W świetle mroku

Spojrzała na zegarek. Co raz wcześniej zapadał zmrok. Wraz z nadejściem późnej jesieni dni stawały się co raz krótsze i teraz to wieczór był porą o której zamykała bibliotekę. Rozejrzała się po czytelni. Przy ostatnim stoliku w rzędzie przy oknie siedziała jej znajoma, Weronika. Aneta poprawiła wiszący na oparciu wygodnego, biurowego krzesła czarny sweter, po czym wstała zza biurka i podeszła do niej.

– Wera? – dziewczyna podniosła oczy znad książki i uśmiechnęła się.

– Musisz już zamykać?

– Niestety. Masz wolny wieczór? Wpadnij do mnie na kawę… – odpowiedziała Aneta.- Tak jakoś nie mam ochoty siedzieć dzisiaj w domu sama.

– Bardzo chętnie, ale nie mogę – posmutniała Wera. – Daniek zaprosił mnie na kolację…

– To super, czemu nie gadałaś od razu? – Aneta znała Daniela, chłopaka Weroniki. Cieszyła się z tego, że są razem szczęśliwi. Ona sama nie miała szczęścia do facetów. – Pozdrów go ode mnie. Trudno, czeka mnie kolejny wieczór przy książce. Chodź, wyjdziemy już, chyba nikogo tu nie przywieje.

– Mam prośbę; znajdź mi coś lekkiego do poczytania na weekend… Daniek ma się zmyć, gdzieś tam wyjeżdża i będę musiała sama zająć sobie czas. Wiesz, że kiedy nie mam sprawdzianów czy kartkówek do poprawiania robi mi się nudno. A kiedy…

– …robi ci się nudno, zaczynasz być zła. OK, poczekaj chwilę.

Aneta weszła między półki. Weronika lubiła fantasy… Może to? Raczej nie. Chyba to już czytała. Pewnym krokiem ominęła regał z taką klasyką jak Tolkien czy Sapkowski- wszystko to Werka znała prawie na pamięć. Nagle jej ręka wyszukująca nowy tytuł zatrzymała się. „Pod skrzydłami Anioła” Andrieja Szubanowy… tej książki Aneta nie znała. Ba, nie wiedziała, że taka w bibliotece w ogóle się znajduje. Wzięła ją z półki i na chybił-trafił wybrała książkę dla koleżanki.

Podeszła do komputera, zarejestrowała wypożyczenie „Świata czarownic” dla Wery i wpisała w pole wyszukiwania nazwisko autora swojej książki. Musiała zajść jakaś pomyłka, nie było go w spisie. Spróbowała znaleźć książkę szukając według tytułów, numeru półki na której ją znalazła, numeru identyfikacyjnego (pod którym kryła się „Zbrodnia i kara” Dostojewskiego). „Niemożliwe, tej książki po prostu nie ma w katalogu…” – pomyślała. „Z drugiej strony to śmieszny zbieg okoliczności – dwóch autorów Rosjan pod tym samym numerem…” – uśmiechnęła się.

– Idziesz już?- Weronika była gotowa do wyjścia.

– Sekundę, jeszcze muszę sprawdzić jedną pozycję.

– Coś nie tak?

– Nie, wydaje mi się, że do katalogu wkradł się błąd… poczekaj chwilę – wróciła między regały. „Dostojewski… o, tutaj! A niech to, ten sam numer. Ktoś musiał oddać książkę nie do tej biblioteki, z której ją wypożyczył. Tylko kto wtedy mógł tę książkę przyjąć?” wróciła do Weroniki.

– Wszystko OK? – spytała ta spoglądając na książkę.

– Tak, wyłączę komputer i idziemy.

Po chwili były już na zewnątrz. Senne miasteczko okrywał półmrok, rozwiewany przez świecące jasno latarnie. Dziewczyny pożegnały się na rynku i każda poszła w inną stronę. Aneta nie bała się chodzić wieczorami po mieście. Ciemność od pewnego czasu stała się częścią jej osoby, nie była przerażająca czy zła. Koiła nerwy, uspokajała po męczącym, palącym, słonecznym dniu. To raczej dzień napełniał ją przerażeniem, lęk przed słońcem wprost ją obezwładniał. Wiedziała, że jest to nienormalne. Studiowanie dziennikarstwa stało się dla niej wręcz niemożliwe. Musiała wziąć urlop dziekański, nie była w stanie wysiedzieć na wykładach. Miała nadzieję, że sytuacja się unormuje. Poszła do psychologa – ten znalazł przyczynę w stresie i zalecił wypoczynek, dłuższe wakacje, błogie lenistwo. Zgodnie z zaleceniem pojechała na wymarzoną wycieczkę do Grecji. Marzenie stało się faktem. Przesypiała cały dzień, żeby wstać o godzinie 21:00, zjeść „śniadanie” i zdążyć obejrzeć zachód słońca nad morzem. Później wchodziła do wody, pływała. Kładła się na piasku, i znów pływała. To był dla niej raj – ciemność pozwalała jej pływać nago – w tłumie plażowiczów byłaby zbyt skrępowana. Często chodziła do tawern – ale nie tych pełnych wczasowiczów różnych narodowości. Nie, te omijała z daleka. Lubiła roześmianych, otwartych Greków, którzy, choć nigdy nie uczyła się greckiego, rozumieli ją doskonale. Tam znikały wszelkie bariery – oni uznali ją za swoją.

Przedostatni wieczór rozpoczął się tak samo. Jak zwykle przyszła do ulubionej tawerny. Tym razem sala wypełniona była po brzegi roześmianymi ludźmi, którzy, zmęczeni po całym dniu, wykończeni kontaktem z wybrednymi turystami z północnej Europy, przyszli, żeby choć na chwilę porozmawiać z sąsiadami. Stoły były poprzysuwane do ścian, a na środku sali w dwóch kręgach tańczyli mężczyźni i kobiety. Aneta siedząc na jednym ze stołków czuła narastające emocje, wszystko wokół niej przepojone było ognistą zabawą. Chciała tańczyć. Wstała i zaczęła klaskać w rytm muzyki. Nie zauważyła, kiedy znalazła się pomiędzy innymi kobietami. Anetę porwał szalony taniec. Nie tańczyła od dawna, ale teraz złapała rytm i kręciła się razem ze swoimi towarzyszkami. Była do nich łudząco podobna. Tak samo ciemne włosy, śniada karnacja – można było ja wziąć za Greczynkę. Taniec trwał. Raz po raz przed oczyma dziewczyny pojawiała się ta sama, męska twarz. Znała go, zamieniła z nim kilka słów, kiedy objadając się winogronami wysiadywała na ławce przed tawerną. Nazywał się Nikos, studiował archeologię i znał angielski dużo lepiej od niej. Do nadmorskiej mieściny przyjechał, żeby pomóc rodzicom przy remoncie pensjonatu, potrzebny był również kiedy zaczął się sezon. Nagle Aneta poczuła ogromna ochotę porozmawiania z nim ponownie. Uchwyciła jego spojrzenie. Chłopak uśmiechnął się. Poznał ją. Kiwnęła głową w stronę wyjścia. Pytające spojrzenie, po czym skinięcie na znak zgody. Aneta odczekała chwilkę, po czym opuściła koło. Za nią z męskiego kręgu wysunął się Nikos.

– Cześć, miło cię widzieć…

– No, cześć…

Niezobowiązująca rozmowa. Ale właśnie takiej w tej chwili Aneta potrzebowała.

– Chodź nad morze…- poprosiła.

Nie ufała obcym. Jeszcze miesiąc wcześniej nawet nie pomyślałaby o tym, żeby wyjść z nieznajomym z zabawy tanecznej. Ale teraz Aneta była inną osobą. A ten chłopak nie był nieznajomym. Miała wrażenie, że jest on dla niej kimś tak bliskim jak brat. A nawet jeszcze bliższym…

Spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– OK, poczekaj chwilę…- poprosił. Po niespełna trzech minutach pojawił się z torbą przerzuconą przez ramię.

– Co tam masz? – spytała ciekawie.

– Zobaczysz, jak dojdziemy. To gdzie chcesz iść?

– Na pewno znasz tę zatoczkę odciętą od plaży siatką. Tam już turyści nie chodzą…

– Skoro nie chodzą, to skąd o niej wiesz? – roześmiał się. Głośna tawerna została za nimi. Schodzili wąską, stromą uliczką w stronę morza.

– Kiedyś zgubiłam się tu, i w jakiś niesamowity sposób nagle wiedziałam, którędy dojść do morza. To było niezwykłe uczucie, jakaś siła powiedziała mi, gdzie mam iść.

– Jakaś siła? Anioł Stróż.

– Wierzysz w Anioły? – roześmiała się ze zdziwieniem. – Przecież chyba tylko dzieci w nie wierzą…

– Ty nie wierzysz?

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałam…

– No to jak w takim razie wytłumaczysz to, że wiedziałaś którędy iść?

– Instynkt, orientacja w terenie…

– Ale przecież sama powiedziałaś, że czułaś jakąś niezwykłą siłę.

– Tak powiedziałam?

– Tak powiedziałaś.

– Dobra, zmieńmy temat. Trafiłam na angelologa…- zaśmiała się.

– Błąd. Wierzącego w Anioły archeologa…

Delikatny, drobny piasek, nagrzany jeszcze promieniami śródziemnomorskiego słońca, skrzypiał pod ich stopami. Wiatr dmuchał im w twarze ciepłym powietrzem, nasyconym morską solą. Usiedli na piasku. Nikos zdjął torbę i zaczął z niej wyjmować kiście winogron. To było coś niesamowitego – Aneta nie znała tego chłopaka ale nie czuła się przy nim skrępowana. Po prostu cieszyła się z jego obecności. Objadała się owocami, sok spływał po rękach i brodzie. Śmiała się. On śmiał się z niej. Jemu winogrona też smakowały. Nie zorientowali się, kiedy wieczór przerodził się w noc.

– Obserwuję cię przez cały tydzień, Aneta. Jesteś niesamowita. Nie ma w tobie nic z odciętej od wielkomiejskiej cywilizacji turystki.

– Nigdy nie tęskniłam do betonowych metropolii. Ale teraz tęsknię do jednego.

– Hm?

– Do wody – znowu śmiech.

– No, to czemu tu jeszcze siedzisz?

– A ty? – spojrzała na niego. – Pływasz?

– Z wielką chęcią, tylko, że jest jeden problem.

– Problem?

– Nie mam kąpielówek… Się będzie biedny facet przejmował! Nie rób z niego chłopaczka z dobrego domu. Choć tak może lepiej? Sama nie wiem.

– Taki problem to nie problem… – uśmiechnęła się do niego.

– W zasadzie masz rację…

Wstała, odwróciła się do niego tyłem, zrzuciła tunikę i popędziła do wody. Było ciemno.

Nie kąpali się długo. Kiedy wyszli i usiedli przy porzuconych ciuchach, Aneta przysunęła się do chłopaka i szepnęła mu coś do ucha. Kolejny raz tego wieczora spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Przecież jutro wyjeżdżasz. Na pewno tego chcesz?

– Mhm.

Chłopak sięgnął do torby i wyjął butelkę wina. Oprócz niej znalazły się tam jeszcze dwa kieliszki.

– Nie będziemy się już widzieć…

– Wspomnienie zostanie. – szepnęła.

 

Szept jak lekki powiew wiatru pomknął na północ.

 

 

Poczuła gwałtowne szarpnięcie za rękę. Odwróciła się zaskoczona. Za nią stał dobrze zbudowany dryblas, od którego śmierdziało alkoholem i tytoniem. „Niezła mieszanka”, błysnęło jej w myśli. „Facet śmierdzi na kilometr!”. Nie miała jednak czasu na zastanawianie się nad wzorcami estetycznymi. Ten człowiek pewnie nie miał najlepszych zamiarów nie tylko wobec jej torebki. Wolną ręką sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej niezawodny gaz pieprzowy. Nie miała zamiaru tłumaczyć dziadowi podstawowych zasad wychowania. Drań próbował zaciągnąć ją w kierunku ciemnej bramy pobliskiego budynku. Wystarczył jeden ruch i naciśnięcie spustu gazu. Dryblas puścił rękę Anety, odruchowo zakrywając twarz obiema rękami. Dziewczyna wzięła nogi za pas. Nie na rękę było jej zostawać dłużej w ciemnym zaułku.

