DRUŻYNA Epizod 1: Krucze Uroczysko

W miejscu gdzie przyszedł na świat, i gdzie się wychowywał, powtarzano słowa: „Orc Blut Vremez, Uns Ax Vremez”[1]Ludzie tłumaczyli je różnie, zwykle wzniośle przedstawiając to zdanie jako krasnoludzką deklarację wojenną,  skierowaną do mrocznego, orczego gatunku. Słowa, które znał kiedyś bardzo dobrze, a które później czas zatarł w jego umyśle, dzisiaj, w tej właśnie chwili, kołatały w jego głowie, pulsowały razem z krwią w żyłach.,

„Czas Orczej krwi, czas naszych toporów” – zdławił przekleństwo, chrapliwie mruknął i splunął krwią.

– Dużo jej – przebiegło mu w myślach.

I przeklął ponownie. Tym razem głośno i wyraźnie.  Płuco musiało być uszkodzone. Żebra były zapewne zmiażdżone. Noga w strzępach, ale przez lata nabrał twardości, teraz zapewne byłby w stanie chodzić i walczyć nawet na okrwawionych kikutach.

W ciągu godziny wszystko trafił szlag. Spętani, jeśli istnieli, zapewne rechotali teraz, w swojej Otchłani, ubawieni losem bandy awanturników.

– Drużyna?  – pomimo bólu uśmiechnął się gorzko – wolne żarty. Gdzie teraz jest dumny rycerz? Z połamanymi kończynami mógł odczołgać się ledwie kilka metrów, zanim go dopadli. Pół – Shaeidańskiemu[2] bękartowi musiały skończyć się strzały. I wtedy, dostali też tego cwaniaka. Potężny Władca Ziemi? Zniknął jak tylko zaczęło się robić nieprzyjemnie. Od początku był podejrzany. Ale szczytem wszystkiego było zatrudnienie drugiego czarodzieja. Tfu. Ucznia czarodziejskiego fachu, zaledwie.

Wtedy ich usłyszał. Z kilku stron wspinali się na zrujnowana wieżę. Bulgotliwie wymieniali między sobą uwagi i pokrzykiwali na siebie w Czarnej Mowie.

– To już – szepnął,  zaciskając dłonie na stylisku obosiecznego topora – Czas posmakować waszej krwi.

Ziggo Bragg z Żelaznej Bramy,  doświadczony krasnoludzki wojownik, wykopał zdrową nogą drewniane drzwi, by zaraz po tym, klnąc i wyjąc z bólu rzucić się do przodu. Ciął z góry, rozpłatując czaszkę pierwszego z Czarnych Orków[3]. Wtedy, rzucili się na niego z każdej strony.

Czytaj dalej DRUŻYNA Epizod 1: Krucze Uroczysko

W świetle mroku

Spojrzała na zegarek. Co raz wcześniej zapadał zmrok. Wraz z nadejściem późnej jesieni dni stawały się co raz krótsze i teraz to wieczór był porą o której zamykała bibliotekę. Rozejrzała się po czytelni. Przy ostatnim stoliku w rzędzie przy oknie siedziała jej znajoma, Weronika. Aneta poprawiła wiszący na oparciu wygodnego, biurowego krzesła czarny sweter, po czym wstała zza biurka i podeszła do niej.

– Wera? – dziewczyna podniosła oczy znad książki i uśmiechnęła się.

– Musisz już zamykać?

– Niestety. Masz wolny wieczór? Wpadnij do mnie na kawę… – odpowiedziała Aneta.- Tak jakoś nie mam ochoty siedzieć dzisiaj w domu sama.

– Bardzo chętnie, ale nie mogę – posmutniała Wera. – Daniek zaprosił mnie na kolację… Czytaj dalej W świetle mroku

Generał

Część 1: Ucieczka

-Wszystko przygotowane, strażnicy zmieniają się za dziesięć minut, przez chwile nie będzie nikogo na warcie. Powinniśmy zdążyć przebiec do brzegu, gdy będziemy na morzu grożą nam tylko łucznicy. Masz swoją tarcze Robercie?

