The Way of the Exorcist Prolog

Prolog

 

 

Każdy z nas ma swoje sekrety. Rzeczy, uczynki, bądź myśli, które pragnie zachować tylko dla siebie. Ukryć w czeluściach swojego serca tak głęboko, by nic i nikt ich nigdy nie odnalazło. To najzupełniej normalne. I tutaj odstępstwa od tej reguły nie ma. Chociaż pewnie wielu ludzi chciałoby powiedzieć, że w ich przypadku jest zgoła inaczej, że ich się to nie tyczy, to i tak tylko oszukują samych siebie. Od tej reguły nie ma wyjątków.

Ponieważ niektóre sekrety muszą pozostać schowane w cieniu. Muszą pozostać ukryte, gdyż potrafią być tak straszne, że na sam ich widok sama rzeczywistość zatrzęsłaby się ze strachu w posadach. Lub to, co każdy z nas zwykł nazywać rzeczywistością. Kto bowiem powiedział, że istnieje wokoło nas tylko jedna rzeczywistość, wszędzie i dla wszystkich? Co, jeśli każdy z nas widzi swoimi oczyma tylko taką rzeczywistość, jaką chce zobaczyć? Co, jeśli rzeczywistość jest tylko ulotną iluzją, utworzoną przez pragnienia i doświadczenia poszczególnej jednostki?

Właśnie dlatego pewne tajemnice winny zostać ukryte. Aby ta naiwna rzeczywistość  mogła dalej toczyć się przed ludzkimi oczami swoim małym, zamkniętym kołem. Aby ludzie pewnego dnia po przebudzeniu się ze snu, nie odkryli swojej rzeczywistości potrzaskanej na tysiące drobnych kawałeczków. Aby nie załamali się pod wpływem brzemienia, jakim jest „rzeczywista” rzeczywistość.

Każdy z nas ma jakieś mroczne sekrety. Ukryte we wnętrzu duszy lub głęboko w swojej podświadomości. Każdy z nas ma swoje sekrety- nawet jeśli jeszcze o tym nie wie.

Ta historia tyczy się chłopaka, który za wszelką cenę chciał poznać wszystkie sekrety świata, bez względu na to, co mogło go czekać na końcu tej jakże krętej drogi. Będzie to opowieść o obowiązku, miłości, pokonywaniu własnych słabości, oraz zachowaniu swojego człowieczeństwa, nawet wtedy, gdy grunt wydaje usuwać ci się spod nóg. Czy tak
mała istota, jak człowiek jest w stanie rzucić wyzwanie nieposkromionej sile, jaką jest przeznaczenie? I czy tak naprawdę robi to wszystko z własnej woli, a może jest on tylko zabawką w rękach sił wyższych, niż jego umysł jest w stanie pojąć?

Opowieść czas zacząć…

 

Takashi strasznie nudził się w szkole.

Jak co dzień siedział na swoim zwyczajowym miejscu na samym końcu klasy pod oknem przez które nieustannie wyglądał na dwór, chłonąc monotonny krajobraz. Zajęcie to skupiało całą jego uwagę, przez co z lekcji mało co do niego dolatywało, tylko pojedyncze słowa, pozbawione sensu, z których nic się nie dało zrozumieć. Na tle maksymalnie skupionej na zajęciach klasy wyraźnie odstawał, zupełnie niczym chory ząb w zdrowej jamie ustnej. I w taki oto sposób dzień za dniem przeciekał mu przez palce, od rana do nocy, tydzień w tydzień. I raczej nic obecnie nie wskazywało, by w jego życiu miały zajść jakieś drastyczne zmiany.

-To już wszystko na dzisiaj, możecie iść.- powiedziała pani Yui, gdy zegar ponad tablicą wybił trzecią po południu.

Yui Nakeshiro była świeżo upieczoną nauczycielką, piastującą swój urząd dopiero drugi rok, jednak mimo tak krótkiego okresu czasu zjednała sobie sympatię wszystkich uczniów, w czym była spora zasługa jej wyglądu i pogodnej osobowości. Klasa II-C była jej pierwszym w karierze wychowawstwem, nic więc dziwnego, że od samego początku starała się wypaść jak najlepiej na tym polu. I jak na razie radziła sobie świetnie.