Nie odbiegła jednak daleko. Z drugiej strony nadbiegał inny mężczyzna, cuchnący podobnie i tak samo też wyglądający – szerokie bary i wzrost wskazywał na to, że nie łatwo można sobie z nim poradzić. „No to dostanie się też i kumplowi!” Aneta miała zaufanie do małego pojemniczka. Zbyt szybko jednak zdradziła swój zamiar wyciągając w kierunku napastnika rękę. Ten chwycił ją za nadgarstek i boleśnie go wykręcił. Dziewczyna jęknęła i wypuściła gaz z ręki. Serce podskoczyło jej do gardła, próbując pobić rekord na krótkich dystansach. Zaklęła w duchu. „Teraz to sobie na pewno nie poradzę”. Usta napastnika wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu. Kiedy uścisk nadgarstka stał się nie do wytrzymania, krzyknęła.

Nagle ręka wykręcająca nadgarstek zwolniła uchwyt, a mężczyzna przetoczył się po chodniku próbując zepchnąć z siebie drugą postać. Walka trwała krótko. Przybyły na pomoc mężczyzna, mimo iż ustępował przeciwnikowi wzrostem miał nad nim widoczną przewagę. Był zadziwiająco szybki. Klęcząc na kręgosłupie napastnika gwałtownie szarpnął ręką oplatającą szyję leżącego. Głowa mężczyzny obróciła się pod dziwnym kątem. Opadł bez ruchu…

Obrońca odwrócił się do Anety.

  • Jeszcze tu jesteś? – zapytał. Aneta zdrętwiała na dźwięk jego nieprzyjemnego, chrapliwego głosu. W oddali miasto żyło w swoim sennym rytmie, przejeżdżały samochody, szczekały psy.
  • Spływaj stąd. – warknął. Podszedł do niej bliżej. Światło latarni stojącej po drugiej stronie ulicy oświetliło jego postać. Młody chłopak ubrany był w czarną skórzaną kurtkę, czarne spodnie i trykotkę. Czarne włosy do ramion zakrywały pozostającą w cieniu twarz.
  • Nie słyszałaś, co powiedziałem? Już cię tu nie ma…- w jego głosie brzmiała nutka zniecierpliwienia.
  • Słyszałam…

Choć jego głos był przepełniony agresją, nie bała się. Przecież jej nie zabije. Nie zabije? Dopiero teraz dotarło do niej to co zobaczyła. Tamten olbrzym był martwy! Czarny chłopak, choć niższy i mniej barczysty niż tamten po prostu skręcił mu kark! Czarny podszedł jeszcze krok bliżej. Podniósł głowę. Latarnia oświetliła jego twarz. Aneta krzyknęła. To co zobaczyła nie było lekarstwem na jej nadwerężone nerwy. Pod czarnymi włosami kryła się straszliwie biała maska z popękanymi ustami, pomarszczoną skórą i zniekształconym nosem. Jego oczy – pełne żądzy krwi. To nie był człowiek, to był potwór… Aneta uciekła.

 

Kiedy dobiegła do swojego mieszkania dygotały jej kolana, czuła uścisk w żołądku i kołatanie serca. Nie zapalając światła rzuciła się na fotel. Nie mogła zapomnieć twarzy nieznajomego. Uratował ją, zabijając tamtego. W wirze wydarzeń nie zauważyła, co stało się z obezwładnionym przez nią mężczyzną. „Pewnie dał dyla, gdy tylko doszedł do siebie”- pomyślała teraz. Nagle znów zaczęła się bać. Zasłoniła okna, przez które do mieszkania wlewało się metaliczne światło pobliskiej latarni. Roztrzęsiona wbiegła do kuchni. Wzięła ze zlewu szklankę, napełniła ją wodą z kranu. Wypiła dwa łyki, resztę wylała sobie na głowę. Cisnęła szklanką o podłogę. Rzuciła się na łóżko i przykryła się kołdrą.

 

 

Kiedy się obudziła było ciemno. Spojrzała na zegarek; 20:04. Wydało jej się to niemożliwe. Kiedy wychodziła z biblioteki była 18:00, do domu wracała z godzinę, może pół godziny minęło zanim zasnęła. Nie mogła przecież spać tylko pół godziny! Zapaliła małą lampkę, uruchomiła komputer i poszła do kuchni zrobić sobie kolację. Wyjęła z lodówki jogurt, bułkę, zrobiła herbatę i siadła przy komputerze. Witał ją tym kochanym „Cześć, Netka! ” wyświetlanym na niebieskim pulpicie. Kliknęła ikonkę komunikatora internetowego. Od kiedy zaczęły się jej problemy, codziennie kontaktowała się z Weroniką. Kiedy czekała na zalogowanie, przypomniała sobie, że przecież dzisiaj Weronika jest na kolacji z Dańkiem. Jakież więc było jej zdziwienie, kiedy zobaczyła login Werki!

wer12-67: No w reszcie- myślałam że nie przyjdziesz

netka: miałaś być na kolacji z Dańkiem

wer12-67: wczoraj byłam

netka: eee, żartujesz, mogłaś mi powiedzieć że ci się nie chce nigdzie dzisiaj iść, to bym się nie nastawiała, a ty mi tu kit wciskasz, że jesteś na kolacji

wer12-67: Ale ja serio byłam na kolacji! A wczoraj nic mi nie mówiłaś, że mam do ciebie przyjść!

netka: Wczoraj nie, ale gadałam z tobą dzisiaj w bibliotece.

wer12-67: Aneta, to wczoraj gadałyśmy w bibliotece! Poważnie!

 

Anetę zamurowało. Odpisała po chwili:

netka: nie żartuj, przecież nie mogłam przespać całego dnia!

wer12-67: JAK TO?!

netka: kiedy dzisiaj przyszłam z biblioteki (a może to było wczoraj?) położyłam się do łóżka. Obudziłam się jakieś dziesięć minut temu.

wer12-67: A jak się czujesz? Mam do ciebie przyjść??????????????

Ta ilość pytajników najwyraźniej ukazywała troskę Weroniki o Anetę. Ta jednak wolała nie mówić jej o napadzie i Czarnym.

netka: dzięki, poradzę sobie. Jakbym się nie odzywała przez parę dni, to przyskocz zobaczyć co się dzieje. Żartuje, wszystko jest OK. musze się tylko dobrze wyyyyspaaaać (ziewnięcie)

wer12-67: to ja spadam, cze

netka: cze cze cze

 

Wyszła z chata i weszła na lokalną stronę z wiadomościami. Aktualizował ją jej kolega ze szkolnej ławy, znany z dociekliwości Andrzej, miała więc pewność, że znajdzie tu najświeższe nowinki.

MORDERSTWO CZY SAMOOBRONA?- krzyczał nagłówek. Nie spodziewała się takiej wiadomości. Ale taka sprawa nie może przejść niezauważona!

Z tekstu dowiedziała się, że kiedy potraktowany przez nią sprayem mężczyzna ocknął się, zobaczył zabitego i uciekającą Zobaczył, że jego kumpel nie żyje – leży na wznak z podciętym gardłem. Zbiegli się ludzie, ktoś zadzwonił po policję. Mordercy nie schwytano. W krąg podejrzanych wchodzi prowadząca filię biblioteki miejskiej Aneta S.

Anecie szczęka opadła. No tak! Skoro przespała cały dzień, nie była w bibliotece, podejrzenia mogą spaść na nią. Inna rzecz – śmieszna z resztą – dlaczego nie podali całego jej nazwiska, skoro dokładnie wiadomo, kto prowadzi bibliotekę? W takim małym mieście wszyscy wszystkich znają!

 

Nagle na monitorze wyświetliło się kolejne okno. Na czarnym tle pojawiły się litery: „Przepraszam, że cię w to wplątałem – Andriej”

– No, nie! Reklamy nawet na stronach lokalnych?! Nie przeżyję…

Wyłączyła okno i dalej przebiegała wzrokiem wiadomości. Okno znów się otwarło. Napis pojawił, się po raz drugi. Tym razem w nieco zmienionej formie. „Aneta, nie chciałem cię w to wplątać. Andriej”

Czyżby ktoś podłączył się do systemu? Czemu w takim razie nie ma ostrzeżenia? Andriej jest hakerem – to jasne. Za co mógłby ją przepraszać? Chyba nie za te ploty o morderstwie? Chwila, Andriej?

– Dlaczego nie domyśliłam się od razu?!

Wysłała maila do Andrzeja redagującego stronę z wiadomościami. Wiedziała, że chłopak siedzi przy kompie całą dobę, na pewno odpisze nie później niż za dziesięć minut.

Wyświetliło się kolejne okno. Nie… to niemożliwe! „Andrzej to nie Andriej, pilnuj swojej poczty!”

– A niech go, wie że wysłałam maila. Andrzej to nie Andriej, czyli jest jeszcze jeden hacker.

Odebrała pocztę – tak jak przypuszczała, Andrzej odpisał.

„Cze, Netka! Sorry, ale to nie ja włamałem się do twojego kompa. A tak przy okazji, przykro mi, że musiałem o tobie też napisać. Wierzę, że ty nigdy byś nie zabiła! Andrzej”

 

„W takim razie kto wchodzi bez pozwolenia do mojego kompa?!”- zastanowiła się. Czarne okno ciągle było aktywne. Na klawiaturze wystukała „Kim jesteś?” i czekała. Ciekawość poznania Andrieja była większa niż złość czy obawa. Tak jak się tego spodziewała – po chwili Andriej odpisał.

„Netka, może mi nie uwierzysz, ale właśnie idą cię zabrać na przesłuchanie. Będzie gorąco! Wykasuj wszystkie wiadomości których nie chciałabyś oddać w ręce policji, wszystkie maile i spadaj stamtąd! Czekam na miejscu zbrodni – Andriej.”

– Że co?! – zdziwiła się. – Żartuj dalej, koleś!

Tym razem napis pojawiła się nieoczekiwanie.

„Wiedziałem, że mi nie uwierzysz! Ale czuję, że będziesz miała kłopoty. A tak przy okazji, masz 5 minut żeby wyjść stamtąd niezauważona.”

– Czytasz moje myśli?

„Nie, to ty wrzeszczysz tak głośno! 4 minuty 50 sekund”

Aneta dała się przekonać. Tak wiele nieoczekiwanych sytuacji wydarzyło się w tych trzech dniach, że nie dziwiła się już niczemu. Wykasowała wszystkie maile, zamknęła komputer. Nie miała żadnych „tajnych” dokumentów, nie bała się też, że zaczną przetrząsać jej mieszkanie. Po prostu – była czysta. Wzięła torebkę, pieniądze. Ubrała płaszcz, zamknęła za sobą drzwi na klucz. Jeśli rzeczywiście jadą do niej ludzie z policji, niech myślą, że dalej śpi w środku. Pomęczą się trochę, zanim zdołają otworzyć drzwi. Wybiegła z klatki schodowej. Ruszyła w kierunku zaułka, gdzie napadł ją obdartus. Zerknęła przez ramię za siebie. Granatowy radiowóz wtoczył się w jej uliczkę.

 

– Czarny. – spodziewała się, że go zobaczy.

– Jestem Andriej.- Był ubrany tak samo jak dwa dni wcześniej. Jego głos zdradzał niepokój. Chodź, musimy stąd iść, zaraz ktoś może spojrzeć przez okno. A wolałbym nie pokazywać się ludziom…

– Hej! Nie tak szybko! Gdzie idziemy?! A w ogóle to jakim prawem włamujesz się do mojego kompa?!

– Odwiecznym prawem hackerów. Widzisz dobrze, że to był jedyny sposób, żeby wyciągnąć cię z mieszkania. A z resztą, możesz mnie wydać policji. Na pewno ty będziesz ich interesowała bardziej niż ja. Pościg za mordercą jest bardziej widowiskowy. Tym bardziej za seryjnym mordercą…

– Seryjnym?! A w ogóle to dlaczego ja jestem o to oskarżona? Przecież… przecież to on mnie zaatakował…a to ty… go…

– Najlepiej więc będzie jeżeli się stad zmyjemy.

– Ale ja muszę być na miejscu… muszę znaleźć adwokata…

– Forget! Kobieto, czy ty rozumiesz, że grozi ci dożywocie? Wszystkie dowody wskazują przeciwko tobie. Gdzie pójdziesz? Wypłakać się mamie w rękaw?!

– Chyba nie żyjesz w normalnym świecie, jeśli myślisz, że pójdę gdzieś z człowiekiem, którego w ogóle nie znam!

