W potrzasku czasu – cz.1: Równowaga

Piliście kiedyś jakie wino? Pewno tak. Ale czy piliście ongiś słynne wino Schamm z Varfenu? Ha, chłopkowie, pewnie nie słyszeliście nawet! Wiedzcie jeno, że to najlepsze wino, jakie moglibyście sobie wyobrazić. I nie tylko to w Varfenie jest piękne, o nie! Cne, prócz dziewcząt i trunków, są tam wschody słońca. Ho, ho, a cóż to za widoki były! Wyobraźcie sobie najwspanialszy, najbardziej kolorowy wschód słońca. A teraz przemnóżcie to przez trzy, takie piękne są, o!

Ale rozwodzić się ni będę. Nie po to żem przyjechał. Dziś wam opowiem historię pewnego młodziana, polejcie mi jednak jeszcze kufel piwa…

*

                Bard, oczywiście, miał wiele racji. Wschód słońca owego zimnego dnia był rzeczywiście piękny. Szerokim traktem jechał zakapturzony jeździec. Był odziany w czarne szaty, spod których wystawał kawałek przeszywanicy i sejmitar. Jego kary koń miał długą, białą grzywę, którą co rusz potrząsał. Wokół ciągnęły się pola winorośli schamm, z której wyrabiano najznamienitsze wino w historii. I, oczywiście, paskudnie drogie. Co stajanie czy dwa jeździec mijał niewielkie spichlerze, a nawet chatki. Nie zatrzymywał się jednak, dążył dokądś w pośpiechu.

Nagle, zatrzymał konia i obejrzał się. Zapatrzył się w dal zadumany. W jednej chwili ujrzał jeźdźców w odległości stajania od niego. Spieszyli się. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji. Obrócił się i pospieszył konia. W duchu czuł, że to jego szczęśliwy dzień.

*

– No ale jak to? – spytał zdziwiony półork Krogg swojego dowódcę, kapitana Urthadara.

– Czego tym razem nie rozumiesz?! Toć to proste jak dać w ryj dziewce – masz iść do Klev i zarżnąć Jego. A o powody się nie zamartwiaj, i tak nie zrozumiesz.

– Sam mam zaciukać Czarnego Jeźdźca? Ale to niemożebne! Jakim cudem…

– Nie dyskutuj, bo za niewykonanie rozkazów pójdziesz na szafot!… Dobrze, skoro trzęsiesz rzycią, to dam ci jeszcze dwóch woja z naszego oddziału. Klogg, Mubb! Za Kroggiem! – wrzasnął dowódca, po czym odwrócił się na pięcie i skierował się w stronę swojego namiotu. Kto by pomyślał, że półork się bać będzie jakiegoś wyrostka? – zastanawiał się w myślach Urthadar, odchylając płachtę wejściową…

*

                To on… To Czarny Jeździec! U nas, w Klev… Pelorze, miej nas w swojej opiece… Chwila… A to co?  Nie zatrzymuje się? Nie zarzyna ludu? Co?… Tętent kolejnych kopyt… Zaraza! Ma ziomków! To i po nas… Nie… To kto inny… Jakieś głosy. Szukają go… Chcą go ubić? Jego? Ho, ho, muszę to zobaczyć! Albo lepiej nie… Bo jeszcze ubiją. A wtedy nie będzie miał kto dzieciaków utrzymać… Zostanę. A chciałem, psia mać, pooglądać!

*

                Jeździec na karym koniu wjechał do niewielkiej wioski. Gdy tylko ujrzeli go chłopkowie, zagonili dzieci do domów i zaryglowali się w nich. Znów się obejrzał. Jeźdźcy byli już w odległości ćwierci stajania od niego. Powoli zsiadł z konia i zdjął kaptur.

Miał kruczoczarne, krótko przystrzyżone włosy i małą kozią bródkę. Jego twarz przecinała szeroka, czerwonawa blizna, ciągnąca się od prawej kości policzkowej do ucha. Poza tym całe jego lico pokryte było pomniejszymi szramami. Jego pociągła twarz w połączeniu z defektami skórnymi straszyła. Nie to jednak było najgorsze. To Jego oczy przerażały. Były zupełnie białe. Bez tęczówek.

Czarny Jeździec powoli przywiązał konia za uzdę do ogrodzenia, po czym usiadł na środku drogi po turecku, wyjął sejmitar z pochwy i począł go ostrzyć. Robił to spokojnie i dokładnie.

*

                Krogg był coraz bardziej zdenerwowany. Przeżył w swoim życiu wiele, więcej niż którykolwiek woj z jego grupy. Od bitwy pod Kulleg, przez niezbyt długą karierę w varfenskim wywiadzie aż po pracę w specjalnej grupie uderzeniowej varfenskiej armii, zajmującej się wszystkim, z czym nie dają sobie rady milicja czy wywiad. ON to jedna z tych spraw. Po raz pierwszy w życiu był tak przejęty sprawą Klasy Średniej. Bo po raz pierwszy w jego karierze jego pracodawcy pomylili się w klasyfikacji. Zaraza, pomyślał, po czym popędził konia. Musieli złapać Jeźdźca teraz, póki nie było jeszcze za późno.

Chwilę później ujrzeli niewielką wioskę, Klev. Nic się w niej nie ruszało. Prócz jednej ręki, wykonującej rytmiczne ruchy. Po plecach Krogga przeszły ciarki. Jest tak pewny siebie, że nawet na nas nie spojrzał – pomyślał zaniepokojony półork. Chrząknął, po czym ryknął:

– Czarny Jeźdźcze, Białooki Morderco, Potworze z Rhamas! Przybyliśmy tu, by wreszcie przynieść sprawiedliwość za twe czyny. Powstań i walcz, jak prawdziwy…

– Kto? – przerwał mu niespodzianie Jeździec, powoli podnosząc się z ziemi i bawiąc sejmitarem. – Jak prawdziwy półork? Człowiek? Nie kadź mi o sprawach, o których nie masz pojęcia, o wielki półorku o cnym honorze – podniósł na nich oczy. Klogg zachłystnął się powietrzem. ON naprawdę miał białe oczy. Usłyszał to Czarny Jeździec, który spojrzał się w jego kierunku i uśmiechnął się szyderczo.

