Spisek

Wstęp
 Dawno temu, w czasach kiedy na Ziemi żyły elfy, ogry i smoki, w położonej na dalekiej północy Aralii żyły w zgodzie i przyjaźni cztery plemiona: niebieskoocy Aralczycy, rudowłosi Arghańczycy, ciemnoskórzy Naddusi i Nemeyczycy. Ci ostatni charakteryzowali się tym, że prawie  w ogóle nie czuli chłodu i nosili bardzo długie włosy, przez co wyglądali jak w brązowym welonie. Przez długie lata te cztery plemiona żyły ze sobą w pełnej symbiozie. Dopiero po wstąpieniu na tron Shakulla Pierwszego sytuacja ta diametralnie się zmieniła. Ów król stwierdził, że Aralczycy jako najlepiej rozwinięte plemię powinni sprawować pieczę nad pozostałymi trzema. Pozostałym plemionom nie podobało się, że król traktuje ich jak podwładnych. Skutkiem niezadowolenia była trwająca 15 lat wojna. Aralczycy odnieśli w niej miażdżące zwycięstwo, nie tylko zagarnęli sobie wszystkie bogactwa pochodzące z innych plemion, ale także nałożyli na zwyciężonych daninę. Daninę tę miało płacić każde podbite plemię osobno, przywożąc ją raz w roku do stolicy, by tam złożyć ją u stóp króla. Oprócz tego, mieli oni więcej niż Aralczycy obowiązków i mniej praw. Zabraniano im prawie wszystkiego. Nie wolno im było przekraczać granic bez pozwolenia, handlować poza granicami swojego kraju, zawierać mieszanych małżeństw i wielu innych rzeczy. Jedynym ich prawem i obowiązkiem zarazem było, służyć wiernie Aralii i płacić daninę w terminie.
 W położonej na zachodzie Argharty, maleńkiej wiosce nie opodal granicy mieszkał stary, pamiętający jeszcze wojnę z Aralią  wojownik o imieniu Łachim. Mimo swojego podeszłego już wieku był ciągle jeszcze sprawny fizycznie. Opiekował się osieroconym w czasie wojny bratankiem- Keramem. Keram, pokochał swego wuja jak ojca, a Łachim odwzajemniał to uczucie. Tym mocniej, że oboje z żoną nie dochowali się własnych dzieci.  Keram od początku traktowany był jak syn Łachima     i tak też się względem wuja zachowywał. 

I
To była wyjątkowo mroźna, zimowa noc, na atramentowo-czarnym niebie widać było księżyc. Przez małą, leśną dróżkę przedzierały się trzy wozy, każdy zaprzężony w dwa muły. Mimo, iż cała ta karawana poruszała się powoli, zwierzęta były mocno zmęczone i ledwo powłóczyły  nogami. Najbardziej zmęczone były dwa, które szły przywiązane za ostatnim wozem, ponieważ nie ciągnęły go, dźwigały na grzbiecie worki wypchane obrokiem. Na każdym wozie siedziało dwóch ludzi opatulonych  futrami i zwierzęcymi skórami po czubek nosa. W pierwszym wozie siedział starszy już człowiek z długą siwawo- rudą brodą i takimi samymi krzaczastymi brwiami, spod których spoglądały zielone oczy, ubrany tak jak pozostali w grube futro, spod którego wystawał mu tylko nos razem z sumiastymi wąsiskami. Na nogach miał długie, sięgające kolan buty ze skóry, obszyte u góry futrem, w rękach, mimo ostrego mrozu wciąż trzymał lejce, które lada chwila przymarzną mu do rąk i mimo nalegań swego młodszego towarzysza wciąż nie chciał założyć rękawic. Był nim dużo młodszy mężczyzna o tak samo zielonych oczach  i, o ile to możliwe, jeszcze bardziej opatulony skórami i futrami zwierzęcymi, mimo takiego ubrania wciąż szczękający zębami z zimna. W jadących za nimi wozach siedziało jeszcze czterech ludzi w różnym wieku, ale po ubraniu można było poznać, że są sługami jadącego na czele brodacza. Żaden z tych sług nie był tak grubo ubrany, a mimo to nie drżał z zimna tak jak on. Nagle przerywając leśną głuszę odezwał się młodzik:
– To już trzy dni jak przekroczyliśmy granicę Aralii, a stolicy jak nie widać, tak nie widać.
– Straszny z ciebie pędziwiatr Keramie! Już drugi raz wieziesz ze mną daninę do Arakny, a nie wiesz jaki tu panuje klimat?!- zdziwił się brodacz.
– A co tu ma do rzeczy klimat?!
– Ma, ma Keramie. Rok temu zima była lżejsza, to i przejechać można było łatwiej. W tym roku śniegu napadało na dwa łokcie, to i przejechać trudniej.
– To czemu nie jedziemy saniami, byłoby znacznie szybciej!
– Czy wiesz Keramie co znaczy w naszym języku twoje imię?
– Wiem! Ale co to ma do rzeczy?
– Keram- znaczy ten, który się spieszy. Ja powiedziałbym jednym słowem –Pędziwiatr, ot co. Twoja matka- niech spoczywa w pokoju -miała rację dając ci takie imię, niech się w capa zamienię, jeśli to nieprawda- powiedział brodacz i zaczął się śmiać swoim tubalnym głosem.
– Szydzisz ze mnie wuju, a tu o ważną rzecz chodzi- odparł zgorszony młodzik.
Kiedy wreszcie brodacz przestał się śmiać, spytał niby poważnie:
-O jaką to ważną rzecz chcesz mnie spytać?
– Kiedy wreszcie staniemy na popas? Słudzy są głodni, a  muły zmęczone.
– Keramie, gołowąs jesteś i żółtodziób jeszcze straszny, ale serce masz gołębia, zupełnie jak twoja matka. Masz rację, staniemy na popas niech muły odpoczną, a służba naje się do syta- powiedział brodacz i krzyknął- Poostóóój!!!
Wszystkie mułu jakby  na to czekały i jak na komendę znieruchomiały. Z wozów zaczęli wyskakiwać słudzy, by po raz pierwszy od trzech dni rozprostować nogi i ogrzać się od ogniska. Największe trudności z wydostaniem się z wozu miał oczywiście brodacz, z czego wielką uciechę miał jego bratanek Keram, powtarzając wciąż to samo zdanie: „No wujku za dużo bywasz w karczmie i brzuch masz coraz większy.” A słudzy mu w tym wtórowali: „Panie Łachim, pora chyba zacząć jadać korzonki, miast mięsiwa”. Lecz sam zainteresowany nic sobie z tego ich gadania nie robił, miał swoje zdanie na temat  swego brzucha. Twierdził z uporem, że: „Każdy porządny Arghańczyk musi mieć duży brzuch po to ,by go chronił przed chorobami i czarami”. Nie wiadomo na ile sprawdzało się to w odniesieniu do czarów, ale w jednym miał rację- odkąd świat światem, a Argharta Arghartą, Łachim chory jeszcze nigdy nie był. Kiedy już wszyscy wysiedli z wozów rozpalono ognisko, przy którym słudzy zaczęli piec przywiezione ze sobą mięso, a zapach przy tym wydzielał się taki, że gdyby nie ogień to zeszłyby się tu wszystkie wilki z całej okolicy. Nagle zza wielkiej zaspy, która z powodzeniem zmieściłaby konia razem z wozem, wyszło trzech dziwnie odzianych mężczyzn. Mieli na nogach podobne buty jakie nosi Łachim, oprócz tego mieli spodnie ze skóry i, co najbardziej wszystkich zaskoczyło, krótkie futerka, które w ogóle nie miały… rękawów. Spod futerek wystawały im długie, gołe ręce. Na plecach ich spoczywały łuki, a jeden z nich trzymał w ręku długą włócznię. Osobliwy widok najbardziej zdziwił Kerama, który mimo bliskości ognia, wciąż lekko drżał z zimna. Nagle jeden ze sług Łachima wstał i krzyknął do przybyłych:
– A wy tu czego!?
Na to jeden z przybyszów, który trzymał włócznię powiedział coś w swoim języku pokazując na ogień. Na co odpowiedział mu sługa:
– Wynocha stąd, podli barbarzyńcy!- i już sięgał ręką po swój krótki wiszący u boku miecz, kiedy odezwał się Łachim:
– Odłóż miecz i daj im podejść.
– Panie litujesz się nad barbarzyńcami?! – spytał zdziwiony drugi sługa.
– Milcz, głupcze!!- odpowiedział zdenerwowany nie na żarty Łachim i gestem zaprosił gości, aby usiedli koło niego. Na te słowa jeszcze bardziej zdziwił się Keram, ale widząc gniew wuja wolał mu się nie sprzeciwiać. Zamiast protestować, spytał tylko:
– Skąd znasz ich język wuju?!