Andriej złapał ją za ramiona i spojrzał w oczy.

– Słuchaj, Netka. Ja też bym sobie nie zaufał, gdybym się ze sobą spotkał w ciemnej ulicy. Ale miej to na uwadze, że istnieją siły, które nie pozwolą, żeby stała ci się krzywda. Po drugie, i ty i ja jesteśmy w podbramkowej sytuacji. Ty idziesz na przesłuchanie, nie masz alibi, zostajesz skazana. Policja ma już dość ciągłego szukania mordercy. Wiem, wiem, nie masz motywu, ale cóż – czy bibliotekarka nie może być mordercą? Tym bardziej biorąc pod uwagę twoje kłopoty psychiczne. Jeśli mnie sypniesz, i tak mnie nie znajdą. Poczytają to za wymysł twojej wyobraźni. Ja za to muszę wracać. Już od tygodnia koczuję pod gołym niebem…

Aneta nie wiedziała co robić.

– Zaufaj mi, Aneta!

Z tonu jakim to powiedział Aneta wywnioskowała, że nie ma sensu dalej się sprzeczać. Musi się ukrywać. Nie do końca wprawdzie rozumiała dlaczego, ale skoro chłopak ma miejsce, gdzie chwilowo można się ukryć…

Wziął ją za rękę i poprowadził w górę brukowanej uliczki pomiędzy domami. Aneta nadal zastanawiała się, czy dobrze robi. Pozwala się prowadzić mordercy… Teraz jednak Andriej był zupełnie kim innym. Dwa dni temu emanowało z niego zło, chęć zemsty, czy nawet radość zadawania bólu, zabijania – był potworem. Dziś Anetę trzymał za rękę zwykły chłopak i to chyba było dla niej najbardziej niezrozumiałe. Zawsze była bardzo nieufna, trudno zawierała nowe znajomości. Obcy ludzie napawali ją lękiem – kiedy przechodziła ulicą wszyscy których mijała mieli wobec niej wrogie zamiary. Dlatego też kupiła gaz pieprzowy – pozwolenia na prawdziwą broń nie dostałaby nigdy. Andriej nie był jej obcy. Trzymając go za rękę Aneta czuła to samo co przy spotkaniu z Nikosem.

Prowadził ją teraz w dół schodami starej kamienicy. Schodzili i schodzili, byli chyba ze sto metrów pod ziemią. Wreszcie dotarli do kutych drzwi, które – choć wyglądały na stare i nieużywane – otwarły się bezszelestnie. Znaleźli się w podziemnym korytarzu średniowiecznego zamczyska; oświetlenie zapewniały przymocowane do ścian pochodnie, we wnękach wisiały kilimy.

– Gdzie jesteśmy? – zapytała Aneta.

– Witam w mojej melinie – wesołym głosem odpowiedział Andriej. Nie pozostało w nim nic z niepokoju okazywanego na ulicy.

Korytarz kończyła wielka, okrągła sala, od której prowadziło mnóstwo korytarzy podobnych do tego, którym przyszli. Wysokie, ceglane łuki tworzyły sklepienie. Panujący wokoło mrok rozświetlało przyćmione, kolorowe światło, wpadające przez szybki kunsztownych witraży umieszczonych wysoko, pod miejscem, gdzie krzyżowały się łuki.

Z korytarza po drugiej stronie wielkiej sali wyszedł sprężystym krokiem wysoki, ciemnoskóry, ubrany w czarny, długi płaszcz mężczyzna. Jego wiek trudno było określić. Jego twarz, mimo iż zachowała częściowo swój naturalny, czekoladowy odcień, poszarzała i zbladła, jakby mężczyzna ten długo nie oglądał promieni słońca.

Andriej zatrzymał się, położył lewą rękę na lewym ramieniu mężczyzny. Ten odwzajemnił gest.

– Miło cię widzieć, Andriej. Gdzie cię poniosło? Po tym, jak zniknąłeś trzy dni temu i nie dawałeś znaku życia, nie ja jeden zamartwiałem się o ciebie…

– No cóż – Andriej uśmiechnął się – miałem swoje powody. Z resztą pytasz tak, jakbyś sam nigdy nie znikał z siedliszcza. – W oczach Murzyna Aneta dostrzegła błysk zrozumienia, jego twarz spoważniała.

– A tak przy okazji – Andriej zmienił temat – Aneta, to jest Merun – poznajcie się.

Aneta podała Merunowi rękę, którą ten z elegancją pocałował. Speszyło ją to trochę, po raz pierwszy jakiś mężczyzna postąpił wobec niej tak wytwornie. Nie obracała się w towarzystwie, gdzie takie zachowania byłyby na porządku dziennym. Uśmiechnęła się tylko.

– Miło mi – Merun odwzajemnił uśmiech. – Na pewno znajdzie się tu miejsce i dla ciebie.

– Chodź, pokażę ci gdzie mieszkam. – Andriej wziął ją za rękę i wprowadził do jednego z korytarzy.

Znajdowały się w nim kręcone, wąskie schody prowadzące na galeryjkę, której stojąc na dole Aneta nie dostrzegła. Wzdłuż ściany znajdował się rząd drewnianych, półokrągłych drzwi. Chłopak podszedł do trzecich od lewej i pchnął je lekko. Za nimi krył się skromny, urządzony z prostotą i surowością pokoik.

Proste, niskie łóżko postawione pod ścianą naprzeciwko drzwi, mały stoliczek z nielakierowanego drewna, regał z książkami i mała szafka. Okrągłe poduchy ułożone w kącie nadawały mu przyjemnego klimatu i łagodziły ten surowy styl. W kącie, na żeliwnym trójnogu stała kamienna misa, a w kącie dzbanek na wodę. Andriej zdjął z regału kuty świecznik, zapalił świece i postawił go na stole tak, żeby światło nie oświetlało jego osoby. Podszedł do Anety.

– Mogę wziąć twój płaszcz? – zapytał.

– Oczywiście. – Trochę dziwił ją jego sposób bycia. Nie wspominając o tym, że dziwiło ją tutaj wszystko – począwszy od architektury budynku po samą postać Andrieja.

– Proszę, siadaj. – podsunął jej ciemną, aksamitną poduszkę – Chciałbym z tobą porozmawiać. Herbaty?

– Nie, dzięki. Czuję się, jakbym skoczyła w czasie do średniowiecza…

– Dlaczego mi zaufałaś? – zapytał takim tonem, jakby rozmawiał o pogodzie. – Nie pytam, dlaczego przyszłaś tu ze mną, ale dlaczego w ogóle wyszłaś z domu.

– Czy ty zawsze robisz wszystko, co każe ci rozum? Po prostu czułam, że muszę pójść tam, gdzie wyznaczyłeś spotkanie. Jakaś wewnętrzna siła pchała mnie do działania, nie mogłabym zostać na miejscu. Prawdę mówiąc, już raz się tak czułam… A właściwie jak zdołałeś przesyłać wiadomości na mój pulpit, jak mogłeś domyślić się że już odczytałam wiadomość? Skąd wiedziałeś…

– Skąd wiedziałem, że powiedziałaś „Żartuj dalej, koleś!”? To proste. Potrafię kontaktować się myślami z innymi ludźmi, kiedy dobrze się skupię wyczuwam ich myśli. A twoje nerwy w tamtej chwili były napięte do tego stopnia, że odczytałem cię bez trudu. A do komputera dostałem się korzystając z kawiarenki internetowej.

– To coś takiego jest możliwe? – nie wierzyła w telepatię, zjawiska paranormalne, działanie siły woli. Uznawała to za stek bzdur.

– Oczywiście. Wszyscy to potrafimy.

– Wy wszyscy? – kiedy opowiadał, zaczęło w jej głowie kiełkować jeszcze jedno pytanie. To najistotniejsze. – Kim jesteście? Kim ty jesteś? -spytała z naciskiem.

– I kim ty jesteś. Ludzie są przerażeni, kiedy się dowiadują. – uśmiechnął się. Mówił ze spokojem, który wpływał kojąco na Anetę.

– Ludzie są przerażeni? Co to znaczy? Kim jestem?

Nie odpowiedział. Podszedł do kamiennej misy, która okazała się paleniskiem z nie wygasłym żarem i na przykrywającej ją blasze postawił dwie czarki z wodą. Po chwili Aneta usłyszała bulgotanie wody. Wtedy Andriej zdjął z regału drewnianą skrzyneczkę i wsypał odrobinę jej zawartości do wody. Rozległ się przyjemny aromat.

Zdjął czarkę z ognia i podał Anecie.

– Cóż, trzeba zadowolić się tym, co jest – mruknął. – Proszę.

Przypomniała sobie to, co zobaczyła tamtej nocy. Przecież rozmawiała z człowiekiem, który uratował jej życie, a zarazem bezlitosnym mordercą. Dotąd nie widziała jego twarzy, którą zręcznie, wprost naturalnie krył w cieniu i pod długimi, prostymi, zadbanymi włosami. Zastanawiała się, dlaczego. Zapadła niewygodna cisza. Aneta zdała sobie sprawę, że Andriej czyta jej myśli.

– Przepraszam, nie powinnam…- szepnęła, ale Andriej jej przerwał.

– Nie masz za co przepraszać. Chociaż widziałaś coś, czego nie powinien oglądać żaden człowiek… jest to część naszej egzystencji. Wampiry muszą zabijać, żeby przeżyć. Ty też będziesz zabijać.

– Wampiry…? Więc tym właśnie jesteś…? Tym jestem ja, Merun i wszyscy, którzy tu mieszkają? – przerażenie sprawiło, że zaczęły jej się trząść ręce. Odstawiła czarkę na stół. – To dlatego musiałeś go zabić…?

– Tak.

To jedno słowo wypowiedziane zdecydowanym tonem postawiło znak zapytania nad całym jej dotychczasowym życiem. Jednakże odpowiedziało ono na główne pytanie które zadawała sobie Aneta – pytanie o przyczynę niedawnych wydarzeń.

– Z tego wynika, że będę musiała tu zostać. Nie dam rady żyć na powierzchni. To dlatego po mnie przyszedłeś.

– Nie do końca. Pewnie zauważyłaś u siebie jakieś zmiany?

– Zmiany? – powtórzyła Aneta niepewnie. Powoli zaczęła dochodzić do siebie po „rewelacjach”, jakie przedstawił jej Andriej.

– Kiedy ja przechodziłem metamorfozę, z blondyna stałem się czarny, skóra zbielała mi całkiem, straciłem parę kilo. Za to stałem się bardziej opanowany, trudniej było mnie wytrącić z równowagi, dostałem też takiej krzepy, że w szkole trzeba było dwóch dryblasów, żeby mnie położyć na łopatki. A ty?

– Nie zauważyłam żadnej znacznej zmiany w moim wyglądzie. Chociaż może masz rację… włosy mam ciemniejsze, niż dawniej, skóra też mi zbladła od czasu kiedy byłam w Grecji…Nie przestraszyłam się tych bandytów…to chyba można uważać za opanowanie. Czy wiesz kim oni byli?

– Policja zajęła się ostatnio serią morderstw. Wpadła na trop grupy zabójców, którzy właściwie nie mieli powodów dla dokonania tych zbrodni – ginęli ludzie o przeciętnym statusie społecznym, w żaden sposób nie związani z kręgami mafijnymi, a portfele które mieli przy sobie zawsze pozostawały w nienaruszonym stanie. Niecodzienny był też sposób, w jaki zabijali – ofiary miały skręcony kark i podcięte gardło. Takie ciekawostki oczywiście nie ukazują się w prasie. Ktoś musiał dać im cynk, że ty jesteś jedną z nas i ci panowie grzecznie próbowali zabrać cię na przesłuchanie.

– W takim razie dlaczego nie aresztowali mnie w pracy, albo kiedy byłam w domu? Policja rzadko działa w tak nieszablonowy sposób, jakim jest napaść w ciemnej uliczce.

– Na to pytanie nie potrafię udzielić ci odpowiedzi. Może bali się, że nie zdążą zadać ci pytań, bo będą już martwi…

– Ależ to nonsens, ja miałabym zabić człowieka… Wszyscy mieszkańcy mnie znają, wiedzą, że nie byłabym w stanie zrobić czegoś takiego.

– A teraz podejrzewają o zamordowanie tych wszystkich ludzi i tego policjanta! Bardzo lojalni ci mieszkańcy…

– Dobra, dobra. Nie ważne, co myślą o mnie w miasteczku. Skąd wiedziałeś, że potrzebuję pomocy?

