Generał

Część 1: Ucieczka

-Wszystko przygotowane, strażnicy zmieniają się za dziesięć minut, przez chwile nie będzie nikogo na warcie. Powinniśmy zdążyć przebiec do brzegu, gdy będziemy na morzu grożą nam tylko łucznicy. Masz swoją tarcze Robercie?

-Tak mam. – Towarzysz uniósł niewykończoną, drewnianą tarcze lekko w górę. Przykucnięty patrzał na palec Wilhelma podróżujący na ziemi. Spojrzał na minimalnie uchylone kraty. – Wilhelmie?- Powiedział patrząc w kierunku krat.
-Tak? – Uniósł lekko głowę dokańczając swój rysunek na piasku.
-Czy jest możliwość że coś przeoczyliśmy? – Spytał, choć znał odpowiedź przyjaciela. Wilhelm zawsze szukał niedopatrzeń i zawsze je znajdywał. Pewien był czegoś, dopiero gdy przez kilka godzin nie mógł dojrzeć błędu w planie.

-Nie, jestem pewny że się uda. Tylko musisz się dobrze zasłonić tarczą, gdy ostrzeliwać będą nas łucznicy. – Spojrzał mu w oczy i przeniósł wzrok na plan więzienia na ziemi. Zaczął go ostatni raz omawiać. Po pierwszych słowach usłyszeli kroki strażnika. Jego zbroja wydawała metaliczny dźwięk przy każdym kroku. Wilhelm spojrzał na spokojną twarz Roberta.

-Już czas Robercie. – Już czas powtórzył w myślach. Czytaj dalej Generał

Głos Prawdy

Powóz mknął niedawno wybudowanym gościńcem. Czwórka koni biła kopytami twardy bruk, a co chwila któreś ze zwierząt głośno rżało. Za oknami czarnej i niezbyt luksusowej karety przewijały się niewielkie pagórki i samotne drzewa Równiny Samagoth.

– Już niedaleko – rzekł stary i pomarszczony woźnica do siedzącego obok niego strażnika.

– I to właśnie mnie martwi – odpowiedział rycerz, z niepokojem spoglądając za siebie. – Ta kobieta zawsze uciekała na ostatnich milach podróży. Nie powinniśmy się rozluźniać.

– Masz pan rację, ale wątpię, byśmy nie dotarli do stolicy. Dziewczyna jest pod strażą.

– A myśli pan, że nie była, kiedy wieźliśmy ją za każdym z trzech razy, gdy uciekała?

Ledwie przebrzmiały te słowa, rozległ się głośny trzask i wóz stanął przy akompaniamencie głośnych przekleństw zarówno woźnicy, jak i strażników.

– Cholerna oś – krzyknął starzec, klękając, by zbadać uszkodzenie. – Naprawiałem ją tydzień temu, a ona znowu pękła! I to w takim momencie!

– Niech się pan nie martwi – uspokoił go dowódca straży. – Moi żołnierze pojadą do miasta po inny wóz, a gdy już tam trafimy, osobiście postaram się o naprawienie twojego. Znajdę najlepszych ludzi.

– Dziękuję, panie, ale ktoś musi pilnować więźnia.

– Zostanie dwoje najlepszych z mojego oddziału i ja sam. Chyba nie powinna uciec.

– Chyba tak – niepewnie zgodził się właściciel powozu.

Po chwili troje strażników ruszyło w kierunku miasta. Pozostała trójka zaś, wraz z woźnicą, postanowiła odpocząć w cieniu pobliskiego drzewa. Dwoje z wartowników wywlekło więc z karety kobietę, której mieli pilnować, po czym przywiązało ją do pnia ogromnego dębu.

Więźniarka zupełnie nie wyglądała na kogoś, kto już trzykrotnie umykał prawu, będąc zaledwie kilka mil od stolicy i stryczka. Miała długie, jasne włosy, przywodzące na myśl anioła, oraz ciemne oczy otoczone długimi rzęsami uwodzicielskiej damy. Blada cera dziewczyny sprawiała wrażenie, że kobieta nigdy nie wychodziła na słońce, ale jedynie dodawała jej uroku. Strzegący blondynki wojskowi dziwili się, jak ktoś tak niepozorny mógł uciekać im przez tyle lat.

– Nie wygląda na zabójczynię – rzekł któryś z nich, wskazując na skazaną.

