Narkoman

Michał usiadł znów sam za starej kanapie, patrząc na swoją pamiątkę z wesela. Michał miał na sobie brązowy, zimowy płaszcz, z dużą łatą z lewej strony. Troszkę ciemniejszą niż reszta płaszcza. Spodnie również zaniedbane, sztruksowe, też brązowe. Buty czarne, trapery. Twarz miał nieciekawą, duże kości policzkowe, grube brwi, mały podbródek, oczy jakby czerwone ze złości. Siedział na kanapie ze skóry, czarnej, cały pokój mieszał się w ciemnych barwach. Na podłodze szary, wypłowiały dywan. Ściany niby niebieski, ale wydawaj się ciemno granatowe w tym momencie. Gdzie nie gdzie zacieki, sufit jedynie był biały, lecz w połączeniu zresztą, również wydawał się szary.
Widok z okna miał na ścianę następnego bloku.
-Powiesić się, czy skoczyć? Oto jest pytanie. – Powiedział po chichu Michał i sięgnął po pilot. Nachylił się do przody i wyciągnął rękę, złapał go. Popatrzał na niego, i wcisnął czerwony guzik. Rzucił niem gdzieś za siebie. – Mieszkam tylko na czwartym piętrze, słyszałem że ktoś skoczył z piątego, a co dziwne przeżył. Jest na wózku a ja nie chcę tak skończyć chcę zginąć. Chyba że strzelił bym sobie pistoletem w łeb. Ale nie mam pistoletu. Powieszenie też odpada, nie mam żadnej solidnej liny, tylko cienkie kabelki. – Dalej mruczał pod nosem. Przystanął na chwilę. Wstał i ruszył w stronę pokoju jadalnego, choć trudno go nazwać tak. Stół- brązowy, z drewna. Byłby ładny, gdyby nie był tak brudny. Kawałki wczorajszego mięsa, kawałki makaronu sprzed miesiąca. Michał stracił chęć do życia. Gdy doszedł do stołu, wyciągnął rękę by sięgnąć po wodę. Gdy ją uchwycił, odkręcił zakrętkę, przyłożył otwór butelki do ust, i przechylił. Połykał wodę, jak w tej legendzie o smoku krakowskim. Butelkę znów przechylił, teraz by była w pionie.
-Nawet narkotyki mi już nie pomagają. – Powiedział Michał, puszczając zakrętkę i napój. Plastikowa butelka spadła na ziemię, rozlewając zawartość na podłogą. Dywan szybko wsiąkał. Michał wrócił na swoją kanapę usiadł i rozmyślał jak pewnie się zabić. W powietrzu znalazł się zapach siarki, i czerwone iskry. Michałowi ciężko się oddychało. Wstał, podszedł do okna, i spojrzał w niebo. Niebo jest koloru piekła. Nasunęło mu się, jakby ktoś przez niego mówił. Nie powiedział tego, lecz pomyślał. Na niebie zobaczył wiele czarnych ptaków. lecz to nie były ptaki. Wyglądały jakby… pterodaktyle? Czarne pterodaktyle na niebie w XXI w.? Pomyślał Michał z nutką sarkazmu. Jeden z nich uderzył w szybę. Michał odskoczył do tyłu i upadł na plecy. Zza niego weszła osoba do jego mieszkania, bo tam znajdowały się drzwi wejściowe. Wstał i poczuł wielki lęk, wszystko kołysało mu się przed oczami, na lewo, i prawo, i lewo, i prawo… Zaczął się niespokojnie rozglądać wokół siebie. Okno otworzyło się z hukiem. Wiatr wiał bardzo mocno. Do mieszkania nie wszedł tylko chłód, ale zjawy pojawiły się wszędzie. Krążyły wokół Michała jak sępy, jak oszalałe, bardzo szybko. Michał postąpił krok w tył, w stronę okna. Słyszał głosy, zniekształcone, prawdopodobnie przez osobę która tam weszła. Michał coraz szybciej szedł w tył. Przywarł plecami do otwartego okna, na początku troszkę się odchylił do tyłu, ale wrócił na chwilę do prostej postawy. Wyłkał z swoich ust słowa:
– One są wszędzie, wszędzie!

***

-Kto? Tu nikogo nie ma? O czym pan mówi? – Zapytała starsza pani zza progu mieszkania. Patrzała na obłąkanego mężczyznę który przeraźliwie się rozglądał.
-Panie Michale? Co się z panem stało? – Zapytała znowu pani Marta. Mężczyzna odchylił się do tyłu w stronę przepaści.

***

Michał czuł jak zjawa ciągnie go do tyłu, wyprostował nogi z całych sił. Poddał się. Wypadł z okna. Był już blisko ziemi, i nagle następna zjawa go chwyciła, tym razem biała.
-Dziękuję ci Aniele, dziękuję – Michał zasłabł.

***

Pani Marta podbiegła do okna i spojrzała w dół. Zasłoniła usta obiema rękami. Wybiegła z mieszkania by zawołać pomoc.

***

Widok martwego Michała zapewne budził dreszcze u każdego. Nieszczęśliwy upadek spowodował że klatka piersiowa wgniotła się tak mocno, że przebiła serce, i można było ją wyczuć macając trupowi plecy. I ta twarz… cała z krwi, obłędny wyraz twarzy. Patrząc na ciało nie można było sobie wyobrazić jakie cierpienia jaki towarzyszył mu przy śmierci.
A następnego dnia na tej samej ulicy ktoś sprzedawał te same narkotyki.
Dolar