– Przypadkowo przechodziłem tamtędy i…

– Nie żartuj. Musiałeś mnie pilnować przez cały czas. Utrzymywałeś kontakt telepatycznie?-raczej stwierdziła niż zapytała Aneta.

– Masz rację. Pilnowałem cię, obserwowałem. I muszę przyznać, po metamorfozie radzisz sobie całkiem dobrze. -uśmiechnął się.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – nie zrozumiała intencji.

– Kiedy słońce zaczęło wywoływać u mnie napady przerażenia, byłem bliski załamania nerwowego. Dopiero po kilku latach przywykłem i zacząłem prowadzić w miarę normalne życie. Później spotkałem Meruna i zamieszkałem tutaj. Rodzinka szybko zapomniała o kuzynie-dziwaku – uśmiechnął się gorzko. – Z resztą nigdy nie byłem uważany za normalnego.

– Ale tyle tu nowości, trochę, mnie to wszystko przerasta. Pozwól, że zadam ci jeszcze jedno pytanie…

– Odpowiem nawet na dziesięć!

– W jaki sposób to wszystko mieści się pod ziemią? – wskazała ręką wokół siebie. – Jak światło słoneczne przedostaje się tu przez takie zwały ziemi… jesteśmy przecież tak głęboko! Zaraz…- zastanowiła się – to nie mogło być światło słoneczne! Przecież kiedy wychodziłam był wieczór, a nie możliwe, żeby już minęła noc! Chociaż kto wie? – uśmiechnęła się przypominając sobie rozmowę z Weroniką.

– Otóż to. To nie jest światło słoneczne. Ono jest bardzo szkodliwe, dlatego siedliszcze urządzone zostało pod ziemią. Kto i kiedy je wybudował – tego nie wiem, nie mam tym bardziej pojęcia, w jaki sposób. Nikt z nas tego nie wie, choć mieszkamy tu już od dwudziestu pięciu lat. Ale podejrzewam, że to światło wypływa ze Studni Końca – Ona też jest rozświetlona w podobny sposób.

Kolejne pytanie odmalowało się na twarzy Anety, więc Andriej od razu powiedział.

– Zabiorę cię tam jutro.

– Andriej… -powiedziała cicho –Jeszcze jedno… – jego opowieść uspokoiła ją na tyle, że odważyła się zadać ostatnie pytanie – Dlaczego nie pokazujesz swojej twarzy?

Zaległo milczenie. Chłopak wstał powoli od stołu.

– Chodź, pokażę ci twój pokój. Ester na pewno przygotowała ci kolację.

 

 

Pokój Anety znajdował się na tym samym piętrze, co Andrieja, tylko po drugiej stronie galeryjki. Był dużo większy, urządzony ze smakiem, widać było, że na jego wygląd wpłynęła kobieca ręka. Pod ścianą stało wielkie łóżko, skrzynia na ubrania, toaletka, na środku pokoju stał stół i kilka krzeseł. Oprócz tego znajdowało się tam też okrągłe palenisko na trójnogu, takie jak w pokoiku Andrieja. Światło dawały cztery lampki naftowe umieszczone po obu stronach drzwi, na stole i przy łóżku. Podłogę pokrywał duży, miękki, puchaty dywan.

– I jak ci się podoba? – w drzwiach stanęła młoda kobieta o równie czarnych włosach i tak samo bladej twarzy jak Andriej. Na sobie miała czarną, długą, prostą suknię. – Mam na imię Ester. – w rękach trzymała tacę z owocami i półmiskiem, które postawiła na stole.

– Miło mi – Aneta podeszła do nowej znajomej. – Dzięki za kolację. Czy wiesz może która godzina?

– Dochodzi pierwsza. Ale to wcale nie jest kolacja. Raczej późne śniadanie, czy może obiad… -uśmiechnęła się, a w jej skośnych oczach rozbłysły ogniki. – My wstajemy wraz z zachodem słońca. Andriej, idź, zamelduj się Pułkownikowi, niepokoił się o ciebie, długo nie wracałeś – wraz z tematem zmieniła swój nastrój.

– Pułkownik spotkał mnie pierwszy… już wie, że jestem.

Aneta zauważyła, że kiedy temat rozmowy schodził na długą nieobecność Andrieja w siedzibie, jego rozmówcy poważnieją nagle i stają się trochę zmartwieni. Kiedy Andriej znikł zamykając za sobą drzwi, postanowiła dowiedzieć się, gdzie był Andriej. Ester musiała to wiedzieć – Aneta przypomniała sobie, co powiedział Andriej w czasie spotkania z Merunem: „pytasz tak, jakbyś sam nigdy nie znikał z siedliszcza”. To znaczyło, że nie tylko Andriej wychodził. A to nie mogło byś niezauważone przez innych mieszkańców siedliszcza.

– Ester, czy wiesz gdzie był Andriej dwa dni temu? – zapytała.

– Tak – ton dziewczyny był poważny, nie miał w sobie tej radosnej nutki, z którą odzywał się wcześniej – i chociaż nie lubię o tym mówić, powinnaś wiedzieć, żeby nie być zaskoczona.

– Co to znaczy? – widać musiało to być coś rzeczywiście poważnego. Czyżby Ester wiedziała o morderstwie?

– Co pewien czas każdy z nas przeżywa, jakby to powiedzieć… – zamyśliła się – …pewnego rodzaju osłabienie woli, umysłu. Stajemy się wtedy bardziej podatni na to, co stanowi o naszej naturze. Jest to jakieś wołanie z wewnątrz, wołanie o krew. W takim stanie nie potrafisz się oprzeć temu, czego żąda twój organizm. Stajesz się oszalałą maszyną, zdolną do morderstwa – musisz uciszyć ten głód krwi. Wychodzisz na zewnątrz, zabijasz pierwszego, kto nawinie ci się pod rękę, spijasz z niego sok życia – i stajesz się znów sobą. Jesteś znów słabą istotą, żałującą niewinnie ginącego człowieka. Odzywa się wtedy poczucie winy. Jeśli nie jesteś wystarczająco silna, mało brakuje, żeby odebrać sobie życie. Właśnie tego baliśmy się, kiedy Andriej nie zjawiał się przez trzy dni. – zakończyła.

Aneta zrozumiała, dlaczego tak przeraziła się Andrieja podczas pierwszego spotkania. To był ten głód krwi… ona też będzie tak się czuła, a później będzie żałować swojego istnienia… Taka perspektywa przerażała ją.

– Dla mnie też to było trudne. – spojrzała jej w oczy Ester – Musisz się z tym pogodzić – taka jesteś, i nic cię nie zmieni. Och, Aneta. Jedz, bo zaraz zupa ci wystygnie – zmieniła temat.

 

 

Weronika wstała z łóżka. Zapaliła nocną lampkę. Narzuciła na siebie podomkę i wyszła z pokoju. Zdecydowała. Musi skontaktować się z Anetą. Przecież nie dała znaku życia od tygodnia. Nie ważne, gdzie się podziała, trzeba ją odnaleźć. Wcześniej razem z Danielem przetrząsnęli wszystkie kontakty Anety, poodwiedzali rodzinę. Nikt nic nie wiedział o miejscu pobytu przyjaciółki. Aneta zapadła się pod ziemię.

Wera nie wierzyła w to, że dziewczyna byłaby zdolna do morderstwa. Bardziej przypuszczalna wersja mogłaby brzmieć tak, że Aneta została porwana przez mordercę. Podniosła słuchawkę telefonu i zaczęła wybierać numer do Daniela. Nagle jednak…

– Dobry wieczór, Weroniko… – Aneta odezwała się wstając z fotela. Weronika zaskoczona upuściła słuchawkę.

– Nie stój jak zamurowana, to ja, Aneta. Przepraszam, że wyrwałam cię ze snu, dla tak błahej sprawy…- Weronika dopiero teraz doszła do siebie po szoku, jaki w niej wywołał widok Anety w środku nocy w jej małym mieszkaniu.

– Błahej sprawy?! Aneta! Gdzie ty się podziewasz?! Szukam cię od tygodnia, przetrząsam domy twoich krewnych, zamartwiam się… A ty nie dajesz znaku życia! Co się dzieje?

– Słyszałaś pewnie o morderstwie. Dajmy na to, że to ja zabiłam tego człowieka i muszę się teraz ukrywać…

– Aneta…

– Nie przerywaj mi. Wiem, że nie wierzysz, ale takie wytłumaczenie jest mniej skomplikowane. Zbyt dużo się zmieniło i nie będę w stanie wrócić do tamtego życia. Cokolwiek by to miało znaczyć. Najlepiej zapomnij, że tu byłam.

– Nie rozumiem… prostsze wytłumaczenie? A prawda…?

– Co właściwie jest prawdą? Prawda jest taka, że mnie tu w ogóle nie ma. W jaki sposób mogłabym wejść do środka? Przecież twoje drzwi antywłamaniowe sporo kosztowały…

– W takim razie, co mam powiedzieć twoim rodzicom? Aneta, nie wyobrażasz sobie, co oni przeżywają. A nie uwierzą w to, że zabiłaś.

Rodzice… Aneta odkąd wyprowadziła się z rodzinnego domu po ostrej wymianie zdań nie miała z nimi kontaktu. Jeszcze zanim zaczęła studia. Ale teraz…

– Powiedz, żeby… żeby się nie martwili, powiedz że żyję. Powiedz, że… Z resztą nic nie mów. Może kiedyś sama…

– Aneta, potrzebujesz czegoś? Pieniędzy? Jedzenia?

– Dzięki, radzę sobie doskonale. Znalazłam dobrą melinę, nie jestem sama. Nie martw się, Wera.

– Aneta podeszła do przyjaciółki, położyła jej ręce na ramiona. Weronika dopiero teraz dostrzegła, że jej oczy nie są piwne, jak zazwyczaj, ale ciemnobrązowe, prawie czarne. Jej kolor włosów również się zmienił. Aneta była czarna. I bardzo zbladła.

– A tak właściwie tylko ci się śniłam. Przestań szukać, jestem bezpieczna.

 

Weronika nagle ocknęła się z zamyślenia. W pokoju nikogo nie było, tylko słuchawka telefonu wisiała upuszczona przez nieuwagę. „Chyba chciałam zadzwonić do Daniela. Ale po co? W środku nocy?!” Odłożyła słuchawkę na aparat. „Wydawało mi się, że była tu Aneta… Och ta moja chora wyobraźnia” –zaśmiała się w duchu. Poszła powrotem do sypialni. Śnić bardzo realny sen.

 

 

Ubrana w czarną skórzaną kurtkę młoda kobieta przemykała się cicho ulicami miasteczka. Coraz bardziej podobały jej się nowe umiejętności, których nabyła. Nie sprawiło jej problemu otwarcie potrójnego zamka w nowych drzwiach mieszkania Weroniki, z łatwością też zaprogramowała sen koleżanki. Jeszcze kilka spotkań z Merunem i będzie potrafiła wykorzystać wszystkie swoje możliwości. Siła myśli jest naprawdę niepojęta! Takie życie coraz bardziej się jej podobało.

Bała się spotkania z Weroniką. Dotąd była to jedyna osoba, na którą mogła liczyć. To ona załatwiła jej pracę w bibliotece. Choć nie bała by się oddać w jej ręce swego życia, wolała przekazać jej wiadomość w postaci snu. Z resztą Andriej ostrzegał przed wychodzeniem z podziemi – policja wciąż czuwała. Aneta nie chciała narazić Weroniki na przesłuchania. Lepiej, żeby to spotkanie było tylko snem.

Z łatwością odszukała kamienicę która wiodła do siedliszcza. Z radością pchnęła ciężkie wrota wchodząc do długiego korytarza. Wreszcie znalazła miejsce i ludzi wśród których powinna była się znaleźć. Jej drugi dom.

 

 

Stał oparty o kutą balustradę. Spoglądał w otwierającą się pod nim przepaść, oświetloną kolorowym światłem, przesączonym przez miliardy szybek witrażu. Kiedy przyprowadził tu Anetę po raz pierwszy, zachowała się tak samo jak kiedyś on. Pamiętał doskonale pierwsze wrażenie, jakie wywarła na nim Studnia Końca. Wobec Jej ogromu, a zarazem piękna poczuł się mały i nieważny, stał tylko w zachwycie, nie mogąc znaleźć słów podziwu.

