Mały ghul, duże kłopoty

Mały ghul, duże kłopoty

Niziołki zawsze, powtórzę, ZAWSZE przynoszą kłopoty. Jeśli nie ukradną dziecku lizaka, to podkradną kurę albo wisiorek. A jak nie kradną, to i tak zaczną. Tak to już jest z niziołkami. Chociaż ja sam nic przeciwko nim nie mam, to w Tar Loch ta rasa miała, szczerze mówiąc, przerąbane. O ile gnomy tolerowano lub ignorowano, to niziołki były otwarcie szykanowane.

Tar Loch było totalnym, za przeproszeniem, zadupiem. Oprócz dwóch czy trzech handlarzy, którzy przybywali tu przejazdem, wioska nie była przyzwyczajona do przyjezdnych. Każdy podróżny, który zatrzymał się w wiosce, wzniecał prawdziwe zamieszanie. Czytaj dalej Mały ghul, duże kłopoty

DRUŻYNA Epizod 1: Krucze Uroczysko

W miejscu gdzie przyszedł na świat, i gdzie się wychowywał, powtarzano słowa: „Orc Blut Vremez, Uns Ax Vremez”[1]Ludzie tłumaczyli je różnie, zwykle wzniośle przedstawiając to zdanie jako krasnoludzką deklarację wojenną,  skierowaną do mrocznego, orczego gatunku. Słowa, które znał kiedyś bardzo dobrze, a które później czas zatarł w jego umyśle, dzisiaj, w tej właśnie chwili, kołatały w jego głowie, pulsowały razem z krwią w żyłach.,

„Czas Orczej krwi, czas naszych toporów” – zdławił przekleństwo, chrapliwie mruknął i splunął krwią.

– Dużo jej – przebiegło mu w myślach.

I przeklął ponownie. Tym razem głośno i wyraźnie.  Płuco musiało być uszkodzone. Żebra były zapewne zmiażdżone. Noga w strzępach, ale przez lata nabrał twardości, teraz zapewne byłby w stanie chodzić i walczyć nawet na okrwawionych kikutach.

W ciągu godziny wszystko trafił szlag. Spętani, jeśli istnieli, zapewne rechotali teraz, w swojej Otchłani, ubawieni losem bandy awanturników.

– Drużyna?  – pomimo bólu uśmiechnął się gorzko – wolne żarty. Gdzie teraz jest dumny rycerz? Z połamanymi kończynami mógł odczołgać się ledwie kilka metrów, zanim go dopadli. Pół – Shaeidańskiemu[2] bękartowi musiały skończyć się strzały. I wtedy, dostali też tego cwaniaka. Potężny Władca Ziemi? Zniknął jak tylko zaczęło się robić nieprzyjemnie. Od początku był podejrzany. Ale szczytem wszystkiego było zatrudnienie drugiego czarodzieja. Tfu. Ucznia czarodziejskiego fachu, zaledwie.

Wtedy ich usłyszał. Z kilku stron wspinali się na zrujnowana wieżę. Bulgotliwie wymieniali między sobą uwagi i pokrzykiwali na siebie w Czarnej Mowie.

– To już – szepnął,  zaciskając dłonie na stylisku obosiecznego topora – Czas posmakować waszej krwi.

Ziggo Bragg z Żelaznej Bramy,  doświadczony krasnoludzki wojownik, wykopał zdrową nogą drewniane drzwi, by zaraz po tym, klnąc i wyjąc z bólu rzucić się do przodu. Ciął z góry, rozpłatując czaszkę pierwszego z Czarnych Orków[3]. Wtedy, rzucili się na niego z każdej strony.

Czytaj dalej DRUŻYNA Epizod 1: Krucze Uroczysko

Czarna Inez

Kobieta mocniej pociągnęła za wodze i koń stanął dęba. Przestraszeni strażnicy zgodzili się ją przepuścić i uchylili wrota. Miasto pogrążało się w mroku. W wielu oknach zapalały się lampy. Ostatni przechodnie znikali z ulic. Czarna klacz zarżała z dezaprobatą. Nie podobało jej się to miasto.

