Mały ghul, duże kłopoty

Mały ghul, duże kłopoty

Niziołki zawsze, powtórzę, ZAWSZE przynoszą kłopoty. Jeśli nie ukradną dziecku lizaka, to podkradną kurę albo wisiorek. A jak nie kradną, to i tak zaczną. Tak to już jest z niziołkami. Chociaż ja sam nic przeciwko nim nie mam, to w Tar Loch ta rasa miała, szczerze mówiąc, przerąbane. O ile gnomy tolerowano lub ignorowano, to niziołki były otwarcie szykanowane.

Tar Loch było totalnym, za przeproszeniem, zadupiem. Oprócz dwóch czy trzech handlarzy, którzy przybywali tu przejazdem, wioska nie była przyzwyczajona do przyjezdnych. Każdy podróżny, który zatrzymał się w wiosce, wzniecał prawdziwe zamieszanie. Czytaj dalej Mały ghul, duże kłopoty

DRUŻYNA Epizod 1: Krucze Uroczysko

W miejscu gdzie przyszedł na świat, i gdzie się wychowywał, powtarzano słowa: „Orc Blut Vremez, Uns Ax Vremez”[1]Ludzie tłumaczyli je różnie, zwykle wzniośle przedstawiając to zdanie jako krasnoludzką deklarację wojenną,  skierowaną do mrocznego, orczego gatunku. Słowa, które znał kiedyś bardzo dobrze, a które później czas zatarł w jego umyśle, dzisiaj, w tej właśnie chwili, kołatały w jego głowie, pulsowały razem z krwią w żyłach.,

„Czas Orczej krwi, czas naszych toporów” – zdławił przekleństwo, chrapliwie mruknął i splunął krwią.

– Dużo jej – przebiegło mu w myślach.

I przeklął ponownie. Tym razem głośno i wyraźnie.  Płuco musiało być uszkodzone. Żebra były zapewne zmiażdżone. Noga w strzępach, ale przez lata nabrał twardości, teraz zapewne byłby w stanie chodzić i walczyć nawet na okrwawionych kikutach.

W ciągu godziny wszystko trafił szlag. Spętani, jeśli istnieli, zapewne rechotali teraz, w swojej Otchłani, ubawieni losem bandy awanturników.

– Drużyna?  – pomimo bólu uśmiechnął się gorzko – wolne żarty. Gdzie teraz jest dumny rycerz? Z połamanymi kończynami mógł odczołgać się ledwie kilka metrów, zanim go dopadli. Pół – Shaeidańskiemu[2] bękartowi musiały skończyć się strzały. I wtedy, dostali też tego cwaniaka. Potężny Władca Ziemi? Zniknął jak tylko zaczęło się robić nieprzyjemnie. Od początku był podejrzany. Ale szczytem wszystkiego było zatrudnienie drugiego czarodzieja. Tfu. Ucznia czarodziejskiego fachu, zaledwie.

Wtedy ich usłyszał. Z kilku stron wspinali się na zrujnowana wieżę. Bulgotliwie wymieniali między sobą uwagi i pokrzykiwali na siebie w Czarnej Mowie.

– To już – szepnął,  zaciskając dłonie na stylisku obosiecznego topora – Czas posmakować waszej krwi.

Ziggo Bragg z Żelaznej Bramy,  doświadczony krasnoludzki wojownik, wykopał zdrową nogą drewniane drzwi, by zaraz po tym, klnąc i wyjąc z bólu rzucić się do przodu. Ciął z góry, rozpłatując czaszkę pierwszego z Czarnych Orków[3]. Wtedy, rzucili się na niego z każdej strony.