– Wiesz, co zrobiła, więc nie udawaj głupiego. Zabiła czterech wysoko postawionych mężów, uznanych przez króla za bohaterów. Rektor Akademii Magii nie zginął sam z siebie, burmistrz Rovandy też. Hrabia de Lavousier nie dźgnął się sam własnym sztyletem, a dom pana del Envio nie spalił się na skutek nieszczęśliwego wypadku. Jakkolwiek nie wyglądałaby zabójczyni, na jej rękach ciąży krew, a każdy morderca musi ponieść karę.

W tym samym momencie od strony miasta nadjechał nowy powóz. Wyglądał bardzo podobnie do poprzedniego, a towarzyszyło mu aż ośmiu konnych żołnierzy. Przez ciało przywiązanej do dębu dziewczyny przebiegł dreszcz przerażenia. Kobieta szybko wyszeptała kilka słów, prawdopodobnie przekleństw, a gdy tylko przebrzmiało ostatnie z nich, od wschodu nadjechał biały rumak.

– Nareszcie – mruknęła, kiedy tylko go ujrzała. – A teraz, drodzy przyjaciele, obawiam się, że muszę was opuścić.

Żaden ze strażników nie usłyszał jej słów. Wszyscy byli zajęci przybyciem nowej karety i posiłków. Kiedy pierwszy wartownik odwrócił się, by zabrać więźniarkę, ujrzał ją już daleko, odjeżdżającą na swym białym koniu.

– Panie, spójrz! – krzyknął do dowódcy. – Znowu uciekła.

A choćby żołnierz starał się, by jego głos brzmiał najgroźniej, jak się tylko dało, słychać w nim było nutę podziwu dla czterokrotnej uciekinierki. Tymczasem ona znikała już za pierwszym pagórkiem na wschodzie.

Koń niósł świetnie, jakby w ogóle nie był zmęczony wielotygodniowym pościgiem za mknącym z szaloną prędkością powozem strażników. Uśmiechnięta dziewczyna poklepała go po szyi i lekkim uciskiem kolan zmusiła do delikatnego skrętu. Po trzech jazdach po tym terenie wiedziała już, że należy ominąć leżącą o milę na wschód wioskę.

Jasne włosy zabójczyni zalśniły w świetle słońca. Czwarty raz, pomyślała blondynka. Już czwarty raz im umknęłam. Ciekawe, czy spróbują złapać mnie po raz kolejny? Jakie wykorzystają metody?

Pod wieczór kopyta białego wierzchowca zabójczyni zaszeleściły już na zeschłych liściach pod drzewami Puszczy Wschodniej. Słysząc to, kobieta zsiadła z rumaka i z szerokim uśmiechem powiodła go do znajomej kotlinki, gdzie zawsze odpoczywała. Tam usiadła na mchu i rozpaliła niewielkie ognisko. Wiedziała, że nawet najodważniejsi rycerze nie zapuszczą się w głąb lasu, więc właściwie nie miała się, czego obawiać.

Młoda, zaledwie dziewiętnastoletnia, dziewczyna urodziła się w zwyczajnej rodzinie mieszkającej nad Turkusowym Jeziorem położonym daleko na wschodzie. Jej matka, prosta chłopka zajmująca się medycyną i ojciec, stary i zmęczony pracą w polu rolnik żyli w maleńkiej chacie na skraju osady. Kiedy pewnego dnia jedenastoletnia wówczas blondynka wyszła na spacer, na wioskę napadli magowie i rycerstwo, później za to nagrodzeni. Nie były to wtedy jeszcze ziemie Imperium, ale po owym ataku zaczęły do niego należeć. Mała, nieznająca świata dziewczynka wróciła wprawdzie do domu, ale gdy zobaczyła, że nie ma już ani jej rodziców, ani przyjaciół, uciekła i schroniła się w lesie. Tam, będąc na służbie i wychowaniu u leśniczego, nauczyła się o mieszkających w puszczach zwierzętach, a także co nieco o przyczynach napadu na jej dom. Nie pomogło jej to jednak w zrozumieniu pobudek najeźdźców.