Spokojnie Nimoth, spokojnie. Nie zostaniemy tu długo. Jutro ruszymy dalej.

Z naprzeciwka zbliżał się patrol strażników. Czarna klacz stąpała z godnością, jej właścicielka z kamienną twarzą patrzyła przed siebie. Dowódca patrolu zasalutował jej mieczem, odpowiedziała lekkim skinieniem głowy. Zbliżały się do gospody. W bramie stał chłopiec stajenny, kobieta rzuciła mu wodze i zsiadła z konia.

Drzwi otwarły się i zdumiony Jimmy zobaczył najpiękniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek widział.. Miała czarne jak noc, lśniące włosy i ciemną cerę. Spojrzenie czarnych oczu omiotło salę i zatrzymało się na nim. Była spowita w czarny płaszcz podróżny. Podeszła do niego pełnym elegancji, ale energicznym krokiem. Zanim zdążyła się odezwać z podwórza nadbiegł Tommy niosąc sakwy nieznajomej.

Połóż je przy tym stole w kącie chłopcze. – Miała aksamitny głos przywodzący na myśl bezksiężycową noc. Mówiła władczym, nie znoszącym sprzeciwu tonem.– Gospodarzu podaj mi coś ciepłego do jedzenia i kielich grzanego wina z korzeniami.

W tej chwili dostojna pani.

Jimmy zniknął w drzwiach prowadzących na zaplecze a kobieta uważnie obserwowana przez wszystkich gości zajęła miejsce przy stole w rogu sali, niedaleko kominka.

„Skąd ja znam tą wojowniczkę?” zastanawiał się Miron. „ Na pewno nie jest elfką. A przecież znam wszystkich ludzi w tym przeklętym kraju! Naprawdę wydaje mi się znajoma.” Obserwował ja spod przymrużonych powiek. Jimmy podszedł do niej z miską pieczeni baraniej z grzybami. „ To jego specjał. Serwuje go tylko najznamienitszym gościom, a jestem pewny, że tak samo jak ja zastanawia się kim ona jest. Nigdy wcześniej nie widziałem jej w Cara Daton.” W tym momencie do gospody wszedł Razon, wędrowny bard bawiący chwilowo w mieście. Ktoś z miejscowych zaprosił go do stołu i postawił kolejkę. W sali rozległy się wołania:

Zaśpiewaj nam coś Razonie. Zaśpiewaj!

Bard podniósł się i jednym haustem osuszył kufel.

Niestety przyjaciele nie wziąłem lutni! Jeśli jednak chcecie opowiem wam coś. Będzie to jedna z nowszych historii, tej na pewno jeszcze żeście nie słyszeli.

Miron spojrzał kątem oka na wojowniczkę. Schowała się w cieniu pijąc powoli grzane wino. Razon odezwał się znowu.

Będzie to historia o jednej z ostatnich przygód Czarnej Inez!

W sali zapadła cisza.

Miron słuchał słów barda, ale jego wzrok wciąż kierował się w stronę siedzącej w kącie kobiety. Nie mógł dostrzec jej twarzy. W pewnej chwili wstała prawdopodobnie po to by podejść do Jimmy’ego. Wtedy jej czarny płaszcz rozchylił się ukazując czarne spodnie i kaftan przykryty czarną kolczugą. U pasa wisiał miecz w czarnej pochwie zdobionej rubinami, które dostrzegało się również wśród oczek kolczugi i na rękojeści zatkniętego za pas sztyletu z czarnej stali. „Jak mogłem wcześniej na to nie wpaść?” pomyślał Miron. „Czarna Inez!!!”

Jimmy wciąż obserwował kobietę zza baru. Zauważył, że wychyliła do dna puchar wina. „Za chwilę pewnie każe sobie przynieść następny” pomyślał. Jednak kobieta sama postanowiła do niego podejść. Wtedy jej płaszcz rozchylił się. „Czarna Inez!” pomyślał.