-Takashi, ty zostań. Mam z tobą do pogadania.

Czyżby kolejna rozmowa wychowawcza? To zaczynało się już robić lekko nudne, bo praktycznie nie było miesiąca, by nie musiał odbywać tych mało przyjemnych rozmów z panią Yui. Dobra, rozumiał, że jego postawa może nie jest wzorem do naśladowania, ale przecież jest jaki jest, i nikomu raczej nic do tego. W końcu nie można nikogo zmusić, by specjalnie na potrzeby czegoś zmienił swoje przyzwyczajenia, prawda? Już te rozmowy tak weszły mu w nawyk, że jedyną rzeczą, jaką był w stanie odpowiedzieć, było:

-Dobrze, pani profesor.

Poczekali, aż reszta klasy wyjdzie na korytarz, aż pomieszczenie zupełnie opustoszeje. Nie musieli zbyt długo czekać, bo cała II-C doskonale już wiedziała, że im szybciej Takashi będzie to mieć z głowy, tym lepiej dla niego i dla wszystkich.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi.

-Powiem krótko, Takashi, bo i mnie to już przestało bawić i na rękę bynajmniej nie jest. Cała rada pedagogiczna ma już dosyć twojej postawy i nawet moje wstawiennictwo za tobą już nie wystarczy. Rada postanowiła, że jeśli do końca tego semestru twoje nastawienie i wyniki w nauce nie ulegną poprawie, to niestety będziesz usunięty ze szkoły.

To było niespodziewane. No, może nie całkiem niespodziewane. Już od jakiegoś czasu miał takie podejrzenia w stosunku do nauczycieli, ale nigdy by nie pomyślał, że coś takiego może się faktycznie spełnić. A tu proszę, jaka przykra niespodzianka.

-Słucham?- tylko tyle był w stanie z siebie wykrztusić.

-Takashi- powiedziała, podchodząc do niego i kładąc mu rękę na ramieniu- Wiem, że jest ci teraz bardzo ciężko, ale nie możesz tak stać w miejscu przez resztę swojego życia. Pomyśl tylko- czy właśnie tego chcieliby dla ciebie twoi rodzice? Czy chcieliby, żeby ich syn przez resztę swojego życia był pogrążony w rozpaczy?

Dziwne. Pani Yui nie była może jakoś za specjalnie ładna, ale było w niej coś takiego, coś w jej długich, kasztanowatych i orzechowych oczach, co od razu sprawiało, że robiło się człowiekowi lżej na sercu. Czuć od niej było aurę opiekuńczości i troski, zupełnie jak od matki dbającej o swoje dzieci. Po prostu nie dało się jej nie lubić.

-Prawdopodobnie nie, pani profesor.

-Posłuchaj mnie bardzo uważnie, Takashi. Nie chciałabym, żeby ktokolwiek z moich uczniów został wydalony ze szkoły, a zwłaszcza jeśli taki uczeń jest moim wychowankiem. Chciałabym dotrwać z wami wszystkimi do samego końca. Dlatego wierzę, że dasz sobie z tym wszystkim radę, jeśli tylko spróbujesz.

-Wydaje mi się, że pokłada we mnie pani profesor zbyt wielką wiarę. Nie jestem jakimś geniuszem, czy cudotwórcą. Jestem tylko człowiekiem.

-Nie trzeba tutaj cudów. Wystarczy tylko odrobina zacięcia, chęci i wiary w siebie, byś mógł osiągnąć wszystko, czego tylko chcesz.

-Dziękuję za radę, na pewno wezmę ją sobie głęboko do serca.

-Niepotrzebna złośliwość, Takashi. Taka postawa przysporzy ci tylko niepotrzebnych problemów. Przemyśl to sobie… a także to, co ci powiedziałam. Teraz może to dla ciebie być tylko zbędne gadanie, ale kiedyś mi za to podziękujesz.

-Czy to już wszystko, pani profesor?