Po kilku latach mieszkania u leśniczego, piętnastolatka udała się w świat. W czasie podróży napotkała plemię wojowniczych kobiet, które nauczyły ją walki i opartej na ziołach medycyny. One także były prześladowane przez Imperium, więc dziewczyna pomogła im odpłacić się ogromnemu państwu. Wtedy po raz pierwszy zabiła człowieka. Był to okrutny pan del Envio, którego dom podpaliła wraz z towarzyszkami. Później uciekła, obawiając się pościgu, lecz wkrótce uderzyła znowu. Miała już siedemnaście lat i potrafiła uwodzić mężczyzn. Spotkała wtedy hrabiego nazwiskiem de Lavousier i w czasie romantycznego flirtu, dźgnęła go jego własnym sztyletem. Nikt poza nią nie wiedział, cóż takiego zrobił lub powiedział hrabia. Wystarczyło, że wiedziała to jego zabójczyni.

– Zostawiłam wtedy mnóstwo śladów – powiedziała teraz, wspominając tamte wydarzenia. Pamiętała jeszcze, że to właśnie wtedy zaczęto o niej mówić, by w końcu złapać ją po raz pierwszy. Ale uciekła, zawsze uciekała. Sprytnie, bezszelestnie, w trakcie ostatniego popasu, pozostawiając za sobą tylko zerwany skądś list gończy. Po tym zdarzeniu stała się sławna.

Lekki uśmiech zagościł na twarzy kobiety, gdy kładła się spać. Nie chciała już więcej myśleć o przeszłości, a wiedziała, że powinna odpocząć przed kolejną podróżą. Nie miała ze sobą koca ani nic podobnego, więc zagrzebała się w liściach. Na pewno będzie mi cieplej niż normalnie, pomyślała.

Sen przyszedł na nią momentalnie, ledwie zamknęła oczy. Nie miała snów, ale mimo to co chwila budziła się z przeświadczeniem, że ktoś ją obserwuje. Kiedy obudziła się o świcie, odetchnęła z ulgą. Jej koń stał spokojnie tam, gdzie go zostawiła.

– Pobudka, przyjacielu – zawołała, głaszcząc go po grzywie. – Zaraz wyruszamy.

To mówiąc, dziewczyna poprowadziła wierzchowca nad pobliski strumień i pozwoliła mu się napić. Sama umyła się, by po chwili wyjść z wody, parskając z zimna. Wkrótce przygotowała konia do drogi i dosiadłszy go, ruszyła dalej.

Nigdy nie było jej łatwo podróżować po lesie. Ścieżki zmieniały się niemal z dnia na dzień i jedynie koryta rzek i rzeczułek zachowywały swój poprzedni stan. Blondynka poruszała się więc wzdłuż ich biegu.

Minęło kilka dni, zanim kobieta dotarła na skraj lasu. Ostrożnie ominęła najbliższą wioskę i ujrzała stojącą przy drodze karczmę. Postanowiła po raz pierwszy od złapania przez żołnierzy Imperium zasmakować rozkoszy cywilizacji.

Oberża była niewielka, co uciekinierka przyjęła z radością. Spokojnie weszła do środka, nie obawiając się żadnych niebezpieczeństw. W tak niepozornych miejscach nigdy nie pojawiali się ścigający ją żołnierze.

– Witam – rzekł brzuchaty karczmarz, gdy stanęła przy zakurzonym barze, by spojrzeć na ceny. Oprócz przybyłej w budynku nie było zbyt wielu gości. Tylko w rogu kilku mężczyzn zaśmiewało się z jakiegoś dowcipu, a kawałek dalej młody chłopak samotnie sączył tanie wino. Dziewczyna przysiadła się do młodzieńca.

– Witaj – odezwała się po chwili. – Miałbyś pożyczyć kilka groszy?

– Pożyczyć? – zdziwił się nieznajomy. – Jasne. Trzymaj, kimkolwiek jesteś.

Brunet uśmiechnął się, prowokując rozmówczynię do wyjawienia swego imienia.

– Jestem Agraena – powiedziała, także szczerząc do niego zęby. – A ty?

– Mym imieniem Rufus.

– Szlachcic – mruknęła, wpatrując się w chłopaka. – Uciekinier. Masz niewiele pieniędzy i dlatego pijesz tanie wino. Trudno ci jednak wyzbyć się wielkopańskich manier i dlatego mogę liczyć na pomoc finansową.

– Rozpracowałaś mnie, Agraeno. Masz rację, uciekłem, ale nie chcę o tym mówić. Dużo ciekawsza jest twoja przeszłość. Wyglądasz na kogoś, kto wiele przeżył.

– Moja? Nie wiem, co tu jest do opowiadania. Żyję samotnie, zwykle w ukryciu. Rzadko z kimś rozmawiam, jeszcze rzadziej wyjawiam ludziom swoje imię, a jeszcze nigdy nie powiedziałam nikomu, skąd pochodzę. Czemu ty masz być pierwszy?