-Tak mam. – Towarzysz uniósł niewykończoną, drewnianą tarcze lekko w górę. Przykucnięty patrzał na palec Wilhelma podróżujący na ziemi. Spojrzał na minimalnie uchylone kraty. – Wilhelmie?- Powiedział patrząc w kierunku krat.
-Tak? – Uniósł lekko głowę dokańczając swój rysunek na piasku.
-Czy jest możliwość że coś przeoczyliśmy? – Spytał, choć znał odpowiedź przyjaciela. Wilhelm zawsze szukał niedopatrzeń i zawsze je znajdywał. Pewien był czegoś, dopiero gdy przez kilka godzin nie mógł dojrzeć błędu w planie.

-Nie, jestem pewny że się uda. Tylko musisz się dobrze zasłonić tarczą, gdy ostrzeliwać będą nas łucznicy. – Spojrzał mu w oczy i przeniósł wzrok na plan więzienia na ziemi. Zaczął go ostatni raz omawiać. Po pierwszych słowach usłyszeli kroki strażnika. Jego zbroja wydawała metaliczny dźwięk przy każdym kroku. Wilhelm spojrzał na spokojną twarz Roberta.

-Już czas Robercie. – Już czas powtórzył w myślach. Czytaj dalej Generał

Głos Prawdy

Powóz mknął niedawno wybudowanym gościńcem. Czwórka koni biła kopytami twardy bruk, a co chwila któreś ze zwierząt głośno rżało. Za oknami czarnej i niezbyt luksusowej karety przewijały się niewielkie pagórki i samotne drzewa Równiny Samagoth.

– Już niedaleko – rzekł stary i pomarszczony woźnica do siedzącego obok niego strażnika.

– I to właśnie mnie martwi – odpowiedział rycerz, z niepokojem spoglądając za siebie. – Ta kobieta zawsze uciekała na ostatnich milach podróży. Nie powinniśmy się rozluźniać.

– Masz pan rację, ale wątpię, byśmy nie dotarli do stolicy. Dziewczyna jest pod strażą.

– A myśli pan, że nie była, kiedy wieźliśmy ją za każdym z trzech razy, gdy uciekała?

Ledwie przebrzmiały te słowa, rozległ się głośny trzask i wóz stanął przy akompaniamencie głośnych przekleństw zarówno woźnicy, jak i strażników.

– Cholerna oś – krzyknął starzec, klękając, by zbadać uszkodzenie. – Naprawiałem ją tydzień temu, a ona znowu pękła! I to w takim momencie!

– Niech się pan nie martwi – uspokoił go dowódca straży. – Moi żołnierze pojadą do miasta po inny wóz, a gdy już tam trafimy, osobiście postaram się o naprawienie twojego. Znajdę najlepszych ludzi.

– Dziękuję, panie, ale ktoś musi pilnować więźnia.

– Zostanie dwoje najlepszych z mojego oddziału i ja sam. Chyba nie powinna uciec.

– Chyba tak – niepewnie zgodził się właściciel powozu.

Po chwili troje strażników ruszyło w kierunku miasta. Pozostała trójka zaś, wraz z woźnicą, postanowiła odpocząć w cieniu pobliskiego drzewa. Dwoje z wartowników wywlekło więc z karety kobietę, której mieli pilnować, po czym przywiązało ją do pnia ogromnego dębu.

Więźniarka zupełnie nie wyglądała na kogoś, kto już trzykrotnie umykał prawu, będąc zaledwie kilka mil od stolicy i stryczka. Miała długie, jasne włosy, przywodzące na myśl anioła, oraz ciemne oczy otoczone długimi rzęsami uwodzicielskiej damy. Blada cera dziewczyny sprawiała wrażenie, że kobieta nigdy nie wychodziła na słońce, ale jedynie dodawała jej uroku. Strzegący blondynki wojskowi dziwili się, jak ktoś tak niepozorny mógł uciekać im przez tyle lat.

– Nie wygląda na zabójczynię – rzekł któryś z nich, wskazując na skazaną.