– Keramie mleko masz jeszcze pod nosem i wielu rzeczy o mnie nie wiesz i jeszcze długo nie będziesz wiedział- odpowiedział mu brodacz podając jednocześnie jednemu ze swoich gości bukłak z piwem korzennym. Kiedy ci niecodzienni goście najedli się już i napili zapytali o coś Łachima, ponieważ Keram nie wiedział o czym mówią, spytał:
– Co powiedział ten przybysz?
Wuj odpowiedział tłumacząc:
– Podziękowali za gościnę i zapytali jak daleko jest do Arakny.
– A po co oni tam jadą?- zdziwił się Keram
– To ty nie wiesz mój drogi bratanku, że oni także płacą daninę Aralii?!- odrzekł mu brodacz.
Keram chciał zapytać o coś jeszcze, ale nie zdążył, gdyż trzej wędrowcy właśnie żegnali się z Łachimem całkowicie pomijając Kerama i służbę. Więc, gdy tylko zniknęli za zaspą zapytał:
– Powiedziałeś, że oni też wiozą daninę, ale nie powiedziałeś z jakiego kraju pochodzą, Aralia to potężne królestwo , wiele krain i plemion płaci im daninę.
– Nie poznałeś ich?!- zdziwił się Łachim
– A po czym miałem poznać?!- odparł zdziwiony
– Jak to po czym? Po ubiorze, nie zauważyłeś, że im wcale nie jest zimno, mimo, że noszą kaftany bez rękawów? Tylko jedno plemię się tak ubiera- Nemey.
– Więc to są ci słynni, zahartowani Nemeyczycy?
– A jak ich sobie wyobrażałeś? Chodzących na czworaka wydających z siebie barbarzyńskie dźwięki? Sądziłeś zapewne, że rzucają się na wszystkich i jedzą ludzkie mięso- co?! Dobrze mówię?!
– Wielu wojowników z naszej wioski opowiadało, że tak właśnie wyglądają, to dlaczego miałem nie wierzyć? To samo mówili wszyscy Aralczycy- odpowiedział obrażonym głosem Keram.
– Mój drogi, o ludziach musisz się jeszcze wiele nauczyć, to po pierwsze. Po drugie, nigdy nie wierz na słowo wojownikom z naszej wioski, to piwożłopy i za kubek piwa powiedzą ci nawet, że byli na Księżycu.
– Wszyscy? A ty wujku?!- spytał niespodziewanie Keram.
– Prawie wszyscy, zostało kilku prawdomównych- zmieszał się brodacz.
– Aha, a ten brzuch to ci pewnie od prawdomówności urósł, co? – zaskoczył go Keram.
– Nie twoja rzecz smarkaczu, przyjdzie czas, że i tobie urośnie wtedy pogadamy jak równy z równym. Pozwól, że dokończę com zaczął. Po trzecie więc, mój żółtodziobie, zapamiętaj sobie jedno: Aralczyk jest jak plugawy robak i mówi tylko to, co jest mu wygodne. Jedynym celem wszystkich tych żarłocznych hien jest skłócenie plemion im podległych po to, by nie mogły się sprzeciwić królowi Aralii- dokończył Łachim i na myśl o królu Aralii splunął przez lewe ramię.
Keram  chciał się jeszcze czegoś dowiedzieć o tym dziwnym kraju i ludziach w nim żyjących, więc zapytał:
– Powiedz mi jeszcze wujku, jak to możliwe, że im nie jest zimno, mimo, iż sami noszą ubrania bez rękawów.
– Są do zimna już przyzwyczajeni, w ich kraju zima trwa ponad 4 miesiące. Jeden z nich pytał  nawet czy nie jesteś chory- odpowiedział niespodziewanie brodacz.
– Jaaa! Chory!? Jestem okazem zdrowia- dziwił się młodzik, a żeby to lepiej pokazać zabębnił pięściami w piersi, aż echo poszło.
– Ale dla nich wydawałeś się cherlakiem; ponakrywałeś się skórami tak, że wyglądałeś jak niedźwiedź w gawrze- powiedział Łachim i zaczął się tubalnie śmiać. Śmiał się tak, że aż się cały trząsł, a długie wąsiska podskakiwały mu rytmicznie do góry. Keram prawie się na wuja obraził i zaczął się przygotowywać do snu, moszcząc sobie legowisko na ziemi. Na dobranoc zapytał tylko:
– Kiedy wreszcie dojedziemy do Arakny, znużyło mnie to spanie na ziemi i stęskniłem się już za porządnym łóżkiem.
– Nie martw się, jeśli nie zmieni się pogoda jutro pośpisz jak król; o ile znajdziemy miejsce w karczmie. Ale teraz już śpij, jutro skoro świt ruszamy- powiedział brodacz kładąc się powoli do snu.
– Mam nadzieję, że pogoda się nie zmieni, a co do miejsca w karczmie, to na pewno jakieś się znajdzie- powiedział Keram i… usnął pochrapując od czasu do czasu jak niedźwiedź.

 Świt obudził śpiących podróżników skrzeczeniem ptactwa i dochodzącym od strony drogi turkotem kół, jadących w stronę stolicy wozów. Wszyscy nagle zaczęli się spieszyć poganiając muły tak, jakby nastąpił pożar lub inne nieszczęście. Powodem tego pośpiechu był zbliżający się termin płacenia danin przez podbite przez Aralię plemiona. Gdy tylko hałas ten dotarł do uszu śpiących pod wielką zaspą podróżnych i oni zaczęli się spieszyć, aby jak najszybciej wyruszyć. Przed nimi było jeszcze wiele drogi, a czasu coraz mniej. Już nazajutrz mieli stawić się przed obliczem Jego Wysokości Shakulla Pierwszego i zapłacić daninę. Więc, gdy tylko udało się wszystko załadować na wozy, a ludzie usiedli na „kozłach” karawana ruszyła drogą w stronę Arakny. Niestety już w kilka minut później rozpędzone wozy musiały zwalniać, ponieważ na kilkanaście kilometrów przed rogatkami stały setki wozów w oczekiwaniu na wjechanie do miasta. Niestety, nie było to takie proste jak się na początku wydawało, ponieważ każdy wóz jaki wjeżdżał do stolicy musiał przejść skrupulatną kontrolę, prowadzoną przez kilku żołnierzy i jednego królewskiego pisarza. Żołnierze przeglądali każdy wóz, sprawdzając czy nikt nie przewozi broni lub wojowników, a pisarz siedząc na dużym kamieniu zapisywał z jakiej prowincji pochodzi wóz i co w nim wiezie, a z każdej prowincji jechało od trzech do pięciu wozów. Tłok potęgował jeszcze bardziej fakt, że w tym samym dniu przypadał dzień płacenia podatków przez samych Aralczyków, najwięcej było tych, którzy pochodzą z dalej położonych wiosek i wskutek srogiej tego roku zimy do stolicy dojechali dopiero w ostatni dzień. Z tego też powodu Aralczycy chcieli do stolicy dostać się pierwsi, niestety kontrola prowadzona była w tak powolnym tempie, że nawet najbliżej stojące wozy do miasta wjechały dopiero w południe. Inni, aby skrócić sobie czas oczekiwania zjeżdżali z drogi i po nie udeptanym śniegu jechali jak najbliżej kontroli, a mijani przez nich ludzie mogli tylko złorzeczyć na nieuczciwych woźniców. Gdy tylko prowadzony przez Łachima wóz minął zakręt, siedzący obok niego Keram krzyknął:
– Stój!!!
Ponieważ Łachim był doświadczonym woźnicą stanął niemal w miejscu przyciągając lejce do siebie, a siedzący jak zwykle obok niego bratanek dał znak ręką pozostałym, aby także się zatrzymali. Widząc długi sznur wozów zdziwiony Keram zapytał:
– Czemu ci ludzie stoją zamiast jechać? Przecież mamy mało czasu?!
Łachim podrapał się po gęstych jeszcze, jak na swoje lata włosach, przez co przekrzywił nieco wielką czapę jaką nosił i rzekł:
– Do stu tysięcy beczek pieprzu! Nie mam pojęcia po co ci aralscy głupcy stoją na drodze zamiast jechać. Jeszcze nie widziałem  na tej drodze, aż tylu wozów. Rhagez! Wyjdź z wozu i zobacz, po co oni tu wszyscy stoją!- krzyknął na siedzącego w następnym wozie sługę.
Gdy ten wygramolił się wreszcie z wozu szybkim truchtem pobiegł w stronę stojących przed nimi wozów.
– Co się tak wleczesz, migiem!- popędził go Łachim trzaskając przy tym z bata.