– Wracaj skąd przybyłeś, bo nie tobie dziś ginąć… Kloggu – półork omal nie spadł z konia. Skąd, do stu czortów, on zna moje imię? To nie człowiek, to…

– Potwór – dokończył z przerażającym uśmiechem Jeździec. – Tak, umiem czytać wasze myśli, jaśnie panowie. I nie, nie mam zamiaru was zabić. Chyba, że ładnie poprosicie – zaczął się śmiać. Był to śmiech szaleńca, przerażający i wywołujący dziwny niepokój, niczym wycie zimowego wilka. Nagle przestał się śmiać i wyjął z pochwy na plecach… Pięć sianghamów. Każdy jednym palcem.

Krogg nie wytrzymał. Zeskoczył z konia i rzucił się na Jeźdźca z mieczem dwuręcznym w dłoniach. Nie ubiegł daleko. Coś wbiło mu się w kolano. Półork potknął się i poleciał na ziemię twarzą do przodu. Usłyszał jęki za sobą. Wiedział już, co się stało. Próbował wstać, jednak jakaś dziwna siła nie pozwalała mu. Mógł tylko unieść lekko głowę, by zobaczyć czyjąś stopę lecącą w kierunku jego twarzy. Zemdlał.

*

                Rhoden Kvas wychynął zza drzwi. Zobaczył dwóch mężczyzn leżących w kałuży krwi z sianghamami wystającymi z oczodołów. Zobaczył półorka leżącego na ziemi. Zobaczył również posiadacza stopy, która doprowadziła do jego zemdlenia. Po czym na powrót zamknął drzwi i zaryglował je porządnie. Nie mi dziś ginąć, pomyślał.

*

                Zakapturzony jeździec wykonał krótki ruch ręką i bezwładne ciało Krogga uniosło się w powietrze i poszybowało do pierwszej z brzegu chaty. Jeździec ponownie narzucił na głowę kaptur, po czym uśmiechnął się sadystycznie. Uwielbiał takie kabały. Ale jeszcze nie koniec przyjemności na dziś.

Cicho zapukał do drzwi. Nikt nie otworzył. Kolejny uśmiech – właśnie na to liczył. Kolejny krótki ruch i drzwi wyleciały z futryny. Jeździec poprowadził ciało Krogga do wnętrza chaty, po czym otoczył się jakąś magiczną aurą strachu, jak to często czynił wobec kmiotków. W rogu siedziały skłębione kobieta, dwie dziewczyny i niemowlę. Nagle osesek zaczął płakać. Matka próbowała go uciszyć, na nic się to jednak nie zdało. Na środku chałupy klęczał mężczyzna ze sztyletem na wyciągniętych rękach. Jeździec, szeroko uśmiechnięty, zwalił ciało półorka tuż przed chłopem, z zaciekawieniem obserwując jego reakcję. Kmiot był wstrząśnięty, opanował się jednak i powiedział drżącym głosem:

– Sza… Szanowny panie… Proszę cię o łaskę dla mojej rodziny… Poświęć moje życie za moje dziewczynki i żonę… – Jeździec zrzucił kaptur. Kobieta jęknęła, po czym przytuliła mocniej kwilące dziecko i dwie dziewczyny. Była przerażona.

– Chłopie – powiedział ostrym, władczym tonem jeździec. – Spójrz na mnie. Spójrz mi w oczy – kmiot podniósł wzrok. Jego twarz wyrażała paniczny strach. Jeździec uśmiechnął się. Kocham to, pomyślał. – Boisz się śmierci?

– Ja… Tak, panie…

– Więc czemu mnie o nią prosisz?

– Chcę uratować mą rodzinę…

– Ach, no tak. Zapomniałem, co o mnie gadają po wioskach – zamyślił się jeździec. Po chwili zapytał:

– Macie tu piwnicę? – Chłop nie odpowiedział. Jeździec odczekał chwilę, po czym kopnął go w twarz. Usłyszał cichy trzask. Kmiot zacharczał i złapał się za nos. – Szanowny pan chyba nie usłyszał. Czy. Macie. Tu. Piwnicę?!

– Tak, panie!

– No, dobry chłopiec – zaśmiał się szyderczo jeździec. – A teraz zaprowadź mnie tam… A, weź jeszcze najstarszą córkę – widząc panikę na twarzach rodziny, zaśmiał się po raz kolejny. Niemowlę znów zaczęło płakać.

*

                Krogg powoli budził się z otumanienia. Wpierw czuł tylko ból. Potem powrócił w pełni do zmysłów. Rozejrzał się wokoło. Był w jakimś ciemnym, zakurzonym pomieszczeniu. Próbował się poruszyć. I znów ten sam opór, co poprzednio. Jak ja się tu znalazłem?, pomyślał. Nagle usłyszał głos za sobą:

– To ja tu zadaję pytania, Kroggu. Po co tu przyjechałeś?

– Chędoż się – burknął półork. Sekundę później poczuł rwący ból w podstawie czaszki. Zajęczał z cierpienia. Po kilku sekundach ból ustał.

– Zła odpowiedź – odpowiedział zadowolony głos. – Zapytam ponownie. Po co tu przyjechałeś? Tym razem zastanów się dobrze.

– To ty, Jeźdźcze? Ty? Po co ci te informacje, przecież wiesz! – znów poczuł potworny ból w podstawie czaszki, jakby ktoś wbił weń kolec z zadziorami i zaczął kręcić na wszystkie strony. Krzyknął z bólu.

– Do trzech razy sztuka, Kroggu. Ostatni raz pytam: po co tu przyjechałeś?

– Żeby cię zabić, a po co?!

– No, proszę. Trochę pocierpisz i od razu wszystko wyśpiewasz. Dziewczyno, podejdź tu. Jak ci na imię?

