Przedpoczatek

Dolina Adarud, bezkresne polacie zieleni zdominowane przez zyjace istoty . Swiat ponownie przechodzil swoista metamorfoze budzac sie po dosc dlugiej w tym roku zimowej poze. Pierwsza zaspana jeszcze lesna fauna , niepewnie wysciubiala nosy ze swych jam i norek delektujac sie wiosenna pora, ludzie jak gdyby w lepszych nastrojach zaczynali zmudne przygotowania do siewow i prac ktore odkladali z powodu zlej pogody, Kupcy zacierali rece gdyz byla to najlepsza pora roku dla ich zawodu, wszyscy ktozy mieli dosc pieniedzy potrzebywali ich uslug, a oni wcale nie grymasili i ze swymi wozami wyladowanymi najrozniejszym toawarem wedrowali od miasta do miasta wzbogacajac swoja kiese o kolejne monety.Jak zwykle nie proznowali rowniez poborcy podatkowi, doprowadzajac mniejszych szlachcicow i cholopolan do skrajnego bankructwa, wiadomo przeciez bylo ze krolowie i baronowie okolicznych wlosci, czekali tylko na pierwsze promienie wiosennego slonca aby wypuscic swoje osowiale wojska w poszukiwaniu nowych ziem i skarbow, czesto nalezacychc juz do ktoregos z sasiadow. Ziemia byla zdominowana, wszyscy pragneli posiadac wiecej i wiecej, bezprawie szezylo sie w kazdym z krolestw, zachlanni karczmaze stawiali swoje knajpy na calym trakcie od Edoras do pustyni Gala-Rad, ci co nie chcieli nabijac mieszkow nieuczciwym przedsiebiorca, wybierali noclegi pod gwiazdami na twardej ziemi, niektorym nawet sie udawalo jednak wiekszosc odnajdywano potem z nozem wbitym po sam trzonek, ograbionych ze wszystkich dobr. Swiat staczal sie coraz bardziej i tak jak kiedys powiedzial pewien medzec, ktorego powieszono potem za nogi z bramy miasta. „To my sami jestesmy najwiekszym zagrozeniem dla nas samych”. Nie bylo juz sojuszy, i zniknelo wszelkie pojecie przyjazni, kazdy martwil sie o siebie, a ci co nie potrafili sie dostosowac nie potrafili sie odnalezc… Tak zaczyna sie kolejny rok 1425. Czas oczyszczenia. Czytaj dalej Przedpoczatek

Mały ghul, duże kłopoty

Mały ghul, duże kłopoty

Niziołki zawsze, powtórzę, ZAWSZE przynoszą kłopoty. Jeśli nie ukradną dziecku lizaka, to podkradną kurę albo wisiorek. A jak nie kradną, to i tak zaczną. Tak to już jest z niziołkami. Chociaż ja sam nic przeciwko nim nie mam, to w Tar Loch ta rasa miała, szczerze mówiąc, przerąbane. O ile gnomy tolerowano lub ignorowano, to niziołki były otwarcie szykanowane.

Tar Loch było totalnym, za przeproszeniem, zadupiem. Oprócz dwóch czy trzech handlarzy, którzy przybywali tu przejazdem, wioska nie była przyzwyczajona do przyjezdnych. Każdy podróżny, który zatrzymał się w wiosce, wzniecał prawdziwe zamieszanie. Czytaj dalej Mały ghul, duże kłopoty

Bartnik rozdział.I: Karczma

Deszcz padał, światem targały grzmoty poprzedzone piorunami. Ciemność oplotła Śląsk. Patryk Móller szedł gościńcem dobre kilka godzin, aż zauważył karczmę otoczoną ostrokołem. Sprawiała przytłaczające wrażenie. Była duża, przynajmniej dwupiętrowa. Przed wielką dębową bramą stało dwóch, pokaźnie zbudowanych oprychów. Obaj mieli na sobie bryganty pokrywające przeszywnice. Na wydatnych brzuchach wisiały im pasy, a za nimi powieszone były buławy. Ręce ich pokrywały skórzane rękawice, a stopy trzewiki kolcze. Brama przy której stali wyglądała złowieszczo, mierzyła dwa i pół cala grubości, solidna i niska, osadzona na potężnych zawiasach, nabijana stalowymi ćwiekami . W świetle latarń otaczających wejście dostrzegł jeszcze wąskie strzeliny okien i stajnie, z które właśnie pachołek.