Rhagez może i biegłby szybciej, ale nogi tak mu skostniały, że ledwo nimi poruszał. Jednak na rozkaz swego pana przyspieszył nieco i już znalazł się przy wozie Aralczyków. Zamienił z woźnicą kilka słów i nieco szybszym już truchtem wracał do swego pana. Łachim wychylił się nieco na bok by lepiej usłyszeć co mówi sługa i powiedział:
– I cóżeś się dowiedział?
– Zupełnie tego nie rozumiem- odpowiedział Rhagez
– No mówże wreszcie!- popędzał go Łachim
– Otóż ten woźnica powiedział, że słyszał od pewnego kupca jakoby przed rogatkami stała straż i sprawdzała, czy nikt nie wiezie jakich obcych ludzi.- odrzekł sługa i już chciał odejść, gdy Łachim zatrzymał go jeszcze i powiedział:
– A cóż ty głupcze wygadujesz? To już ludziom do miasta wjechać nie można?! A wozy to kto ma prowadzić, żołnierze? Ta banda darmozjadów?! Prędzej zobaczą własne ucho, niż dobrowolnie oddam im do prowadzenia moje wozy!- oburzał się Łachim
– Źle mnie zrozumiałeś panie, oni sprawdzają, czy nikt nie przewozi wojowników, którzy mogliby zabić Jego Wysokość.- odrzekł mu spokojnie Rhagez.
Niech ziemia pochłonie tego szaleńca razem z jego rodakami!- krzyknął Łachim wznosząc ręce do nieba.
– Nie tak głośno wuju! Jeszcze cię usłyszą i kije wymierzą- uspakajał go Keram.
– Prędzej święta rzeka Khan zacznie płynąć w drugą stronę, niż ja zacznę się bać, tego komedianta i jego bandy.- odrzekł jeszcze głośniej Łachim. Chcąc przez to jeszcze bardziej pokazać, że naprawdę nie boi się Aralczyków.
– Wiem, ty się nikogo nie boisz, ale głupotą byłoby wykrzykiwać takie rzeczy, gdy przed nami stoi z tuzin aralskich wozów.- uciszał go bratanek.
– Chcesz być wojownikiem, a tchórzliwszy jesteś od kury- wyszydzał jego ostrożność wuj.
– Nie jestem tchórzliwy tylko przewidujący.- odparł obrażony Keram.
Siedzieli tak na miejscach bardzo długo, nim sznur wozów poruszył się jadąc kilka kroków do przodu.
– Ciekawy jestem, kto wpadł na ten dziwaczny pomysł z kontrolowaniem wszystkich wozów?- zdziwił się Keram.
– To akurat wiem i mogę ci powiedzieć.- odparł mu Łachim.
– Tak to kto?!
– Nadworny astrolog Jego, tfu!, Wysokości.- odrzekł Łachim z obrzydzeniem.
– Skąd ta pewność?- niedowierzał mu bratanek.
– Król tego zacofanego kraju jest strasznie przesądny i przed każdą ważną decyzją radzi się swojego astrologa, który mówi mu co podpowiadają gwiazdy. Tak jest przed każdą wojną, bitwą lub byle potyczką. Przez co wojny prowadzone przez te psie pomioty ciągną się całymi latami. Najwidoczniej dzień przed przyjmowaniem danin i podatków król, tfu!, miał jakiś sen, który jego wróżbita odczytał jako zapowiedź zamachu na Jego, tfu!, Wysokość. Tfu!- zakończył brodacz jeszcze raz spluwając ze złości na drogę.
– To bardzo dziwne wuju. Mówisz, że ich wojny są ślamazarnie prowadzone, ale jak to się dzieje, że je wygrywają?- zainteresował się Keram.
– Dzieje się tak z trzech powodów. Po pierwsze Aralczycy mieli lepszą broń, w czasach kiedy podbijali takie plemiona jak Namey czy Arghatrę dysponowali toporami, długimi mieczami i machinami oblężniczymi. Po drugie Aralczycy, niech ich ziemia pochłonie!, szybciej niż inne plemiona zjednoczyli się, wykształcili rzemieślników, pisarzy i żołnierzy. I po trzecie i najważniejsze- w czasie kiedy podbijali inne narody, gdy prowadzili wojnę, faktyczną władzę nad armią nie posiadał Shakull, a wodzowie, którzy bez wiedzy króla dowodzili jego armią, zawiadamiając go czasami o efektach. Ot co! – odpowiedział brodacz.
Keram długo milczał rozważając usłyszane słowa, aż wreszcie nie wytrzymał:
– Mówisz wuju dziwne rzeczy.
– A cóż takiego dziwnego powiedziałem?- zainteresował się Łachim.
– Najpierw powiedziałeś, że wolno prowadzą wojnę, bo ich król pyta zawsze o zdanie czarownika. A później, że to nie on dowodzi wojskiem. To jak to jest?
Na co  zdziwiony i lekko już poirytowany brodacz odrzekł:
– Przekręcasz moje słowa gołowąsie jeden. Słuchaj, bo więcej o tym łotrze mówić już nie ścierpię. W czasie pierwszych podbojów władzy faktycznie nie miał, lecz później dowiedział się o samowoli swoich wodzów i przejął zwierzchnictwo nad armią. Bardzo cię proszę nie gadajmy już o tym.
Keram milczał wpatrując się w wozy stojące przed nimi, wyglądały, niby, tak samo jak wszystkie, a jednak inaczej. Tak jak wszystkie miały cztery koła i dach pokryty kolorowym płótnem, na końcu każdego wisiały różnokolorowe frędzle. Ten jednak wyróżniał się od wszystkich jakie dotąd Keram widział. Między wozami kręcili się różni ludzie: przekupnie głośno zachwalający swój towar, słudzy biegający od jednego do drugiego wozu, przynosząc swoim panom coraz to nowe wieści o tym co dzieje się z przodu. Nagle Keram usłyszał za sobą turkot kół i już miał obejrzeć się do tyłu, by zobaczyć któż to tak z narażeniem swego życia pędzi jak na złamanie karku, kiedy zobaczył, że wóz ten właśnie ich mija, a woźnica z batem w ręku rozpędzał zagradzających mu drogę takimi słowami:
– Z drogi szczurze pomioty! – a mówiąc to trzaskał głośno z bata.
Widząc go wuj Kerama krzyknął:
– A ten, gdzie tu się pcha?!
Na co odpowiedział mu woźnica:
– Nie widzisz, psi synu, kto ja jestem?!- odparł wściekły.
– Choćbyś był synem namiestnika, to rozpędzać ludzi z drogi się nie godzi!- odparł Łachim.
– Ty głupcze, nie wiesz z kim zadzierasz. Jestem poborcą podatkowym.
Na te słowa siedzący obok swego wuja Keram, aż drgnął ze strachu. Sam zainteresowany nie przestraszył się ani trochę, tylko zeskoczył żwawo z wozu i zagrodził mu drogę. Gdy poborca zobaczył co robi Arghańczyk krzyknął ostrzegawczo:
– Z drogi wszawy Arghańczyku! Jeśli zaraz nie zejdziesz mi z drogi, poznasz mój gniew i ostrze mego miecza.
Na te słowa Łachim wyciągnął swój długi i ostry jak brzytwa miecz mówiąc:
– Prędzej święta rzeka Khan spłynie krwią moich przodków, niż przestraszę się jednego aralskiego szakala.
W tym momencie siedzący dotąd na wozie poborca jednym susem zeskoczył z „kozła” i stanął przed nosem Łachima mówiąc:
-Jesteś tak głupi, że nie zasługujesz nawet na to, by dalej plugawić ziemię po której stąpasz, zginiesz zanim zdążysz podnieść swój miecz.
Na to odparł mu Łachim, jednocześnie przygotowując się do pojedynku:
– Mimo, iż jestem już stary, nie takich jak ty potrafiłbym powalić.
I już miał zadać pierwszy cios, po którym zapewne poborca osunął by się martwy na ziemię gdyby nie nagły, krótki, ostrzegawczy krzyk:
– Strażnicy idą!!!
W jednej chwili tak poborca, jak jego niedawny przeciwnik szybko wskoczyli do swoich wozów, udając przy tym, że prowadzą przyjacielską pogawędkę.