– G… Glynn, panie…

– Wspaniale. A więc, Glynn, mogłabyś podać mi ten przyrząd? Tak, ten. Dziękuję. Usiądź teraz proszę okrakiem na panu. – Zza Krogga wyszła zapłakana, niespełna szesnastoletnia dziewczyna. Usiadła posłusznie przodem do twarzy półorka. Ależ ona piękna, pomyślał Krogg, zanim ugryzł się w myślach w język.

– Też tak sądzę, mój drogi. Tym bardziej będzie ci miło, jeśli podczas odcinania ci powiek będziesz, miast mojej paskudnej paszczęki, widział piękną buzię – dziewczyna z przerażeniem spojrzała za Krogga, po czym spojrzała zapłakanymi oczyma na półorka.

– Przepraszam – szepnęła. Po chwili ktoś stojący za nim założył mu dziwną, metalową opaskę na głowę i podpiął pod powieki cieniutkie igiełki. Zaraza, wiedziałem, pomyślał Krogg, widząc w oczach dziewczyny odbicie twarzy oprawcy. Potwór z Rhamas ruszył na łów, psiamać.

*

                Bezwładne ciało znów wylądowało przed nosem płaczącego teraz dla odmiany chłopa. Załkał.

– Cóż, to by było na tyle – rzekła zakapturzona postać, ciągnąc Glynn za kołnierz. – Możecie sobie zatrzymać zaćpana Krogga. Gówno mnie, za przeproszeniem, obchodzi, co z nim zrobicie… A dziewczynę wezmę ze sobą. Macie czas do ranka, by spakować jeden tobołek. Jeśli nie wypełnicie mej jakże miłej prośby, całą rodzinę wyrżnę w pień. Ha, lepiej, cała wioska pójdzie z dymem! Miłego pożegnania życzę – powiedziała postać z przekąsem i wyszła, rzucając dziewczynę na cielsko półorka. Drzwi uniosły się w powietrze i z trzaskiem wskoczyły z powrotem w zawiasy. Glynn spojrzała na zakrwawione ręce i rzuciła się w objęcia rodziny ze szlochem.

*

                Jeździec rozbił się z namiotem tuż przy drodze, na małej polance. Rozpalił magią ognisko, magicznie zabezpieczył wejście, magią zapalił światełko w namiocie. Magia była jego pasją. Jego życiem. Prócz czarów użytecznych w codziennym życiu studiował też magię zakazaną, tą, której nie używali najwięksi szaleńcy Pierwszej Ery, wielką, potężną i mroczną jak najmroczniejsze jaskinie Podmroku. Parał się magią plugawą, bo sprawiało mu to przyjemność. Igrał z niebianami i potworami otchłani, bogami dobrymi i złymi dla zabawy. Wszelkie pakty i prawa były dla niego niczym – był poza nimi. Zbyt potężny dla śmiertelników, zbyt słaby dla bogów, żył swoim życiem, przybierając na sile i potędze.

Prócz magii parał się też walką wręcz. Kochał rozbryzgi krwi, przerażone twarze, świst broni… To był jego żywioł. I nic, naprawdę nic nie mogło go od niego odciągnąć. No, prawie nic…

*

                Rozległo się pukanie do drzwi. Tym razem kmiot od razu doskoczył do drzwi i je otworzył na oścież. Do środka wszedł zakapturzony mężczyzna. Chłop nie wiedział dlaczego, ale w jego obecności czuł się, jak zwierzę gonione przez watahę wilków – odczuwał przemożną potrzebę ucieczki. Przez całą noc nie zmrużył oka, nie mógł ścierpieć straty najstarszej córki. Patrzył ze strachem na jeźdźca, który w tym momencie zrzucił kaptur. Znów obnażył swoją przerażającą twarz i spytał:

– Gotowa? – Chłop z trudnością wydusił z siebie ciche potwierdzenie. Jeździec uśmiechnął się z aprobatą – To i dobrze. Bierz rzeczy, Glynn. Za chwilę widzę cię na dworze. A was proszę o spokój, nic jej nie zrobię… Na razie – zarechotał i wyszedł. Glynn załkała, pożegnała się z rodzicami i rodzeństwem, wzięła tobół pod pachę i wyszła na zewnątrz. Po chwili siedziała już na zabranym koniu Olliego Wittace’a i wraz z Jeźdźcem ruszyła na północ.

*

– Żeby było jasne, jeśli będziesz próbowała ucieczki, zabiję cię zanim zdążysz krzyknąć. Pojmujesz?

– Tak, panie…

– Nie mów do mnie panie, Glynn. Nie będę cię upominał więcej. Jasne?

– Tak… Tak.

– Dobrze. Domyślasz się może, czemu wziąłem cię ze sobą?

– Nie, pa… Nie, nie wiem.

– Jakby ci to… Kiedy wszedłem do waszej chałupy, wyczułem zaburzenia mocy magicznej. Zacząłem tedy skanować pomieszczenie. Okazało się, że pochodzą od ciebie. Zabrałem cię więc na dół, by przeskanować dokładniej, gdy byłaś poddawana działaniu skrajnych emocji. I cóż, odkryłem w tobie potężny talent, dziecino… – Zamilkł i zaczął patrzeć w dal. Glynn chwilę analizowała jego słowa, po czym spytała:

– Czyli… Czyli ja mam ten magiczny talent, tak? A co to znaczy, że magiję uprawiać mogę?

– To, czy tak się stanie, zależy od ciebie i twojego wykształcenia. Ja ci zapewnię to drugie, ale nie myśl, że ci pod nos podsuwać będę… No, na pewno nie rozwiązania – Jeździec uśmiechnął się szelmowsko.

– Ale nadal nie rozumiem…

– Ja chędożę, dziewczyno, czego tu nie rozumiesz?

– Ja… Czemuście mnie wzięli? – Jeździec milczał przez chwilę, po czym rzekł, patrząc się za siebie:

– Jesteś zbyt ładna i utalentowana, żebyś na roli pracowała… Ciesz się, że nie zarżnąłem całej wioski z twoją rodzinką na czele. Masz niebywałe szczęście.