Podszedł do wykidajłów

– Co słychać ?- zapytał

-Stare kurwy nie chcą zdychać- odparł od niechcenia, ochrypłym głosem półgłowka jeden z ochroniarzy- Wchodzić albo znikać.

Móller odruchowo nacisnął żelazną klamkę w kształcie brzozy. Wtargnął do innego świata. W środku panował zaduch.Patryk odziany był w szaro-bury wieśniaczy kubrak. Na nogach miał łapcie z łyka, a na głowie czape. Miał 16 lat i nie pamiętał jak uciekł z grabionej przez smoki wioski.Po lewej stronie dużej izby znajdowało się palenisko nad którym, pachołek obracał tuszę świni. Tłuszcz kapał w płomienie powodując głośne trzaski i wzburzenie ognia. Światła dostarczały świece oraz okrągłe otwory wycięte w dachu, bowiem okna były zabite deskami.W trzech rzędach, równo ustawiono dębowe stoły o potężnych blatach i stabilnych, solidnych nogach zbitych bretnalami. Przy nich, po obu stronach stały ławy. W większości zajęte przez chłopów podobnie ubranych do Móllera. Rozprawiali pewnie o chędożonych plugastwach, wielkich panach i swojej niedoli. Przy jednym zauważył bogaciej odzianych ludzi, prawdopodobnie handlarzy. Na przeciw miejsca, gdzie stał, oberżysta dłubał w nosie. Obrócił się i wszedł do magazynu. Patryk podszedł dalej i znów rozejrzał sie. W środku pachniało spaloną cebulą, tłuszczem, dymem i potem, mimo to atmosfera była przyjemna (na pewno lepsza niż w wiosce z której uciekł). W kącie skrzypek, lutnista i bębniarz przygrywali miła dla ucha muzyką. Młoda dziewczyna o wydatnych kształtach, zamiatała gipsową podłogę. Móller podszedł do wyszynku przy którym znów stał gruby karczmarz.

– Co chceta?- grubiańsko spytał oberżysta

– Mom trzy grosze, co mogam za to kupić

– Żejdlik wina

– To dejcie, a je jeszcze kaj miejsce.

– Na górze

Karczmarz podał mu półlitrowy drewniany kufel napełniony winem. Móller położył na blat trzy praskie grosze i wziął wino. Poprawił tobołek i po schodach udał się na górę. Było tu równie przyjemnie jak na dole z tym, że nie śmierdziało. Przy stołach siedziało niewiele osób. Dwóch chłopów, kupiec, trzech pasterzy, paru kuglarzy, którzy grali w kości, stary człowiek śpiewający po cichu jakąś zbereźną piosenkę.Przysiadł się do niego, rozwiązał supeł tobołka i wyjął suszone mięsiwo. Łyknął wina i zagryzł suchym, solonym mięsem. Musiał porządnie pociągnąć, by oderwać kęs. Zaczął rzuć czując w ustach mdły smak mięsa, posolonego solą z kopalni w Wieliczce. Podniósł wzrok i spojrzał na dziadka. Miał siwe włosy, spiczasty nos i puste czarne oczy.