*

„Królowa miecza i łez: Czarna Inez”. O tak, śpiewano o niej pieśni. Znano ją na całym Kontynencie. Swoją karierę zaczynała w wojsku, ale gdy tylko osiągnęła stopień porucznika odeszła z niego. Miała wtedy na głowie inne sprawy. Jeśli zdarzy się w jej rodzinnym kraju wojna to, kto wie, może wróci do armii. Ale na razie ma co innego na głowie. Walczyła w obronie prawa tam, gdzie była potrzebna. Pomagała władzom ujmować groźnych morderców i zbójów, którzy wymykali się lokalnym stróżom prawa. Czasem załatwiała własne porachunki. Miała swoją prywatną listę, o której istnieniu nikt nie wiedział. Tylko ścigani przez nią ludzie to podejrzewali. Bezlitosna Inez, Mroczna królowa, Cienista klinga. Tak nazywali ją ci, którzy wiedzieli, że ich ściga. Jeszcze nikomu nie udało się uciec.

Dasz mi swój najlepszy pokój oberżysto.

Oczywiście wielmożna pani. Zaraz panią zaprowadzę.

Inez spokojnie patrzyła jak gospodarz podnosi jej sakwy i kieruje się do schodów w głębi sali. Poszła za nim a stukot jej jeździeckich butów rozlegał się echem w ucichłej nagle sali. „Wszyscy zdali sobie sprawę z mojej obecności. Bard będzie mógł powiedzieć, że widział na własne oczy bohaterkę najsławniejszych pieśni Kontynentu. A miejscowa hołota przez tydzień będzie zaraz po zmroku ryglować drzwi ze strachu.”

Kroki idącej po schodach kobiety rozlegały się echem w głowie przestraszonego Jimmy’ego. Jeszcze nigdy w „Złotej ostrodze” nie gościł ktoś tak znany i tak niebezpieczny.

Ale Jimmy nie da JEJ pretekstu do niezadowolenia, co to, to nie!

Oberżysta otworzył drzwi w końcu korytarza i gestem zaprosił do środka swoją klientkę. Był to salonik przylegający do najlepszego z pokoi w „Złotej ostrodze”. Ostrożnie złożył na stole sakwy.

Czy szanowna pani życzy sobie coś jeszcze?

Tak. Masz zagrzać wodę i napełnić nią największą balię w swojej łaźni. Chcę się wykąpać. A jutro masz mnie zbudzić o świcie i przygotować kilka wiader letniej wody, żebym mogła dokładnie się umyć. Zrozumiałeś?

Tak jest wielmożna pani. Zaraz podgrzeje wodę i przyślę do pani służącą, gdy wszystko będzie gotowe.

Po tych słowach Jimmy zamknął drzwi i pędem zbiegł do kuchni. Po chwili wielki kocioł pełen wody wisiał nad paleniskiem a on sam już krzątał się w łaźni szykując największą z balii, stos ręczników i kilka świec. Gdy po jakimś czasie wszystko było gotowe posłał swoją żonę na górę, by zawiadomiła wojowniczkę i zaprowadziła ją do umywalni.

Kolejna struga gorącej wody rozlała się po jej plecach. Zapach cynamonu z dalekiego południa. Wdychała go z rozkoszą. Niech jej ciało przesiąknie tym zapachem. Niech towarzyszy on jej gdziekolwiek się uda. Niech budzi strach wśród jej wrogów. Ale jeszcze nie w tej chwili. Teraz trzeba odpocząć. Jechała cały dzień, z jednym tylko popasem, bardzo krótkim. Przyjemne ciepło rozchodziło się po całym jej strudzonym ciele. Wśród ubrań leżących na wyciągnięcie ręki ukryty był sztylet, na wszelki wypadek. Woda powoli stygła, więc Inez zanurzyła się ostatni raz i wstała. Woda strużkami ściekała po jej twarzy, płaskim brzuchu, długich, smukłych nogach. Sięgnęła po ręcznik i wytarła się do sucha. Z leżącej niedaleko torby wyjęła słoiczek z balsamem i dokładnie wtarła go w całe ciało. „Niech moje ciało przesiąknie tym zapachem.” Ciasno owinęła się krótkim ręcznikiem i wytarła włosy. Zebrała swoje rzeczy i wróciła na górę. Dotyk jedwabnej pościeli na gołej skórze w kilka chwil przed zaśnięciem, gdy materiał okrywał jej proporcjonalne ciało godne bogini miłości, o tak to było wspaniałe uczucie.

