Cetir. Nieistotne starcie. Prolog Drogi Miecza.

Ten przeklęty smród!- zakląłem w duchu. Minął prawie tydzień od zdobycia miasta, a setki na wpół zgniłych zwłok nadal zalegały na wąskich uliczkach Cetri zapomnianej mieściny na krańcu świata. Większość miejscowej ludności zginęła, lub pochowała się w domach, po zdobyciu miasta, przez XIII i XIV Legion Południowej Armii Imperialnej, które natychmiast rozpoczęły krwawą rzeź na bogu ducha winnych mieszkańcach miasta, nie oszczędzano nikogo wśród zwłok znajdowano martwe dzieci. Jeżeli ciała będą nadal tak leżeć to wybuchnie zaraza, na tyle wielka, że będziemy mieli małe szanse na jej opanowanie.

Szedłem powali i mierzyłem ciekawskim wzrokiem budynki dookoła. Zostały zbudowane jeden na drugim z taniej cegły klejonej łajnem i słomą. Na większe luksusy tutejsza ludność obecnie nie mogła sobie pozwolić. Drewno na tych, niegościnnych i suchych rejonach Pustyni Annan, należało do wielu rzeczy na jakie nie stać było przeciętnego człowieka. Tutejszej ludności warunki i władcy nie rozpieszczali, lecz był to lud twardy i odporny na tego typu niedogodności. Mimo iż tutejsi kalifowie nie należeli do ludzi godnych naśladownictwa, to jednak nawet oni rozumieli wartość lojalności, człowieka wobec władcy o czym najwyraźniej nasz ,,umiłowany” hrabia Alther zapomniał– spulnąłem na ziemię. Sama myśl o tym, opasłym wieprzu napawa mnie obrzydzeniem. Nikt z nas nie wie jakim cudem ten arystokratyczny półgłówek stał się naszym dowódcą i jak człowiek o zdrowych zmysłach mógł mu powierzyć władzę nad taką dużą jednostką jaką jest nasz legion. Nie ma za grosz myśli strategicznej, a o rozumie nie wspomnę. Krążą legendy iż jego nieudolność jest tak wielka, że kiedyś nawet na pomocą ogromnej armii nie zdobył pasterskiej wioski. Reszta jego pseudo doradców jest równie pusta jak on, lecz opanowali do perfekcji sztukę przytakiwania i płaszczenia się przed nim, dlatego wątpię iż zlecą ze swych stanowisk. Dzieki bogom istnieje jeszcze kapitan Hardeyl, który trzyma nas XIII Legion Armii Imperialnej w jako takiej dyscyplinie. Ma on spore ambicje i chce zająć miejsce Althera. Czego mu życzę. Nie uroniłbym nawet łzy gdyby juro naszego drogiego hrabiego znaleziono z podciętym gardłem. Czytaj dalej Cetir. Nieistotne starcie. Prolog Drogi Miecza.

Otchłań, rozdział 1 – Kanały

Było już ciemno. Biegłem przez tunel, od co najmniej godziny. Byłem brudny i przesiąknięty cuchnącym zapachem ścieków. Z ostrza mojego miecza, spadały krople krwi. Przed chwilą zabiłem skrytobójcę. Ktoś, nie wiem kto, nasłał ich na mnie. Jestem w niebezpieczeństwie… umiem się bronić mieczem i magią, ale sam na dwunastu wyszkolonych zabójców…

Nie przejmuj się. – powiedział Dann, mój towarzysz. Był duchem sokoła, zwiadowcą i doradcą. – Im szybciej stąd wyjedziesz, tym szybciej będziesz bezpieczny…

Byłem magiem umysłu. Mogłem zabić skrytobójcę jednym zaklęciem, ale byłbym wtedy tak wyczerpany, że nie doszedłbym do Henergsu. Usłyszałem jakiś chrapliwy oddech. Zatrzymałem się i wsłuchałem w ciszę. Ruszyłem niepewnie dalej, miecz uniosłem wyżej. Znów coś zaczęło potwornie oddychać.

Spokojnie. To się zaraz skończy…

Poczułem, że Dann usiadł na moim ramieniu. Dodał mi pewności siebie. Mój nos już dawno przyzwyczaił się do nieprzyjemnego zapachu, który tu panował, lecz gdy widziałem płynącą obok żółtą wodę, miałem mdłości. Po przejściu kawałka drogi, zobaczyłem w oddali goblina. Gobliny, były szkodnikami, które mogły pogryźć, więc wolałem nie ryzykować. Załatwiłem go słabym zaklęciem umysłu.

To był błąd. Musisz takie rzeczy, zawsze konsultować ze mną!

– Ale co się dzieje? – zapytałem, lekko przerażony.

Już tu idą… biegnij w prawo!

Szybko skręciłem tam gdzie mi kazał. Starałem się biec cicho, ale strach zwyciężył i przyspieszyłem robiąc ogromny raban. Nagle coś spadło z góry. Wylądowało na dwóch nogach. Było owinięte w granatowe szmaty, a w rękach miało dwa sztylety. Zaatakowało mnie. Zablokowałem serię ciosów i sam też pchnąłem mieczem. Skrytobójca walczył perfekcyjnie. Rzuciłem zaklęcie i rozproszyłem przeciwnika. Zadałem kolejny cios, którego już nie zablokował. Mój miecz zepchnął go do kanału. Sztylety pofrunęły w powietrze.

Doskonale, ale już biegną następne. Pospiesz się!

Przeskoczyłem ubytek w chodniku i wspiąłem się po jakiejś drabinie. Miecz włożyłem za pas. Wyskoczyłem i znalazłem się w jakimś ciasnym, wilgotnym pomieszczeniu. Była to chyba studnia. Znów wdrapałem się na drabinę i wyszedłem na powietrze. Byłem koło jakiejś chatki. Zapadł już zmrok.

Musisz coś ze sobą zrobić. Jesteś cały brudny.

– Wiem. Muszę unikać ludzi i krasnoludów.

Prędko wskoczyłem w krzaki i znalazłem się na polu. Kukurydza była wysoka, więc nie było mnie widać. Nagle usłyszałem jakieś głosy za sobą.

– Wychodził tędy. Rzuć zaklęcie sprawdzające.

– Masz rację. Szedł w kierunku… pola. Biegiem!

Rzuciłem się do ucieczki. Przedzierałem się, zostawiając dość widoczny ślad za sobą. Nie słyszałem ich kroków, ale byli tak dobrze, wyszkoleni, że może potrafili biegać bezszelestnie. Nie wiedziałem, dokąd biegnę, nie wiedziałem czy ktoś biegnie za mną.

Padnij!

Świsnęły nade mną dwie strzały. Obróciłem się, jednocześnie rzucając zaklęcie porażenia. Skrytobójca chwycił się za głowę, upuszczając łuk i dwie strzały. Miotał się, aż w końcu wpadł na kamień. Podbiegłem do niego, by zobaczyć, kim jest. Był to człowiek.

W jego kieszeni jest eliksir. Weź go ze sobą.

Wyciągnąłem z małej kieszonki, flakon z rubinową substancją. Ostrożnie, włożyłem go do pazuchy kurtki. Nagle Dann krzyknął:

Już lecą!

Spojrzałem w górę i zobaczyłem pięć gryfów, a na nich magów Imperium…

– Ściga mnie Królestwo Ludzi?!