– Wiesz, co zrobiła, więc nie udawaj głupiego. Zabiła czterech wysoko postawionych mężów, uznanych przez króla za bohaterów. Rektor Akademii Magii nie zginął sam z siebie, burmistrz Rovandy też. Hrabia de Lavousier nie dźgnął się sam własnym sztyletem, a dom pana del Envio nie spalił się na skutek nieszczęśliwego wypadku. Jakkolwiek nie wyglądałaby zabójczyni, na jej rękach ciąży krew, a każdy morderca musi ponieść karę.

W tym samym momencie od strony miasta nadjechał nowy powóz. Wyglądał bardzo podobnie do poprzedniego, a towarzyszyło mu aż ośmiu konnych żołnierzy. Przez ciało przywiązanej do dębu dziewczyny przebiegł dreszcz przerażenia. Kobieta szybko wyszeptała kilka słów, prawdopodobnie przekleństw, a gdy tylko przebrzmiało ostatnie z nich, od wschodu nadjechał biały rumak.

– Nareszcie – mruknęła, kiedy tylko go ujrzała. – A teraz, drodzy przyjaciele, obawiam się, że muszę was opuścić.

Żaden ze strażników nie usłyszał jej słów. Wszyscy byli zajęci przybyciem nowej karety i posiłków. Kiedy pierwszy wartownik odwrócił się, by zabrać więźniarkę, ujrzał ją już daleko, odjeżdżającą na swym białym koniu.

– Panie, spójrz! – krzyknął do dowódcy. – Znowu uciekła.

A choćby żołnierz starał się, by jego głos brzmiał najgroźniej, jak się tylko dało, słychać w nim było nutę podziwu dla czterokrotnej uciekinierki. Tymczasem ona znikała już za pierwszym pagórkiem na wschodzie.

Koń niósł świetnie, jakby w ogóle nie był zmęczony wielotygodniowym pościgiem za mknącym z szaloną prędkością powozem strażników. Uśmiechnięta dziewczyna poklepała go po szyi i lekkim uciskiem kolan zmusiła do delikatnego skrętu. Po trzech jazdach po tym terenie wiedziała już, że należy ominąć leżącą o milę na wschód wioskę.

Jasne włosy zabójczyni zalśniły w świetle słońca. Czwarty raz, pomyślała blondynka. Już czwarty raz im umknęłam. Ciekawe, czy spróbują złapać mnie po raz kolejny? Jakie wykorzystają metody?

Pod wieczór kopyta białego wierzchowca zabójczyni zaszeleściły już na zeschłych liściach pod drzewami Puszczy Wschodniej. Słysząc to, kobieta zsiadła z rumaka i z szerokim uśmiechem powiodła go do znajomej kotlinki, gdzie zawsze odpoczywała. Tam usiadła na mchu i rozpaliła niewielkie ognisko. Wiedziała, że nawet najodważniejsi rycerze nie zapuszczą się w głąb lasu, więc właściwie nie miała się, czego obawiać.

Młoda, zaledwie dziewiętnastoletnia, dziewczyna urodziła się w zwyczajnej rodzinie mieszkającej nad Turkusowym Jeziorem położonym daleko na wschodzie. Jej matka, prosta chłopka zajmująca się medycyną i ojciec, stary i zmęczony pracą w polu rolnik żyli w maleńkiej chacie na skraju osady. Kiedy pewnego dnia jedenastoletnia wówczas blondynka wyszła na spacer, na wioskę napadli magowie i rycerstwo, później za to nagrodzeni. Nie były to wtedy jeszcze ziemie Imperium, ale po owym ataku zaczęły do niego należeć. Mała, nieznająca świata dziewczynka wróciła wprawdzie do domu, ale gdy zobaczyła, że nie ma już ani jej rodziców, ani przyjaciół, uciekła i schroniła się w lesie. Tam, będąc na służbie i wychowaniu u leśniczego, nauczyła się o mieszkających w puszczach zwierzętach, a także co nieco o przyczynach napadu na jej dom. Nie pomogło jej to jednak w zrozumieniu pobudek najeźdźców.