Czytaj dalej DRUŻYNA Epizod 1: Krucze Uroczysko

Gua’rnon

Podróżując po bukowym lesie, Eson poczuł nagły zapach zgnilizny. Zatrzymał się na chwilę, aby zorientować się co to, ale po dłuższej chwili ruszył dalej. Mijał co i rusz stada jeleni i saren szukających pożywienia. Ale szczególną uwagę przykuł mu przedmiot, który świecił się jasno w kępie traw. Podszedł do niego rozglądając się wokół. Przykucnął i podniósł ów przedmiot, okazało się , że był to miecz z niezwykle zdobioną rękojeścią. Chłopiec z zaciekawieniem włożył go do swojego worka. Ruszył dalej wciąż podziwiając uroki okolicy. Nagle zorientował się, że niebo stawało się bardziej czerwone i słonce zniknęło za pobliskim wzgórzem. Cofnął się i ruszył w drogę powrotną. Czytaj dalej Gua’rnon

Miecz Króla II Syn Władcy

Kowal, później wojownik, rycerz, a teraz król. Sebastian Jan XIII. Panował nad sowim królestwem dobrze, lecz nie umiał zakończyć wojny. Stare wojska ginęły, nowe się szkoliły. Król Sebastian nie chciał zawrzeć pokoju, ani druga strona. W swym pałacu nie był już sam, miał żonę, królewnę i syna, księcia. Książę miał już 17lat. Bardzo chciał wyruszyć na wojnę, lecz ojciec mu nie pozwoli. Minęły już dwa dni bez żadnej bitwy, Sebastian Jan XIII miał się spotkać z królem z którym toczą wojnę. Właśnie wstał z swojego tronu, pożegnał się z rodziną, i ruszył w stronę pięknych wrót. Szedł między równie pięknymi kolumnami. Chciał się obrócić, i pożegnać się jeszcze raz, ale tego nie zrobi, tak nie zachowuję się król. Więc tuż przed niem otworzyły się wrota, przeszedł przez nie. Już było za późno na powrót. Więc tylko jeszcze bardziej podniósł głowę do góry i wyszedł z zamku przez następne wrota. Wsiadł do czerwonej karety, z czerwonymi zasłonami przy oknach w drzwiach. Kareta zaprzężona w sześć koni ruszył

***

-To już tu! – krzyknął mężczyzna siedzący na karecie, trzymając bicze. Król wysiadł, rozejrzał się, i ruszył w stronę króla. Spotkali się między karetami.

-Jestem Król Paweł XIX. – Powiedział król z którym Jan XIII toczył wojnę.

-Król Sebastian Jan XIII – powiedział były kowal.

– Co proponujesz? – Powiedział starszy król – Pokój? – Paweł XIX zaśmiał się. – Lepiej zastanów się nad odpowiedzą.

-Nie bądź taki pewny siwy królu… – Ostrzegł go Sebastian XIII. – …dość długo zastanawiałem się w drodze, w karecie. Proponuję bitwę ostateczną, wszystkie twoje wojska, przeciw moim. – Powiedział stanowczo, młodszy król.

– Słucham? – roześmiał się Paweł XIX. – Zgniotę cię na miazgę, mam dwa razy więcej wojsk! – Zaśmiał się starszy król.

-Za to moi są dwa razy lepsi, spotkamy się tu, za trzy dni… zgoda? – Powiedział jeszcze pewniej Sebastian Jan.

-Zgoda! – Powiedział Paweł oburzony. Obaj królowie ruszyli do swoich karet, i odjechali.