– A… Nie… Mnie… No wiecie…

– Nie, chędożyć cię nie będę, nie to mi w głowie, Glynn. A teraz zawrzyj paszczękę, jedziemy koło wioski. Sprawiaj wrażenie zapłakanej… Tak na wszelki wypadek – znów chytrze się uśmiechnął, po czym przybrał groźny wyraz twarzy i narzucił na głowę kaptur.

*

                Krogg znów się obudził. Znów zobaczył tą samą chałupę. Ponownie poczuł piorunujący ból na całym ciele. Tym razem jednak mógł się poruszyć. Podniósł rękę przed twarz i jęknął. Brakowało mu całej dłoni. Wolał nawet nie patrzeć na resztę swojego ciała, wiedział, kto mu to zrobił, dlaczego i co mu powiedział. Czyli nic – bo nic nie wiedział. I za to Jeździec zmasakrował go w typowy dla niego sposób – czyniąc z niego kalekę.

Gdy spojrzał w bok, ujrzał może czternastoletnią dziewczynę, która podniosła mokrą szmatę i przetarła mu spocone czoło.

– Dziękuję – wysapał, po czym opadł ciężko na podłogę. Po chwili obrócił się znów w stronę dziewczyny. Łkała cichutko, ocierając chustą twarz. – Co się stało, mała? Zranił cię ten potwór? – Zaprzeczyła ruchem głowy. – No to, co się stało?

– On… On zabrał… Glynn…

– Kogo?

– Moją… Moją siostrę, panie…

– Mów mi Krogg, mała. Jak ci na imię?

– Bre… Breemita…

– Nie martw się, Breem. Wszystko będzie dobrze… A co mówił, gdy ją zabierał?

– Że… Jej nie skrzywdzi…

– Jeśli tak powiedział, to nie masz o co się martwić, malutka. On nie łże, o dziwo – Breemita nadal łkała w szmatkę. – No, chodź do mnie… Wszystko będzie dobrze… – Dziewczynka niepewnie przytuliła się do Krogga, a półork przytulił ją kikutem prawej ręki. Zapłakał. Po raz pierwszy od dzieciństwa.

*

– Ty kurwo! – krzyknął po raz setny Jeździec, rzucając sianghamem w pieniek, wyciągając go i rzucając ponownie. Uciekła, suka, pomyślał. Ja do niej z taką możliwością, a ta… Nagle, twarz Jeźdźca wykrzywił zły uśmiech. Począł grzebać w torbie. Po chwili wyciągnął małe zawiniątko i je rozwinął…

– Teraz już mi nie ujdziesz… Nie, twoje życie jest moje, hahaha!

*

                Glynn wpadła na koniu Olliego Wittace’a do wioski, zeskoczyła z niego i zapędziła do jego zagrody. Chwilę później wbiegła do domu. Rodzice powitali ją z ulgą, jednak byli wyraźnie zaniepokojeni. Trzeba im przyznać, że mieli rację, martwiąc się o swe bezpieczeństwo. Nie wiedzieli jednak, jakie piekło ich czeka.

*

– Hej, Góralski, ruszaj dupę, bo cię kopnę! – krzyknął kapral Stanson do szeregowego.

– Biegniemy już od dwóch godzin, kapralu… Nie czuję nóg…

– Dobra. Oddział! Stać! – Sześć osób raptownie się zatrzymało. Wokół był tylko piach i słońce. W oddali majaczyła wielka, czarna budowla, ich cel. – Góralski się, jak zwykle, opierdala i świata poza sobą nie widzi. Więc robimy pięciominutowy postój… Jak który za pięć minut nie stawi się na zbiórce, zostawię! Zrozumiano?!

– Tak, kapralu Stansonie! – Zakrzyknął chórek męskich głosów, po czym Oddział Specjalny ds. Infiltracji i Eliminacji przysiadł na piasku, pociągnął z bukłaków z wodą i zamyślił się. Cholera, pomyślał Oczko, opryskliwy Azjata zupełnie pozbawiony manier, środek świąt bożonarodzeniowych, a ja tkwię w zasranym Iranie… Ech, życie jednak jest do dupy…

– Gówno prawda! –Krzyknął Buster, widząc na piachu przed Oljegiem, saperem, cztery asy. – Jak zwykle oszukujesz, sukinkocie!

– Tak i gawarisz, bo ci zawsze pary wypadają, o!

– Wyjmij no te trzy czwórki z rękawa, Oljeg – burknął Crock, haker i strzelec wyborowy zarazem. Saper popatrzył na niego spod przymrużonych oczu, po czym powoli schował wszystkie karty do nieprzemakalnego woreczka i włożył je do jednej z kieszonek plecaka. Po chwili wszyscy biegli już w stronę czarnego, masywnego budynku stojącego w oddali.

Po jakiejś godzinie truchtu zbliżyli się na tyle, żeby móc ujrzeć szczegóły budynku. Była to wielka, zatopiona w piasku półkula o średnicy około dwustu, wysokości jakichś dwudziestu metrów. Kapral machnął ręką, żeby się zatrzymali, po czym powiedział cicho do mikrofonu:

– Pozycja delta, do przodu. Szukać ruchu, nie strzelać – po czym powoli ruszył przed siebie, a za nim jego oddział, formując się w klin…

Nic nie znaleźli. Zauważyli jedynie ciemne, czarne wejście. Skorzystali z niego, a jakże. Kapral Stanson zapalił latarkę na swoim Colcie M16 Commando, w ślad za nim reszta oddziału. Znajdowali się w niewielkim korytarzu wykonanym z czarnego kamienia. Na ścianach widniały płaskorzeźby przedstawiające smoki, potwory, duchy, elfy i inne fantastyczne stworzenia. Na końcu korytarza stał wielki posąg człowieka, który trzymał w rękach czarną tablicę, zapisaną białym pismem. Góralski podszedł bliżej napisu i przeczytał:

– Hmm… To chyba po sumersku… Czekajcie… Tu jest napisane coś jak: Uważaj podróżniku, albowiem nieodgadnione są dzieje ludzkości

– Jest tam coś jeszcze? – Spytał Stanson, oglądając się wokoło.