Z miejsca, na którym usiadł Łachim widać było jak trzej żołnierze uzbrojeni w krótkie miecze przypięte do boków i długie trzymane w rękach włócznie, szli niezbyt szybko w stronę stojących obok siebie wozów. Gdyby nie ostrzeżenie jednego ze sług, już za chwilę zobaczyliby walczących ze sobą  ludzi, co zapewne skończyłoby się dla jednego z nich śmiercią, a dla drugiego kilkuletnim wyrokiem w ciężkim więzieniu. Król Aralii, bowiem, potępiał wszelkie pojedynki prowadzone na terenie stolicy, a droga na której stały wozy do stolicy z całą pewnością należała. Kiedy żołnierze doszli do wozów, zza ich pleców wyszedł człowiek drobnej postury z trzymanym w ręku zwojem papieru, jak łatwo się domyślić człowiek ten był heroldem królewskim. Wszedł na stojący obok drogi kamień i przeciągłym, nieco chrypliwym głosem powiedział:
– Słuchajcie, słuchajcie, słuchajcie! Jego Wysokość Shakull Pierwszy zarządza co następuje!- przerwał na moment herold i spojrzał na trzymany przed sobą zwój. Odchrząknął i ciągnął dalej:
– Z powodu bardzo srogiej zimy, którą na nasz kraj ściągnęły złe demony, nasz Pan łaskawie obniża wysokość podatków o 25 dukatów od osoby. Łaskawe to zarządzenie obejmuje wszystkich mieszkańców naszego królestwa.-Gdy skończył prawie wszyscy słuchający go ludzie zaczęli krzyczeć z radości i wiwatować na cześć króla, raz po raz rzucając w górę wszelkiego rodzaju nakryciami głowy. Tylko Łachim siedział smutny, zły i osowiały, widząc jego minę jeden ze strażników podszedł do niego pytając:
– Nie cieszysz się kupcze? Król darował ci 25 dukatów okaż swoje podziękowanie.
– Nie mam z czego się cieszyć, bo to nie mi darował 25 dukatów, tylko Aralczykom, a ja jestem Arghańczykiem.- odparł mu spokojnie Łachim.
Żołnierz nic mu nie odpowiedział, tylko podszedł do drugiego wozu i zapytał siedzącego w nim poborcę:
– Powiedz mi, co tu robisz?
– Jak to co? Tak jak wszyscy czekam na wjazd do Arakny, żeby zapłacić podatek.
– To dlaczego tak jak wszyscy nie stoisz na drodze, tylko obok?- zaciekawił się strażnik.
– Bardzo się spieszę i chciałem podjechać jak najbliżej bram miasta.- odparł speszony poborca.
– Król wydał dekret na mocy, którego poza kolejnością do miasta wjechać mogą tylko członkowie rodziny królewskiej. Więc zawracaj swój wóz, ale już!- krzyknął strażnik i na poparcie swych słów wyjął miecz i pogroził nim poborcy.
– Ale dla mnie król jest jak rodzony brat!- nie dawał za wygraną woźnica.
– Kim jesteś?- spytał go strażnik, już jakby łagodniej.
– Jestem poborcą podatkowym z północno- wschodniej prowincji.
– Nie marnuj mojego czasu i zawracaj!- zdenerwował się strażnik.
Chcąc nie chcąc poborca musiał zawrócić wóz, a ponieważ za nim stało już kilka nowych wozów, zmuszony był cofnąć się dalej, niż myślał.
Strażnicy postali jeszcze chwilę patrząc, czy nikt nie zamierza wepchnąć się bez kolejki. Później wolnym, powłóczystym krokiem ruszyli tam, skąd przyszli. Ledwie zniknęli z oczu, a cała kolumna wozów ruszyła, niestety nie dalej niż o dziesięć kroków od poprzedniego stanowiska. Ponieważ słońce prawie już zachodziło pewne było, że wozy dzisiaj już się nie ruszą. Ludzie zaczęli szykować się do snu, mułom dawano obroku do worków. Łachim też już szykował się do snu, kiedy odezwał się Keram:
– Wujku, obiecałeś mi, że dzisiaj będziemy spać w karczmie, a nie jak jacyś słudzy w wozie.
Łachim podrapał się po swojej kudłatej głowie i rzekł:
– Dobrze, już dobrze. Skoro obiecałem to chodźmy. I zaczął powoli schodzić z wozu.   
 Keram z radości aż podskoczył na koźle, później jednym susem zeskoczył na ziemię i już był gotów. Jego wujek te wszystkie czynności robił znacznie wolniej licząc, że zanim dojdą do karczmy wszystkie miejsca będą już zajęte i będą musieli wracać. Gdy już się wygramolił z wozu stanął na drodze przeciągnął się i powiedział:
– Możemy iść, ale od razu uprzedzam cię, że jeżeli wszystkie miejsca będą już zajęte to będziemy musieli zaraz tu wrócić.
 Keram tylko machnął ręką na znak, że się zgadza i prawie biegiem ruszył w stronę karczmy. Brodacz ledwo go dogonił i zziajany krzyknął:
-Gdzie tak pędzisz? Nie jestem jakimś szybkobiegaczem, żeby tak biec!
-Trzeba się pospieszyć, żeby nam kto miejsca w karczmie nie zajął- odpowiedział mu Keram i jeszcze przyspieszył.
 Łachim zatrzymał się, żeby złapać oddech i krzyknął w ślad za biegnącym młodzikiem:
– Jak tylko znajdziesz miejsce w karczmie, to zamów kolację, ja zaraz przyjdę.
Powiedziawszy to Łachim wcale nie zamierzał się spieszyć i wolnym krokiem szedł w stronę karczmy mijając po drodze znajomych woźniców, którzy tak jak on wieźli daninę. Gdy tylko dotarł do karczmy zobaczył, że jego bratanek zamiast wchodzić stoi przed drzwiami i wali w nie z całej siły pięściami. Podszedł do niego brodacz i zapytał:
– Dlaczego nie wchodzisz do środka?
– Słudzy karczmarza nie wpuszczają już nikogo!- odpowiedział wściekły Keram.
Brodacz podszedł do drzwi chwycił, ozdobną posrebrzaną kołatkę i zastukał nią kilkakrotnie. Po kilku chwilach otworzyło się małe okienko znajdujące się u góry tych drzwi, zobaczyli człowieka, a właściwie jego nos i oczy. Łachim spojrzał na odźwiernego i powiedział:
– Wpuść nas do karczmy, jesteśmy głodni i zziębnięci.
Na co odpowiedział mu odźwierny:
W karczmie nie ma już miejsca. I zamknął okienko zostawiając osłupiałych Łachima i Kerama na zewnątrz. Brodacz jednak nie dawał za wygraną i znowu zastukał kołatką. Już po kilku chwilach zobaczyli w okienku tą samą twarz tym razem wściekłego już odźwiernego, który widząc tych samych ludzi krzyknął:
  – A wy tu czego? Głusi jesteście!?
Na co spokojnie, ale stanowczo odpowiedział Łachim:
– Wpuść nas, jestem przyjacielem karczmarza i jeśli nas nie wpuścisz poskarżę się twemu panu, a on porządnie cię wybatoży.
 Sługa przestraszył się, bo za takie niedopatrzenie jego pan mógł go nie tylko dobrze obić, ale nawet wypędzić ze służby. Zanim zamknął okienko zapytał tylko:
– Kim jesteście?
– Powiedz swemu panu, że przyszedł Łachim.- odpowiedział mu brodacz.
Okienko się zamknęło, a w chwilę potem z chrzęstem otwieranego zamka otworzyły się drzwi, w których stał sam karczmarz. Spojrzał na przybyszów i rzekł:
-Który z was podaje się za mego przyjaciela Łachima?
Łachim spojrzał na karczmarza i z niedowierzaniem krzyknął:
– Khenay!? To ty!!!
Na co karczmarz rozłożył ramiona w powitalnym geście i krzyknął z radości:
-Łachim!? Nich mnie wilcy pokąsają, to przecież ty stary druhu.
A potem serdecznie uściskał swego gościa tak, jakby nie widzieli się sto lat. Potem zaprosił ich do środka mówiąc:
– Wchodźcie, wchodźcie.
A kiedy z sieni zaczęli iść w stronę głównej sali gospodarz konfidencjonalnie szepnął:
– Nie tędy, chodźcie do kuchni.
Weszli do dużej przestronnej kuchni, gdzie z jednej strony stała wielka kuchnia węglowa, przy której kręcili się kucharze i kuchciki. Po drugiej zaś stronie stał długi na pięć łokci drewniany stół, na którym z jednej strony stały potrawy gotowe już do podania dla gości, a z drugiej potrawy dopiero przygotowywane. Karczmarz zaprosił gości by usiedli przy stole, jednocześnie nakazując sługom by zdjęli ze stołu te potrawy, które można już podać gościom i zrobili miejsce dla dwójki podróżnych. Gdy nowi goście usiedli karczmarz podał na stół pieczoną gęś, z gorącym piwem korzennym. Kiedy już obaj najedli się do syta Khenay zapytał:
– Nie powiedziałeś mi jeszcze mój przyjacielu kim jest twój towarzysz?
– Jak to nie poznajesz? To mój bratanek, którego kocham jak syna.- odparł brodacz.