Przychodził tu, kiedy chciał się wyciszyć, pomyśleć. Dla niego ta okrągła komnata stanowiła rodzaj świątyni. W tym miejscu czuł obecność Tego, który poruszał światem. Tego, dzięki któremu coś takiego jak Studnia Końca mogło istnieć.

Aneta podeszła do niego, również oparła się o balustradę. Obiegła wzrokiem brzeg Studni. Witraż przedstawiał jakąś postać, lecz z powodu jej rozmiarów nie można było dokładnie jej zobaczyć. Z miejsca gdzie stali widać było tylko miodowo żółte tło i ciemne włosy, oraz czoło postaci. Reszta urywała się w głębi. Można było dostrzec tylko miliony barw, rozświetlających wnętrze studni.

Andriej odwrócił się do Anety. Jego włosy jak zwykle zasłaniały oszpeconą cześć twarzy, ale oczy patrzyły na nią ciepło. „Znam twoje oczy. Kim ty jesteś, Andriej?”

– Nie było problemów z przejściem przez miasto?

– Ależ skąd. Przecież nie wprowadzili z mojego powodu godziny policyjnej… Miasto o wiele bardziej podoba mi się uśpione.

– Mhm… A twoje zobowiązania?

– Pytasz o Weronikę, czy o bibliotekę? O to drugie nawet się nie martwię, zdziwisz się, jak wiele osób starało się o tę posadę. Teraz mają większą szansę. Z resztą mało kto chciałby, żeby oskarżona o morderstwo prowadziła bibliotekę… – Zmieszała się. – przepraszam, niepotrzebnie wspominam. Cały czas to mnie prześladuje, nie mogę… a ty… Z resztą już nic nie mówię.

– To nic, Aneta… nie przepraszaj. Nie powinnaś była mnie wtedy zobaczyć, niechcący dopuściłem do niebezpiecznej sytuacji. Tylko dlatego jest mi przykro. To co wtedy zrobiłem… to część mojej… naszej egzystencji. I musisz się do tego przyzwyczaić. Im szybciej tym lepiej. Mnie się już udało.

Zaległo pełne napięcia milczenie. Andriej był świadom, że nie mówił całej prawdy. Nie powiedział, ze nigdy nikomu nie udało wyzbyć się żalu i wyrzutów sumienia za tych mordowanych ludzi. On też nadal żałował. Nie chciał jednak, żeby Aneta z żalu straciła rozum. Takie przypadki widywał ostatnio zbyt często.

– A wracając do Weroniki, jak wytłumaczyłaś jej tak późną wizytę? – uśmiechnął się. Należało jak najszybciej zażegnać niebezpieczny temat.

– Wykorzystałam to, czego nauczył mnie Merun. Tak właściwie był to mój egzamin techniczny… – Aneta też nie miała ochoty rozmawiać na przykre tematy.

– I mogę być zadowolona – dokończyła z uśmiechem.

– To znaczy?

– Szybkie otwarcie drzwi antywłamaniowych i spotkanie w konwencji onirycznej. Weronika właśnie śni spotkanie ze mną.

– Czyli nieźle to wymyśliłaś. Skąd jednak masz pewność, że uwierzy w wyjaśnienia?

– Weronika zbyt ufa snom, żeby nie zauważyć przesłania zawartego w tym spotkaniu: „nie martw się o Anetę”. Z resztą wysłałam do niej maila z pozdrowieniami i zapewnieniem, że jestem bezpieczna i sobie poradzę.

– Dlaczego uważasz, że jesteś bezpieczna? – Aneta wyczuła w jego głosie odrobinę przekory – Ja mogę stanowić dla ciebie zagrrrożenie!

– Ha, ha, ha, taki pacyfista jak ty? W prawdzie znam cię dopiero dwa tygodnie, ale mogłabym przysiąc że było to dla mnie jak dwa lata. Chyba że… – zarzuciła mu rękę za szyję – Przyznaj się, Casanovo jeden, ile serc już złamałeś?

Śmiejąc się wyszli z okrągłej komnaty. Gdyby ktoś spojrzał teraz na nich odniósłby wrażenie, że zbyt dobrze do siebie pasują, żeby nie być razem. Ale nikt na nich nie patrzył. Tylko śmiech odbity od ścian spłynął do Studni końca. Światło nagle stało się jaśniejsze. Albo było to tylko chwilowe złudzenie…?

 

 

Obudziła się zlana zimnym potem. Przyspieszone bicie serca mówiło: coś jest nie w porządku. Czuła napięte do granic możliwości nerwy, najmniejszy szelest był dla niej zbyt głośny. Wiedziała, ze musi wyjść z podziemi. Jej czas nadszedł.

Podniosła się z łóżka. I od razu musiała złapać się poręczy, zawroty głowy były zbyt silne. Szybko jednak pokonała słabość. Wewnętrzna siła pchała ją do działania. Odrzuciła na ziemię czarną suknię w której chodziła w podziemiu. Na skrzyni pod ścianą leżała czarna kurtka, T-shirt i spodnie. Na ich mały, ostry nóż z przyciemnionym ostrzem.

Nikt nie zauważył, kiedy wychodziła. Po korytarzach snuły się zaspane postaci.

Nigdy jeszcze nie czuła się tak zdecydowana. Musiała wyjść na powierzchnię. Gdyby ktokolwiek stanął jej teraz na drodze, nie powstrzymałby jej.

Schody przebyła skacząc co drugi stopień. Wyszła z kamienicy. Chłód wieczora usunął z niej resztki snu, uspokoił kołaczące serce. Poszła w kierunku parku. Ulice były puste, nie minęła ani jednego przechodnia. Nie miała pojęcia po co wyszła na powierzchnię, czuła tylko wewnętrzny nakaz wołający ją do parku.

Pod drzewami było ciemno. Od alejki odgradzał ją niski żywopłot. Siadła na trawie. Musiała czekać. Tylko to słyszała wewnątrz siebie. Była spokojna.

Daleko w alejce zamajaczyła niska postać idąca chwiejnym krokiem. „Nie ma się czemu dziwić, przecież ogólnie wiadomo, gdzie zbiera się pijacka elita miasteczka…”

Postać zbliżała się. „Jest idealnym celem”- usłyszała w myśli – „idzie sam, minie trochę czasu, zanim znajdą pijaczynę leżącego w krzakach w najmniej odwiedzanym zakątku parku.” Nie przeraziła się swoich myśli. To, co zaraz zrobi, jest przecież całkiem naturalne…

Postać była blisko, na odległość pięciu kroków. Aneta bezszelestnie wyskoczyła z krzaków. Zaskoczyła ją szybkość własnych ruchów. Pchnęła mężczyznę na ziemię, oplotła kark ramieniem, gwałtownie nacisnęła kolanem górną cześć kręgosłupa. Pijaczyna nie zdążył nawet zauważyć niebezpieczeństwa.

Dziewczyna wyjęła zza paska spodni nóż. Mechanicznym ruchem rozcięła lewą część szyi. Z rany trysnęła krew. Wampirzyca pochyliła się nad swą ofiarą.

 

Aneta, nagle wystraszona, podniosła się. Klęczała nad zamordowanym człowiekiem. Z tętnicy nadal płynęła krew w coraz wolniejszym tempie bijącego jeszcze serca. Spojrzała na swoje dłonie, w upiornym świetle księżyca czarne od krwi zabitego. Zaczęła sobie uświadamiać, co zrobiła. Ręce zatrzęsły jej się z przerażenia. Musi uciekać! A może mężczyzna jeszcze żyje? Może zdoła mu pomóc? Nie, musi uciekać, zaraz wszyscy się dowiedzą o kolejnym morderstwie. Uciekać. Ale gdzie?! Wstała. Odbiegła kawałek od swej ofiary. W panicznym strachu zauważyła, że nie ma przy sobie noża. Wróciła do leżącego. Drżącymi dłońmi szukała małego przedmiotu. Daleko w alejce dostrzegła biegnącą w jej kierunku osobę. „Szybko, nóż, jeśli go nie znajdę… A może dobrowolnie oddać się w ręce policji? Tak. Odpokutuję. Zabiłam człowieka. Zabiłam człowieka. Zabiłam…”

Wreszcie wyczuła zimny, lepki od czegoś kawałek metalu. Ścisnęła go w dłoni. Postać w alejce była o wiele bliżej. Aneta podjęła decyzję. „To ja jestem mordercą” krzyknęła. Nagły zawrót głowy podciął ją w kolanach. Ostatnim, co zapamiętała, były podtrzymujące ją przed upadkiem ręce.

 

Andriej obudził się, poderwany niespokojnym przeczuciem. Nie miał ostatnio problemów ze snem. Stało się coś, co było do przewidzenia. To, czego się bał. Co krążyło nad nim od jakiegoś czasu, jak padlinożerca nad truchłem. Teraz jednak sęp przysiadł na ofierze i rozpoczął ucztę. Pobiegł do pokoju Anety. Był pusty.

 

Biegł szybko w stronę zaułka, gdzie spotkała go w tym mieście po raz pierwszy. Cisza. Nikogo nie ma. Zdawał sobie sprawę, że naraża życie. W szale wampirzyca zaatakuje pierwszą osobę, którą napotka. Nie potrafi jeszcze na tyle nad sobą panować. Ale bardziej bał się o życie Anety. Dziewczyna nie wiedziała, jak poradzić sobie ze strachem. Wolał nie kończyć swoich myśli. Dwa lata wcześniej, niedługo po przybyciu do siedliszcza, jego rówieśnik zakończył taką przygodę w rzece.

Przeczesywał miasteczko pełen najgorszych obaw. Znał miejsca, gdzie zazwyczaj chodzili w takich sytuacjach. Dziewczyny nie było. Nagle przypomniał sobie. W swych poszukiwaniach przeoczył miejski park.

 

 

Gdyby przybył sekundę później, Aneta przewracając upadłaby na własną rękę, wciąż ściskającą mały czarny nóż. Położył dziewczynę na ziemi, odsunął nieboszczyka w krzaki. Po plecach przebiegł mu nieprzyjemny dreszcz. W ciągu ostatnich dwóch lat często spotykał się ze śmiercią. Jednak zawsze był pod wpływem Głodu.

Wziął ją na ręce. Była niesłychanie lekka. Cieszył się, że odnalazł ją w porę. Z uczuciem ulgi, szybkim krokiem szedł w kierunku siedliszcza. Nikt nie zwrócił na nich uwagi, nikt im nie przeszkodził. Uczucie spokoju, które go opanowało, popłynęło przed nim, chroniąc jego drogę i zmierzając do Studni Końca.

 

Obudziła się. Ze zdziwieniem zauważyła, że nie znajduje się na posterunku policji. Leżała we własnym łóżku. Przy palenisku stał Andriej, odwrócony do niej tyłem przesuwał na płycie metalowe kubeczki. Kiedy wyczuł, że się obudziła, zdjął jeden z nich, sypnął do środka aromatycznych ziół z poustawianych na stole woreczków i podszedł do łóżka. Aromat naparu rozszedł się po pokoju.

Aneta mało pamiętała z wydarzeń ostatniego wieczora. Jednak jedno zapamiętała doskonale. Jest mordercą. Bezlitosnym, wyrachowanym mordercą.

– Niepotrzebnie za mną pobiegłeś… zabiłam człowieka, bezbronnego człowieka. Zamordowałam…

– Cicho, teraz niczego już nie zmienisz. Nic się nie stało z twojej winy.

– Mogłeś mnie tu nie przyprowadzać. Znaleźliby mnie rano, teraz byłabym już w areszcie… a potem w więzieniu. Mogłabym wziąć na siebie wszystkie te morderstwa, mielibyście spokój… nikt nie szukałby już zabójcy.

– Aneta, nie myśl o tym teraz. Wypij to, postawi cię na nogi.- podał jej parujący kubek.

Dobrze wiedział, że nie pomogłaby im dobrowolnym oddaniem się w ręce policji. Od dłuższego czasu strażnicy prawa siedzieli im na karku, dziw że jeszcze nie odnaleźli siedziby. Podczas przesłuchań mogłaby wspomnieć o czymś, co zdemaskowałoby ich.

Aneta po kilku łykach naparu rozbudziła się zupełnie. Miała na sobie suknię, a na rękach nie było śladów zdradzających jej nocny wypad. Andriej powędrował oczyma za jej wzrokiem.