– Tak… Nie rozumiem…

– Co się dzieje? Co tam jest napisane?

– Nie jestem pewien… Portal do Varfenu – równowaga jest podstawą magii

– Chyba ci się literki poprzestawiały, Góralski – burknął uśmiechnięty Crock, klepiąc szeregowca po ramieniu.

– Ależ nie! Jestem pewien, że tu jest…

– Mniejsza, Góralski – przerwał mu Stanson, po czym podszedł bliżej posągu. Przyjrzał mu się uważnie ze wszystkich stron, po czym powiedział cicho:

– Sprawdź, czy nie ma tu jakiegoś ukrytego przejścia. Mam jakieś takie przeczucie…

– Albo, zamiast szukać, można coś wywiercić… Coś włożyć… I coś wysadzić – powiedział poważnie Oljeg, drapiąc się w ramię.

– Odmawiam, Oljeg. Nie będę niszczył niczego bez rozkazu. Górecki, jak tam?

– Chwila… – Górecki uklęknął przed postacią i pocałował jej stopy. Przez chwilę nic się nie działo, a po chwili postać… Odstąpiła na bok, schodząc z kontuaru, a jej kamienne usta poruszyły się. Dał się słyszeć gruby, przerażający głos:

– Pokorni siłą tego świata – za kontuarem zapaliły się nagle pochodnie, ukazując ciasny, długi korytarz.

– Do ciężkiej… – bąknął zaskoczony Oczko, patrząc z uwagą na figurę, jakby ta miała go zaraz zaatakować.

– Teraz chyba rozumiesz, Oljeg, czemu nie wysadzamy pierwszej lepszej ściany – powiedział cicho Stanson. Sam Oljeg gapił się z otwartą gębą to na przejście, to na posąg. Nagle, Buster powiedział:

– Dobra, panowie, ruszajmy dupy, bo nas noc zastanie… – Weszli w korytarz. Po kilku metrach usłyszeli głośny trzask i zanim się obejrzeli, posąg stał na swoim miejscu.

– No, chłopaki – powiedział z przekąsem Stanson. – Teraz naprawdę weźmy dupy w troki – po czym ruszył przed siebie.

*

                Było chłodne popołudnie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, gdy nagle w wiosce Klev wszyscy zamknęli okiennice, zaryglowali drzwi i pochowali się w domach. Czarny Jeździec powrócił. Zeskoczył z konia, odrzucił kaptur. Jego twarz wykrzywiał grymas wściekłości. Stanął na samym środku wioski i krzyknął głosem potwora:

– Mieszkańcy Klev! To ja, Czarny Jeździec, zwany wieloma imionami, między innymi Potworem z Rhamas… Lecz teraz, dla odmiany, zwać mnie będą Potworem z Klev! – zaśmiał się i zaczął wykonywać skomplikowane ruchy całym ciałem, kołysał się na boki, machał rękoma, dłonie układały się w plugawe znaki, a usta cedziły słowa Czarnej Mowy, kalając wszystko wokół czystym złem. Nagle, niebo zachmurzyło się, a z nieba począł padać deszcz. Jeździec coraz energiczniej kołysał się, robił już zamaszyste koła rękoma, z coraz większą zapalczywością kalał słowami zła dziewicze otoczenie. Wtem rośliny zaczęły więdnąć, a zwierzęta mutować się. Krowom urosły dodatkowe trzy łby, kurczaki przemieniały się w śluzy. Chaty powoli zaczęły unosić się nad ziemię, ludzie wylatywali z nich z impetem na ziemię. Nagle, wokół ściemniło się, słońce zostało zasłonięte przez gęste, czarne opary. Jeździec zakrzyknął do skulonych ludzi:

– Robaki! Mendy! Poznajcie potęgę zła! Poznajcie moc odpłaty! Czy wiecie, za kogo przykładnie zginiecie? Za kurwę Glynn zwaną, która nie usłuchała mojej grzecznej prośby! Uciekła, a za to zginie cała wioska! Ziemia jałową będzie, wy martwi a ladacznica męki będzie cierpieć po koniec żywota! Hahahaha! Eghuraas maari ti maar Ratuurleg! Khalitash umnas blithieg eg ahashar! Urlar! Urlar! Materiin Kakhlar urlarth! Maar! – Ludzie kulili się na sam dźwięk słów Jeźdźca. Nagle, z mgły wyleciały kule ogniste wielkości kucyków i uderzyły w ziemię. Glynn płakała i krzyczała, gdy tuż przy niej umierały całe rodziny, wszyscy jej znajomi i przyjaciele. Czuła się winna. Kule uderzały i uderzały. Po kilku minutach wszystko ucichło. Jeździec podniósł się z ziemi z niekrytą radością. Spojrzał w kierunku Glynn. Była naga, skulona. Płakała. Powoli do niej podszedł. Gdy zauważyła zbliżającego się Jeźdźca, zaczęła się prędko cofać, leżąc na ziemi. Podniosła się na nogi i, zataczając się, pobiegła przerażona przed siebie. Jeździec wykonał krótki ruch. Dziewczyna padła na brzuch. Nie mogła się ruszyć. Powoli podszedł do niej, a widząc narastający strach w jej oczach, zaczął się śmiać. Powoli podniósł ją w powietrze magią. Nie potrafiła powstrzymać płaczu. Podszedł do niej. Dotknął jej policzka dłonią. Trzęsła się. Uśmiechnął się do niej i uderzył ją otwartą dłonią w twarz. Znowu. I jeszcze raz. Potem złapał ją za twarz, przysunął ją do swojej i wycedził z cynicznym uśmiechem:

– Zobacz, co zrobiłaś, głupia dziewczyno. Nie żyją. Oni wszyscy zginęli z twojej głupoty…

– Nie! Nie, to ty, to ty ich zabiłeś!