– A temu – rozpromienił się Rufus, wyciągając sporą sakiewkę i wołając właściciela karczmy. Po chwili dziewczyna miała już przed sobą butelkę taniego wina i skromny obiad.

– I tak ci nie powiem, kim jestem. Przynajmniej nie tutaj – dodała ciszej. – Gospoda to nienajlepsze miejsce na zwierzenia.

Dopiero teraz kobieta przyjrzała się swemu rozmówcy. Był wysoki, o ciemnej cerze i brązowych oczach. Jego kruczoczarne włosy były tak długie, że opadały mu na ramiona, ale uciekinierce wcale to nie przeszkadzało. Kiedy zjadła, uśmiechnęła się do młodzieńca i kontynuowała rozmowę.

– Co dzieje się w okolicy? – zapytała zdawkowym tonem. – Jakieś niebezpieczne wydarzenia, osoby?

– Niewiele – odrzekł beznamiętnie chłopak. – Kilka burd w karczmach, kradzieże w wioskach, ale winowajcy są już w areszcie. Jeśli zaś chodzi o osoby… jest jedna, o której każdy mówi. Podobno sama Mścicielka znów uciekła straży, po czym weszła do Puszczy i w każdym momencie może z niej wyjść.

– Mścicielka?

– Nie słyszałaś o niej? To straszna kobieta, która zabiła już czterokrotnie i także czterokrotnie uciekła pilnującym ją wojskowym. Mówią, że mści się na tych, którzy mieli coś wspólnego z najazdem na wschodnie tereny, ale nikt do końca tego nie wie. Tutejszy baron jednak już szykuje się do drogi. Ucieka.

– Czym zawinił tej tajemniczej… Mścicielce?

– Brał udział we Wschodniej Kampanii. Dowodził atakiem na wiele wiosek.

– Rozumiem. Gdzie mieszka ten baron?

– A po cóż ci to wiedzieć, pani?

– Mniej ważne. Gdzie?

– Dwie mile na południe stąd, we dworze. Czyżbyś chciała go widzieć?

– Tak, choć obawiam się, że bez wzajemności.

– Jedź więc szybko, gdyż plotki głoszą, że wyjeżdża jutro rano.

– Dzięki. Nie zapomnę ci tej przysługi. Uważaj jednak, bo policja pewnie też szybko nie odejdzie od tej sprawy.

Po tych słowach Agraena wyszła z gospody i wskoczyła na konia.

– Pędź, przyjacielu – rzekła, przechodząc w cwał. – Pędź jak błyskawica.

Nie minęło pięć minut, a biały rumak zatrzymał się przed pięknym, urządzonym w starym stylu dworem. Służba właśnie krzątała się przy kilku wozach stojących na podjeździe, ale przybyła nie zwracała na to uwagi. Rzuciła lejce jednemu ze stojących obok pachołków i wbiegła do środka.

Wnętrze dworu barona urządzone było podobnie do pałacu hrabiego de Lavousier. Niemal identyczne kobierce, podobne do tych zdobiących świątynie na wschodzie, takie same miecze i szable jak te, których używali obrońcy jej wioski. Blondynka nie wahając się, zdjęła ze ściany jeden z takich mieczy i ostrożnie wspięła się po schodach. Całe szczęście, nie zaskrzypiały.

– Witaj, baronie – powiedziała, gdy pchnęła okute żelazem drzwi do komnaty bogacza. Ubrany w podróżny płaszcz właściciel domu powitał ją za to wyciągniętym sztyletem.

– Mścicielka – wyjąkał, widząc miecz w ręku napastniczki. – Wróciłaś, by zabijać?

– Tak, ale tylko tych, którzy mieli udział w zabójstwie moich rodziców. Ja, Agraena, czyli Sprawiedliwa, zwana również Mścicielką lub Głosem Prawdy, wyślę cię teraz tam, gdzie ty wysłałeś moich rodaków. Pozdrów ode mnie swoich przyjaciół, baronie, a szczególnie hrabiego de Lavousier. Powiedz mu, że jego kochanka śle mu całuski.

W tym momencie miecz z potężnym łoskotem zwalił się na właściciela domostwa. Ten w ostatniej chwili zdołał sparować cięcie swoim sztylecikiem, co dziewczyna podsumowała lekkim uśmiechem, ale kolejne było już zabójcze. Krew zalała wschodni dywan, ukradziony kiedyś ze świątyni w rodzinnej wiosce zabójczyni.