Po kilku latach mieszkania u leśniczego, piętnastolatka udała się w świat. W czasie podróży napotkała plemię wojowniczych kobiet, które nauczyły ją walki i opartej na ziołach medycyny. One także były prześladowane przez Imperium, więc dziewczyna pomogła im odpłacić się ogromnemu państwu. Wtedy po raz pierwszy zabiła człowieka. Był to okrutny pan del Envio, którego dom podpaliła wraz z towarzyszkami. Później uciekła, obawiając się pościgu, lecz wkrótce uderzyła znowu. Miała już siedemnaście lat i potrafiła uwodzić mężczyzn. Spotkała wtedy hrabiego nazwiskiem de Lavousier i w czasie romantycznego flirtu, dźgnęła go jego własnym sztyletem. Nikt poza nią nie wiedział, cóż takiego zrobił lub powiedział hrabia. Wystarczyło, że wiedziała to jego zabójczyni.

– Zostawiłam wtedy mnóstwo śladów – powiedziała teraz, wspominając tamte wydarzenia. Pamiętała jeszcze, że to właśnie wtedy zaczęto o niej mówić, by w końcu złapać ją po raz pierwszy. Ale uciekła, zawsze uciekała. Sprytnie, bezszelestnie, w trakcie ostatniego popasu, pozostawiając za sobą tylko zerwany skądś list gończy. Po tym zdarzeniu stała się sławna.

Lekki uśmiech zagościł na twarzy kobiety, gdy kładła się spać. Nie chciała już więcej myśleć o przeszłości, a wiedziała, że powinna odpocząć przed kolejną podróżą. Nie miała ze sobą koca ani nic podobnego, więc zagrzebała się w liściach. Na pewno będzie mi cieplej niż normalnie, pomyślała.

Sen przyszedł na nią momentalnie, ledwie zamknęła oczy. Nie miała snów, ale mimo to co chwila budziła się z przeświadczeniem, że ktoś ją obserwuje. Kiedy obudziła się o świcie, odetchnęła z ulgą. Jej koń stał spokojnie tam, gdzie go zostawiła.

– Pobudka, przyjacielu – zawołała, głaszcząc go po grzywie. – Zaraz wyruszamy.

To mówiąc, dziewczyna poprowadziła wierzchowca nad pobliski strumień i pozwoliła mu się napić. Sama umyła się, by po chwili wyjść z wody, parskając z zimna. Wkrótce przygotowała konia do drogi i dosiadłszy go, ruszyła dalej.

Nigdy nie było jej łatwo podróżować po lesie. Ścieżki zmieniały się niemal z dnia na dzień i jedynie koryta rzek i rzeczułek zachowywały swój poprzedni stan. Blondynka poruszała się więc wzdłuż ich biegu.

Minęło kilka dni, zanim kobieta dotarła na skraj lasu. Ostrożnie ominęła najbliższą wioskę i ujrzała stojącą przy drodze karczmę. Postanowiła po raz pierwszy od złapania przez żołnierzy Imperium zasmakować rozkoszy cywilizacji.

Oberża była niewielka, co uciekinierka przyjęła z radością. Spokojnie weszła do środka, nie obawiając się żadnych niebezpieczeństw. W tak niepozornych miejscach nigdy nie pojawiali się ścigający ją żołnierze.

– Witam – rzekł brzuchaty karczmarz, gdy stanęła przy zakurzonym barze, by spojrzeć na ceny. Oprócz przybyłej w budynku nie było zbyt wielu gości. Tylko w rogu kilku mężczyzn zaśmiewało się z jakiegoś dowcipu, a kawałek dalej młody chłopak samotnie sączył tanie wino. Dziewczyna przysiadła się do młodzieńca.

– Witaj – odezwała się po chwili. – Miałbyś pożyczyć kilka groszy?

– Pożyczyć? – zdziwił się nieznajomy. – Jasne. Trzymaj, kimkolwiek jesteś.