– Więc to jest Keram!? Niemożliwe! Kiedy go ostatni raz widziałem nie potrafił nawet udźwignąć miecza, który mu podarowałem!- dziwił się karczmarz. A powiedz mi Keramie jak żyje twoja matka.
Na wspomnienie o matce Keram nieco zmarkotniał i spuszczając wzrok na podłogę odparł:
– Widać karczmarzu, że dawno u nas nie byłeś. Moja matka zmarła gdy miałem 12 lat. Od tego czasu to wuj Łachim się mną opiekuje.
Karczmarz zmieszał się nieco i powiedział:
– Możesz być dumny ze swoich rodziców Keramie. Ojciec twój był wielkim wojownikiem, a matka, niech spoczywa w pokoju, była świętą kobietą.
Nagle od strony sali, w której siedzieli wszyscy goście dobiegło szczęknięcie broni, trzask rozbijanych dzbanów i przekleństwa pijanego wojownika. Gdy tylko siedzący w kuchni usłyszeli te hałasy odruchowo sięgnęli po swoje wiszące u boku miecze. Widząc to karczmarz gestem nakazał schować broń i pobiegł w stronę niesfornego gościa. Kiedy wszedł zobaczył leżące na podłodze kawałki potłuczonych dzbanów i mis, porozrzucane  po sali krzesła i ławy, z których większość była połamana. Na środku tego pobojowiska stał na stole doszczętnie pijany wojownik z krótkim mieczem w jednej i drewnianą włócznią w drugiej ręce. Kiedy karczmarz chciał podejść do niego natychmiast zareagował krzycząc:
– Nie podchodź do mnie bo cię zabiję!
Lecz Khenay wcale się tej groźby nie przestraszył, podszedł powoli do stołu, na którym stał wojownik i spokojnie powiedział:
– Zejdź stąd bo zawołam straż, a oni już dadzą ci radę.
Pijany spojrzał tylko na karczmarza i zaśmiał się drwiąco:
– Głupi karczmarzu, nie wiesz do kogo mówisz, jeszcze nikt ze mną nie zwyciężył, a ty chcesz nasyłać na mnie tych chłystków?!
W tym czasie Khenay powoli zbliżał się do stojącego na stole przeciwnika.
W chwili kiedy ten skończył mówić karczmarz był już przy nim. Wojownik nawet nie zdążył podnieść miecza, kiedy karczmarz jednym uderzeniem kija, którego chował za sobą powalił przeciwnika na ziemię. Zanim ten podniósł się, obok karczmarza stało już dwóch strażników. Wojownik nie stawiając oporu pokornie wyszedł z karczmy płacąc za szkody, które wyrządził. W tym czasie siedzący w kuchni: brodacz ze swoim bratankiem cicho rozmawiali.                    – Im dłużej z tobą podróżuję, tym częściej nie mogę cię zrozumieć wujku- powiedział szeptem Keram.                                                                                   
– A czegóż znowu nie rozumiesz?- odparł zdziwiony Łachim. 
– Tego wuju, co sądzisz o Aralczykach.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi?
– Nie tak dawno mówiłeś, że wszyscy Aralczycy to krwawe hieny, a teraz tak serdecznie witałeś się z jednym z nich.- odparł z wyrzutem młodzik.
W tej samej chwili do kuchni wszedł gospodarz karczmy i zapytał zaciekawiony:
– A o czym to tak spiskujecie?
Na co ze śmiechem odparł mu Łachim:
– Mój bratanek pytał mnie właśnie od kiedy tak serdecznie witam się z Aralczykami.
Gdy tylko to powiedział- Keram zaczerwienił się ze wstydu, a Khenay pokładając się ze śmiechu powiedział:
– A to dobre, ja Aralczykiem! Ha, ha! Niech mnie wilcy zjedzą dawno się tak nie ubawiłem!- Później, gdy już się uspokoił dodał już nieco poważniej, ale wciąż z uśmiechem na ustach. – Prędzej mój przyjacielu  Khan zapłonie żywym ogniem, niż ja zostanę Aralczykiem.
– To dlaczego tu mieszkasz?- zdziwił się Keram.
– Tuż po wojnie, kiedy właśnie wracałem do Argharty, nocowałem w tym miejscu. Nie było tu jeszcze karczmy, ale zwykła lepianka, postanowiłem więc nie wracać do ojczyzny, tylko zostać karczmarzem- odparł spokojnie Khenay.
–  Nie żałujesz?- niedowierzał mu Keram.
– Czasami, ale raczej nie żałuję, ponieważ tu także mogę spotkać moich pobratymców. Takich jak wy.- zakończył karczmarz.
– Noc już nadeszła czas iść spać, ale zanim pójdę do łóżka, powiedz mi jeszcze jedną rzecz drogi Khenayu.
– Mów, druhu.
– Powiedz mi mój drogi, od kiedy to przyjaciół swoich zamiast do jadalni zapraszasz do kuchni, wstydzisz się nas?- zapytał brodacz.
– Niech mnie grom spali jeśli kiedykolwiek wstydziłem się swoich rodaków!- oburzył się karczmarz.
– No więc dlaczego?- nie dawał za wygraną brodacz.
– Nie chciałem by was widzieli, to Aralczycy. Gdyby zobaczyli, że was wpuszczam mogliby zniszczyć całą karczmę. Jeden z nich właśnie przed chwilą o mało nie powybijał mi wszystkich gości.
– Ten rozrabiaka to Aralczyk?- spytał zaciekawiony Keram.
– To przeklęte plemię. Przysięgam na głowy moich przodków, że ilekroć obsługuję te wszawe psy mam ochotę ich otruć.- rzekł z powagą karczmarz.
– Nie wiem jak ty wujku, ale ja jestem piekielnie zmęczony i chętnie już położyłbym się spać- powiedział Keram i przeciągle ziewnął. Widząc jego zmęczenie karczmarz począł wydawać służbie polecenia, by położyli gdzieś jego gości z ojczyzny. Wszyscy goście, którzy pozostali jeszcze w karczmie także zaczęli układać się do snu, a ponieważ zabrakło łóżek, każdy spał gdzie mu było wygodnie. Jedni na podłodze, inni na szerokich drewnianych ławach, a jeszcze inni na długich stołach. Dla tych, dla których zabrakło miejsca w karczmie przygotowano legowiska w stojącej opodal stodole, gdzie przykryci sianem i końskimi derkami spali najubożsi goście. Tylko pięcioro najbogatszych gości spało na prawdziwych, dębowych łóżkach, na których leżały grube i nieco już zapadnięte materace, ludzie ci przykryci byli ciepłymi pierzynami z prawdziwego gęsiego puchu. Dwójce swoich rodaków gospodarz oddał własne, szerokie, łóżko, które stało w małym pokoiku od strony kuchni. Kiedy tylko strudzeni wędrowcy weszli do ciasnej sypialni, zdjęli ubrania i natychmiast zasnęli. Po raz pierwszy od początku podróży spali w łóżku, pod ciepłą pierzyną, a nie jak dotąd na ziemi przykryci futrami i skórami. Toteż nic dziwnego, że tak mocno spali. Sam gospodarz poszedł spać ostatni, musiał jeszcze posprzątać karczmę, dać każdemu ze swych gości miejsce do spania, przypilnować kucharzy i kuchcików, żeby umyli wszystkie naczynia i nie wyjadali pozostawionych przez gości resztek. Dopiero po dopilnowaniu tych wszystkich czynności poszedł spać. Swoje legowisko umościł sobie w kuchni, obok, niedużego pieca, w którym zazwyczaj wypiekano chleb. Nie spał  jednak zbyt długo, bo gdy tylko słońce wyjrzało zza wzgórza obudziło go pianie koguta, który jak zwykle jako pierwszy obwieszczał początek każdego dnia. Gdy tylko się obudził, umył się i ubrał, poszedł budzić służbę. Liczyła ona sześć osób: dwóch kucharzy i czterech kuchcików, którzy podawali gościom gotowe potrawy. Potem razem z nimi zaczął przygotowywać śniadanie dla swoich śpiących gości. Kiedy wszystkie potrawy były już gotowe, zaczął ich budzić. Jako jedni z pierwszych obudzili się Łachim i Keram, kiedy tylko poczuli zapach parujących z gorąca potraw natychmiast zaczęli się ubierać, a gdy już się ubrali wyszli na podwórze, gdzie stała mała studzienka. Nabrali jedno wiadro lodowato zimnej i krystalicznie czystej wody i z cicha podzwaniając z zimna zębami umyli się. Kiedy weszli do kuchni śniadanie już na nich czekało. Na środku stołu stał świeży i jeszcze ciepły bochen chleba. Oprócz tego w  wielkich drewnianych kubkach parowało grzane piwo. Gdy tylko usiedli do stołu młody kuchcik podał każdemu z nich wielką miskę gorącej kaszy ze skwarkami, polaną mięsnym sosem. Po tej uczcie brodacz przeciągnął się głośno ziewając i rzekł:
– Dziękujemy za gościnę Khenay, ale na nas już czas. Zaraz zaczną schodzić się Aralczycy, a nie chciałbym mieć z nim na pieńku.- a zwracając się do młodzika powiedział: -A ty Keram idź zobacz jak tam nasi ludzie spędzili noc i czy gotowi są już do odjazdu.