-Tak, to wszystko. Możesz już iść.

Takashi zgarnął swoją torbę z ławki, w mniej niż dziesięć sekund pokonał dystans dzielący go od drzwi, już sposobił się do wyjścia, gdy znów usłyszał głos pani Yui.

-Takashi?

Nie odpowiedział. Wiedział, że nie musiał. Po prostu obrócił się, w jego oczach kryło się pytanie.

-Daj z siebie wszystko!

Lekko uśmiechnął się w odpowiedzi. I tylko tyle. Nie, AŻ tyle. W końcu nie spodziewała się po nim czegoś więcej, takim typem już po prostu był. Ale bardzo ją to ucieszyło. Z całą pewnością będzie walczyć o swoje. Potrzebuje tylko kogoś, kto pomoże mu zainicjować tą wolę walki. Ale to tylko kwestia czasu.

 

 

Popołudniami miasto było pełne uczniów, z najróżniejszych szkól i miejsc. Pełno ich było w zatłoczonym centrum, w dzielnicy handlowej, na przedmieściach, w dzielnicy rozrywkowej, byli dosłownie wszędzie, wszędzie tłoczyli się ludzie w szkolnych mundurkach Pojedynczo lub w grupach, na zakupach lub w drodze do domu, gdzie byś nie poszedł, to i tak natknąłbyś się na jakiegoś ucznia.

Gdzie w takim razie mogła podziać się osoba pragnąca spędzić swoje popołudnie w ciszy i spokoju? Chociaż wydawało się to niemożliwe, to takie miejsce istniało. Jedno jedyne, ale zawsze. Mianowicie był to park miejski.

Jego zakątki i aleje zawsze pozostawały ciche i spokojne, mącone jedynie przez szum zasadzonych tam drzew i krzewów. Tworzyło to unikatową atmosferę, która wydawał się być perfekcyjna do odpoczynku po całym dniu ciężkiej pracy. Albo gdy ktoś musiał przemyśleć pewne sprawy.

Tak jak Teraz Takashi.

Miał on tutaj jedno stałe miejsce, w którym lubił spędzać godzinę lub dwie, zależnie od tego, w jakim aktualnie był nastroju. Nie było jego zdaniem nic lepszego, niż chwila relaksu pośród matki natury, kiedy to można było rozładować stres i oczyścić myśli.

Jednak dzisiejszy dzień był inny, niż wszystkie.

Wydalenie ze szkoły, co? Ciężka sprawa. Chociaż nie ma się tu co oszukiwać, ma tak na swoje własne życzenie. Tylko jak by się tu teraz z tego wyplątać? Teoretycznie wystarczyło by po prostu zabrać się do roboty i zmienić nastawienie do otoczenia, jednak łatwiej jest coś powiedzieć, a trudniej wykonać. Co robić? Co robić?

Prawda była taka, że Takashi sam tak naprawdę jeszcze nie pojmował, w jak głębokim znalazł się bagnie. Być może nie dopuszczał do siebie takiej możliwości, być może nie chciał akceptować tego jako prawdy, a może wsiąkało to w niego kawałek po kawałku. Ciężko było wyczuć.

-Cholera.- mruknął pod nosem, z wyczuwalną nutą rozpaczy w głosie.- Cholera, cholera, cholera, cholera!

Z każdym kolejnym słowem uderzał o ton wyżej, aż w końcu to, co na początku było tylko cichym słowem przeistoczyło się w krzyk, pełen rozpaczy i bezsilności.

-Cholera!- wrzasnął, poczym z całej siły uderzył pięścią w brukowany deptak, jak gdyby ten jeden gest miał uwolnić go od całej złości i frustracji, jaką teraz odczuwał.

Dlaczego, dlaczego to wszystko dzieje się tak szybko? Gdyby tylko miał trochę czasu, gdyby tylko problemy nie wyskakiwały jeden po drugim! Co zrobić, kogo się poradzić? Przecież jest tylko sam jeden, nie ma już nikogo, na kim mógłby polegać!

I wtedy zaszło słońce.