– Spójrz tam – powiedział cicho i wywołał widmowy obraz jej rodziny. Powoli zbliżyli się, kierowani ruchem jego ręki. Dziewczyna wpadła w histerię. Szarpała się, próbowała wyrwać, jednak trzymał ją mocno. Gdy jej rodzina stanęła tuż przed nimi, Jeździec wykonał za plecami kolejny krótki ruch i ojciec przemówił:

– Glynn… Glynn…

– Tato… Tatusiu…

– To przez ciebie… Ty nas zabiłaś…

– Ależ… Nie…

– Dlaczego od niego uciekłaś?… – Spytało widmo jej matki. – Gdyby nie ty, dalej byśmy żyli…

– Mamusiu… To nieprawda…

– Glynn… – Jęknęło widmo jej siostry. – Odejdź… Zdradziłaś nas… Zabójczyni…

– Breemmy… Dlaczego?… Nie róbcie mi tego!…

– Odejdź, zabójczyni!… – Jęknęły widma, po czym zniknęły, gdy Jeździec machnął na nie ręką.

– Nie rozumiesz konsekwencji, Glynn? Widzisz wreszcie, co uczyniłaś, uciekając ode mnie?!

– Tak… Proszę, czy da się ich jakoś uratować?… Jesteś tak potężny…

– Może. Lecz czas jeszcze na twą udrękę, którą przyrzekłem, czyż nie?

– Zrób ze mną, co chcesz… Nic się już dla mnie nie liczy…

Wszystko, Glynn?

– Tak… Przyrzekam, że krzyczeć nie będę… – Jeździec uśmiechnął się szyderczo.

– Ty naprawdę myślisz, że mężczyźni żyją jedynie lędźwiami, co?… Nieważne. Będziesz mi służyć?

– Tak, będę.

– Dobrze. Dam ci zaraz ubrania. Jak chcesz, możesz się pomodlić. Za chwilę wyruszamy stąd – powiedział, po czym ruszył przez jałową równinę o powierzchni kilometra kwadratowego. Był wyjątkowo zadowolony z siebie. Choć zmęczony, to bardzo zadowolony.

*

                Oddział Stansona powoli posuwał się korytarzem, równie czarnym jak reszta dziwacznej budowli. Próbowali trzymać emocje na wodzy, nie było to jednak łatwe. Teraz przodem szedł Buster, trzymając w rękach swoją strzelbę Pancor Jackhammer z celownikiem laserowym, potem Stanson, za nim Oczko wyposażony w dwa małe karabiny maszynowe Walther MPK i granatnik Milkor MGL Mark 1, który dostał od swojego kolegi z armii RPA. Za Oczkiem szedł Góralski, uzbrojony w pistolet Beretta 92 F i ukochany od czasów szkolenia karabin maszynowy Beryl Mod.96, za nim Oljeg z nieodłącznym karabinem 6P41 Pecheneg i granatami samoprzylepnymi, zwanymi „semtexem”, a pochód zamykał Crock z wyciszonym pistoletem Smith & Wesson Model 22S-1 i karabinem snajperskim Dragunov SVD.

Szli już dobrych pięć minut, korytarz ciągle się wił, skręcał to w jedną, to w drugą. Powoli zaczynali się denerwować. Im dalej szli, tym bardziej czuli ciśnienie w uszach, jak podczas startu samolotu. Nagle, Stanson złapał się za nos. Gdy odjął rękę od twarzy, zobaczył krew.

– Kurwa jego mać… – Wyszeptał kapral, patrząc po pozostałych. Nagle, wszyscy złapali się za twarze. To samo.

– Co się dzieje? – Spytał zaniepokojony Góralski, oglądając się wokoło. Widział jedynie korytarz, wykonany z czarnego kamienia. Nic nadzwyczajnego. Prócz złego samopoczucia i krwawienia z nosa.

– Klnę się na grób mojej mateczki – przerwał nerwową ciszę Oljeg – że przejdę na emeryturę.

– Nie marudźcie – powiedział spokojnie Stanson. – Im szybciej to załatwimy, tym szybciej wrócimy do domu – po czym ruszył powoli do przodu. Po chwili wahania, reszta oddziału poszła w jego ślady.

*

                Jechali już kilka dni. Glynn słabła w oczach. Nie odzywała się do niego ani słowem. Choć wmawiał sobie, że go to nie obchodzi, zaczynało go to denerwować. Na jednym z postojów zagaił:

– Pewnie interesuje cię, gdzie zmierzamy – dziewczyna wzruszyła ramionami. Dorzucił kłodę do ogniska.

– Cóż, w takim razie nie dowiesz się, jak wskrzesić swoją rodzinę… A szkoda, myślałem, że ci na tym zależy…

– Nie, słucham… Proszę, mów.

– A jednak. Zmierzamy do miejsca zwanego Krajvadst, ze staroichtiańskiego „brama piekieł”. Tam znajduje się dość osobliwe… Jakby to powiedzieć… Przejście do przeszłości…

– Co? Mów jaśniej…

– Wiesz, Glynn, co to portal?

– Słyszałam… Raz, jak bard w… tam bywał, śpiewał jakąś balladę… Bodajże „Chekochan Wielki”…

– Ach, prawda… Piękna to ballada, nie sądzisz? Chłopak zaprzedał duszę diabłu, by powrócić do życia swoją tragicznie zmarłą kochankę… Po miesiącu chłopak rzuca się z klifu, dręczony przez koszmary… I do dzisiaj służy w armii Belzebuba. Cóż, bywa. My jednak w bajania grajków nie wierzymy, prawda?

– Ja tam wierzę… Niepiśmienna jestem, to i to jedyne moje źródło wiedzy było…

– I to zamierzam zmienić. Mam przy sobie kilka dość ciekawych książek historycznych… I ballad… Coś na każdy gust.

– Czytasz książki? Ty?