Keram podniósł się, poluzował nieco swój pas, który po tak obfitym posiłku prawie wbijał mu się w brzuch. Zapiął swój płaszcz i wyszedł z kuchni. Nie zaszedł jednak za daleko, gdyż w drzwiach zobaczył wchodzącą właśnie piękną dziewczynę i tak się na nią zapatrzył, że stał w miejscu z rozdziawionymi szeroko ustami. Dziewczyna ta rzeczywiście była piękna. Miała długie sięgające prawie kolan kasztanowe włosy zaplecione w jeden, gruby warkocz. Jej oczy tak głębokie, że młodzik miał wrażenie, że za chwilę się w nich utopi były tego samego co włosy koloru. Ubrana była w długą i powłóczystą suknię, a na jej smukłe ramiona narzucony był krótki płaszczyk obszyty futrem. Na resztę jej figury Keram nie zdążył spojrzeć, gdyż do karczmy weszło kilku ludzi stanowiących zapewne jej świtę. Oprócz kilku dziewcząt w tym samym co piękność wieku, weszło kilku uzbrojonych ludzi. Jeden z nich wyglądający na jej ojca, wszedł i od razu siadając na ławie krzyknął:
-Hej karczmarzu! Podaj nam coś gorącego bo zziębliśmy na tym mrozie na kość.
Dopiero ten okrzyk wyrwał młodego Kerama z letargu. Potrząsnął szybko głową i podszedł do dziewczyny mówiąc:
-Jak ci na imię o piękna pani?
Na co dziewczyna odparła z uśmiechem:
-Nazywam się Anowi.
-Jesteś przepiękna, jeszcze nigdy nie widziałem, żeby jakakolwiek dziewczyna była tak piękna. Powiedz mi, jesteś istotą ludzką czy tylko wytworem mojej fantazji? A może  jesteś syreną, lub boginią?- pytał Keram.
– Nie wiem za kogo mnie bierzesz, jestem zwyczajną dziewczyną.- odparła skromnie.
– Zwyczajną?! Na głowy moich przodków! Jesteś piękniejsza od bogini.- powiedział zachwycony jej urodą Keram.
W tym momencie do gadatliwego młodziana poszedł człowiek, który najbardziej Keramowi wyglądał na ojca Anowi i rzekł:
– Słuchaj młokosie jeśli nie chcesz doświadczyć mego gniewu odejdź od mojej córki.
– Wiedziałem, że to wy panie jesteście rodzicem tej łani.- powiedział Keram zadowolony, że tak szybko to odgadł.
W tym momencie do sali wszedł karczmarz razem z Łachimem, który już od progu powiedział:
– To ty tak spełniasz moje polecenia?! Zamiast pójść do naszych wozów czarujesz tę niewiastę!
Na te słowa odezwał się ojciec dziewczyny pokazując Kerama palcem:
– To wasz syn?
– To mój bratanek, ale kocham go jak syna.- odparł spokojnie brodacz.
– To powiedz mu dobry człowieku, żeby przestał zadręczać moją córkę swym gadulstwem i poszedł sobie.- powiedział nieco już zdenerwowany Aralczyk.
Łachim szarpnął swego bratanka za rękaw i powoli, ale energicznie wyprowadził z karczmy. Gdy tylko wyszli  Łachim powiedział:
-Keramie obudź się!
Keram jakby w odpowiedzi zamachał szybko powiekami i powiedział rozmarzonym głosem:
– Kupidyn trafił mnie swą strzałą wuju. Jeśli nie poślubię tej dziewczyny nie mam po co żyć. Idź  i wstaw się u jej ojca w mym imieniu! Proszę!
Łachim popatrzył tylko na zamglone oczy swego bratanka i rzekł:
-A niech mnie wilcy pożrą, ty rzeczywiście straciłeś głowę i serce dla tej niewiasty. To mówiąc zawrócił do karczmy. Kiedy wszedł podszedł do ojca dziewczyny i rzekł:
– Dostojny panie! Mój bratanek prosi cię w moim imieniu o rękę twej córki.
Słysząc jego słowa wstał potężny wojownik i powiedział:
– Powiedz swemu bratankowi, że ta niewiasta jest już komuś obiecana.
– Komu?- spytał brodacz z niedowierzaniem.
 W odpowiedzi na jego pytanie wstał jeden z towarzyszących dziewczynie młodych wojowników i spokojnie, ale dobitnie odpowiedział:
– Mnie!
Na te słowa brodacz jakby zmarkotniał i rzekł:
-Więc co mam przekazać memu bratankowi?
Ojciec dziewczyny podniósł się z ławy i powiedział:
-Przekaż mu, że córka moja obiecana jest już trzem kawalerom, a prawo zabrania, żeby dziewczyna dawała jakieś obietnice więcej niż trzem kandydatom.
Łachim skłonił się na pożegnanie i milcząc wyszedł. Gdy doszedł do wozów, czekał już na niego Keram i niecierpliwie spytał:
– I jak, zgodził się?
– Niestety ma już trzech kawalerów.- odparł smutno brodacz.
– O bogowie! Za co tak srodze mnie każecie! Czym zasłużyłem na taką karę?- rozpaczał Keram.
– Naprawdę tak ci się podoba?- spytał z niedowierzaniem brodacz.
– A czy słońce zachodzi na zachodzie!? Czy naprawdę woda jest mokra, a piasek suchy?! Co za pytanie wuju!- oburzył się Keram słysząc nutkę drwiny w głosie wuja.
Tymczasem w karczmie toczyła się bardzo podobna rozmowa.
– Dlaczego okłamałeś tego człowieka tato?- spytała Anowi.
– Ja okłamałem?! Co ty mówisz moje dziecko?- dziwił się jej ojciec.
-Okłamałeś! -krzyknęła oskarżycielsko dziewczyna. -Powiedziałeś temu człowiekowi, że mam trzech kawalerów i nie może się starać o moją rękę. A to wcale nie prawda, nie mam jeszcze kawalera.
Na to spokojnie, lecz dobitnie odrzekł jej ojciec:
– Zrozum dziewczyno, ten człowiek nie był dla ciebie.
– Dlaczego?- spytała Anowi
– Nie zauważyłaś?! On był Arghańczykiem.- odpowiedział ojciec.
– I cóż z tego, że był Arghańczykiem! Co to ma do rzeczy?- krzyknęła dziewczyna.
– Moja córko, musisz się jeszcze wiele dowiedzieć o ludziach, a szczególnie o Arghańczykach. Powinnaś mi być wdzięczna, że nie pozwoliłem ci wyjść za niego, to barbarzyńca. Takiego chcesz losu dla siebie i swoich dzieci? W domu tego Arghańczyka byłabyś niewolnicą, która musi pracować od świtu do zmroku.
– Skąd wiesz o tym ojcze?- nie dawała za wygraną.
– Byłem kiedyś w ich barbarzyńskim kraju i widziałem to na własne oczy.- odrzekł jej ojciec.
W tym samym czasie na drodze do Arakny Keram biedził nad swym losem nieszczęśliwie zakochanego. Mimo pocieszenia ze strony Łachima wciąż nie mógł sobie darować, że nie zobaczy już pięknej Anowi.
Powiedz mi- rzekł zrozpaczony Keram.- Dlaczego ojciec tej dziewczyny mi odmówił jej ręki, tak naprawdę!
Brodacz podrapał się po głowie, zamyślił się i powiedział:
– Nie wiem czy powinienem ci to mówić. Ale skoro nalegasz- powiem. Może w ten sposób wybiję ci myśl o niej z głowy. Ojciec tej dziewczyny jest Aralczykiem.
– A co to ma do rzeczy?!- zdenerwował się Keram.
– Ty naprawdę nic nie rozumiesz? On nie chciał mieć za zięcia barbarzyńskiego Arghańczyka.- odparł mu spokojnie Łachim.
– Jak poznał, że jestem Arghańczykiem?- zdziwił się młodzik.