– Ester doprowadziła cię wczoraj do ładu. Dobrze, że się nie widziałaś w takim stanie, gdybym nie był pewien, że to ty, wystraszyłbym się – uśmiechnął się.

– Andriej… powiedz, czy gdybyś wczoraj w nocy przyszedł zbyt szybko… zanim zjawił się ten pijaczyna… czy…?

Chłopak nie musiał odpowiadać. Ona znała odpowiedź.

 

 

Merun cieszył się przyjemnością, jaką daje czas wolny spędzony w fotelu z książką. Od czasu do czasu sięgał po stojący obok kubek. W kubku tym bardzo rzadko można było znaleźć napój o alkoholowym posmaku. Od różnorakich drinków o wiele bardziej smakowały mu mieszanki ziół przyrządzane przez Amerę. Ona posiadała niezmierzoną wiedzę na temat gatunków, rodzajów, sposobów parzenia… A nic nie smakuje lepiej, niż napój przyrządzony ręką bliskiej sercu osoby. Rozległo się ciche pukanie do drzwi.

– Proszę… O Aneta! Cieszę się, że przyszłaś. – wstał, kiedy wchodziła.

Aneta przy każdym spotkaniu zwracała uwagę na jego zachowanie. W jej środowisku trudno było znaleźć mężczyznę wstającego na powitanie kobiety. Dla chłopaków z podziemia nazywany Pułkownikiem Merun był autorytetem, budził podziw, szacunek. Każdy z nich chciał choć odrobinę go przypominać. Dzięki temu żeńska cześć podziemia nie miała prawa narzekać na maniery męskiej.

– Siadaj, proszę…- podsunął jej drugi wiklinowy fotel. – słyszałem, że wczoraj…

– Tak i właśnie o tym chcę rozmawiać.- przerwała mu.– Andriej powiedział mi, jaki wkład w cywilizację mają wampiry. Kultura, sztuka, medycyna, ziołolecznictwo. Ale wczoraj przekonałam się, co naprawdę chodzi. Wszyscy jesteśmy potworami, co pewien czas stajemy się bestiami zdolnymi niszczyć życie. Dlatego postanowiłam odejść. Przyszłam się pożegnać i…

– Aneta… czy ty wiesz o czym mówisz? – jej zdecydowane słowa przeraziły go. – jeśli będziesz przebywała z innymi ludźmi w czasie Głodu, pozabijasz ich. Trafisz do więzienia. Zniszczysz sobie życie. Tutaj możesz bezpiecznie czekać aż odezwie się w tobie głód, nie czyniąc nikomu krzywdy. Tu nie będziesz cię czuła wyobcowana, tu wszyscy jesteśmy tacy jak ty…

– A czym właściwie jest moje życie?- podniosła głos- Wczoraj bestialsko zabiłam człowieka. Nie mogłam samej siebie powstrzymać. Jestem potworem. Wszyscy nimi jesteśmy! – jej głos urósł do krzyku – Dlatego muszę opuścić siedliszcze. Na zewnątrz łatwiej pokonam Głód.

– Anetko, Anetko… pokonać Głód? To przecież niemożliwe… mieszkam tu już od piętnastu lat i… dotąd jeszcze nikt…

-…dotąd nikt nie próbował powstrzymać własnego szaleństwa? Ja wiem… czuję, że jestem w stanie przeciwstawić się Głodowi. A kiedy ja wydobędę się z tego, być może inni… dajmy na to Andriej też spróbuje. Merun, ja chcę wrócić do normalnego życia. Chcę skończyć studia. Zostać dziennikarką. Nie zaszyję się znów w bibliotece… pokonam ten strach, przecież był on spowodowany metamorfozą… mam przed sobą całe życie. Kim ty byłeś tam, na górze?

Coraz mocniejsze argumenty. Wiem, wiem, Anetko… ja też się kiedyś chciałem, pokonać własną słabość. Brakło mi… czego? Odwagi? Kim byłem na górze? Byłem lekarzem. Ale ja nie mam przed sobą całego życia, tak jak ty. Kardiochirurdzy w moim wieku grzecznie odchodzą na emeryturę. Ja miałbym wrócić do tamtego świata? Dobrze. Ale po co? Mnie tu dobrze. Mam swój kąt, Amera jest blisko… Pytam jeszcze raz – po co?”

– Chcesz się zmierzyć z samą sobą? Dobrze. Nie opuszczaj podziemia. Kiedy będziesz czuła, ze zbliża się Głód, daj mi znać. Spróbuj najpierw pokonać go tutaj, podziemie nas chroni. Tu nikomu nie zrobisz krzywdy. Jeśli uda ci się pokonać Głód, pozwolę ci odejść. To będzie nawet polecenie. Jeśli oczywiście będziesz mogła wrócić do swojego dotychczasowego życia… pomyśl tylko jak poradzisz sobie z powrotem. Mam nadzieję że nie zerwałaś wszystkich kontaktów…

Aneta pomyślała o Weronice. Przyjaciółka bez zbędnych pytań pomogłaby jej na samym początku. A potem… pojawił się w jej myśli dom rodziców. Obiecała Weronice, że kiedyś do nich wpadnie. A może by tak… wpaść do nich na stałe?

– Dziękuję, że uszanowałeś moją prośbę. Zwrócę się do ciebie, kiedy przyjdzie czas. A na razie… pomyśl, czy sam nie chciałbyś uciec od tego zaklętego kręgu szaleństwa.

Dziewczyna wyszła. Merun stał chwilę zadumany. „Ona nie jest świadoma, co chce pokonać…” Nikt z nich nie próbował nawet przeciwstawić się Głodowi. Dlaczego? Jeśli skutkiem może być wyzwolenie od nałogu… Bo czymże było owo ciągłe zabijanie? Ludzie masowo zaczęli wyjeżdżać z miasteczka. W prawdzie nikt nie mówił z jakiego powodu… ale jedno było jasne. Fala morderstw wszystkich przerażała. Do tego stopnia, że nikt o nich nie wspominał. Jeżeli Anecie uda się pokonać własną słabość, być może uda się to wszystkim… a chyba wszyscy o tym marzyli. Lecz czy będą chcieli opuścić ten bezpieczny, jakby stworzony dla nich świat? Człowiek z natury jest leniwy. Jeśli jakaś sytuacja mu odpowiada, zrobi wszystko, żeby tylko nic się nie zmieniło. Przecież tutaj nikt nie musi przeciążać się pracą – wystarczy, że odhaczy swój niewielki przydział obowiązków… oj tak, będzie im trudno rozstać się z taką idyllą.

 

 

W herbarium było ciepło. Światło sączyło się z sufitu wykonanego z ogromnej ilości szybek. Życiodajna woda płynęła czarną kamienną rynną, pokonywała zbiorniki, spiętrzenia, zakręty, żeby dostać się do korzeni czekających na nią roślin. A tych była tu niezliczona ilość, poczynając od niskich ziół, a na dziesięciometrowych drzewach kończąc.

Siedzieli na ławce, ona oparła głowę o jego kolana. W odległym kącie co jakiś czas dostrzegali poznaczoną siwymi pasemkami głowę Amery.

– Andriej… – cichym głosem Aneta przerwała milczenie – Postanowiłam odejść.

– …?

– Odejdę stąd. Wrócę do domu, moi rodzice mieszkają w innej części kraju. U nich będę bezpieczna. Skończę studia, znajdę sobie pracę… nie pozwól mi odejść samej. Wróć ze mną do normalnego życia. Może to jest egoistyczna postawa, ale nie chcę tam być sama.

– Odejdziesz? A co z…

– Przełamię się. Zrzucę to z siebie choćby nie wiem co. Bo nie chcę tracić życia. Owszem, tutaj można egzystować. Ale prawdziwy świat jest tam, na zewnątrz.

Prawdziwy świat JEST na zewnątrz. Przecież jesteś człowiekiem. Masz prawo żyć w normalnym społeczeństwie. Ty, Aneta, jesteś tu po to, żeby to wszystkim uświadomić. A ja mam ci w tym pomóc.”

– Wiem.

Nic więcej nie dodał. Kiedy przyjdzie czas, będzie musiał działać. Nie dopuścić, by się poddała. Ale on znał ją zbyt dobrze, żeby twierdzić, że będzie to trudne zadanie. Aneta miała w sobie niespotykaną siłę. Dzięki takiemu charakterowi to ona została wybrana. Bo teraz Andriej był przekonany, że nie znalazł się w jej życiu przypadkiem. Rolą Anety było wskazanie drogi ratunku wszystkim ludziom zakutym w kajdany własnej osobowości. On miał ją chronić i pomagać. Być jej opiekunem.

Aneta podniosła głowę i spojrzała mu w twarz. Od czasu ich pierwszej rozmowy w jego pokoju coraz śmielej w jej towarzystwie odwracał się do światła. Patrzyło na nią dwoje ciemnobrązowych oczu. Oczu bardzo dobrze jej znanych. Minął dopiero miesiąc, a ona zdążyła poznać chyba wszystkie ich odcienie. Oczy mówią wszystko. Oczy nie kłamią.

Nieśmiało wyciągnęła rękę. Nie stało się to, czego się bała . Nie odwrócił głowy. Dotknęła dwóch zgrubiałych blizn ciągnących się od lewego oka i ucha ku brodzie. Skóra na policzku była nienaturalnie gładka i ponaciągana, gdzieniegdzie pod palcami wyczuwała mniejsze zgrubienia.

Wyczuła przyspieszony oddech. Odsunęła rękę. Objęła go za szyję i przytuliła się uspokajająco do jego ramienia.

– Co się stało?

Westchnął. Myślała, że nie odpowie. Odpowiedział.

– Wypadek. Motocykl poszedł na złom, nic z niego nie zostało. Przy uderzeniu wyciekło trochę paliwa ze zbiornika. I zostawiło mi małą pamiątkę. Mam szczęście, że tak małą. Z resztą, czy to aż takie ważne…

– Andriej, czy wierzysz w Anioły? – zapytała.

Nie spodziewał się tego pytania.

– W Anioły? Dlaczego pytasz?

– Czy masz czasami uczucie, że ktoś cię pilnuje, opiekuje się tobą? Że nie wszyscy ludzie, których spotykasz na ulicy, są przypadkowi?

Zapadła cisza. Andriej westchnął. Czuł, że te niedopowiedzenia, zmyślone historie, powoli stają się dla niego zbyt wielkim cieżarem. „Dlaczego muszę kłamać…” – zastanowił się. Gdyby powiedział jej wszystko… na to jednak przyjdzie czas.

– Najwyraźniej mój Anioł zapomniał wtedy o ograniczeniu prędkości. – uśmiechnął się. – W każdym razie nie jest to najgorsze co mogło mi się przytrafić…

– Zrób coś dla mnie, Andriej…

Hm?

– Bądź moim aniołem.

Stała przy Studni. Od rana razem z innymi uwijała się jak w ukropie. Trzeba było zdążyć na czas z zapakowaniem kolejnej dostawy. Teraz przyszła pora wytchnienia – ich zaopatrzeniowiec kierował właśnie załadunkiem skrzyni z liśćmi na ciężarówki – tym zajmowali się chłopcy.

Usłyszała ciężkie kroki za sobą.

– Och, och, och… co my tu mamy… Panienka tutaj sama?

Do sali wchodził właśnie ów zaopatrzeniowiec. Był jednym z nich, ale żył wśród ludzi. Aneta nie zastanawiała się nawet, w jaki sposób radził sobie, kiedy budził się w nim Głód. Ubrany był w wytarte jeansy i granatowy t-shirt, na ramiona miał narzuconą skórzaną kurtkę.

Oparł się o barierkę, bardzo blisko Anety. Z kieszeni kurtki wyjął plastikowy woreczek z liśćmi i bibułkę, po czym zaczął robić sobie skręta.

– Chcesz? – zapytał – Świeża dostawa… – roześmiał się. Aneta skrzywiła się.

– Dzięki, mam nadzieję, że tobie wystarczy – odpowiedziała lodowatym tonem. Nie miała najmniejszej ochoty wdawać się z nim w rozmowę. Odwróciła się i zrobiła krok w stronę wyjścia. Ten złapał ją za nadgarstek.

– Oj, panienka coś, widzę, mało rozmowna… Ale można temu zaradzić… – przyciągnął ją do siebie.

– Proszę mnie puścić! – Aneta spiorunowała go wzrokiem. Nie podobało jej się jego zachowanie.