– A co – uśmiechnął się sarkastycznie – to morderca i degenerat nie może już czytać ballad? Nieważne. Portal, do którego zmierzamy, przeniesie nas na inny Plan…

– Plan? O czym ty mówisz?…

– Jakby ci to… Tak jakby inny wymiar rzeczywistości. Tam cofniemy się w czasie i zapobiegniemy… Hm, pewnym niemiłym wypadkom…

– I wskrzesimy moją rodzinę?

– Między innymi… Idź spać. Jutro wcześnie ruszamy.

*

                Żołnierze weszli do okrągłej, wysokiej sali, czarnej jak smoła. Jedynym źródłem światła były teraz latarki oddziału Stansona. Zobaczyli wykrzywione w grymasie wściekłości posągi, na każdym tablica z napisem. Góralski zaczął powoli odcyfrowywać zapiski, a reszta oddziału zabezpieczała teren. Po chwili Góralski podszedł do grupy. Żołnierze spojrzeli się na niego z ciekawością.

– I co? – Spytał Stanson, pijąc wodę z manierki.

– Mam coraz większe wątpliwości, gdzie nas wysłało Biuro – powiedział z niepokojem w głosie. – Z tego, co tam wyczytałem, to są posągi bóstw tego całego Varfenu. Na tablicach jest coś w rodzaju trzech przykazań, każdy ma inne. Wszystko zapisane po sumeryjsku, czasem są dopiski po hebrajsku…

– Góralski, mam pytanko – przerwał mu Stanson, patrząc się poważnie na szeregowca. – Skąd ty u licha znasz tyle języków?

– Wrodzony dar, sir – uśmiechnął się nieśmiale Góralski. – Od dziecka uczyłem się starożytnych języków. Najpierw to było hobby, potem pasja, aż w końcu kariera.

– Ile ty tego znasz? – spytał zaciekawiony Oljeg, żując gumę do żucia, przed chwilą wyjętą z pudełka.

– Mam wyliczyć? – Buster pokiwał głową. – Sumeryjski, hebrajski, egipski i staroegipski, liznąłem perskiego, chińskiego i japońskiego, oprócz tego mam papiery na angielski, polski, rosyjski, niemiecki i hiszpański.

– O kurwa – skwitował po chwili Oczko, patrząc wybałuszonymi oczyma na szeregowca. – Jak to możliwe?

– Poliglota – podsumował równie zdziwiony Crock. – Powinieneś zostać szpiegiem.

– Nie jesteś pierwszym, który o tym mówi – uśmiechnął się Góralski.

– Dobra, czyli to tyle w tym budynku? – spytał Buster patrząc na Stansona.

– Poczekaj. Góralski, było tam coś o tym… portalu?

– Cóż… Tylko wzmianka, że „portal bez wyjścia jest wejściem do świata”. Tylko nie wiem, o co chodziło budowniczym z tym portalem… – Nagle Stanson jakby podskoczył i szybko spytał:

– Czytywałeś kiedyś fantasy?

– Tak, czemu?

– Pamiętasz jakieś fantastyczne języki?

– Pobieżnie i nie za bardzo… Czemu?

– Hmm… Może spróbuj powiedzieć „otwórz się” w różnych językach?

– Dobra, spróbuję. – Góralski podszedł powoli do części ściany bez jakichkolwiek ozdób i powiedział wyrażenie po sumeryjsku. Nic. Spróbował po hebrajsku. Znowu nic. Wypróbował każdy język, który pamiętał. „Alohomora” z Harry’ego Pottera też się pojawiło. Na nic się to zdało. Góralski usiadł zirytowany na podłodze.

– To na nic – powiedział, wyjmując manierkę z wodą, po czym pociągnął długi łyk.

– Czekaj… – Powiedział po chwili Oljeg, myśląc intensywnie. – Tolkiena już wypróbowałeś?

– Tak…

– Sapkowskiego?

– Też.

– A może… Może smocza mowa?

– Co? – Góralski i reszta oddziału spojrzała na Oljega ze zdziwieniem.

– No, gdzieś pamiętam była taka mowa, którą mówiły smoki… Lepsze to, niż nic! – Oljeg podszedł do ściany i powiedział głośno i powoli:

Nif doutan… – przez kilka chwil nic się nie działo, Oljeg odszedł nawet zrezygnowany, gdy nagle w ścianie pojawiła się jakby dziura, w której widać było… Kryptę.

*

                Po kilku dniach drogi, Glynn i Jeździec dojechali do potężnych, zarośniętych ruin. Pod nimi stacjonowało kilku rozbójników. Właśnie, stacjonowało. Kiedy zobaczyli Jeźdźca, umarli kilka sekund później. Dziewczyna i mężczyzna powoli zbliżyli się do kamiennych wrót, wystających ze skały. Jeździec wykonał kilka ruchów i drzwi otworzyły się powoli z chrzęstem. Glynn ciekawie zajrzała do środka. Gdy tylko wetknęła głowę za próg, w środku zapaliły się wieczne pochodnie, dające zieloną poświatę. Ujrzeli mnóstwo posągów dziwnych ludzi. Miast zbroi mieli jakieś dziwne, krótkie koszulki i obcisłe spodnie. Niektórzy trzymali broń, przypominającą szable, inni jakieś dziwne przedmioty, przypominające… Tak naprawdę niczego jej to nie przypominało. Długi patyk z jakimiś przyciskami, spustami, dziurą w środku… Dziwne. Wszędzie były napisy głoszące: „Oto wstąpiłeś do przedsionka portalu. Zawróć, jeśliś niepewien wyboru.” I „Portal do Izraela – podstawą magii jest równowaga.” Gdy spytała się Jeźdźca o znaczenie słów, on wyburczał tylko „Nie teraz” i jął mruczeć w jakimś dziwnym języku inkantacje.

– Po jakiemu ty mówisz?