– To proste, chociażby po ubraniu. Na oko widać kto jest skąd.- odpowiedział brodacz zdziwiony niewiedzą swego bratanka. Widząc smutek w jego oczach Łachim postanowił na razie nic już nie mówić na ten temat by nie rozdrapywać rany w sercu swego bratanka. Mimo różnicy wieku rozumiał co czuje ten młodzik,  a to dlatego, że sam przeżył podobną przygodę dawno temu. Było to w czasach, kiedy on sam był w wieku Kerama, a Aralia dopiero podbijała sąsiadujące z nią plemiona. Jemu także odmówiono ręki pięknej Aralki, tylko dlatego, że jej ojciec tak jak wszyscy Aralczycy (niech ich ziemia pochłonie) nie cierpiał Argharty…
 Długo tak jechali, Keram rozpaczał w ciszy po utracie pięknej Anowi, a brodacz z rozrzewnieniem wspominał swoje młode lata. Obaj tak się rozmarzyli, że nie zauważyli nawet mijanego patrolu strzegących wjazdu do miasta żołnierzy. Jadący za nimi myśleli, że zaprzestano kontroli i mogą spokojnie jechać. Dopiero krzyki i wrzaski żołnierzy wyrwały Łachima i Kerama z zamyślenia i zobaczyli srogie miny goniących ich wozy żołnierzy. Kiedy wreszcie brodacz zatrzymał wóz, by strażnicy mogli ich dogonić podszedł do niego zadyszany dowódca straży i zapytał podejrzliwie:
– Co to znaczy?! Uciekasz przed kontrolą? Masz coś do ukrycia?
Na co spokojnie odparł mu brodacz:
– Wybaczcie, ale nie zauważyłem patrolu i dopiero wasze krzyki dały mi do zrozumienia, że się zagapiłem.
– A cóż to Arghańczyku, rycerzy Jego Wysokości nie poznajesz?- spytał zirytowany żołnierz.
– Tak się zamyśliłem, że nie poznałem.- odrzekł szczerze Łachim.
– Czy wy ze mnie durnia robicie?! Czy my jesteśmy mrówki, że można nas nie zauważyć!!- krzyczał wściekle dowódca.
W tym momencie wtrącił się Keram, bo pomyślał, że jeśli jego wuj dalej będzie tak rozmawiał z tym żołnierzem to lada chwila wlepią im parę kijów, a tego wolałby uniknąć. To myśląc powiedział usprawiedliwiającym tonem:
– Mój wuj chciał przez to powiedzieć, że macie takie piękne stroje, że pomylił was ze szlachcicami jeżdżącymi do miasta.
– Już dobrze.- powiedział ugodowo nieco już rozbawiony dowódca. – Pokażcie co wieziecie.
Na te słowa Keram raźnie zeskoczył z kozła, na którym siedział, podszedł od tyłu wozu, podniósł płachtę zasłaniającą wnętrze i zaczął wyliczać:
– W pierwszym wozie wieziemy: skóry zwierzęce, głownie z niedźwiedzi, kóz i wołów warte co najmniej 50 dukatów.- gdy skończył wyliczać, a pisarz zapisał wszystko co było w pierwszym wozie, Keram podszedł do drugiego wozu stojącego za wozem, na którym siedział. Podniósł płachtę i znów zaczął wyliczać.- W drugim natomiast wieziemy: dywany, ozdoby  oraz 12 dzbanów najlepszego Arghańskiego wina. Wszystko to warte jest 35 dukatów. W trzecim: 3 kosze suszonego mięsa i 5 koszy suszonych owoców, a także 30 glinianych garnków. Wszystko warte 25 dukatów. Razem wieziemy daninę o wartości 110 dukatów.- powiedział Keram opuszczając płachtę ostatniego wozu.
Widząc jak Keram sprawnie i szybko liczy wszyscy jego słuchacze pootwierali ze zdziwienia usta. Nawet pisarz nie mógł uwierzyć, że taki barbarzyńca jak Keram potrafi tak dobrze liczyć. Pomyślał, że kogo jak kogo, ale tego młodzika nie da się oszukać tak jak innych, wpisując zaniżoną wartość towarów. Patrzył tak na rozgadanego młodzika i rzekł:
– O czymś jednak zapomniałeś młokosie.
– Tak? A o czym?- zapytał podejrzliwie Keram.
– Jak powiedziałeś wartość waszych wyrobów to 110 dukatów, ale danina nałożona na waszą prowincję wynosi 135 dukatów. Gdzie jest brakujące 30?- odparł spokojnie pisarz.
Keram poprawił sobie czapkę i powiedział:
– Po pierwsze pisarzu nie 30, a 25 dukatów, a po drugie nie dalej jak wczoraj herold ogłaszał, że król obniżył podatek o 25 dukatów.
Na co wściekły już pisarz odparł:
– Jesteś taki sprytny, czy taki głupi? Wszawy Arghańczyku! Nie próbuj mnie oszukać. Król darował 25 dukatów ale mieszkańcom Aralii, a nie takim szczurzym pomiotom jak wy! Ostrzegam cię, że jeżeli nie zapłacisz pełnej sumy to wrócisz z własną głową w worku.
W tym momencie brodacz poczuł, że musi się wtrącić, albo ten młodzik naprawdę straci głowę. I powiedział:
– Tylko spokojnie, nie ma się co denerwować. Mam tu w sakiewce brakujące 25 dukatów, proszę. To mówiąc podał stojącemu najbliżej żołnierzowi sakiewkę z brzęczącymi w środku monetami. Gdy tylko pisarz podszedł do żołnierza, któremu brodacz wręczył sakiewkę wyrwał mu ją z rąk, otworzył i powoli, ale dokładnie przeliczył. Było w niej brakujące 25 dukatów. Zapisał i to i dał znak żołnierzom, że mogą ich przepuścić. Łachim od razu żwawiej pogonił muły by jak najszybciej zniknąć z oczu strażnikom. Gdy tylko minęli rogatki miasta brodacz powiedział z nie ukrywanym szacunkiem:
– No mój drogi, pokazałeś dzisiaj Aralczykom zęby jak na Arghańczyka przystało.
– Pewnie myślałeś wujku, że jestem tchórzem i się nie odważę- co?- spytał pewny siebie Keram.
– Nigdy nie myślałem, że jesteś tchórzem.- odpowiedział usprawiedliwiająco Łachim. – Jakby nie patrzeć jesteś moim bratankiem, a przecież twój ojciec był wielkim wojownikiem. Ty jesteś krew z jego krwi i kość z kości.
– Przyznaj wuju, że jeszcze nie tak dawno uznawałeś mnie za tchórzliwszego od kury gołowąsa. To twoje słowa.- zaperzył się młodzik. Chciał usłyszeć chociaż jedną pochwałę pod swoim adresem, których to wcześniej wuj mu raczej nie mówił.
– Już dobrze.- powiedział ugodowo brodacz.- Jesteś dzielnym Arghańczykiem, twoi rodzice, niech spoczywają w pokoju, mogliby być z ciebie dumni. Wychowali cię na prawego człowieka.
– To ty mnie tak wychowałeś.- powiedział dumny z siebie Keram.
Kiedy wjeżdżali na rynek, gdzie mieli złożyć daninę słońce już powoli zachodziło. Dzień już się kończył. Lecz nie dla Arghańczyków., oni musieli jeszcze przed północą złożyć daninę. Jeżeli by nie zdążyli, król mógłby kazać uciąć im głowy. Gdy stanęli w kolejce oczekujących było już tak ciemno, że widać było tylko płonące pochodnie, które oświetlały tron. Na tronie siedział nadworny poborca i po kolei, ale i bez pośpiechu przyjmował dary dla króla. Jeszcze nie tak dawno na tronie tym siedział sam Shakull I, ale po zmroku poszedł do swojego pałacu twierdząc, że te najważniejsze podatki już przyjął, a o resztę niech się zatroszczy jego pomocnik. Nadworny poborca nie spieszył się zbytnio, z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że wszyscy Aralczycy spłacili już podatki i żaden z jego przyjaciół czy znajomych nie jest narażony na ścięcie,  za nie zapłacenie podatków. Po drugie zaś, nigdy nie darzył zbytnią sympatią cudzoziemców i wcale się nie przejmie jeśli jakiś Nemeyczyk, Arghańczyk czy inny dzikus straci głowę, wręcz przeciwnie sprawiłoby mu to dużą przyjemność. Tuż przed północą przed oblicze poborcy zajechała karawana prowadzona przez Łachima i Kerama. Najpierw nadworny pisarz zapytał z jakiej prowincji pochodzi danina, gdy już się dowiedział i zapisał to, nadworny poborca gestem wskazał im miejsce, gdzie mają wyładować dobytek. Kiedy obliczył wartość towarów, stwierdzając iż jest to właściwa suma powiedział patrząc na stojącą obok wielką szklaną klepsydrę:
– Już północ, kolejny już raz przychodzicie w ostatnim momencie, kiedyś w końcu nie zdążycie, a wtedy…
Widząc zadowolenie w jego głosie brodacz odpowiedział pokornie:
-Wybacz panie, bylibyśmy wcześniej, ale na drodze do miasta patrole straży królewskiej stały i zatrzymywały wszystkie wozy, przez co straszny się na drodze zator zrobił.