Brunet uśmiechnął się, prowokując rozmówczynię do wyjawienia swego imienia.

– Jestem Agraena – powiedziała, także szczerząc do niego zęby. – A ty?

– Mym imieniem Rufus.

– Szlachcic – mruknęła, wpatrując się w chłopaka. – Uciekinier. Masz niewiele pieniędzy i dlatego pijesz tanie wino. Trudno ci jednak wyzbyć się wielkopańskich manier i dlatego mogę liczyć na pomoc finansową.

– Rozpracowałaś mnie, Agraeno. Masz rację, uciekłem, ale nie chcę o tym mówić. Dużo ciekawsza jest twoja przeszłość. Wyglądasz na kogoś, kto wiele przeżył.

– Moja? Nie wiem, co tu jest do opowiadania. Żyję samotnie, zwykle w ukryciu. Rzadko z kimś rozmawiam, jeszcze rzadziej wyjawiam ludziom swoje imię, a jeszcze nigdy nie powiedziałam nikomu, skąd pochodzę. Czemu ty masz być pierwszy?

– A temu – rozpromienił się Rufus, wyciągając sporą sakiewkę i wołając właściciela karczmy. Po chwili dziewczyna miała już przed sobą butelkę taniego wina i skromny obiad.

– I tak ci nie powiem, kim jestem. Przynajmniej nie tutaj – dodała ciszej. – Gospoda to nienajlepsze miejsce na zwierzenia.

Dopiero teraz kobieta przyjrzała się swemu rozmówcy. Był wysoki, o ciemnej cerze i brązowych oczach. Jego kruczoczarne włosy były tak długie, że opadały mu na ramiona, ale uciekinierce wcale to nie przeszkadzało. Kiedy zjadła, uśmiechnęła się do młodzieńca i kontynuowała rozmowę.

– Co dzieje się w okolicy? – zapytała zdawkowym tonem. – Jakieś niebezpieczne wydarzenia, osoby?

– Niewiele – odrzekł beznamiętnie chłopak. – Kilka burd w karczmach, kradzieże w wioskach, ale winowajcy są już w areszcie. Jeśli zaś chodzi o osoby… jest jedna, o której każdy mówi. Podobno sama Mścicielka znów uciekła straży, po czym weszła do Puszczy i w każdym momencie może z niej wyjść.

– Mścicielka?

– Nie słyszałaś o niej? To straszna kobieta, która zabiła już czterokrotnie i także czterokrotnie uciekła pilnującym ją wojskowym. Mówią, że mści się na tych, którzy mieli coś wspólnego z najazdem na wschodnie tereny, ale nikt do końca tego nie wie. Tutejszy baron jednak już szykuje się do drogi. Ucieka.

– Czym zawinił tej tajemniczej… Mścicielce?

– Brał udział we Wschodniej Kampanii. Dowodził atakiem na wiele wiosek.

– Rozumiem. Gdzie mieszka ten baron?

– A po cóż ci to wiedzieć, pani?

– Mniej ważne. Gdzie?

– Dwie mile na południe stąd, we dworze. Czyżbyś chciała go widzieć?

– Tak, choć obawiam się, że bez wzajemności.

– Jedź więc szybko, gdyż plotki głoszą, że wyjeżdża jutro rano.

– Dzięki. Nie zapomnę ci tej przysługi. Uważaj jednak, bo policja pewnie też szybko nie odejdzie od tej sprawy.

Po tych słowach Agraena wyszła z gospody i wskoczyła na konia.

– Pędź, przyjacielu – rzekła, przechodząc w cwał. – Pędź jak błyskawica.

Nie minęło pięć minut, a biały rumak zatrzymał się przed pięknym, urządzonym w starym stylu dworem. Służba właśnie krzątała się przy kilku wozach stojących na podjeździe, ale przybyła nie zwracała na to uwagi. Rzuciła lejce jednemu ze stojących obok pachołków i wbiegła do środka.