– Witam- zaczął spokojnym łagodnym głosem staruszek- Co taki młodzieniec jak ty tutaj robi

– Nic- odpowiedział szybko Patryk, po czym rozejrzał się. Wielkie świece za zwierzęcego tłuszczu paliły się jasnym płomieniem. Kupiec siedzący naprzeciw Móllera wstał i zszedł na dół. Po chwili po schodach powolnym, ciężkim krokiem wszedł oberżysta. Podszedł do stołu przy którym siedział Móller i zapytał staruszka:

– Panie Raabenkorp, czego sobie życzycie

– Cicer cum caule i do tego wina, drogi Józefie

Karczmarz odrzedł. Staruszek spojrzał znowu na Móllera i powiedział

– Jesteś głodny, prawda

Móller powoli podniósł wzrok i zmrużył oczy:

– No

– Ha, wiedziałem. Rozumiesz po łacinie?

– Ni

– Ale copia verborum, zrobimy tak, ty zjesz i posłuchasz, a ja poopowiadam i się napojem dobrze młodzieńcze

– Eeee… Tak- odparł niepewnie Móller. Chwile później karczmarz wrócił przynosząc kufel napełniony winem i groch z kapustą w wielkiej drewnianej misie.

-Słuchajże chłopcze historii o…..

Opowieść trwała. Coraz więcej słuchaczy zbierało się wokół stołu.Wybiła północ. Móller zasnął. Obudził go hałas i swąd spalenizny.

O nie! Raubritterzy. Usłyszał wrzaski i jęki, szczęk wypuszczanych cięciw, trzask płomieni.. Szybko rozejrzał się, był sam.Wstał zawiązał tobołek i nasłuchiwał Wtem przeraził się, na górze pojawił się człowiek. NA głowie miał kapalin. Najprostszy i najpopularniejszy hełm przypominający kapelusz z szerokim rondem. Świetnie osłaniał kark i głowę, zapewniając przy tym bardzo dobra widoczność. Korpus jego pokrywał kirys włoski, umieszczony na krótkiej sięgającej ud kolczudze.Nogi pokrywały skórzane rzemienie. W prawej ręce trzymał ogromny morgensztern. Długi kij zwięczony kopułą nabijaną kolcami. Miarowo poruszał nią tworząc w powietrzu kręgi. Żołnierz ruszył powoli ku Móllerowi. Patryk zaczął wpadać w panikę. Cofał sie miarowo omijając stół. Szybko zerknął w tył i zobaczył za sobą ścianę.Wojownik zbliżał się. Móllerowi wydawało się że się uśmiechnął. Wtedy biorąc ogromny zamach uderzył morgenszternem w blat dębowego stołu. Broń wbiła sie w drewno na kilka centymetrów. Drzazgi posypały się w koło. Móller podskoczył ze strachu. Wojownik nie spoglądając na wystraszonego młokosa rozsiadł się na ławie, kładąc na stół broń i nogi.

-Zostaniesz sprzedany, a teraz przynieś mi piwa tylko prędko, hulajże młokosie- rzekł

Móller odwrócił się, opuścił powoli drżącymi dłońmi tobołek i ruszył ku schodom, wielkim łukiem mijając wojownika i stół przy którym siedział. Ten nawet nie spojrzał na drżącego ze strachu Patryka. Młokos dotarł do progu schodów, solidnych, bukowych, ze starannie zdobioną poręczą w kształcie węża eskulapa. Zaczął schodzić w dół, powoli, krok po kroku jak najciszej. W końcu znalazł się na dole. Jednak jakże parter karczmy różnił sie od tego, co zapamiętał chłopiec. Palenisko zostało zniszczone, popiół z niego pokrywał wszystko dookoła cienką warstwą. Móller zmrużył oczy i rozejrzał się, dwa ciała zaległy w kacie, rozpoznał wieśniaków, którzy niedawno prowadzili, żywo gestykulując, dysputę. Nad zwłokami stał żołnierz w kolczudze do ud i łapciach plecionych z łyka lipowego. Jego szeroki miecz wciąż pokrywała czerwień krwi. Móller pokonał ostatni stopień schodów. Wtedy stracił przytomność. Ostatnia rzeczą, która zobaczył był kawałek jego ucha.