Jimmy bał się wyrwać ze snu Czarną Inez. Jednak kazała się zbudzić o świcie. Woda już czekała w łaźni. Jimmy zawsze sumiennie wykonywał polecenia swoich klientów.

Stuk, stuk, stuk.

Zapukał do drzwi. Po chwili otworzyła mu już ubrana wojowniczka. Bez słowa minęła go i skierowała się do łaźni. Miała przy sobie torbę. Jimmy pomaszerował za nią. Zanim zamknęła drzwi kazała sobie przygotować śniadanie i kawę, i podać je do saloniku.

Oberżysta zaraz zakręcił się w kuchni. Wyjął z pieca świeży chleb i ukroił kilka kromek, ze spiżarni przyniósł masło, ser i konfitury zrobione przez jego żonę. Z półki z przyprawami zdjął małe pudełeczko i wyjął z nabrał z niego dwie łyżeczki brązowego proszku, który wsypał do filiżanki ze swojej najlepszej zastawy. Gdy woda się zagotowała postawił wszystko na tacy i zaniósł do saloniku. Czekała tam już na niego Czarna Inez.

Za godzinę moja klacz ma być osiodłana.

Jimmy skłonił się i odszedł. Zapach cynamonu unosił się w całym korytarzu.

*

O wschodzie słońca Miron zastukał do bramy. Sługa otworzył mu i bez słowa poprowadził przez dziedziniec, otworzył boczne drzwi i kazał mu zaczekać w środku.

Mężczyzna znalazł się w ciepłej, pełnej smakowitych zapachów kuchni. Na stole stały dwa nakrycia, chleb, masło, wędzona szynka i dzban piwa. Po chwili do pomieszczenia wszedł ten, który go tu wezwał.

Niech pan usiądzie panie Mironie i poczęstuje się śniadaniem.

Miron skłonił się swojemu gospodarzowi i usiadł. Chleb był jeszcze ciepły, chłodne piwo miało wyśmienity smak.

Wezwałem tu pana, ponieważ jest pan najlepszym wojownikiem w naszym kraju. Chce pana zatrudnić do ochrony własnej osoby.

Czyżby było ono zagrożone? Kto ośmieliłby się pana napastować?

Jedna osoba się ośmiela. Podobno jest już w drodze do naszego miasta. Nieumyślnie wplątałem się kiedyś w pewną aferę. Było kilka ofiar. Żona jednego z zabitych pragnie zemsty. Kilkoro z moich wspólników zginęło w tajemniczych okolicznościach. Chciałbym, żeby mnie pan ochronił przed takim niefortunnym wypadkiem. Oczywiście za odpowiednim wynagrodzeniem. Czy 10 srebrnych groszy dziennie wystarczy panu?

Wystarczy. Przyjmuję pana ofertę. Kim jest ta osoba, przed którą mam pana ochraniać?

Na pewno pan o niej słyszał. To Czarna Inez.

„Chroń mnie o Najświętszy!!! Ale się wpakowałem. Czarna Inez!” Miron się przestraszył. Jeszcze nikt nie umknął Czarnej Inez, jeśli postanowiła go dopaść. Najlepiej byłoby od razu zrezygnować. Ale Miron był honorowym rycerzem i nigdy nie łamał danego słowa. A już wyraził zgodę. „Za tak marne pieniądze nie będę się narażał.”

Skoro tak się sprawy mają musze pana poprosić o podwyższenie wynagrodzenia i dostęp do pana zbrojowni. Za taką kwotę nie mogę się narażać w walce z Królową Miecza.