Wnętrze dworu barona urządzone było podobnie do pałacu hrabiego de Lavousier. Niemal identyczne kobierce, podobne do tych zdobiących świątynie na wschodzie, takie same miecze i szable jak te, których używali obrońcy jej wioski. Blondynka nie wahając się, zdjęła ze ściany jeden z takich mieczy i ostrożnie wspięła się po schodach. Całe szczęście, nie zaskrzypiały.

– Witaj, baronie – powiedziała, gdy pchnęła okute żelazem drzwi do komnaty bogacza. Ubrany w podróżny płaszcz właściciel domu powitał ją za to wyciągniętym sztyletem.

– Mścicielka – wyjąkał, widząc miecz w ręku napastniczki. – Wróciłaś, by zabijać?

– Tak, ale tylko tych, którzy mieli udział w zabójstwie moich rodziców. Ja, Agraena, czyli Sprawiedliwa, zwana również Mścicielką lub Głosem Prawdy, wyślę cię teraz tam, gdzie ty wysłałeś moich rodaków. Pozdrów ode mnie swoich przyjaciół, baronie, a szczególnie hrabiego de Lavousier. Powiedz mu, że jego kochanka śle mu całuski.

W tym momencie miecz z potężnym łoskotem zwalił się na właściciela domostwa. Ten w ostatniej chwili zdołał sparować cięcie swoim sztylecikiem, co dziewczyna podsumowała lekkim uśmiechem, ale kolejne było już zabójcze. Krew zalała wschodni dywan, ukradziony kiedyś ze świątyni w rodzinnej wiosce zabójczyni.

– To dopiero początek – wyszeptała, z satysfakcją spoglądając na ciało. – Kiedyś znów wrócę. Wrócę, by zabijać.

Chwilę później uradowana zeszła po schodach, taszcząc broń różnych wartości i rozmiarów. Na samym szczycie stosu spoczywał mały sztylecik i szkatułka napełniona diamentami. Uśmiech goszczący na twarzy kobiety jeszcze się powiększył.

Miecz Króla: Kamil II

Dzieje losów jeszcze się nie zmieniły, wszystko jest tak, jak jest zapisane w księgach boga. Króla Daniela otruto, wtoczono stan wojenny. Adam objął tron i nazwał siebie Królem Kamilem drugim. Już minęły cztery dni od króla Daniela pierwszego. Obecny władca wysłał trzy z siedemnastu legionów królewskich. Wysłane legiony to trzeci, czwarty i piąty. W czwartym legionie, po środku stał on. Niczym się nie wyróżniał, ten sam miecz, zbroja, tarcza, hełm, nagolenniki, buty. Wojska zaczęły na siebie nacierać, wszyscy ruszyli, pierwszy rząd, rugi, za nimi trzeci, a jeszcze później reszta. On zaczął już również biec. Wojska wbiły się na siebie, a on pchał się do przodu. Za ojczyznę! obłędnie krzycząc. Pole bitwy dotarło do niego, zręcznie machał mieczem, idealnie osłaniał tarczą nadchodzące ciosy przeciwników. Teraz zablokował cios idący z jego prawej strony i pchnął mieczem w nogą przecinając, ujrzał krew. Wyciągnął miecz, spojrzał wyżej i odciął napastnikowi głowę. Spojrzał przelotnie na leżące bez głowy ścierwo i ruszył dalej… za ojczyznę. Obronił właśnie cios nadchodzący znad głowy przeciwnika, i pchnął miecz w brzuch. Wydobył go mocnym kopem w tułów przeciwnika. Znów szedł przed siebie, gotowy na wszystko, idealnie się okręcił, przy czym kucnął i wystawił w odpowiednim momencie przed siebie miecz. Odciął krzyczącemu teraz żołnierzowi nogę. Dobił go cięciem w kark. Poczuł ból w udzie, został zraniony, zobaczył kolejny cios z jego lewej strony, z dołu szedł do góry. Zablokował go mieczem i uderzył przeciwnika z całej siło tarczą. Cios wyglądał jakby pchał tarczę. Tarczę odsunął żeby mógł spojrzeć przed siebie, przeciwnik leżał. Szybkim susem zrobił dwa kroki i wbił miecz w klatkę piersiową żołnierza. Tym razem zasłaniając swą lewą stronę, by uniknąć następnego urazu. Rozglądał się w prawo, szukał swej następnej ofiary. Ktoś uderzył w jego tarczę. Przeturlał się przez trupa, w prawo. Gdy wstał od razu zasłonił się tarczą. Ktoś w nią uderzył, tak jak się spodziewał. Wyjrzał za nią i zobaczył wielkiego chłopa w lekkiej zbroi, z wielkim młotem ręku, biorącego zamach. Zaparł się, oczekując następnego silnego uderzenia, które właśnie nastąpiło. Zrobił dwa kroki w tył. Ciął na ślepo przed siebie, tylko raz i znów się schował za tarczą. Przeciwnik uderzył w niego, tym razem w nogę. Poczuł ból, straszny. Noga była złamana, on też to wiedział. Boga wyła jak bomba która włąśnie ma wybuchnąć, lub jest w fazie wybuchu. Zasłonił się tarczą. Tak jak słyszał, przed śmiercią życie przeleciało mu przed oczami, a wyglądało tak:

***

-Cześć mamo! – wykrzyczał malec wracający do domu.
-Cześć synku! O jak się ubrudziłeś, idź się umyj do rzeki dobrze?
-Ale nie pozwalasz mi chodzić tak daleko od domu mamo! Przecież sama to powiedziałaś. – Powiedziało z lekkim oburzeniem dziecko.
-Ale zawsze chciałeś iść sam i pokazać że już jesteś samodzielny. Więc teraz ci pozwalam tam chodzić.-Powiedziała matka. uśmiechnęła się szczero, naprawdę. – Idź już.- Powiedziała. Chłopiec ruszył w stronę drzwi, a w drzwiach podziękował. Pobiegł dalej. Biegł już tak chwilę. Był troszkę zmęczony. Zwolnił, zaczął iść, lecz nie zwykłym, lecz szybszym tempem. Napotkał dwóch łobuzów, niewiele starszych od siebie. Jeden podszedł do niego, spojrzał mu w twarz. Spytał czy jest dojrzały…?
-Na co? – spytał równie pewnie.
-Na walkę, czy potrafisz sam się obronić? – Powiedział napastnik. Chłopiec który zmierzał w kierunku rzeki, zastanawiał się co powiedzieć. – Tak, lepiej się zastanów nad odpowiedzią. – Powiedział po chwili starszy chłopiec.
-Zastanowiłem się… – powiedział młodszy, zrobił chwilę na głębszy wdech i mówił spokojnie dalej. – …nie chcę się bić. Nie wiem czy dorosłem do tego, ale jeśli nie będę miał wyboru, zobaczymy.
-Powiedziałeś to pewnie przygotuj się, nie masz wyboru… – Powiedział starszy , drugi, zszedł na bok dróżki. Zaczęli się bić. Młodszy chłopiec zrobił podobną postawę do przeciwnika uniósł lekko ręce w górę, jedną nogę wysunął do przodu i czekał. Napastnik zbliżył się, postraszył nogą, ale zadał cios prawą ręką prosto w nos chłopca. Chłopiec padł. Starszy napastnik zaczął mówić:
-To jeszcze nie dziś, jeszcze się spotkamy, nie martw się.- Po tych słowach odszedł.
Chłopiec sprawdził czy z nosa leci mu krew, było tak. Wstał i dziękował ze idzie się akurat umyć. Komu? Dla niego nie był to teraz ważne.

***

Chłopiec wyrósł na mężczyznę. Był kowalem. Tworzył z zwykłego kawałku metalu, piękną broń. Płacę miał dobrą, król zawsze miał zapotrzebowanie na broń. Gdy wieczorem zamknął swoją kuźnie ruszył do chaty. Do tej samej co przed laty gdy był dzieckiem. Miasto leżało nad rzeka więc i tą samą drogą, i dziwnym trafem spotkał tego samego mężczyznę.
-I znów się spotykamy, obiecałem ci to… – Powiedział mężczyzna. Kowal nie był zdziwiony.
-I dotrzymałeś obietnicy. Zaczynajmy, nie chcę czekać, chcę wiedzieć. – Wyciągnął miecz z pochwy. Stanął w idealnej postawie, w końcu był kowalem. Przeciwnik sprzed lat tym razem był sam. Wyciągnął miecz i ułożył ciało w zupełnie nie znanej kowalowi pozycji. Przeciwnik suszył na kowala, zadał cios z lewej strony, z dołu, po przekątnej – prawej, górnej, dziwny obrót, i atak z lewej. kowal z trudem wszystko obronił, i zadał cios mocny znad głowy. Przeciwnik obronił choć był lekko kucnięty, bokiem do kowala. Kowal oniemiał, zaraz odskoczył do tyłu, i znów ustawił się w pozycji, w jakiej go uczyli. Przeciwnik w takiej samej jak przedtem. Teraz kowal ruszył i wykonał najtrudniejszą kombinację jaką znał. Zranił go, myślał że będzie trudniej. Ciągnął kombinację ciosów, a przeciwnik resztę osłaniał swym mieczem, nie było widać trudu na jego twarzy, ale nie było też widać że to łatwe. Kowal myślał że wie co za chwile zrobi, ale przeciwnik odskoczył w bok, i zaatakował. Kowal odskoczył w tę samą stronę lecz, miecz przywarł klatki piersiowej przeciwnika, myślał że może jedynie odskoczyć i wyciągnąć miecz. Lecz szarpnął go w dół. Raniąc siebie przy okazji, ponieważ jego miecz był tak samo ustawiony, lecz kowal nie trzymał go ręką. Przeciwnika zranił w nogę, w udo. Napastnik sprzed lat upadł, i puścił miecz. Kowal najpierw chwycił się za ranę lecz zaraz odskoczył by kopnąć w leżący miecz, by przeciwnik nie mógł go dosięgnąć. Zrobił tak, i przyłożył miecz do gardła przeciwnika który wydobył z siebie słowa:
-Dojrzałeś… -westchnął, prawdopodobnie z bólu, po czym dokończył – Dziękuję.
Przeciwnik odsunął miecz z gardła, kowal nie stawiał oporu…

***

Dalej leżał, a na nim tarcza w którą uderzał wielki, uzbrojony, mężczyzna z przeciwnego wojska. Wpadł na pomysł, zaraz po uderzeniu wyciągnął rękę, chwycił nogę i przyciągnął ją. Napastnik stracił równowagę i upadł na plecy. Czuł ja spada na jego tarczę wielki młot. Zrzucił go z niej, odepchnął tarczę na bok, uchwycił młot i zadał zdezorientowanemu żołnierzowi cios prosto w twarz. Zmiażdżył ją. Rozglądał się. Koniec bitwy, odrzucił młot. Nie miał pojęcia ile leżał na ziemi. Poszedł dwa, lub trzy kroki w lewo, schylił się u podniósł się z mieczem w dłoni.

***

Wrócił do swojego miasta z resztką wojska. Szli przez ulice, aż dotarli do samych wrót zamku. Weszli do środka. Przeszli przez wrota, za nimi był korytarz, który ciągnął się od lewej do prawej strony, lub na odwrót. Przed nimi były jeszcze większe i piękniejsze wrota, wrota do sali gdzie siedział król na swym tronie. Uklękli przed nim pozostali żołnierze z bitwy. Król powstał.
-Ty… – wskazał palcem właśnie na niego, tego który leżał tam pod tarczą, lecz wydostał się, godny króla, nie wiedział ze zaraz nim się stanie. Król dokończał – … powstań. Orzekam przed wami moi poddani że zrzekam się tronu, a on… – Znów wybrał palcem tą samą osobę. – …zastąpi mnie jako Król taj krainy. Uchwyć swój miecz – Skierował się do kowala. – I wznieś go w górę, mój królu. – Były król ukląkł. A miecz który kowal, król trzymał w rękach, stał się mieczem króla.

Dolar