Normalnie zauważyłby to odpowiednio wcześnie, instynktownie zareagował. Jednak teraz nie dbał już o to, zupełnie nie zważając, co się wokoło niego dzieje. A tymczasem cienie się wydłużały, gwiazdy powoli zapalały na niebie, świat pogrążał się w ciemnościach.

Noce były tutaj wyjątkowo specyficzne, a przez słowo „specyficzne” można było równie dobrze rozumieć „niebezpieczne”. W mrokach nocy bowiem do życia budzą się najgłębiej skrywane ludzkie instynkty, te z uczuć, do których ludzie nigdy by się nie przyznali, lub w które by nie uwierzyli. Bo w tym mieście negatywne emocje i ludzkie zło potrafiły przybrać cielesną formę, mając tylko jeden cel.

Polowanie na ludzi. Zabijanie pozytywnych wartości. Całkowity nihilizm.

Dokładnie w momencie, gdy zaszły ostatnie promienie słońca, Takashi poczuł znajome, tępe pulsowanie w głowie i mrowienie wzdłuż linii kręgosłupa. Coś się wyraźnie do niego zbliżało, a całe jego ciało rezonowało z tą nagłą obecnością. Normalnie w takiej sytuacji odczuwałby podniecenie, gdy wszystkie mięśnie się napinały, dreszczyk przechodził w jego ciele, a adrenalina uderzała w krew. Dzisiaj odczuwał tylko irytację.

Nawet nie zauważył, jak jego prawe oko zmienia kolor na czerwony, po prostu podniósł się z miejsca, nieustannie wpatrując się w ciemną, niewyraźną masę, formującą się kilka metrów przed nim.

-Kiepsko trafiliście, chłopaki. Normalnie rozegralibyśmy to raz dwa, ale dzisiaj nie jestem w nastroju do zabawy. Możecie się jeszcze wycofać, jeśli wiecie, co dla was dobre!

Sfera wydała z siebie rozjuszony ryk, zbliżając się niebezpiecznie blisko, przyjmując coraz to bardziej humanoidalne kształty. I najwyraźniej nie miała dobrych zamiarów.

-Widzę, że raczej się nie dogadamy? No dobra. W takim razie… Zatańczmy!!!

Są na tym świecie rzeczy trudne do pojęcia. Są także rzeczy, których nie da się w żaden sposób wytłumaczyć, choćby nie wiadomo jak się próbowało. Do takich rzeczy należał widok młodego licealisty który, nagle uzbrojony w sporych rozmiarów miecz, rzucił się w wir walki z bliżej nieokreślonym przeciwnikiem. Z powodu panujących wokoło ciemności niewiele było widać, ale wszędzie wokoło pełno było ciemnych plam krwi, powyrywanych drzew i poucinanych kończyn. Z czymkolwiek walczył ten niezwykły chłopak, nie miało szans na przeżycie.

Tylko że Takashi nie był w parku sam.

Głęboko w cieniu drzew, schowana za bezpieczną, nieprzeniknioną barierą liści, stała pewna osoba. Osoba, która bacznie obserwowała, jak człowiek do niedawna znany jej jako Takashi Strife z II-C, z morderczą precyzją tnie na kawałki stado rozszalałych demonów. I z jakiegoś powodu wcale nie spodobało jej się to, co zobaczyła.

W najbliższym czasie może się wokoło jego osoby zacząć robić całkiem ciekawie. Więc najlepiej będzie pozwolić wydarzeniom toczyć się ich własnym rytmem i zobaczyć, co im przyniesie jutro. A cóż to może być za interesujące jutro!

Kilka dni później.

Było jeszcze dość wcześnie, jednak cała II-C zebrała się w swojej klasie, chcąc zobaczyć, co to się takiego stało, że aż na korytarzu słychać było poruszone głosy. Wszyscy tłoczyli się wokół ławki Takashiego, który wyglądał tak, jak gdyby zaliczył na ulicy bliskie spotkanie z samochodem ciężarowym. Jego ręce były zabandażowane od dłoni aż po łokcie, na brzuchu i żebrach ciasno zwijały się opatrunki, przez koszulę widać było, że jego plecy wyglądały jak potraktowane ogromnymi szponami, a prawą połowę twarzy i czoło zakrywała- teraz lekko nasiąkła krwią- opaska z czarnego materiału. Ogólnie sprawiał wrażenie, jak gdyby jedną nogą był już w grobie.

-Takashi!? Co ci się stało?! Kto ci to zrobił?! Trzymasz się jakoś?!- tego typu pytania nie ustawały od samego rana.

-Eeeee… wiecie, to nic takiego, naprawdę. Już mnie nawet nic nie boli. Widzicie?- mówił, jak gdyby była to najzwyklejsza rzecz pod słońcem, tylko po to, by następnie skrzywić się z bólu.

Pani Yui z całą pewnością chciała wiedzieć, co mu się tak naprawdę stało, ale milczała, prawdopodobnie nie chcąc mieszać się w jego problemy. Istniała bowiem pewna granica pomiędzy tym, w co nauczyciel mógł( a czasami nawet musiał) ingerować, a w co nie mógł.

Skończyło się więc na tym, że wszyscy uwierzyli w historyjkę o ciężarówce. I nikt już nie zadawał zbędnych pytań.

Dzień toczył się swoim normalnym, leniwym rytmem, gdzie jak zwykle nie działo się nic ciekawego. Albo nie działoby się, gdyby nie pewne szczególne wydarzenie tego popołudnia.

A miało to miejsce gdzieś tak w okolicach przerwy obiadowej, gdy większość uczniów okupowała szkolną stołówkę, lub porozlewała się na dworze, korzystając z ciągnącej się ładnej pogody, pozostawiając główmy budynek całkowicie opustoszały. Jedynym, który tu pozostał, był Takashi, który wolał nie wzbudzać zbytnich podejrzeń, a poza tym zwykle wolał jeść w ciszy i spokoju. Rany nie dokuczały mu aż tak bardzo, ale że przynajmniej opatrunki wyglądały na poważne, to należało utrzymywać pozory. Więc siedział samemu w pustej klasie, zajadając się błyskawicznym ramenem, który (nawiasem mówiąc) nie był jeszcze w ogóle gotowy, ale on i tak nic sobie z tego nie robił, tylko non stop patrzył przez okno. Bardzo miłe i spokojne popołudnie.

-Długo masz tak jeszcze zamiar czaić się za tymi drzwiami?- rzucił w przestrzeń.- Bo jeśli tak, to może przynajmniej zjesz ze mną obiad? Jedzenie samemu nie jest dość zabawne.

Nie od razu, ale drzwi do klasy powoli się otworzyły, a osoba, która stała za nimi, szybko wśliznęła się do środka. Takashi nie okazał zdziwienia, chociaż jego gość okazał się być chyba ostatnią osobą, jakiej by się mógł spodziewać.

-Hitagi Kozuki. Mogę wiedzieć, czemu zawdzięczam ten jakże niewątpliwy zaszczyt?

Hitagi Kozuki była jedną z najmądrzejszych dziewczyn w całej szkole, a najpiękniejszą, jaką Takashi w życiu widział. Nie byłoby tutaj chyba drugiej takiej osoby, która cieszyła się tak dużą popularnością, zarówno wśród dziewczyn jak i chłopaków. W istocie, było w niej coś innego, coś kompletnie nieziemskiego, coś, co zdawało się z niej emanować, wypełniając całe pomieszczenie. Miała niestety jeden, ale zasadniczy minus- jej ekspresja zawsze miała wyraz chłodnej obojętności i pogardy, co strasznie psuło ogólny efekt.

Ostatnie zdanie musiał wypowiedzieć zbyt teatralnym tonem, bo odpowiedź na zaczepkę okazała się jeszcze chłodniejsza, niż zwykle.

-Dlaczego myślisz, że miałabym choćby najmniejszą ochotę zjeść lunch z kim takim, jak ty?

-Bo, no nie wiem, najwyraźniej masz do mnie jakiś interes, a ja niestety nigdy nie łącze interesów z posiłkiem. Więc skoro i tak zmuszona będziesz czekać, to może przynajmniej byś coś zjadła?