– Proszę mnie puścić… – przedrzeźniał ją – Puszczę, puszczę. Ale najpierw panienka spróbuje waszej nowej dostawy. Całkiem niezła… może wtedy będzie bardziej skora do… hm… rozmowy! – przykleił do niej swój wzrok.

– Jakiej dostawy?! My nie sprzedajemy żadnego świństwa!

– Oj, oj… aleś ty naiwna… Przecież z waszej uprawy czerpiecie niemałe zyski. Myślisz, że na herbacie zarobilibyście tyle?

Aneta wyrwała rękę i wybiegła z sali. Za sobą usłyszała kroki zaopatrzeniowca.

– Czekaj, mała! Jeszcze nie skończyliśmy rozmowy!

Biegł za nią. Aneta wystraszona zorientowała się, że skręciła w zły korytarz. Z przerażeniem zauważyła, że robi się on co raz węższy. Rząd pochodni oświetlających korytarz skończył się, ona jednak biegła dalej.

– Andriej! – nie chciała krzyczeć, wołanie o pomoc samo wyrwało się z jej ust.

Przed sobą zobaczyła światło. Była przekonana, że zdoła wydostać się z korytarza, zanim prześladowca ją dopadnie. Ten był jednak szybszy. Dogonił ją tuż przy pierwszej pochodni.

– Jak miło, że pomyślałaś o aranżacji wnętrz, złotko… – złapał za oba nadgarstki i przyparł ją do ściany. Aneta poczuła jego zadymiony oddech na swojej twarzy.

– A tak w ogóle, wasze zielsko doskonale pozwala na przetrwanie kryzysu… chyba wiesz, co mam na myśli… – zaśmiał się i dmuchnął jej dymem prosto w twarz. Dziewczyna zakaszlała.

– Co się tu dzieje! – tubalny głos Meruna zniszczył napastnikowi okazję do dalszego znęcania się nad Anetą.

– O miło mi spotkać… – uśmiechnął się z ironią. – Niestety, chyba przerwałeś nam rozmowę, stary… Mógłbyś się na moment… no wiesz, ulotnić?

– Jamir, ostrzegałem cię, żebyś nie wchodził do pałacu. Tym razem przegiąłeś… – zniżył głos prawie do szeptu – …i nie mam zamiaru tego tolerować! – Merun podszedł do niego. Był prawie o dwie głowy wyższy.

– Czego, stary?! Przecież my tylko rozma… – nie skończył. Miał nadzieję, że wyciagnięte z kieszeni ostrze pozwoli mu pozbyć się przeciwnika. Nie przewidział jednego – Merun mimo swojej niedźwiedziej postury był szybszy. Prawie jednym ruchem pozbawił go noża i wykręcił do tyłu rękę. Jamir nie stawiał oporu, kiedy ten pchnął go do celi z której się wcześniej wynurzył i zaryglował drzwi.

– Wszystko w porządku? – zwrócił się do Anety.

– Merun, czy w herbariach mamy plantacje narkotyków?

– A co to ma wspólnego…

– Odpowiedz: tak, czy nie?

– Skąd o nich wiesz? – dziewczyna westchnęła. Jej obawy potwierdziły się. Nie tylko przez tego śmierdzącego drania Jamira, ale też przez osobę, której nie bała by się zaufać.

– Wygadał się twój zaopatrzeniowiec. Jak możesz?! Ciekawe, na co przeznaczasz tę kasę…Bo nie wątpię, że ty to wszystko organizujesz! Ale jak możesz mówić nam, że to herbata?

– Masz rację, ja jestem za to odpowiedzialny. I nie kłamię, bo większość upraw zajmuje rzeczywiście herbata. A kilka poletek… jakie to ma znaczenie? Za wszystko trzeba płacić , utrzymanie siedziby jest bardzo kosztowne. Na samej herbacie nie dalibyśmy rady…

– Jesteś oszustem. – lodowatym głosem wyszeptała Aneta – Mam nadzieję, że nie wplątałeś w to Andrieja…

Merun usłyszał odgłos szybkich kroków uciekającej dziewczyny. Nie próbował jej zatrzymać. Miała rację, powinien był im wcześniej powiedzieć, że planuje zwiększyć ofertę. Bał się reakcji. I jak się okazało – słusznie.

 

Aneta biegła korytarzem, chciała jak najprędzej znaleźć się przy Studni. Nie obchodziło jej, co się stanie z zaopatrzeniowcem. Nie zastanawiała się też nad tym, czy powie innym o prawdziwej zawartości plantacji. Ważne było dla niej tylko jedno: czy Andriej jest wobec niej szczery. Nagle nogi ugięły się jej w kolanach. Upadła. „Nie… to nie może być Głód” Poczuła w sobie rozpływajacą się po ciele energię, podobną do tej, która pobudzała ją ostatnim razem. Teraz jednak czuła, że ma powód, za który warto zniszczyć. Oszukano ją. Powoli wstała. Znajdowała się niedaleko Studni, z tej komnaty nie musiała daleko iść, żeby znaleźć się w swoim pokoju. W kufrze leżał nadal mały, czarny nożyk. Wyszła spowrotem na korytarz. „Merun jest u siebie, rozmawia z Jamirem”. Przeczucie nie mogło jej mylić, nie w czasie Głodu. Zdecydowanym krokiem przemierzała korytarz, idąc w kierunku komnaty Meruna.

– Aneta? – Przed nią wyrosła postać Andrieja. – Szukałem cię, wydawało mi się, że wołasz. Myślałem, że coś ci grozi…

– Zejdź z drogi. – powiedziała przerażająco spokojnym tonem. Andriej zauważył nóż.

– Aneta, spokojnie, powiedz, co się stało… – Zaczynał powoli rozumieć, co się dzieje. Dziewczyna zrobiła kilka kroków w przód.

– Poczekaj, porozmawiaj ze mną, Anetko – nie mógł pozwolić, żeby opanowała ją żądza krwi w środku siedziby. – Chodź do mnie, nie powinnaś teraz nigdzie wychodzić… – mówił spokojnym głosem. Powoli zbliżał się do niej. Kątem oka obserwował jej rękę, ściskającą nerwowo nóż. Andriej był świadom, że każdy gwałtowny ruch może go zgubić. Spokojnie wyciągnął ręce do dziewczyny.

– Aneta, tutaj jesteś bezpieczna, nic ci nie grozi. Podejdź do mnie… no, chodź… – powtórzył łagodnym głosem. Ręka dziewczyny drgnęła. Aneta poruczyła się niespokojnie.

– Andriej, dzieje się coś niedobrego – w jej oczach chłopak ujrzał przerażenie. Uspokoił się. Przed sobą zamiast gotowego na wszystko mordercy miał potrzebującą opieki dziewczynę. Aneta podeszła do niego, on objął ją ramieniem.

– Chodź, to nie najlepsze miejsce na rozmowy – szepnął.

 

Siedzieli w jej pokoju. Obserwował bacznie jej nerwowe ruchy, przysłuchiwał się jej opowieści. Nie było dla niego wielkim zaskoczeniem, że Merun robi ciemne interesy. Od jakiegoś czasu sam go o to podejrzewał. Miał jednak zbyt dużo własnych problemów, aby się tym przejmować. Teraz również coś innego było dla niego ważne. Aneta nie wyglądała najlepiej. Zastanawiał się, dlaczego poczuła Głód tak szybko – od pierwszego ataku nie minęły trzy tygodnie.

– Andriej, czy ty wiedziałeś o plantacjach?

– Podejrzewałem Meruna. Ale nie wydaje mi się, żeby mógł zaszkodzić naszej siedzibie. Jest doskonałym organizatorem, wszyscy są mu posłuszni. Uważam, że zapewnia nam dostateczne bezpieczeństwo, a chyba to się liczy. Merun ma autorytet.

– I straci go, kiedy tylko inni dowiedzą się o tych przekrętach.

– Jeśli powiesz wszystkim o tym, co naprawdę rośnie na plantacjach, Merun nie tylko straci autorytet. Dam głowę, że znajdą się tacy, którzy będą chcieli rozkręcić własny biznes. A na pewno mało kto oprze się pokusie spróbowania tego zielska. Tym bardziej, jeśli pomaga przetrzymać Głód.

– Mam nie mówić? Ale my przecież produkujemy prochy! Czy ty masz świadomość, co to znaczy? Kilkanaście lat w pace. Nie mówię oczywiście o moralnej odpowiedzialności…

– Moralna odpowiedzialność… największą winę ponosi Merun, nie wydaje mi się jednak, żeby miał duże wyrzuty sumienia. Tym bardziej ty nie powinnaś ich mieć. Możesz przestać pracować przy plantacjach. Na pewno nie zrobi mu to różnicy… Aneta? – ostatnie słowo wypowiedział pod wrażeniem zmiany, jaka nastąpiła na twarzy dziewczyny. Znów pojawiła się przed nim morderczyni z korytarza.

– Andriej, wyjdź… – wyszeptała z wysiłkiem – wyjdź, zanim będzie za późno… zamknij drzwi.

Chłopak poderwał się. Obrzucił pokój wzrokiem szukając przedmiotów, które w ręku Anety mogłyby stać się niebezpieczne. Chwycił leżący na stoliku nóż, który położyła tam dziewczyna, kiedy tylko weszli. Oprócz niego nie zauważył nic – żadnego szkła, drewnianych belek. Teraz jego zadaniem było zagwarantować bezpieczeństwo zarówno jej, jak i wszystkim w siedzibie. Miał nadzieję, że dziewczynie nie stanie się nic złego. Jeszcze nikt nie próbował przeciwstawić się Głodowi.

 

Andriej mógł mieć nadzieję. Jednakże – jak powiadają – nadzieja matką głupich. To, co rozpętało się zaraz po jego wyjściu trudno było porównać do któregokolwiek z żywiołów. Aneta szalała. O ścianę rozbijały się krzesła, szafa została przestawiona co najmniej dwa razy w przeciwległe kąty pokoju. Chłopak siedział pod drzwiami, truchlejąc za każdym radem, kiedy zza ściany dobiegł pełen bólu okrzyk, bądź huk przewracanego mebla. Drętwiał co chwilę, nie mógł jednak wejść do środka; wiedział, że nie potrafi jej pomóc, nie chciał też narażać innych mieszkańców siedziby.

A burza trwała.

 

Cisza zapadła niespodziewanie. Chłopak, który przyzwyczaił się do ciągłego hałasu podniósł głowę, czekając na ciąg dalszy. Nic takiego jednak nie nastąpiło. „Czyżby…?” bał się sprecyzować swoje obawy. Zza drzwi nadal nie dochodził żaden dźwięk. Andriej zawahał się. Jeśli wejdzie, a ona rzuci się na niego – on być może straci życie. Jednak jeśli ona potrzebuje pomocy…

Przekręcił klucz. Nic się nie stało, żaden odgłos nie zwrócił jego uwagi. Powoli uchylił drzwi…

– Aneta…! – wyszeptał pełen zgrozy.

Dziewczyna leżała skulona na ziemi, pośród połamanych nóg krzesła. Obok niej leżała rozpruta poduszka, z której pierze unosiło się jeszcze w odległej części pokoju. Jednak to nie obraz zniszczeń wywołanych przez dziewczynę osadził Andrieja na miejscu. Chłopak pochylił się nad nią, gotowy w każdym momencie do uniku. Spojrzał na rozbite czoło, z którego spływała cienka strużka krwi. Twarz dziewczyny, jak i ręce były podrapane i zaczerwienione. Mógł się tylko domyślać, że podobnie wygląda całe jej ciało. Delikatnie położył rękę na jej ramieniu. Żadnej reakcji. Szturchnął ja lekko, chciał sprawdzić, czy jest przytomna. Nadal nic. Powoli pochylił się nad nią, jej rękę przerzucił sobie na ramię, objął ją i ostrożnie podniósł. Wiedział, że nie powinien przenosić nieprzytomnej, ale nie miał wyjścia.

 

 

– Dzięki, Ester, teraz sobie już poradzę. – Andriej podszedł do stolika, na którym dziewczyna zostawiła miskę z zupą. Te kilka ciężkich godzin dało w kość nie tylko Anecie. – Wiem, że teraz powinna już być spokojna – zwrócił się jeszcze w stronę wychodzącej Ester – ale bądź ostrożna, kiedy przyniesiesz jej posiłek, a mnie tu nie będzie.