***

Trzy dni później…

Spotkali się, tak jak się umówili. Jan XIII na przodzie wojska, z białą skórą niedźwiedzia, narzuconą na ramienia, prowadził wojsko. Król Sebastian Jan XIII zatrzymał się, słysząc również, zatrzymanie się piętnastu legionów za swoimi plecami. Przed nim ukazała się postać na koniu, niosąca sztandar. Sztandar który niebawem spłonie…. Pomyślał Król Sebastian. Obok ukazała się druga postać, również na koniu. Miała narzuconą na siebie czarną skórę wilka. To z pewnością był Król Paweł XIX. Za nimi dwojga, ukazało się wojsko składające się z dwudziestu ośmiu legionów. Wrogie wojska zatrzymały się. Jeśli ktoś popatrzał by z boku, lub z lotu ptaka, widać było po jednej stronie duże wojsko, a po drugiej prawie dwa razy większe wojsko, a między nimi pole z dwoma drzewami i wysoką trawą na ok. półtora stopy. Obaj Królowie, prawie równocześnie wydali rozkaz ataku. Królowie ruszyli a za nimi ich wojownicy. Gdy wojska się zderzyły, widok na nie z lotu ptaka wyglądał by jak wielka plama na środku… niczego. Każdy piechur, łucznik, kusznik, rycerz na koniu, oraz pozostali, mieli złość, nienawiść, żądzę krwi na twarzy. Nikt nie może opisać, jakie emocje wyzwalają się podczas bitwy. Nieliczni czują spokój, jak obaj Królowie, niektórzy miłość, do tego co robią. A cała reszta złość, i tym podobne. W bitwie została ledwie garstka, lecz szanse liczebne się wyrównały. Było około dwudziestu czterech wojowników Króla Pawła i on sam. Król Sebastian Jan również przeżył, lecz było z nim tylko siedemnastu towarzyszy. Obaj królowi spotkali się na polu bitwy, gotowi umrzeć za kraj. Paweł XIX ruszył na siego i zamachnął się próbując zranić Jana XIII. Sebastian obronił się mieczem, bowiem żaden z nich nie miał tarczy. Ona albo gdzieś odpadła, albo została odrzucona. Król Paweł znów ruszył w stronę Króla Sebastiana, lecz gdy ten był blisko, Jan XII położył się na koniu i wystawił nisko miecz. Tak jak Król myślał zranił konia, który się przewrócił. Zszedł z konia. Obrócił się i zobaczył starca który wywleka się spod konia, i jego miecz kilkanaście stóp dalej. Podszedł tak blisko, że Król Paweł XIX widział tylko stopy, gdy podniósł głowę.

-Opowiem wszystkim, jak tu leżałeś pod zranionym koniem, i patrzałeś na mnie błagająco wojsku, którym podbije twój kraj… – powiedział Król Sebastian zafascynowany zaplanowaną przyszłością.

-Nie… – Wyjąkał Król Paweł.

-Słucham? – Powiedział Król Sebastian, już miał dobić starego króla który się grzebał na ziemi, gdy pomyślał. A co jeśli zostawię go przy życiu? Gdy pozwolę mu odejść? Zmienię bieg historii? W czasie zamysłu Króla Sebastiana Jana XII, Paweł XIX wyciągnął sztylet z ukrytej pod kolczugą i dźgnął króla w kostkę, ten puszczając miecz runął na ziemię. Króla Paweł XIX wygrzebał się spod konia, i bez zastanowienia wbił go w kark kowala. Wtedy właśnie zmieniły się dzieje, losy, plany bogów. Kto wie, co będzie w XXI w. jeśli nie tak, jak teraz…

Miecz Króla: Kamil II

Dzieje losów jeszcze się nie zmieniły, wszystko jest tak, jak jest zapisane w księgach boga. Króla Daniela otruto, wtoczono stan wojenny. Adam objął tron i nazwał siebie Królem Kamilem drugim. Już minęły cztery dni od króla Daniela pierwszego. Obecny władca wysłał trzy z siedemnastu legionów królewskich. Wysłane legiony to trzeci, czwarty i piąty. W czwartym legionie, po środku stał on. Niczym się nie wyróżniał, ten sam miecz, zbroja, tarcza, hełm, nagolenniki, buty. Wojska zaczęły na siebie nacierać, wszyscy ruszyli, pierwszy rząd, rugi, za nimi trzeci, a jeszcze później reszta. On zaczął już również biec. Wojska wbiły się na siebie, a on pchał się do przodu. Za ojczyznę! obłędnie krzycząc. Pole bitwy dotarło do niego, zręcznie machał mieczem, idealnie osłaniał tarczą nadchodzące ciosy przeciwników. Teraz zablokował cios idący z jego prawej strony i pchnął mieczem w nogą przecinając, ujrzał krew. Wyciągnął miecz, spojrzał wyżej i odciął napastnikowi głowę. Spojrzał przelotnie na leżące bez głowy ścierwo i ruszył dalej… za ojczyznę. Obronił właśnie cios nadchodzący znad głowy przeciwnika, i pchnął miecz w brzuch. Wydobył go mocnym kopem w tułów przeciwnika. Znów szedł przed siebie, gotowy na wszystko, idealnie się okręcił, przy czym kucnął i wystawił w odpowiednim momencie przed siebie miecz. Odciął krzyczącemu teraz żołnierzowi nogę. Dobił go cięciem w kark. Poczuł ból w udzie, został zraniony, zobaczył kolejny cios z jego lewej strony, z dołu szedł do góry. Zablokował go mieczem i uderzył przeciwnika z całej siło tarczą. Cios wyglądał jakby pchał tarczę. Tarczę odsunął żeby mógł spojrzeć przed siebie, przeciwnik leżał. Szybkim susem zrobił dwa kroki i wbił miecz w klatkę piersiową żołnierza. Tym razem zasłaniając swą lewą stronę, by uniknąć następnego urazu. Rozglądał się w prawo, szukał swej następnej ofiary. Ktoś uderzył w jego tarczę. Przeturlał się przez trupa, w prawo. Gdy wstał od razu zasłonił się tarczą. Ktoś w nią uderzył, tak jak się spodziewał. Wyjrzał za nią i zobaczył wielkiego chłopa w lekkiej zbroi, z wielkim młotem ręku, biorącego zamach. Zaparł się, oczekując następnego silnego uderzenia, które właśnie nastąpiło. Zrobił dwa kroki w tył. Ciął na ślepo przed siebie, tylko raz i znów się schował za tarczą. Przeciwnik uderzył w niego, tym razem w nogę. Poczuł ból, straszny. Noga była złamana, on też to wiedział. Boga wyła jak bomba która włąśnie ma wybuchnąć, lub jest w fazie wybuchu. Zasłonił się tarczą. Tak jak słyszał, przed śmiercią życie przeleciało mu przed oczami, a wyglądało tak:

***

-Cześć mamo! – wykrzyczał malec wracający do domu.
-Cześć synku! O jak się ubrudziłeś, idź się umyj do rzeki dobrze?
-Ale nie pozwalasz mi chodzić tak daleko od domu mamo! Przecież sama to powiedziałaś. – Powiedziało z lekkim oburzeniem dziecko.
-Ale zawsze chciałeś iść sam i pokazać że już jesteś samodzielny. Więc teraz ci pozwalam tam chodzić.-Powiedziała matka. uśmiechnęła się szczero, naprawdę. – Idź już.- Powiedziała. Chłopiec ruszył w stronę drzwi, a w drzwiach podziękował. Pobiegł dalej. Biegł już tak chwilę. Był troszkę zmęczony. Zwolnił, zaczął iść, lecz nie zwykłym, lecz szybszym tempem. Napotkał dwóch łobuzów, niewiele starszych od siebie. Jeden podszedł do niego, spojrzał mu w twarz. Spytał czy jest dojrzały…?
-Na co? – spytał równie pewnie.
-Na walkę, czy potrafisz sam się obronić? – Powiedział napastnik. Chłopiec który zmierzał w kierunku rzeki, zastanawiał się co powiedzieć. – Tak, lepiej się zastanów nad odpowiedzią. – Powiedział po chwili starszy chłopiec.
-Zastanowiłem się… – powiedział młodszy, zrobił chwilę na głębszy wdech i mówił spokojnie dalej. – …nie chcę się bić. Nie wiem czy dorosłem do tego, ale jeśli nie będę miał wyboru, zobaczymy.
-Powiedziałeś to pewnie przygotuj się, nie masz wyboru… – Powiedział starszy , drugi, zszedł na bok dróżki. Zaczęli się bić. Młodszy chłopiec zrobił podobną postawę do przeciwnika uniósł lekko ręce w górę, jedną nogę wysunął do przodu i czekał. Napastnik zbliżył się, postraszył nogą, ale zadał cios prawą ręką prosto w nos chłopca. Chłopiec padł. Starszy napastnik zaczął mówić:
-To jeszcze nie dziś, jeszcze się spotkamy, nie martw się.- Po tych słowach odszedł.
Chłopiec sprawdził czy z nosa leci mu krew, było tak. Wstał i dziękował ze idzie się akurat umyć. Komu? Dla niego nie był to teraz ważne.