– To dopiero początek – wyszeptała, z satysfakcją spoglądając na ciało. – Kiedyś znów wrócę. Wrócę, by zabijać.

Chwilę później uradowana zeszła po schodach, taszcząc broń różnych wartości i rozmiarów. Na samym szczycie stosu spoczywał mały sztylecik i szkatułka napełniona diamentami. Uśmiech goszczący na twarzy kobiety jeszcze się powiększył.

Bartnik rozdział.I: Karczma

Deszcz padał, światem targały grzmoty poprzedzone piorunami. Ciemność oplotła Śląsk. Patryk Móller szedł gościńcem dobre kilka godzin, aż zauważył karczmę otoczoną ostrokołem. Sprawiała przytłaczające wrażenie. Była duża, przynajmniej dwupiętrowa. Przed wielką dębową bramą stało dwóch, pokaźnie zbudowanych oprychów. Obaj mieli na sobie bryganty pokrywające przeszywnice. Na wydatnych brzuchach wisiały im pasy, a za nimi powieszone były buławy. Ręce ich pokrywały skórzane rękawice, a stopy trzewiki kolcze. Brama przy której stali wyglądała złowieszczo, mierzyła dwa i pół cala grubości, solidna i niska, osadzona na potężnych zawiasach, nabijana stalowymi ćwiekami . W świetle latarń otaczających wejście dostrzegł jeszcze wąskie strzeliny okien i stajnie, z które właśnie pachołek.

Podszedł do wykidajłów

– Co słychać ?- zapytał

-Stare kurwy nie chcą zdychać- odparł od niechcenia, ochrypłym głosem półgłowka jeden z ochroniarzy- Wchodzić albo znikać.

Móller odruchowo nacisnął żelazną klamkę w kształcie brzozy. Wtargnął do innego świata. W środku panował zaduch.Patryk odziany był w szaro-bury wieśniaczy kubrak. Na nogach miał łapcie z łyka, a na głowie czape. Miał 16 lat i nie pamiętał jak uciekł z grabionej przez smoki wioski.Po lewej stronie dużej izby znajdowało się palenisko nad którym, pachołek obracał tuszę świni. Tłuszcz kapał w płomienie powodując głośne trzaski i wzburzenie ognia. Światła dostarczały świece oraz okrągłe otwory wycięte w dachu, bowiem okna były zabite deskami.W trzech rzędach, równo ustawiono dębowe stoły o potężnych blatach i stabilnych, solidnych nogach zbitych bretnalami. Przy nich, po obu stronach stały ławy. W większości zajęte przez chłopów podobnie ubranych do Móllera. Rozprawiali pewnie o chędożonych plugastwach, wielkich panach i swojej niedoli. Przy jednym zauważył bogaciej odzianych ludzi, prawdopodobnie handlarzy. Na przeciw miejsca, gdzie stał, oberżysta dłubał w nosie. Obrócił się i wszedł do magazynu. Patryk podszedł dalej i znów rozejrzał sie. W środku pachniało spaloną cebulą, tłuszczem, dymem i potem, mimo to atmosfera była przyjemna (na pewno lepsza niż w wiosce z której uciekł). W kącie skrzypek, lutnista i bębniarz przygrywali miła dla ucha muzyką. Młoda dziewczyna o wydatnych kształtach, zamiatała gipsową podłogę. Móller podszedł do wyszynku przy którym znów stał gruby karczmarz.

– Co chceta?- grubiańsko spytał oberżysta

– Mom trzy grosze, co mogam za to kupić

– Żejdlik wina

– To dejcie, a je jeszcze kaj miejsce.

– Na górze

Karczmarz podał mu półlitrowy drewniany kufel napełniony winem. Móller położył na blat trzy praskie grosze i wziął wino. Poprawił tobołek i po schodach udał się na górę. Było tu równie przyjemnie jak na dole z tym, że nie śmierdziało. Przy stołach siedziało niewiele osób. Dwóch chłopów, kupiec, trzech pasterzy, paru kuglarzy, którzy grali w kości, stary człowiek śpiewający po cichu jakąś zbereźną piosenkę.Przysiadł się do niego, rozwiązał supeł tobołka i wyjął suszone mięsiwo. Łyknął wina i zagryzł suchym, solonym mięsem. Musiał porządnie pociągnąć, by oderwać kęs. Zaczął rzuć czując w ustach mdły smak mięsa, posolonego solą z kopalni w Wieliczce. Podniósł wzrok i spojrzał na dziadka. Miał siwe włosy, spiczasty nos i puste czarne oczy.