-Rozczaruję cię, ale nie jestem głodna.

Milutka jak borowanie zęba piłą tarczową. Jak można być takim przez cały czas? Czy ona trenuje do jakiś zawodów w nienawiści do wszystkich wokoło, czy co?

-I długo zajmie ci jeszcze to jedzenie? Bo w przeciwieństwie do ciebie, ja nie mam na to całego dnia.

Takashi, kompletnie ignorując pytanie, już miał się nabrać do dalszego jedzenia, gdy nagle naszła go dość dziwna myśl: może lepiej zająć się tym już teraz? Tak jej źle z oczu bije jak gdyby miała kogoś za chwilę zabić. W sumie jedzonko nie zając, więc teoretycznie nie powinno się nigdzie wybrać. Zjem trochę później, a co mi tam!

Tak sobie pomyślał, ale to nie był jego jedyny powód. Już od jakiegoś czasu wyczuwał wokoło jakąś dziwną aurę, jak gdyby ktoś lub coś próbowało usilnie ukryć swoją obecność. Coś, co zdecydowanie nie powinno się tu znajdować. I właśnie teraz, gdy Kozuki znalazła się tak blisko niego, owa aura zdecydowanie przybrała na sile. Cokolwiek to było, musiało być teraz bardzo niespokojne. A nie ma na świecie nic gorszego niż niespokojne, nieznane istoty, to nigdy nie wróżyło nic, oprócz kłopotów.

-Tylko uwiń się z tym szybko, dobra? Bo nienawidzę jeść zimnego.

-Znam twój sekret.- wypaliła natychmiast, ale z wręcz przerażającym spokojem.

Zapadła długa, przeciągająca się cisza.

-Słucham?

-Głuchy jesteś? Powiedziałam, że znam twój sekret.- powtórzyła.

-Chyba zaszło małe nieporozumienie. Ja nie mam żadnych sekretów.

-Nie pogrywaj ze mną! Dobrze wiem, co wtedy widziałam!- ton jej głosu zupełnie się zmienił, teraz był znacznie niższy, gardłowy, zwierzęcy. Jej ciało także zaczęło ulegać tej nagłej zmianie. Paznokcie znacznie się wydłużyły, na skórze pojawiły się małe, wyglądające jak stożki wyrostki, oczy stały się szare i zamglone, jak u zdechłej ryby.- Tak, doskonale wiesz, o co mi chodzi, widzę to po twoich oczach! Widziałam cię w parku cztery dni temu, widziałam, co tam robiłeś!

Takashi był w niemałym szoku. Ale bynajmniej nie dlatego, że zwykła dziewczyna na jego oczach zaczęła przemieniać się w potwora, o nie, zszokowało go całkowicie co innego. Albo ta dziewczyna potrafiła bardzo dobrze udawać, albo rzeczywiście mówiła prawdę, co nie napawało zbytnim entuzjazmem. A już w szczególności, gdyby zaczęła o tym gadać po całej szkole. Trzeba będzie dalej grać głupiego, wybadać, jak dużo wie, pomyślał.

-O czym ty mówisz? Nie byłem ostatnio w żadnym parku. Jest to ostatnie miejsce, w które miałbym ochotę pójść.

Wydawało mu się, że Kozuki zaraz się na niego rzuci, ale pomylił się. Zrobiła jeden krok. Tylko jeden. Jeden krok, którym całkowicie pokonała dzielącą ich odległość. I zrobiła to w czasie krótszym, niż jedna sekunda. Takashi nie był w stanie tego ogarnąć, po prostu stała w jednym miejscu, a następnie zobaczył już tylko czarną smugę, by odkryć, iż nagle znalazła się tuż przy nim. I przyciskała mu do boku jakiś długi, ostry przedmiot.

Znajdowała się niebezpiecznie blisko. Za blisko.

-Mówię o tym- wyszeptała mu czule do ucha.- że widziałam jak cztery dni temu zabijasz demony, kłamliwy Egzorcysto.