20 srebrnych groszy na dzień, dostęp do mojej najlepszej broni i 3 szmaragdy jako zaliczka. Co pan na to.

Zgadzam się.

Mężczyzna położył na stole 3 kamienie wielkości dojrzałej wiśni, niestety nieoszlifowane, ale mimo tego bardzo piękne. Miron schował je do sakiewki i dokończył śniadanie. Gdy wstał od stołu w drzwiach pojawił się sługa. Koń Mirona już stał w stajni a jego sakwy leżały w małym pokoiku z jednym oknem i twardym łóżkiem. Sługa zaprowadził rycerza do zbrojowni. Miron do własnej kolczugi i doskonałego miecza dobrał mocny hełm z osłoną na nos i pas z nożami do rzucania. Były perfekcyjnie wyważone, bardzo ostre i wykonane z najlepszej stali. Tak uzbrojony mężczyzna wyszedł na dziedziniec i stanął pod murem, w cieniu rzucanym przez bramę. Czuł lodowaty ucisk w żołądku. Śmierć nadchodziła wielkimi krokami.

*

Nimoth była już osiodłana i czekała przed drzwiami gdy Czarna Inez zeszła ze swoimi bagażami do wspólnej sali. Miała na sobie kolczugę, pod pachą trzymała czarny hełm z rubinową różą na przedzie. Przy pasie miała miecz, i dwa sztylety, każdy z rubinem na głowni. Podeszła do Jimmy’ego i podała mu grawenę. Nie wierząc własnemu szczęściu (w końcu ta moneta ma wartość 50 srebrnych groszy) Jimmy skłonił się i pożegnał wojowniczkę.

Inez umocowała sakwy przy siodle i odjechała w stronę centrum miasta. W Cara Daton mieszkał kolejny numer z jej listy. Jechała stępa. Na ulicach panował jeszcze umiarkowany ruch. Powoli zbliżała się do przeciwnego krańca miasta, gdzie mieszkał znany kupiec Habreth. Z pewnością wie już, że jest ścigany. Ciekawe co zrobi, żeby się ochronić? Niektórzy z jego wspólników mieli całkiem ciekawe metody. Kryli się w tajnych pokojach, uciekali podziemnymi korytarzami, jeden próbował nawet skryć się w przebraniu wiejskiej przekupki. Nikomu to nie pomogło. Co będzie tym razem?

Widziała już mur ogradzający posesję Habretha. Poluzowała miecz w pochwie. Poprawiła ułożenie hełmu. Oto brama.

Już od jakiegoś czasu na ulicy panowała cisza. Nagle rozdarł ja stukot kopyt zbliżającego się konia. Mirona przeszył dreszcz. Jeździec znalazł się już po drugiej stronie muru. Serce wojownika waliło niczym młot kowalski. Czas jakby zwolnił swój bieg. Zobaczył w bramie pysk czarnej klaczy, po chwili pokazał się cały łeb. Na czoło Mirona wystąpił zimny pot. Po chwili, która wydała mu się wiecznością, pojawiła się Czarna Inez. Minęła go. Miron nie mógł się ruszyć Wojowniczka zbliżała się do domu. Zsiadła z konia i coś cicho mówiła do jego ucha. W tym momencie Miron odzyskał zdolność ruchu. Ruszył prze siebie, wyciągając nóż do rzucania.

Przejechała przez bramę. Kątem oka spostrzegła zastygłego w bezruchu wojownika. „No tak. Wynajął ochroniarza. Myśli sobie, że zwykły wojak mnie pokona. Niedoczekanie. Ale nie dam po sobie poznać, że go zauważyłam. Niech najemnik chociaż spróbuje.”

Dojechała pod same drzwi. Zsiadła z konia. Pochyliła się do ucha Nimoth. „Nie martw się. On nie zrobi mi krzywdy. Zostań tu. Za chwilę ruszmy w drogę.” Usłyszała cichutki zgrzyt stali. Pewnie ten mężczyzna wyciąga sztylet lub nóż do rzucania. Nadal nie reagowała. Podeszła do drzwi i położyła rękę na klamce. Wtedy usłyszała furkot powietrza i nóź do rzucania wbił się w deskę tuż nad jej dłonią.

