„Trzynaste miasto” Rozdział II

Kyōko spacerowała sobie spokojnie pomiędzy budynkami. Nagle na kogoś wpadła. Przeprosiła szybko i chciała ruszyć dalej, ale czyjaś ręka ją zatrzymała. Odwróciła się i… zobaczyła elfkę Marinę uśmiechającą się do niej.

— Jesteś Kyōko-san, siostra Shōty-kuna, prawda? — spytała.

— Owszem — odparła Kyōko. — Rzadko kto mnie ktokolwiek zatrzymuje. Zwykle to Shōta, albo staruch. W każdym razie, czegoś ode mnie chcesz? Nie sądzę, żeby taka osoba jak ty zatrzymywała mnie bez powodu. Jak widzisz, nikt się do mnie nie zbliża. Tylko w konieczności to robią. No więc?

— Mam na imię Marina — powiedziała elfka. — Mieszkam niedaleko centrum.

— Do rzeczy — przerwała jej Kyōko.

— Shōta-kun był u mnie jakiś czas temu i powiedział mi, że się we mnie zakochał — wyjaśniła Marina, waląc prosto z mostu. Wyglądała na trochę zmieszaną.

— I mnie to mówisz? — powiedziała Kyōko. — Ale martwię się o mojego starszego braciszka, więc muszę się koniecznie dowiedzieć, co mu odpowiedziałaś. Mam nadzieję, że możesz mi powiedzieć.

— Jasne! — odparła Marina, energicznie kiwając głową. — Nie ma problemu! Może nawet z tego powodu cię szukałam. Z początku byłam bardzo zszokowana, kiedy zobaczyłam Shōtę-kuna stojącego pod moimi drzwiami, a właśnie miałam wychodzić. Powiedział, to co powiedział, a ja… — westchnęła.

— A ty? — spytała Kyōko, skręcając się z ciekawości. Musiała koniecznie wiedzieć, jaką elfka dała odpowiedź jej przybranemu bratu.

— Powiedziałam mu, żeby zaczekał na moją odpowiedź, bo chcę to przemyśleć — powiedziała w końcu Marina. — I żałuję.

— Dlaczego? — zdziwiła się Kyōko.

— Szczerze? — odparła elfka. — Tak właściwie to ja mam już osobę, w której się zakochałam — wyjaśniła. Kyōko wyglądała na odrobinę przygnębioną. Nie chciała, żeby Shōta miał nadzieję na coś, co się nie stanie.

— To czemu od razu mu nie odmówiłaś? — zapytała.

— W tym właśnie problem — powiedziała Marina siadając na ławce niedaleko. Kyōko przysiadła się do niej, czekając na dalszą cześć odpowiedzi elfki. — Osoba, w której się zakochałam ma mnóstwo przyjaciół, często biega po mieście i mieszka całkiem niedaleko mnie. Kiedy go pierwszy raz zobaczyłam, gonił akurat przez targ…

— Już wszystko rozumiem — przerwała jej Kyōko. — Nie musisz już mówić nic więcej. Wiedz tylko, że możesz zawsze przyjść do nas w odwiedziny.

— Dzięki — odparła podniesiona na duchu elfka. — Przepraszam, ale już się robi ciemno, muszę wracać do domu, bo bedą się o mnie martwić.

— Oczywiście — powiedziała Kyōko. — Do zobaczenia i nie każ mu zbyt długo czekać na odpowiedź! — odkrzyknęła jeszcze na odchodnym. Oczywiste było, że osoba, o której mówi to niewątpliwie Shōta. Biedaczka, zagubiła się we własnych uczuciach. W każdym razie Kyōko miała nadzieję, że wszystko się jakoś rozwiąże. Czytaj dalej „Trzynaste miasto” Rozdział II

„Trzynaste miasto” Rozdział I

Mała półelfka biegała sobie po piasku. W pobliżu nie było miast, jedynie morze widać było na horyzoncie. W końcu znudzona dziewczynka usiadła na wysokim klifie i wpatrywała się w przestrzeń. Nagle usłyszała obce, dziwne dźwięki. Nie wydawały się dochodzić z bliska, więc pozostała bez ruchu, jednak wzmogła swoją czujność.

— Co robisz sama w takim miejscu, dziewczynko? — usłyszała pytanie. — Gdzie twoi rodzice?

— Nie ma — odparła półelfka, odwracając się do przybysza. Był sam. Miał brązowe, rozczochrane włosy i oczy koloru morza. Ubrany był dziwacznie, jak stwierdziła mała. Wyglądał jednak na uprzejmego człowieka, więc wciąż jednak czujna dziewczynka postanowiła kontynuować z nim rozmowę.

— Jak to? — zdziwił się przybysz. — Dlaczego więc znalazłaś się w tak odludnym miejscu?

— Mieszkam tu — powiedziała mała. — Jesteś pierwszą żywą istotą, jaką spotkałam, nie licząc dzikich zwierząt w lesie nieopodal, no ale coś trzeba jeść.

— Sama dajesz im radę? — spytał kompletnie zdumiony człowiek.

— Nie są jakoś specjalnie silne, wręcz powiedziałabym, że słabe. — odparła. — A teraz moja kolej na zadawanie pytań. Kim jesteś? — zapytała półelfka, po raz pierwszy otwierając oczy podczas tej rozmowy. Wcześniej trzymała je mocno zwężone, tak, żeby jednocześnie widzieć rzeczy dookoła i żeby rozmówca nie mógł w nie spojrzeć, natomiast samego przybysza mocno zdumił ich wygląd. Były to złote oczy o czarnych białkach. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział, jednak starał się nie okazywać swego zdumienia. Czytaj dalej „Trzynaste miasto” Rozdział I

Klątwa boga

Wstęp

 

Najsilniejsi zebrali się we wnętrzu Góry Grzmotów na morzu Kraniec. Wreszcie doszli do samego jej serca. Zmęczeni, zakrwawieni, ale szczęśliwi. Dowódcy armii, której już nie było.
Na początku podróży było ich dwunastu. Każdy z nich miał statek wojowników. Została jedynie trójka. Pozostali zginęli po drodze- dwa statki zniszczone przez potwory na morzu, większość podwładnych i trzech dowódców po drodze do Góry Grzmotów, reszta w samej górze.
Trzej doszli jednak do upragnionego skarbu. Mocy starożytnego boga boga. Jedynego ze starych bogów, który coś po sobie zostawił. Pozostali, gdy odchodzili zatarli wszelkie ślady. Ten zostawił morze pełne potworów i wyspę na samym jego środku, pełną demonów.
Bóg ten nie był potężny, ponieważ nie było podań o żadnych jego dokonaniach. Co jest dziwne, ze względu na to, że Bogowie pojawiali się zawsze tam gdzie hordy potępieńców, strachy i kataklizmy. O tym bogu została pamięć, że chodził, obserwował, ale nie działał. Dlatego zwano go Kronikarzem- Cichym Bogiem. Legendy mówiły o nim także, że nie był nienawidzony. To jedyny spośród Bogów który nie wsławił sie zsyłaniem na ludzi strasznych plag.
Do trójki należał wielki mag Xelon – przyszły przywódca gildii magii Imperium Avarth. Sam się tak tytułował. Faktycznie był najszybciej pnącym się w historii członkiem bractwa. Znany ze swych zdolności, ale głównie z pyszałkowatości. Inni twierdzili, że jego pycha go zgubi.
Wielka kapłanka Veami – silna w swojej wierze i potężna w swojej mocy. Nowi bogowie dzielili się swoimi siłami z wybranymi. Nie posiadali jednak takiej potęgi jak starożytni. Wywodzili się głównie z natury. Vaemi została wybrana, by sprowadzić cząstkę mocy starożytnych dla swoich bogów. Była młoda i piękna, jak wszystkie potężne kapłanki. Doznawały one błogosławieństwa pozwalającego cieszyć się młodym wyglądem i wigorem, aż do śmierci. Chociaż Veami i tak dobiegała zaledwie czterdziestki. Ciało jej wskazywało na niepełne dwadzieścia.
Ostatnim z trzech był Rhado – potężny wojownik, który zapisał się już w historii takimi czynami, jak samotną walką z czterdziestką mężczyzn. Którą to walkę wygrał. Jego siła pozwalająca podnieść byka i rzucić nim lub też wytrzymałość, dzięki której może biec ze stolicy do krańca imperium w zaledwie dwa dni były w imperium znane.

Czytaj dalej Klątwa boga

Kroniki Falko

 Kroniki Franco z Balldevill

Autorstwa Konrada Szatkowskiego

Część 1:

 

Już więcej nie pije, nie nigdy więcej”, zdanie powtarzane podczas każdej biesiady w karczmie zdawały się niczym, gdy przyszło mi przypominać sobie stare czasy i wydarzenia, które odwiodły go od życia pełnego przygód. Wspomnienia tamtych dni są dla mnie takie bolesne, ech za dużo myślę, ale głowa mnie tak łupi, jak to mówił Derin?, hmm, na kaca najlepsza dobra baba albo kufel mocniejszego, tak chyba nie jest jeszcze zbyt wcześnie na 1 czy 2 kufle, a niech tam z postanowieniami, muszę czymś zająć myśli. Droga do karczmy nie jest trudna, ludzi jakoś mniej, z karczmy dochodzi mniejszy hałas niż wczoraj, pod jej zewnętrznymi ścianami nie ma też śpiących pijaków jak w nocy, czasami aż nadto rozumiem ludzi, którzy tyle piją. W tych niespokojnych czasach każdy dzień może być ostatnim. Kiedy kilka tygodni temu bestie porwały dzieci w pobliskich lasach nawet ja, który walczył z nimi przez lata zląkłem się, nie o swoje życie, lecz bardziej o spokój w wiosce, który został zaburzony, dlaczego nie martwiłem się o dzieci? Gdyż wiem jak te bezrozumne bestie postępują i wiem że nie było nadziei dla tych, których porwą. Karczma o tej porze niezbyt zapełniona, prócz mnie jest tylko 2 wczorajszych gości, pewnie jak ja leczą wczorajszą biesiadę, zawsze mnie dziwiło jak to ludzie mimo niebezpieczeństwa wokół i ogólnego strachu, znajdą, co jakiś czas moment na biesiadę, pamiętając, co działo się wczoraj ludzie jednak bawią się i piją jakby jutro nie miało nadejść. Czytaj dalej Kroniki Falko

Mały ghul, duże kłopoty

Mały ghul, duże kłopoty

Niziołki zawsze, powtórzę, ZAWSZE przynoszą kłopoty. Jeśli nie ukradną dziecku lizaka, to podkradną kurę albo wisiorek. A jak nie kradną, to i tak zaczną. Tak to już jest z niziołkami. Chociaż ja sam nic przeciwko nim nie mam, to w Tar Loch ta rasa miała, szczerze mówiąc, przerąbane. O ile gnomy tolerowano lub ignorowano, to niziołki były otwarcie szykanowane.

Tar Loch było totalnym, za przeproszeniem, zadupiem. Oprócz dwóch czy trzech handlarzy, którzy przybywali tu przejazdem, wioska nie była przyzwyczajona do przyjezdnych. Każdy podróżny, który zatrzymał się w wiosce, wzniecał prawdziwe zamieszanie. Czytaj dalej Mały ghul, duże kłopoty