą ze sobą nic dobrego. Salom poruszył się nagle, w oddali dostrzegł ruch. Ruszył powoli w kierunku polany nie zważając na szepty kuzyna. Wydawało mu się, że już kiedyś widział taką poświatę i że nic złego go nie spotkało. Wszedł na polanę i mgiełka od razu się rozpłynęła. Stał teraz na krawędzi nie polany, lecz pięknego zadbanego ogrodu. Pełno tu było dorodnych i starych drzew i krzewów, trawa nadal była posrebrzana. Widok tak pięknej polany zaszokował go, odwrócił się oby spojrzeć na kuzyna. Ten jednak nadal stał dobre pare metrów do ogrodu i przypatrywał się nie ufnie nowemu zjawisku. Salom odwrócił się od niego, dostrzegł teraz, że pośrodku ogrodu znajdował się dziwnych kształtów czerwony kamień. Powoli podszedł do niego bliżej, wziąwszy po drodze kij, szturchnął nim kamień. Nic się nie stało, więc śmiało podniósł go z ziemi. Kamień był dziwnie lekki i ciepły. Salom miał wrażenie, że trzyma w rękach jakiś organizm. Przypatrywał się kamieniowi do czasu, gdy w końcu nie podszedł Eryk.

-Powinniśmy to zostawić tu gdzie je znalazłeś. Zaczął ze strachem

– Nie bądź głupi Eryk, to tylko zwykły kamień i pewnie jest dużo wart.Ignorując strach na tworzy kuzyna schował kamień do wewnętrznej kieszeni, poczym biegiem opuścił polane krzycząc do Eryka:

-Kto ostatni na polu temu żaby w rosole!!!!Eryk rad nie rad ruszył za nim, lecz gody się obejrzał dostrzegł za pobliskim drzewem dziwną postać. Zatrzymał się i znowu spojrzał, ale już nic się nie poruszyło. Podrapał się po głowie i pobiegł z chrustem na pole gdyż słychać już było bicie dzwonów obwieszczające koniec południa

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz