„Trzynaste miasto” Rozdział I

Mała półelfka biegała sobie po piasku. W pobliżu nie było miast, jedynie morze widać było na horyzoncie. W końcu znudzona dziewczynka usiadła na wysokim klifie i wpatrywała się w przestrzeń. Nagle usłyszała obce, dziwne dźwięki. Nie wydawały się dochodzić z bliska, więc pozostała bez ruchu, jednak wzmogła swoją czujność.

— Co robisz sama w takim miejscu, dziewczynko? — usłyszała pytanie. — Gdzie twoi rodzice?

— Nie ma — odparła półelfka, odwracając się do przybysza. Był sam. Miał brązowe, rozczochrane włosy i oczy koloru morza. Ubrany był dziwacznie, jak stwierdziła mała. Wyglądał jednak na uprzejmego człowieka, więc wciąż jednak czujna dziewczynka postanowiła kontynuować z nim rozmowę.

— Jak to? — zdziwił się przybysz. — Dlaczego więc znalazłaś się w tak odludnym miejscu?

— Mieszkam tu — powiedziała mała. — Jesteś pierwszą żywą istotą, jaką spotkałam, nie licząc dzikich zwierząt w lesie nieopodal, no ale coś trzeba jeść.

— Sama dajesz im radę? — spytał kompletnie zdumiony człowiek.

— Nie są jakoś specjalnie silne, wręcz powiedziałabym, że słabe. — odparła. — A teraz moja kolej na zadawanie pytań. Kim jesteś? — zapytała półelfka, po raz pierwszy otwierając oczy podczas tej rozmowy. Wcześniej trzymała je mocno zwężone, tak, żeby jednocześnie widzieć rzeczy dookoła i żeby rozmówca nie mógł w nie spojrzeć, natomiast samego przybysza mocno zdumił ich wygląd. Były to złote oczy o czarnych białkach. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział, jednak starał się nie okazywać swego zdumienia. Czytaj dalej „Trzynaste miasto” Rozdział I

Rufus i Kamira – Rozdział I

Biegła, poganiana chęcią życia, pragnieniem wolności i zwyczajnym strachem. Nie zwróciła nawet uwagi kiedy ulice miasta zamieniły się w pola, a pola w las. Gnała przed siebie, bojąc się chociażby rozglądać, by przypadkiem nie wpaść w pułapkę. Jednak tutaj w lesie, czuła się bardziej komfortowo. Wiedziała jak się poruszać, gdzie chować i jak zmylić wroga. Stąpała ciszej od promieni wschodzącego księżyca, a dzięki temu miejscu, wszystkie jej zmysły były bardziej wyostrzone, jak na elfkę przystało. Dla niej ludzie wydawali się śmiesznie słabi i bezradni, jak zagubione dzieci w lesie.
Przystanęła na chwilę, oddychając szybko, nasłuchując i wpatrując się w miejsce gdzieś za sobą, skąd dochodziło ujadanie pod ekscytowanych savików*.
– Głupcy. – Warknęła cicho, dodając pod nosem parę mało przyjemnych słów. Odgarnęła czarne włosy za ramię i ponownie puściła się biegiem. Z tymi kundlami będzie im łatwiej ją wytropić, więc i ona musiała zwiększyć swoje starania. Nie mogła uwierzyć, że zorganizowali taki pościg przez głupią kradzież. Przecież to tylko parę głupich narzędzi, sztylet, torba i… W porządku mieli za co ją ścigać.
Nagle coś ją złapało w pół i wciągnęła za najbliższe drzewo. Nawet pomimo tuniki, poczuła na plecach kłujący chłód zbroi, a czyjać ręka zatkała jej usta i zaklinowała nogi swoją, nim zdążyła się wyrwać lub chociażby zorientować.
– Cśiii… Tu cię nie znajdą. Stój spokojnie. – Męski głos przemawiał szeptem, pełnym pewności siebie i władczości, a jego podbródek oparł się o jej głowę jakby ta sytuacja była całkiem naturalna. Przez chwilę ufała temu głosowi, jakby oczarowana, uwierzyła mu i poczuła jak adrenalina powoli wycieka z jej ciała. Czytaj dalej Rufus i Kamira – Rozdział I

Kres Elfów cz. 1

Coś małego i białego mignęło mu przed oczami. Zerwał się i skoczył w tamtym kierunku. W kilka susów zgrabnie pokonał kilkanaście metrów w zaroślach. Cholerny królik – pomyślał. Odkąd ostatni raz był na tropie Gonoby minęło już wiele godzin. Znów zamiast magicznego zwierzęcia ścigał zwykłego puszystego królika. Zły na siebie przysiadł na gałęzi najbliższego drzewa. Był tak pewny swoich umiejętności, przecież w wyczuwaniu ka’in nie miał sobie równych wśród kandydatów, sam Mistrz go chwalił. Cóż najwyraźniej przecenił swoje możliwości. To, że on wyczuwa ka’in nie oznacza jeszcze, że ka’in zechce wyczuć jego. Z uśmiechem przyglądał się niczego nie rozumiejącemu królikowi, który właśnie zauważył, że jego prześladowca rozpłynął się w powietrzu. Zwierzę okazało się być na tyle lekkomyślne by wyjść na ścieżkę i stanąć na dwóch tylnych łapach nadsłuchując i rozglądając się na wszystkie strony.
Czytaj dalej Kres Elfów cz. 1

Nóż

Nóż

Wieczór się zbliżał, słońce dawało czerwoną poświatę na budynki. Ludzie wracali do swoich domów z pracy, sklepy powoli zamykano, wszyscy wracali do siebie. No prawie wszyscy. Tawerna o tej porze zawsze była pełna. Drzwi cały czas się otwierały, przez co w środku było chłodno. Przy stolikach obok drzwi siedzieli chłopi, kawałek dalej wzdłuż ściany mieszczaninie, a po drugiej stronie tawerny siedzieli pijacy i rozrabiacy. Przy barze siedziało dwóch sprzedawców, którzy pracowali w kuźni Grega. Starszy to zapewne Greg, a drugi to jego syn Adam. Ich kubki były już prawie puste więc zaraz wrócą do swojego domu. Za oknem wiało zimnym, jesiennym wiatrem. Drzewa zrzucił swoje liście, a iglaki bujały się w tle mocnego wiatru. Pięć uliczek dalej od tawerny głośno śpiewali pijacy wracający do domu. Z uliczki za jednym z domów wyszedł ktoś kierując się w stronę pijaków. Rozbawieni mieszczanie nawet go nie zauważyli kiedy przeszedł obok nich i skierował się w kierunku tawerny. Trzy uliczki dalej Korneliusz zauważył Kowala i jego syna wychodzących z Tawerny. Kierowali się w jego stronę.

-Odmieniec… – powiedział grubym głosem Greg przechodząc obok Elfa.

-Słucham?- Korneliusz odwrócił się w ich kierunku wyciągając ukryty sztylet zza płaszcza.

-Zadziorny! – Zawołał Greg. – Synu, nigdy nie toleruj elfów, bo kiedyś Cię zabiją. Trzeba wytępić te plugastwo! – Kowal wyciągnął miecz z pochwy, przy pasku. Greg zrobił dwa kroki i wykonał cięcie z prawej strony. Korneliusz odskoczył do tyłu, ale po chwili był już przy Kowalu wykręcając mu rękę. Miecz spadł na ziemie. Elf wykonał obrót powalając Grega i jeszcze bardziej wykręcając mu rękę. Przyłożył sztylet do krtani Grega, Korneliusz spojrzał na syna, który był gotów bronić swego ojca, nawet za cenę swojego życia. Jedno cięcie spowoduje że Adam rzuci się na elfa. Korneliusz pochylił się nad uchem Grega.

-Słuchaj… „odmieńcze”. Jestem elfem, ale nie zabójcą. Nasłuchałeś się durnych opowieści o elfach krążących po mieście w nocy, rabując przechodniów, a co gorsza uwierzyłeś w nie. Ja, na twoim miejscu, bardziej obawiał bym się was, ludzi. To oni kradną i zabijają. My nie chcemy się mieszać, więc zostaw nas w spokoju. Jeszcze raz wyciągniesz miecz na nieludzi, to cię znajdę i zabije. Weź teraz swój miecz i wróć spokojnie do domu, powtarzając synowi że elfy chcą dla was dobrze. – Korneliusz schował swój sztylet za pasek. – A teraz odejdź. – Elf puścił rękę Kowala i wstał. Greg pospiesznie podczołgał się do miecza. Wziął go i schował. Podbiegł do syna., chwycił go za bark i prowadził przed siebie. Korneliusz słyszał jak Kowal tłumaczy, że elfy nie są jednak takie złe. Cień uśmiechu przeszedł obojętnie przez twarz elfa. Korneliusz obrócił się i ruszył w kierunku tawerny. Po chwili przekroczył próg tawerny. Spojrzał w prawo na chłopów i mieszczan, którzy właśnie śpiewali jednym głosem, bujając się na lewo i prawo, śmiejąc się i wylewając z kubków piwo trzymane w rękach. Elf obrócił głowę w lewo. Ujrzał jak rozrabiacy i pijacy wyzywają się, klną, i kłócą się kto więcej wypije. Korneliusz ruszył w kierunku gospodarza. Gdy stanął przed nim wyciągnął sakiewkę, wyciągnął z niej pięć monet i położył na ladę.

-Poproszę wolny pokój. – Powiedział uprzejmie elf.

-Wszystkie są już zajęte, niestety. – W słowach karczmarza była nutka niechęci i rozbawienia. Korneliusz wziął w garść pieniądze z lady i włożył do sakiewki. A samą sakiewkę przypiął do paska. Drzwi głośno zapiszczały. Korneliusz zignorował to i zauważył stojącą na końcu lady, obok schodów tablice ogłoszeń. Podszedł do niej. Przejrzał wszystkie ogłoszenia. Były tylko ogłoszenia o pracę. Odwrócił się i widział jak człowiek podchodzi do Karczmarza rozpinając płaszcz. Elf znów się odwrócił spoglądając znów na tablice i wytężając słuch. Wyciszył wszystkie szumy śpiewy i skupił się na rozmowę karczmarza z tym członkiem.

-Witaj Olafie.

-Witaj Aleksandrze, co Cię do nas sprowadza? Dawno tu nie bywałeś.

-Praca. Szukam pracy. A tak w ogóle to miło Cię widzieć.

-Ciebie też. Chcesz wolny pokój? Zostało mi jeszcze kilka.

-Tak, tak. Jestem bardzo zmęczony podróżą. Porozmawiamy jutro rano.

-Dobrze, do zobaczenia jutro Olafie!

Korneliusz poczuł te same uczucie. Znów to samo. Elf jeszcze raz przejrzał tablice ogłoszeń. Zauważył jedno które było zasłonięte ogłoszeniem o poszukiwanym pracownikiem w sklepie z mieczami i łukami „Tarcza”. Przepiął te ogłoszenie w inne miejsce odsłaniając zasłonięte.

„…Dwa tysiące za dostarczenie człowieka znanego jako Klaudiusz. Dwa tysiące za żywego, a trzy za martwego.” Krzywy podpis należał do zarządcy w pobliskim loszku. Elf zerwał ogłoszenie i wsadził do kieszeni płaszczu. Odwrócił się i podszedł do Gospodarza.

-”Zostało mi jeszcze kilka pokoi.” Tak powiedziałeś czy coś przekręciłem?

-Przekręciłeś. Powiedziałem że nie został mi żaden pokój. – Powiedział karczmarz opierając się o ladę. Ich twarze prawie się stykały. Elf wyciągnął swój sztylet. Położył mu rękę na karku, budując napięcie. Korneliusz uderzył twarzą gospodarza o ladę przykładając mu ostrze do ust.

-Dasz mi klucz na jedną noc, a nie zadźgam cię na śmierć jak wieprza. – Korneliusz zdjął rękę z karku gospodarza i schował sztylet do pochwy przylegającą do żeber. Gospodarz szybko obrócił się, otworzył szufladkę, wyjął z niej klucz i położył na drewnianej ladzie. Elf delikatnie chwycił dwoma palcami za brelok z drewna i spojrzał na numer.

-Dziękuję. – chwycił klucz w garść i ruszył do schodów. Wszedł po nich na górę. Przeszedł kilka kroków w lewo i stanął przed drzwiami z numerem trzynastym. Wsadził klucz do zamka, przekręcił, nacisnął klamkę i popchnął drzwi. Wszedł do małego pokoiku z łóżkiem, szafą i nocnym stolikiem. Zamknął drzwi. Przekręcił kluczyk w zamku i zostawił go tam. Zdjął płaszcz i powiesił go w szafie. Usiadł na łóżku, rozebrał buty i w końcu położył się na twardym materacu. Leżał tak kilka godzin aż w końcu zasnął.

Następnego dnia rano.

Korneliusz otworzył oczy. Ujrzał drewniany sufit. Usiadł na łóżku i wziął się za ubieranie butów. Ktoś zapukał do drzwi.

-Chwila! – Krzyknął w kierunku drzwi. Gdy ubrał buty wstał, podszedł do szafy i wyciągnął z niej swój płaszcz. Ubrał go i podszedł do drzwi. Przekręcił kluczyk i otworzył je.

-Panie… mówił pan że ten pokój to tylko na jedną noc… a teraz przyjechali dość ważni goście a wszystkie pokoje są zajęte… – Karczmarz ciągną, jąkając się. Na jego twarzy widać było zakłopotanie. Elf wciągnął klucz z zamka i podał gospodarzowi.

-Dziękuję ci Panie… – Powiedział Olaf.

-Czekaj… – Korneliusz zwrócił się do karczmarza. Wyciągnął z kieszeni pięć monet i wcisnął gospodarzowi w rękę. Elf ruszył na dół. Gdy doszedł do schodów usłyszał na dole rozmowę. Usłyszał tylko trzy słowa: łowca głów i zabić. Korneliusz wyciągnął swój sztylet. Sięgnął po drugi i usłyszał.
-Tam! Na Górze! Barć go! – Korneliusz wyciągnął drugi sztylet. Jeden z napastników zaczął wspinać się po schodach.
Na schodach będzie łatwiej. Zszedł kilka schodów w dól i czekał na przeciwnika. Gdy przeciwnik podbiegł ciął swym mieczem z góry. Korneliusz odskoczył na bok uderzając barkiem w ścianę. Następnie bandyta bez zamachu ciął z lewej strony. Atak był słaby, więc elf jednym sztyletem zatrzymał cios, a drugi wbił w pierś przeciwnika. Wyciągnął sztylet i wykonał szybkie cięcie w krtań. Napastnik przewalił się na plecy i sturlał się na dół. Korneliusz zszedł na dół. Stało tam trzech ludzi z bronią. Dwóch z mieczami, jeden z toporem. Elf zrobił dwa kroki w przód i przeturlał się przez ladę. Jeden z nich również przeskoczył ladę i pchnął mieczem. Korneliusz odsunął się w prawo, zrobił krok w przód i wbił sztylet pod żebra bandyty. Obrócił się w kierunku pozostałych, ale stał tam tylko jeden. Rzucił w niego sztyletem. Tak jak zamierzał, trafił go w serce. Obrócił głowę w poszukiwaniu ostatniego przeciwnika. Widział przez chwilę pięść. Później poczuł ból na twarzy. Napastnik uniósł topór w górę i chciał wbić go w elfa. Korneliusz Przeturlał się w bok i wstał jak najszybciej. Cięcie z lewej strony, elf zdążył odskoczyć do tyłu. Poczuł że trącił coś łokciem. Wyczuł to coś ręką. Klamka! Gdy przeciwnik zamachnął się Korneliusz otworzył drzwi i wpadł do środka. Znalazł się w malutkiej kuchence. Szybko rozejrzał się. Kucharz stał z miną pełną zdziwienia. Gdy w drzwiach pojawił się bandyta z toporem szybko pojął co powinien zrobić, uciekł przez tylne drzwi. Elf patrzał na zbliżającego się napastnika. W końcu zaatakował. Wyprowadził cięcie z lewej, Korneliusz uchylił się przed tym ciosem. Drugie cięcie było z prawej, by go uniknąć musiał usiąść na ziemi. Odepchnął się nagami od ziemi i wstał potykając się. Cofał się jak mógł. Nie za szybko, ale nie wolno. W końcu chciał zaatakować ale zorientował się że gdzieś stracił swój sztylet. Zatrzymał się na stole. Oparł się o niego jedną ręką, wyczuł że coś na nim jest. Nóż. Gdy przeciwnik wykonał cięcie z góry elf odskoczył na bok i wbił nóż pod pachę przeciwnika, wykonał jeszcze dwa pchnięcia w tors. Przeciwnik padł na ziemie. Korneliusz spojrzał na twarz przeciwnika. Gdzieś już ją widziałem. Sięgnął do kieszeni płaszczu i wyciągnął z niej list gończy. A więc zarobiłem trzy tysiące. Teraz trzeba tylko go tam zatargać.

Wybraniec- część pierwsza

-Brian, skocz no po wodę!- głos ojca wyrwał dziesięciolatka o kruczoczarnych włosach z zamyślenia. Rzeka była oddalona o dobre cztery kilometry od ich domu, jednak chłopiec nie zdziwił się tą prośbą. W swoim życiu zrobił już tyle bezsensownych rzeczy, że jedna więcej nie robiła mu absolutnie żadnej różnicy- poczuł raczej zirytowanie, jakie odczuwamy, kiedy akurat totalnie nic nie robimy, a ktoś nam bezczelnie to przerywa.
-To dla twojego dobra- rodzice powtarzali mu to jak mantrę, podobnie zresztą jak i przy pozostałych elementach jego treningu, którego celem było (według nich) wyrobienie charakteru. No i mięśni przy okazji też, aczkolwiek od zawsze wpajali swojemu synowi, że nie liczy się wielk… siła, tylko technika.
-I pewnie dlatego muszę nosić te cholerne wiadro z wodą, rąbać drewno i wykonywać dziesiątki różnych ćwiczeń…- pomyślał. Nie wiedział jeszcze o istnieniu takiego słowa jak „ironia”, ale najwyraźniej ona wiedziała o nim. Ojciec dużo mu opowiadał o sztukach walki, ale ponieważ był Napiętnowany (nie Brian, tylko jego współtwórca), nie miał najmniejszych szans na kupno czegokolwiek ostrzejszego od kuchennego noża. Pozostawało więc tylko wspólnie z synem okładać się starannie wystruganymi kijami, bądź ćwiczyć walkę wręcz.

*
-To już tylko miesiąc…- przerwała ciszę Marion. Biorąc pod uwagę prędkość upływu czasu w takich przypadkach, równie dobrze mogłaby powiedzieć „To już tylko rok” albo „To już tylko tydzień”, a i tak oznaczałoby to jedno i to samo: nieskończenie krótki okres czasu.
-Wiem, ale niewiele możemy zrobić. Zresztą, może one wcale nie mają wobec niego złych zamiarów?- beztroska w głosie męża spowodowała, że kobieta zaniepokoiła się stanem jego psychiki. Czy to możliwe, żeby nawet w obliczu utraty syna normalny człowiek pozostawał w tak dobrym nastroju?
-Możliwe, Ted, ale jestem jego matką, a on ma dopiero dziesięć lat i powinnam być przy nim.- wiedziała, że to niemożliwe, ale ponieważ zawsze w podobnych sytuacjach wypowiada się mniej więcej taką kwestię, więc i ona nie chciała być gorsza od innych kobiet mających stracić syna.
-Za miesiąc kończy 11, a poza tym, skoro elfy nazywają go swoim Wybrańcem, to chyba nie zrobią mu krzywdy. A przynajmniej będą miały naszego syna na oku, więc raczej nic gorszego niż to, co spotkałoby go na ulicach miasta, mu nie grozi. Dobrze wiesz, że bez względu na wszystko, za miesiąc zostanie sierotą…-I znowu ta beztroska… Gdyby Marion wiedziała, co to telefon, z pewnością byłaby właśnie w trakcie dzwonienia po psychiatrę.
-A skąd wiesz, co oni zrobią ze swoim Wybrańcem? Może zrobią go swoim królem, a może zabiją, kto to może wiedzieć? Ile razy tu przychodziły, nigdy nic nie odpowiadały na żadne pytania…
Ted nie kontynuował rozmowy. Zapewne wpływ na to miały 2 strzały sterczące z jego piersi. Jednak nawet teraz wydawał się beztroski. Beztrosko martwy.

*
Lavaal wraz ze swoimi trzema „podopiecznymi” szedł spokojnie ku krawędzi lasu. Zaczynała się wiosna i wszystko wokół budziło się do życia, łącznie z wyjątkowo licznymi w tych okolicach niedźwiedziami, które swoimi odchodami radośnie oznajmiały całemu światu, że już nie śpią. Jednak nawet niedźwiedzie odchody nie były w stanie zmniejszyć jego optymizmu, który był tym większy, że przyprowadzenie dziesięciolatka nie wydawało mu się czymś trudnym, mimo że tym dzieckiem był Wybraniec. „Przecież to tylko rytuał, w dodatku od dawna niepraktykowany.”- pomyślał. Właśnie taki był problem ze starożytnymi rytuałami- nikt w nie nie wierzył, ale odprawiano je tak na wszelki wypadek, tracąc przy okazji mnóstwo energii. Dom chłopaka był już otoczony z każdej strony przez inne oddziały, a Brian właśnie wyruszył w kierunku rzeki. Idealny moment na pozbycie się jego rodziców, bez narażania dziecka na rany. Popularność Lavaala ostatnio znacznie zmalała (pod pewnymi względami elfy były jak ludzie- nie da sie przyczepić do niczego, to przyczepią się do alkoholu. Co w nim złego, przecież każdy go lubi…), więc był to doskonały sposób na podreperowanie reputacji- akcja prestiżowa i łatwa. Z zamyślenia wyrwał go widok krańca lasu. Wraz z podwładnymi w milczeniu przeszli przez 100-metrową łąkę i weszli na teren gospodarstwa. Usłyszeli rozmowę dobiegającą z parteru. Lavaal skinął na swojego zastępcę i razem podeszli do otwartego okna. Elfy brzydziły się tchórzostwem i zachodzeniem kogoś od tyłu, chyba że to one były istotami zachodzącymi. Pod tym względem w tym przypadku było wszystko OK. Zobaczyli mężczyznę stojącego do nich tyłem i spokojnie napięli łuki. W momencie zwalniania cięciw człowiek odwrócił się do nich, ale nie zdążył się nawet zdziwić ich widokiem. Lavaalowi przemknęło przez głowę, że bardziej niż zdziwiony, był raczej jakiś taki… hmmm… beztroski. Stał przez chwilę nieruchomo, a następnie upadł bezwładnie na podłogę. Jego żona, wyglądająca do tej pory przez znajdujące się na przeciwległej ścianie okno, usłyszała krótki świst, po chwili łomot i popatrzyła na martwego męża, a następnie zemdlała. Zgodnie z traktatem z Manumisso, chłopak miał nie mieć żadnej rodziny. Nikogo, kto mógłby spróbować go uwolnić. Elfy, jako istoty respektujące prawo (a przynajmniej to prawo, które im akurat odpowiadało), umożliwiły Marion szybkie spotkanie z mężem.

*
Uff, nareszcie koniec wycieczki (zabawne, że kiedy tak myślimy, najdłużej po 5 minutach okazuje się, że to dopiero początek)- pomyślał Brian przechodząc przez prowizoryczną bramę. Wiadra były ciężkie, a ich metalowe rączki boleśnie wbijały mu się w dłonie. Pomimo kilku odpoczynków odbytych po drodze, chłopiec prawie nie czuł rąk. Wniósł wodę do domu, postawił ją w przedpokoju i podniósł głowę. W kuchni koło stołu siedziały 4 elfy. Brian wyszedł na dwór, wziął kilka głębokich oddechów, policzył do 10 i wrócił. Nie przywidziało mu się- elfy nadal tam były. Fakt, widywał je już wcześniej, ale do tej pory przychodziły wyłącznie w jego urodziny.
-Chyba się trochę pospieszyłyście w tym roku- powiedział zakłopotany.

*
Siedzieli przy stole już jakiś czas, kiedy w końcu chłopak wszedł do domu. Postawił pełne wody wiadro na podłodze, ze zdziwieniem na nie popatrzył i wyszedł. Podwładni Lavaala chcieli iść za nim, ale on gestem dłoni kazał im zostać. Miał nadzieję, że chłopak zacznie uciekać, mieliby jakąś zabawę, być może nawet kiedyś ułożono by na tę okoliczność jakąś pieśń wychwalającą jego mężny pościg. Niestety- po trzydziestu sekundach drzwi ponownie się otworzyły i znów stanął w nich czarnowłosy dziesięciolatek.
-Chyba się trochę pospieszyłyście w tym roku-powiedział zakłopotany. Elfy doskonale odczytywały uczucia innych. Na przykład w tym momencie nad celem ich misji unosiła się karteczka z napisem „ZAKŁOPOTANIE”.
-Tak chłopcze, rzeczywiście masz teraz kłopoty- zażartował Lavaal, ale jego kompani najwyraźniej nie zrozumieli dowcipu. Popatrzył na nich groźnie, co natychmiast wywołało oczekiwaną przez niego salwę śmiechu. Bez słowa podszedł do Briana i przerzucił go sobie przez ramię. W tym momencie chłopiec zorientował sie, że nigdzie w pobliżu nie ma jego rodziców i rozpaczliwie machnął nogami, starając się uwolnić. Trafił blondwłosego elfa piętą w nos z którego natychmiast wytrysnęła błękitna krew. Chłopak wykorzystał moment zaskoczenia, wyrwał się z uścisku i upadł na podłogę. W mgnieniu oka (konkretnie, to fizycznie niemożliwe byłoby osiągnięcie wyniku poniżej 3 mgnień, ale stylistycznie by to nie pasowało, więc wszelki realizm musiał się poddać) został otoczony. Napastnicy przyszykowali linę i zamierzali go związać, kiedy nagle zaczął świecić delikatnym niebieskim światłem, a po chwili nastąpił oślepiający błysk i Brian zniknął.