Gdybym chciała mogłabym stanąć z tobą do walki już w bramie. Słyszałam jak się za mną skradałeś, jak wyciągałeś nóź. Ale nic mi nie zrobiłeś, więc po co miałabym z tobą walczyć?

Jeśli chcesz zabić Habretha to najpierw musisz pozbyć się mnie.

Odwróciła się powoli. Jej ręka spoczęła na rękojeści miecza. Ale czarne oczy patrzyły spokojnie.

Widziałam cię wczoraj w gospodzie. Przyglądałeś mi się. Po co tu jesteś?

Mam ochraniać przed tobą Habretha. Podobno chcesz go zabić.

A ty podobno chcesz walczyć. Jeśli tak, to wyciągnij miecz.

Czarne ostrze błyskawicznie wyskoczyło z pochwy. Kruczoczarne oczy zachmurzyły się. Miron wyciągnął swój miecz. Używał go już w wielu potyczkach. Nigdy do tej pory ten oręż go nie zawiódł. Ruszył do ataku. Inez bez większych trudności sparowała cięcie, a jego impet wykorzystała do lekkiego obrotu. Jej stal z błyskawiczną szybkością odbiła miecz przeciwnika i przecięła rękaw jego koszuli. Na ziemię spadły pierwsze krople krwi. Miron znowu uderzył, ale Inez zrobiła unik i zadała kolejny cios prosto w pierś przeciwnika. Kolczuga pękła, ale stal nie zagłębiła się w ciało. Miron z niedowierzaniem spojrzał na swoją zbroję. Inez kopniakiem podcięła mu nogi. Mężczyzna zwalił się na ziemię. Zobaczył jej twarz nad sobą. Pojawił się na niej szyderczy uśmieszek.

Chciałeś się ze mną mierzyć, mając na sobie tak słabą kolczugę? Jesteś za wolny. Popracuj nad sobą, a może przy następnym spotkaniu lepiej się spiszesz. Żegnaj.

Coś błysnęło i Miron zapadł się w głęboką ciemność.

Promień zachodzącego słońca padł na twarz mężczyzny. Ten powoli otworzył oczy. Rozejrzał się z niedowierzaniem. „Gdzie ja jestem? Co się stało?” Nagle przypomniał sobie pojedynek z Czarną Inez. „Gdzie ona jest? Czyżby zabiła mojego pracodawcę? Muszę natychmiast to sprawdzić!” Podniósł się z ziemi. Drzwi do domu Habretha były otwarte. Wbiegł do kuchni. Nikogo. Przeszukał cały dom, i w gabinecie zobaczył ciało. Habreth leżał na zakrwawionej posadzce z własnym sztyletem wbitym w serce. Na stole leżał list.

Sprawiedliwość jest ślepa, ale w tym wypadku ukarała właściwego człowieka. Habreth dopuścił się wielu czynów, za które można by go skazać na karę śmierci. Popełnił wiele morderstw. Między innymi 7 lat temu zamordował prawie całą rodzinę mieszkającą w Ret Darill. Moją rodzinę. Moich rodziców, rodzeństwo, męża i moją ukochaną dwuletnią córeczkę. Spotkał go los jaki sam sobie przygotował.”

Miron wpatrywał się w pismo kobiety, która tak lekko go pokonała i zabiła tego, którego on miał ochraniać. Po chwili wyszedł, zabrał swoje sakwy, osiodłał swojego konia i ruszył w stronę strażnicy. Opowie o wszystkim i wyjedzie z tego miasteczka. Nie zapomniał jej słów. Popracuje nad sobą. Odnajdzie sławnych weteranów i będzie się od nich uczył. A gdy już będzie gotowy odnajdzie Czarną Inez i zmierzy się z nią ponownie. „Zobaczymy, kto wtedy będzie górą.”

Ziemia umykała spod kopyt Nimoth. Miasteczko Cara Daton zostało daleko w tyle, jak wiele innych osad. Przebyła już kilkanaście mil. Nimoth zarżała i ruszyła galopem. „Powinien się już obudzić. Zanim pozbawiłam go przytomności zobaczyłam w jego oczach zawziętość. Na pewno niedługo znowu się spotkamy. Ciekawe czy uda mu się pobić Niepokonaną Inez? Wkrótce się przekonamy. Na razie żegnaj tajemniczy wojowniku. Do zobaczenia wkrótce.”

Noc zapadała nad światem. Między drzewami jak cień mknęła postać na koniu. Czarna Inez ruszała na spotkanie nowej przygody.

Smok

Gorardar i Jasmine byli już przy wejściu do groty smoka. Bardzo się denerwowali. Gorardar spojrzał na Jasmine, a Jasmine spojrzała na Gorardara. Gorardar miał niebieskie oczy, ale Jasmine widziała je tylko zza długich kruczoczarnych włosów które opadły mu w tej ważnej chwili na twarz. To nie była twarz wojownika, lecz człowieka który się boi. Kto wie co by było gdyby Jasmine nie stała wtedy obok niego? Kto wie co by było gdyby nie działała na niego tak bardzo jego męska duma? Któż to wie? Chyba nikt.
-Już czas. -powiedział Gorardar i udał się w stronę wejścia.
-Gorardar poczekaj!!- krzyknęłą Jasmine.
-Co się stało?
-Muszę ci coś powiedzieć.
-Słucham.
-Gorardar, Ja Cię – zaczerwieniła się Jasmine – Ja Cię kocham.
Gorardar zaniemówił z wrażenia.
-Ja też Cię… – nie dokończył bo nagle ze środka groty wydobył się ogromy ryk.
-Biegiem nim będzie za późno – przekonał ją do działania.
Komnata smoka była ogromna. Podłoga była ze srebra a ściany złote. Smok siedział na diamentowym tronie i krzyczał:
-Jestem królem świata hahaha.
Wtedy Gorardara opanował jeszczę większy strach, ale wydobył z siebie resztki odwagi i  postanowił ujawnić smokowi swoją obecność:
-Już niedługo.
-Kto ty?
-Jestem Gorardar, wojownik o wolność krainy Siedmiu Lasów.
-Spływaj – rzekł groźnie smok.
-Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Szukałem cię przez wiele miesięcy. A teraz gdy już wreszcie cię odnalazłem nie pozostało mi nic innego jak cię zabić.
-Nie rozmieszaj mnie. Tacy jak ty służą mi za wykalaczkę. Daję ci ostatnią szanse. Zamknę teraz oczy, a gdy je znów otworzę, ciebie i tej ladacznicy już tu nie będzie.
-Nie ma mowy. Mam miecz króla Anre.
-Co? Króla Anre. To znaczy że ty jesteś tym legendarnym rycerzem, który ma sprawić by drzewa znowu rodziły liście, trawa była zielona, a niebo nie było już koloru piekła. Nie wierzę w tą legendę, ale chętnie się z nią rozprawie. Stawaj do walki.
Smok wstał z tronu. Rozłożył skrzydła, odbił się od ziemi i szybując po sufitem swojej komnaty ział ogniem na prawo i lewo. Cała komnata był w ogniu. Potem zapełniła się dymem, a gdy dym opadł nie było w niej widać nikogo tylko smoka triumwalnie smiejącego się na środku komnaty.
-No i co? Legendy się nie spełniają!
-Nie mów hop póki nie przeskoczysz- odpowiedział Gorardar wyskakujący zza żyrandora na łep smoka.
Gorardar wyciagnął miecz i wbił go smokowi prosto między oczy.
Smok zawył z bólu i padł na ziemię.
Trawa znów był zielona, drzewa rodziły liście a niebo było pieknie niebieskie. A Jasmine i Gorardar wzięli ślub i żyli długo i szczęśliwie