***

Chłopiec wyrósł na mężczyznę. Był kowalem. Tworzył z zwykłego kawałku metalu, piękną broń. Płacę miał dobrą, król zawsze miał zapotrzebowanie na broń. Gdy wieczorem zamknął swoją kuźnie ruszył do chaty. Do tej samej co przed laty gdy był dzieckiem. Miasto leżało nad rzeka więc i tą samą drogą, i dziwnym trafem spotkał tego samego mężczyznę.
-I znów się spotykamy, obiecałem ci to… – Powiedział mężczyzna. Kowal nie był zdziwiony.
-I dotrzymałeś obietnicy. Zaczynajmy, nie chcę czekać, chcę wiedzieć. – Wyciągnął miecz z pochwy. Stanął w idealnej postawie, w końcu był kowalem. Przeciwnik sprzed lat tym razem był sam. Wyciągnął miecz i ułożył ciało w zupełnie nie znanej kowalowi pozycji. Przeciwnik suszył na kowala, zadał cios z lewej strony, z dołu, po przekątnej – prawej, górnej, dziwny obrót, i atak z lewej. kowal z trudem wszystko obronił, i zadał cios mocny znad głowy. Przeciwnik obronił choć był lekko kucnięty, bokiem do kowala. Kowal oniemiał, zaraz odskoczył do tyłu, i znów ustawił się w pozycji, w jakiej go uczyli. Przeciwnik w takiej samej jak przedtem. Teraz kowal ruszył i wykonał najtrudniejszą kombinację jaką znał. Zranił go, myślał że będzie trudniej. Ciągnął kombinację ciosów, a przeciwnik resztę osłaniał swym mieczem, nie było widać trudu na jego twarzy, ale nie było też widać że to łatwe. Kowal myślał że wie co za chwile zrobi, ale przeciwnik odskoczył w bok, i zaatakował. Kowal odskoczył w tę samą stronę lecz, miecz przywarł klatki piersiowej przeciwnika, myślał że może jedynie odskoczyć i wyciągnąć miecz. Lecz szarpnął go w dół. Raniąc siebie przy okazji, ponieważ jego miecz był tak samo ustawiony, lecz kowal nie trzymał go ręką. Przeciwnika zranił w nogę, w udo. Napastnik sprzed lat upadł, i puścił miecz. Kowal najpierw chwycił się za ranę lecz zaraz odskoczył by kopnąć w leżący miecz, by przeciwnik nie mógł go dosięgnąć. Zrobił tak, i przyłożył miecz do gardła przeciwnika który wydobył z siebie słowa:
-Dojrzałeś… -westchnął, prawdopodobnie z bólu, po czym dokończył – Dziękuję.
Przeciwnik odsunął miecz z gardła, kowal nie stawiał oporu…

***

Dalej leżał, a na nim tarcza w którą uderzał wielki, uzbrojony, mężczyzna z przeciwnego wojska. Wpadł na pomysł, zaraz po uderzeniu wyciągnął rękę, chwycił nogę i przyciągnął ją. Napastnik stracił równowagę i upadł na plecy. Czuł ja spada na jego tarczę wielki młot. Zrzucił go z niej, odepchnął tarczę na bok, uchwycił młot i zadał zdezorientowanemu żołnierzowi cios prosto w twarz. Zmiażdżył ją. Rozglądał się. Koniec bitwy, odrzucił młot. Nie miał pojęcia ile leżał na ziemi. Poszedł dwa, lub trzy kroki w lewo, schylił się u podniósł się z mieczem w dłoni.

***

Wrócił do swojego miasta z resztką wojska. Szli przez ulice, aż dotarli do samych wrót zamku. Weszli do środka. Przeszli przez wrota, za nimi był korytarz, który ciągnął się od lewej do prawej strony, lub na odwrót. Przed nimi były jeszcze większe i piękniejsze wrota, wrota do sali gdzie siedział król na swym tronie. Uklękli przed nim pozostali żołnierze z bitwy. Król powstał.
-Ty… – wskazał palcem właśnie na niego, tego który leżał tam pod tarczą, lecz wydostał się, godny króla, nie wiedział ze zaraz nim się stanie. Król dokończał – … powstań. Orzekam przed wami moi poddani że zrzekam się tronu, a on… – Znów wybrał palcem tą samą osobę. – …zastąpi mnie jako Król taj krainy. Uchwyć swój miecz – Skierował się do kowala. – I wznieś go w górę, mój królu. – Były król ukląkł. A miecz który kowal, król trzymał w rękach, stał się mieczem króla.

Dolar