– Po smoczemu, Glynn. Nie przeszkadzaj… – Nagle w ścianie otworzyło się coś na kształt dziury, a po drugiej stronie zobaczyli… Kryptę. A w niej szóstkę zdziwionych ludzi w dziwnych, czarnych zbrojach i z tą dziwną bronią z patykami…

*

                Zobaczyli mężczyznę i dziewczynę. Mieli oczyścić teren, zajęli się tym. Wskoczyli w dziurę. Ich dziurki od nosa eksplodowały pod naporem krwi. Nagle, znaleźli się w krypcie łudząco podobnej do tej, w której przed chwilą stali. Nie było tu jednak ani dziewczyny, ani mężczyzny. Usłyszeli głos w głowach:

– Równowaga podstawą magii – obejrzeli się za siebie. Po dziurze nie było śladu. Spojrzeli po sobie.

– Czy ktoś ogarnia to, co się przed chwilą stało? – spytał Stanson, ocierając nos. Nikt nie odpowiedział. Nikt nic nie wiedział. – Góralski, ty czytujesz fantasy. Co to było?

– Chyba… Chyba nas przeteleportowało do innego wymiaru egzystencji…

– Czyli? – Spytał zdziwiony Buster.

Czyli, Buster, jesteśmy w głębokiej dupie – powiedział dosadnie Crock, patrząc z niepokojem na Góralskiego. – Wiesz coś o tym wymiarze?

– Niby skąd? Równie dobrze mogliśmy się przenieść w czasie… Ja pierdolę, co ja narobiłem…

– Wykonywałeś rozkazy – przerwał mu Stanson. – Nie twoja wina… A wiesz może, jak moglibyśmy wrócić?

– Zgadnij.

*

– Hej… Glynn?… Wszystko w porządku?

– Tak… Chyba tak… Tylko krwawię z nosa.

– To normalne, nie martw się – przed nim pojawiła się kula światła. Wytarł krew z nosa w rękaw i poprowadził dziewczynę przez korytarze krypty.

Wyszli na owiewane wiatrem i palone słońcem pustkowie. Wszędzie był piach. Słońce powoli zachodziło, a gorąco przyprawiało o ból głowy.

– Szlag – powiedział cicho, rozglądając się wokoło. – Wiedziałem, że zbudują kryptę na odludziu… Ale aż tak?…

– Wszystko w porządku? – Spytała trochę zaniepokojona Glynn. Spojrzał jej w oczy.

– Nocujemy w krypcie. Sprawdźmy, czy konie zdołały przejść… – Okazało się, że prócz koni przez portal przeszły również wiewiórka i fretka, która teraz próbowała sforsować ścianę. Jak można się domyślić, bezskutecznie. Usiadł na podłodze, zapalił magiczny ogień i wyjął trochę suszonego mięsa z torby u boku konia. Rozkulbaczył wierzchowce, po czym rozłożył derki przy improwizowanym ognisku i położył się na niej. W jego ślady poszła dziewczyna. Chwilę leżeli i chrupali suszoną wołowinę, aż Glynn spytała:

– Co teraz?

– No jak to co? Idziemy do kolejnego portalu, by przenieść się w przeszłość…

– Nie o tym mówię… Jesteśmy na środku pustyni. Jak chcesz się stąd wydostać?

– Normalnie. Maksymalnie tydzień marszu i trafimy na cywilizację.

– A woda? Jedzenie? – Zaśmiał się arogancko.

– Dziewczyno… Nie wiesz, z kim masz do czynienia? Mogę stworzyć morze, jeśli będę miał taki kaprys. Mogę wywołać deszcz manny z nieba, żebyś miała co jeść, stworzę woła, żebyś mogła zjeść mięsa… Jeszcze jakieś pytania?

– A… Wiesz, gdzie szukać tego drugiego… portalu?

– Sądzisz, że nie sprawdzałem tego już dawno?

*

                Oddział Specjalny ds. Infiltracji i Eliminacji zinfiltrował kryptę, po czym wyszedł na zewnątrz. Wszyscy zachłystnęli się, gdy ujrzeli ten widok. Stali na jakiejś wysokiej górze, widzieli bowiem u stóp lasy liściaste ciągnące się wszędzie, gdzie by nie spojrzeli. Niektóre miejsca przecinały niewielkie połacie pól, w oddali majaczyło jakieś wielkie miasto. Stanson spokojnie wyłączył latarkę na swoim Colcie M16 Commando, po czym odwrócił się do zszokowanego oddziału i powiedział:

– Posłuchajcie mnie… Nadal nie bardzo ogarniam, co się stało. Mieliśmy odnaleźć budynek i oczyścić go z ewentualnych przeciwników. Podczas wykonywania zadania, jakieś cholerstwo przeniosło nas w alternatywny świat, którego nie znamy ni cholery. Teraz jednak musimy się wziąć w garść. Po pierwsze, oszczędzamy energię elektryczną. Nie wiadomo, czy tu jest prąd, a coś mi mówi, że żarówek tu nie mają. Po drugie, oszczędzamy zapasy, w tym amunicję. Nie wiemy, kiedy będą potrzebne. Teraz, Góralski spróbuje ponownie otworzyć ten cały portal, a cała reszta zajmie się rozbijaniem obozu. Nocujemy tutaj. Wykonać!

Po chwili okazało się, że żaden język nie działa. Nic. Po chwili Góralski usiadł na ziemi koło kaprala Stansona, który próbował rozpalić ognisko, nie udawało mu się to jednak. Stanson spojrzał na szeregowca.

– Wiem już, o co chodziło posągowi, gdy mówił, że równowaga jest podstawą magii… – Kapral kiwnął głową z ciekawością. – Pamiętasz tą dwójkę z końmi? – Znowu kiwnięcie. – Oni przeszli z nami. Sześć istnień za sześć istnień. Jeśli chcemy przejść wszyscy, musimy ściągnąć kogoś do portalu po drugiej stronie…

– Żartujesz, prawda? – spytał bardzo poważnie Stanson, choć już znał odpowiedź. Przeczące kiwnięcie głową Góralskiego załamało go. Nie wrócą…