Ester skinęła głową i zamknęła za sobą drzwi. Nie miała zamiaru stać się ofiarą tej młodej wariatki. „Dlaczego ona nie wyszła z siedziby? – zastanawiała się – Przecież czuła, że zbliża się Głód… nie, nie rozumiem. Ja w życiu nie zaryzykowałabym tak…” Od samego początku, kiedy tylko poznała Anetę, wiedziała, że dziewczyna ma inny charakter. A na pewno ma w sobie coś, czym fascynuje Andrieja. „To niesamowite, czego ona dokonała – poruszyła tę zamkniętą w sobie bryłę lodu… Teraz chłopak rozmawia prawie z wszystkimi, choć większość czasu spędza – jak by nie było – z nią samą… Hmmm, czyżbym była zazdrosna?” – zaśmiała się z własnych myśli. Chyba wszystkie dziewczyny z siedliszcza powłóczyły spojrzeniem za tajemniczym długowłosym, żadna jednak nie myślała o nim poważnie. „Ach, ten Andriej! Gdyby tylko pozwolił się bliżej poznać! Z resztą tylu jest fajnych facetów, która z dziewczyn zawracałaby sobie głowę tą chodzącą zagadką!”

 

Nie wiedział, kiedy zasnął. Pamiętał rozmowę z Merunem, w czasie której siedział w jego gabinecie na wygodnym fotelu. Jak się okazało – zbyt wygodnym. Zerwał się. Dopiero teraz uświadomił sobie, że obudził go nagły, krótki krzyk. Zdał sobie sprawę, że nie powinien był zostawiać Anety samej. Wybiegł na korytarz, dopadł schodów i przeskakując po trzy stopnie znalazł się na wyższym poziomie. Drzwi do jego pokoju były otwarte, na posadzce leżała taca, wokół resztki posiłku.

– Ester? – Andriej pchnął drzwi. Ester leżała na podłodze z nienaturalnie wykręconą głową. Coś zabarwiło podłogę wokół niej na czerwono. Zobaczył stłuczoną miskę. Przerażająca prawda zaczęła do niego docierać.

– Aneta!!! – wrzasnął wybiegając na korytarz. Na schodach minął zaalarmowanego krzykiem Meruna. – Mój pokój, szybko! – rzucił. Miał nadzieję, że Ester da się uratować. Biegł w stronę Studni. Jeszcze jeden zakręt… ostatni korytarz… To co zobaczył, kazało mu się natychmiast zatrzymać. Aneta stała z wyciągniętymi na boki rękami, balansując na barierce. Andriej poruszył się niespokojnie. Wyczuła jego obecność.

– Nie podchodź… nie ma potrzeby – powiedziała spokojnym głosem. Głos Anety był spokojny, nie było w nim nic, co wskazywałoby na szał krwi. Wyglądała jak bawiąca się na placu zabaw mała dziewczynka. Jednak upadek z takiej huśtawki nie zakończyłby się dla niej dobrze…

– Aneta, proszę zejdź.

– Dlaczego? – odwróciła głowę w jego stronę. Twarz miała opuchniętą, oczy zaczerwienione. Był to jednak tylko częściowo skutek jej szaleństwa.

– To niebezpieczne, możesz spaść… zejdź.

– Ale ja nie chcę schodzić…. – zaczęła spacerować po barierce.

– To pozwól mi przynajmniej podejść do ciebie!

Aneta zawahała się.

– No dobrze. Ale nie każ mi schodzić.

Chłopak podszedł do niej.

– Daj rękę, pomogę ci. Taka zabawa jest bardzo ryzykowna…

– A skąd wiesz, że ja nie chcę spaść? Może przyszłam tu właśnie po to?

Andriej zdrętwiał. Wszedł na szeroką barierkę. Wolał nie patrzeć na przestrzeń pod stopami.

– Andriej, ja ją zabiłam. – w oczach Anety znów dostrzegł przestraszone dziecko.

– Znaleźliśmy ją bardzo szybko, Merun już jej udziela pomocy…

– Ona jest martwa!!! – wrzasnęła. Siadła na barierce i zaniosła się szlochem. – Nie rozumiesz? – dodała już ciszej – Matwa. Trup. Nie da się odratować kogoś ze skręconym karkiem. I to ja… ja zabiłam. Nie powstrzymałam się. Kiedy się obudziłam było… było wszystko w porządku. Nie czułam Głodu… do momentu, w którym weszła. I wtedy…

– Ciii… – Andriej usiadł przy niej i objął jej wstrząsane szlochem ramiona. – Nic na to nie poradzisz, Anetko, to nie ty jesteś temu winna…

Aneta spojrzała na niego, odgarnęła jego włosy do tyłu. I nagle przycisnęła usta do jego ust.

– Wybacz, Andriej.

Odepchnęła się od barierki i rzuciła w świetlaną głębię.

– Aneta, nie!!! – Andriej chcąc ją złapać pochylił się do przodu, stracił równowagę.

Chciał ją złapać.

Pochylił się.

Stracił równowagę.

Światło pochłonęło ich oboje.

 

 

Spadał. Wokół niego wirowało przesycone światłem powietrze. Spadał tak szybko, że

wydawało mu się, że lewituje. Z głębi Studni z niespotykaną siłą wiał wiatr.

 

Czuła wokół siebie pęd powietrza. Otwarła oczy. I nagle zrozumiała, co przedstawiał witraż w Studni Końca. Olbrzymia postać, której czoło mogła dostrzec z góry poruszała się. Ubrany na biało stary mężczyzna patrzył na nią wszechwiedzącymi oczyma. Pod wpływem tego przenikliwego spojrzenia zadała sobie pytanie o sens tego, co zrobiła. I pożałowała.

 

 

– Panie, dlaczego pozwoliłeś jej skoczyć?!

Jego silny głos nie odbił się echem w studni. Zabrzmiał tak, jakby te słowa wypowiedział w czterech ścianach pokoju. Pęd powietrza ustał, chłopak unosił się teraz na wysokości oczu mężczyzny.

– Czy zastanawiałeś się, ile razy złamałeś zasady? – jego głos, choć stanowczy, pełen był ciepła i spokoju. Andriej milczał.

– Ile razy byłeś mi nieposłuszny? Ja spełniałem wszystkie twoje prośby…

– Panie, wiem, że nie powinienem był robić wielu rzeczy – w głosie chłopaka brzmiała rozpacz – ale nie pozwól, żeby ona zginęła!

– Przecież sama dokonała wyboru. Wybrała śmierć.

Milczał.

– Dlaczego nie wykonałeś zadania do końca? Dlaczego nie powstrzymałeś tej dziewczyny?

– Nie udało mi się, bo Ty tego nie chciałeś. Czy jej śmierć ma być dla mnie karą za to, że ją pokochałem? Dlaczego?!

– Nigdy nie ukarałbym cię za miłość do niej. Twoim zadaniem było chronienie jej. Spisywałeś się dobrze. Do czasu. Kiedy z dziewczynki stała się kobietą, czysta miłość, jaką dotąd ją kochałeś, zmieniła się. Prosiłeś, żebym pozwolił ci być tym, kim ona jest. Spełniłem twoją prośbę. Posunąłeś się za daleko. Aniołowie nawet kiedy schodzą na ziemię w ludzkiej postaci, nie mogą obcować z ludźmi. Złamałeś zasady. Po wypadku dałem ci jednak drugą szansę. Gdyby udało ci się ochronić ją, podnieść ją z tego stanu, w jakim się znalazła, wszystko zostałoby ci wybaczone. Nie utrudniałem ci zadania.

– Dlaczego więc nie powstrzymałeś jej?

– Każdemu daję wolny wybór. To, jak postąpi zależało od niej samej. Ty natomiast miałeś pomóc jej się podnieść.

– Panie, tak wiele spraw pozwalasz ludziom załatwiać samodzielnie…, ale czasem dajesz im zbyt wiele wolności!

– Jak na przykład tobie?

Znów milczenie.

Był świadomy tego, że pozwala sobie na wiele. Wszystkie wykroczenia, które do tej pory popełnił wydały mu się jednak uzasadnione. Pomyślał o Anecie. Przez cały czas pobytu w siedzibie, choć bardzo tego pragnął, nie pozwolił sobie na bliskie spotkanie z nią. Czuł, że miłość, którą ją kochał na początku nie zanikła. Wciąż nadrzędna była dla niego troska o jej dobro.

– Panie, jeśli i mnie obdarzyłeś tak wielką wolnością, pozwól mi prosić Cię jeszcze o jedno. Pozwól jej żyć, tak jak żyła, zanim mnie poznała. Cofnij czas, spraw, żeby to wszystko się nie wydarzyło… Ze mną zaś zrób, co zechcesz. Ukaż mnie za wszystkie wykroczenia. Na przebaczenie nie zasługuję, bo nie żałuję tego, co zrobiłem. W zamian za jej życie weź mnie, Panie.

– Niech więc tak będzie.

 

 

Otaczające ją światło powoli traciło swój blask. Przez przymknięte powieki czuła padające na jej twarz promienie słońca. Z każdym podmuchem wiatru czuła drobinki piasku uderzające o jej rozleniwione, rozgrzane słońcem ciało. Przez chwilę leżała, starając się rozbudzić. Krótka drzemka na plaży w cieniu klifowego brzegu, jaką miała zamiar sobie zafundować, przeciągnęła się do zachodu słońca. Wolno wstała i podeszła do spokojnie falującego morza. Weszła do wody po kostki, zmoczyła dłonie, przetarła twarz i szyję, próbując strząsnąć z siebie resztki snu. Sól była w powietrzu, słony był wiatr, piasek, słona była jej opalona, ciemna skóra. Przypomniała sobie greckie morze. Tam wiatr był mniej orzeźwiający i paradoksalnie mniej słony – choć w wodzie soli było więcej.

Zrobiło się chłodno. Podeszła do miejsca, gdzie zostawiła swoje rzeczy, naciągnęła obcisłe jeansy i białą trykotkę. Do plecaka włożyła tenisówki, ręcznik i papierową torbę z resztkami winogron. Przerzuciła go sobie przez ramię i ruszyła brzegiem morza w stronę wsi.

Kończył się drugi tydzień września. Plażowiczów nie było wielu – wiadomo, wakacje się skończyły, a na kąpiele było zbyt zimno. Kto odważniejszy, wychodził na plażę blisko miasteczka. Aneta szła więc pustą plażą, zostawiając na mokrym piasku ślady stóp.

Wszystko co przeżyła w czasie tych kilku miesięcy było tak nierealne, że wydawało się jej snem. To, w jaki sposób wydostała się ze Studni Końca był dla niej jeszcze bardziej tajemniczy. Jednak nie było jej przez długi czas. Weronika początkowo była ciekawa, co robiła w czasie tak długiej nieobecności. Jednak po kilku nieudanych próbach zaprzestała nękania Anety pytaniami o to, co się z nią działo.

Poczuła jego obecność. Nie odwróciła się. Długo zastanawiała się, co się z nim stało. Nie mógł przecież zginąć w Studni… Nie, skoro ona żyła, to i on żył. Wiedziała, że kiedyś jeszcze się spotkają. I nie pomyliła się.

– Wierzysz w Anioły? – jego głos przypomniał jej wszystko co razem przeżyli.

– Jak mam do ciebie mówić? Andriej czy Nikos? Czy może jeszcze inaczej?

– Pamiętasz rozmowę w herbarium? Poprosiłaś mnie wtedy o coś…

– Pamiętam. Ty jesteś moim aniołem. Wiem o tym. Tylko nie potrafię zrozumieć.

– Nie wszystko trzeba rozumieć, Aneta.

Szli w milczeniu obok siebie.

– I co dalej? Nie wrócisz chyba do biblioteki?

– Już się nie boję. Ty mnie pilnujesz wiec jestem bezpieczna. A światło jest piękne.

– Światło jest piękne.

– Wracam na studia. A co z tobą? Będziesz dalej studiował archeologię, czy pisał książki o aniołach? Zostań ze mną – poprosiła.

Nie odpowiedział.

Zatrzymała się i odwróciła w jego stronę. Miał na sobie białe spodnie i T-shirt. Spięte w kitkę włosy miały jasnoorzechowy kolor. Na twarzy nie było śladu wypadku. Tylko oczy się nie zmieniły. Spojrzał na nią ze smutkiem.

– Aneta, zostanę z tobą na zawsze.

 

Gdyby Aneta odwróciła się, zobaczyłaby na piasku tylko swoje ślady stóp. Ale ona patrzyła prosto przed siebie. Cieszyła się jego obecnością.