– Witam- zaczął spokojnym łagodnym głosem staruszek- Co taki młodzieniec jak ty tutaj robi

– Nic- odpowiedział szybko Patryk, po czym rozejrzał się. Wielkie świece za zwierzęcego tłuszczu paliły się jasnym płomieniem. Kupiec siedzący naprzeciw Móllera wstał i zszedł na dół. Po chwili po schodach powolnym, ciężkim krokiem wszedł oberżysta. Podszedł do stołu przy którym siedział Móller i zapytał staruszka:

– Panie Raabenkorp, czego sobie życzycie

– Cicer cum caule i do tego wina, drogi Józefie

Karczmarz odrzedł. Staruszek spojrzał znowu na Móllera i powiedział

– Jesteś głodny, prawda

Móller powoli podniósł wzrok i zmrużył oczy:

– No

– Ha, wiedziałem. Rozumiesz po łacinie?

– Ni

– Ale copia verborum, zrobimy tak, ty zjesz i posłuchasz, a ja poopowiadam i się napojem dobrze młodzieńcze

– Eeee… Tak- odparł niepewnie Móller. Chwile później karczmarz wrócił przynosząc kufel napełniony winem i groch z kapustą w wielkiej drewnianej misie.

-Słuchajże chłopcze historii o…..

Opowieść trwała. Coraz więcej słuchaczy zbierało się wokół stołu.Wybiła północ. Móller zasnął. Obudził go hałas i swąd spalenizny.

O nie! Raubritterzy. Usłyszał wrzaski i jęki, szczęk wypuszczanych cięciw, trzask płomieni.. Szybko rozejrzał się, był sam.Wstał zawiązał tobołek i nasłuchiwał Wtem przeraził się, na górze pojawił się człowiek. NA głowie miał kapalin. Najprostszy i najpopularniejszy hełm przypominający kapelusz z szerokim rondem. Świetnie osłaniał kark i głowę, zapewniając przy tym bardzo dobra widoczność. Korpus jego pokrywał kirys włoski, umieszczony na krótkiej sięgającej ud kolczudze.Nogi pokrywały skórzane rzemienie. W prawej ręce trzymał ogromny morgensztern. Długi kij zwięczony kopułą nabijaną kolcami. Miarowo poruszał nią tworząc w powietrzu kręgi. Żołnierz ruszył powoli ku Móllerowi. Patryk zaczął wpadać w panikę. Cofał sie miarowo omijając stół. Szybko zerknął w tył i zobaczył za sobą ścianę.Wojownik zbliżał się. Móllerowi wydawało się że się uśmiechnął. Wtedy biorąc ogromny zamach uderzył morgenszternem w blat dębowego stołu. Broń wbiła sie w drewno na kilka centymetrów. Drzazgi posypały się w koło. Móller podskoczył ze strachu. Wojownik nie spoglądając na wystraszonego młokosa rozsiadł się na ławie, kładąc na stół broń i nogi.

-Zostaniesz sprzedany, a teraz przynieś mi piwa tylko prędko, hulajże młokosie- rzekł

Móller odwrócił się, opuścił powoli drżącymi dłońmi tobołek i ruszył ku schodom, wielkim łukiem mijając wojownika i stół przy którym siedział. Ten nawet nie spojrzał na drżącego ze strachu Patryka. Młokos dotarł do progu schodów, solidnych, bukowych, ze starannie zdobioną poręczą w kształcie węża eskulapa. Zaczął schodzić w dół, powoli, krok po kroku jak najciszej. W końcu znalazł się na dole. Jednak jakże parter karczmy różnił sie od tego, co zapamiętał chłopiec. Palenisko zostało zniszczone, popiół z niego pokrywał wszystko dookoła cienką warstwą. Móller zmrużył oczy i rozejrzał się, dwa ciała zaległy w kacie, rozpoznał wieśniaków, którzy niedawno prowadzili, żywo gestykulując, dysputę. Nad zwłokami stał żołnierz w kolczudze do ud i łapciach plecionych z łyka lipowego. Jego szeroki miecz wciąż pokrywała czerwień krwi. Móller pokonał ostatni stopień schodów. Wtedy stracił przytomność. Ostatnia rzeczą, która zobaczył był kawałek jego ucha.