– Zaraz powiesz barbarzyńco, że to przez rozkaz Jego Królewskiej Mości opóźniasz się ze spłatą!- krzyknął, wściekły już nie na żarty, poborca.
Teraz już obaj poważnie zaniepokoili się o swoje głowy, ponieważ tak Łachim jak i Keram dobrze wiedzieli o wrogości poborcy względem cudzoziemców. Chcąc więc załagodzić nieco, wzburzonego Aralczyka Keram powiedział:
– Wybacz Panie memu wujowi, że tak się niefortunnie wyraził. Nikt nie mówi, że to wina Jego Wysokości Shakulla I.
Poborca popatrzył tylko złośliwie na Łachima i odrzekł:
– Ostatni raz tak wam się udało. Jeżeli za rok znowu przyjedziecie w ostatnim dniu, każę uciąć wam głowy.- A zwracając się do niewielkiej grupy kupców stojących za wozami Łachima powiedział:
– Ci co nie zdążyli spłacić daniny stawią się rankiem przed obliczem króla, który zdecyduje, czy mieli powód by opóźnić się ze spłatą.- Gdy skończył odwrócił się na pięcie i poszedł w stronę pałacu wraz z całą eskortującą go świtą. Przez tłum przeszedł szmer niezadowolenia, każdy bowiem wiedział, że król znany jest ze swojej surowości względem tych, którzy spóźniają się ze składaniem danin. Łachim spojrzał jeszcze raz w stronę oddalających się ludzi, a gdy byli już  daleko powiedział odwracając się do pozostałych na rynku kupców:
– Słyszeliście co ten szakal powiedział? Grozi mi śmiercią za spóźnienie, ale jak mu wspomniałem o tłoku na drodze od razu zamilkł.
Na te słowa odezwał się jeden z kupców:
– Ty Łachim nie narzekaj. Przynajmniej zdążyłeś ze spłatą, a my? Niech poranka nie doczekam, jeśli ten łotr nie każe nas jutro ściąć.
– Uspokójcie się dobrzy ludzie! Nikt nie ma pewności jaką decyzję podejmie król, jeśli przeprosicie go za spóźnienie, na pewno wam wybaczy.- próbował uspokajać Keram.
– Młody jeszcze jesteś chłopcze i nie znasz Shakulla.- odparł mu jeden z kupców.- Prędzej zjem własne buty, niż ten rzeźnik ulituje się nad jakimś cudzoziemcem.
– Prawdę mówi!- krzyknął ktoś inny.- Król dba tylko o Aralczyków!
– Chodźmy stąd.- szepnął Łachim i gestem kazał służbie wsiadać do wozów. Gdy tylko oddalili się na bezpieczną odległość Keram spytał:
– Co tu się dzieje? Dlaczego tak szybko odjeżdżamy?
– Nie widzisz, ludzie zaczynają się buntować. Nie chciałbym być w ich skórze, kiedy król się o tym dowie.- odparł brodacz.
– Cóż może ich spotkać gorszego od śmierci?!- zdziwił się Keram.
– Ich samych już nic, ale jeśli król dowie się o buncie, kara może  się odbić nawet na ich rodzinach. Nieraz już widziałem jak srogo są karani buntownicy, ich rodziny najczęściej stają się niewolnikami, a tego najgorszemu wrogowi bym nie życzył.- odparł złowrogo Łachim. 
– Gdzie my teraz jedziemy?- spytał ciekawie Keram.
– Jak to gdzie?- zdziwił się brodacz. – do jakiejś karczmy, gdzie moglibyśmy się dobrze wyspać przed powrotem do domu.
– Jak to?- spytał młodzik.- Już do domu, ledwie wjechaliśmy do stolicy i już mielibyśmy wracać?
– A cóż byś tu chciał jeszcze robić, mało się jeszcze Aralczyków naoglądałeś?- dociekał brodacz.
– Wiesz doskonale wujku, że nie o samych Aralczyków mi chodzi. Tylko o miasto.- tłumaczył się Keram.
– Miasto?! Na głowy moich przodków! Jeśli ten kurnik nazywasz miastem, to znaczy, że nie widziałeś jeszcze stolicy Argharty. Wiesz mi, tu nie ma nic, czego nie zobaczyłbyś w naszej stolicy.- zaperzył się brodacz.
– Ale ja jednak chciałbym obejrzeć miasto- nie dawał za wygraną Keram.
– Dobrze już, dobrze. Jeśli będzie czas przejedziemy przez miasto.- powiedział ugodowo Łachim. Gdy tylko weszli do karczmy zjedli kolację i od razu zasnęli jak susły. Trzeba przyznać, że obaj byli zmęczeni – tak brodacz, jak i jego bratanek mieli wielką ochotę wracać już do ojczyzny. Z głębokiego snu wyrwał ich  herold, który swoim tubalnym głosem zwoływał wszystkich na plac przed karczmą. Gdy zbiegli się już wszyscy ludzie z karczmy i kilku okolicznych domów, herold wyjął zza pazuchy wielki zwój papieru i zaczął go wolno, ale wyraźnie czytać.
-Miłościwie nam panujący Shakull I król Aralii i podległych mu plemion Argharty, Nemeyu, Nadus… ogłasza co następuje. Dzień dzisiejszy oraz trzy następne uznaje się za Dni Świętej Rzeki Khan. W czasie tych dni każdy Aralczyk ma obowiązek odwiedzenia źródeł świętej rzeki w celu złożenia ofiar dla zapewnienia sobie pomyślności i zdrowia na następny rok. W związku z tym dni te uważa się za wolne od wszelkich prac, a każdy kto rozkazu tego nie usłucha będzie skazany na 100 kijów.- Gdy skończył, chrząknął, zwinął zwój i w asyście trzech strażników poszedł w stronę rynku. Ludzie stojący na placu zaczęli się powoli rozchodzić, każdy w swoją stronę. Każdy ze słuchaczy był zadowolony z 4 wolnych dni, każdy… oprócz karczmarza.
– Znowu święto- marudził.
Słysząc to Łachim ciekawie zapytał:
– Cóż to Aralczyku, nie cieszysz się?
– A z czego się mam cieszyć?- zaperzał się karczmarz.
– Jak to? Nie chcesz mieć kilku wolnych dni?- niedowierzał brodacz.
– A po cóż mi to? Nie mam wozu, więc nie pojadę do źródeł rzeki Khan, a w domu też nie będę miał co robić, bo król zakazał pracy. Dla mnie to 4 stracone dni.- odpowiedział karczmarz wzruszając ramionami. Brodacz pokiwał tylko ze zdziwieniem głową i ruszył w stronę stojących nie opodal wozów, by sprawdzić jak słudzy spędzili noc i czy nic nie zginęło. Tuż przy wozach dogonił go Keram i dysząc ze zmęczenia spytał:
– Słyszałeś wuju? Król ogłosił pielgrzymkę do źródeł rzeki Khan, jedziemy?
– Właśnie się zastanawiam, czy nie wykorzystać okazji. Czy raczej wracać do domu.- odparł spokojnie brodacz.
– A nad czym się tu zastanawiać?!- dziwił się młodzik.
– Mało ci było tłoku w drodze do Arakny? Chcesz zmarnować kolejne dni na przepychanie się wąskimi drogami do źródeł?- odparł mu Łachim.
– Sądzisz wuju, że będzie aż tak ciasno?
– Ciasno, to było w drodze do Arakny, teraz będzie istny tłok.
– Ale taka okazja może się nam jeszcze długo nie trafić, a przecież z Argharty mamy jeszcze dalej.- naciskał Keram.
– Jedźmy, musimy sprawdzić, czy jest jakaś wolna droga z miasta. Założę się, że nie tylko my wracamy dziś do domu.
Tymczasem nieopodal karczmy w małym, ciemnym pokoiku trzej spiskowcy odbywali potajemną naradę. Siedząc przy małym, drewnianym stole o zaokrąglonych kształtach mówili konfidencjonalnym głosem:
-Słyszeliście? Król ogłosił pielgrzymkę do źródeł świętej rzeki Khan.- powiedział pierwszy z nich.
-A co nas to obchodzi? Musimy trzymać się swoich planów.- spytał nie mniej konfidencjonalnie drugi.
– No właśnie.- poparł go trzeci spiskowiec.
– Jesteście bandą głupców, skoro nic nie rozumiecie!- zaperzył się pierwszy.
– Oświeć nas, jeśli jesteśmy tacy głupi.- powiedział obrażonym tonem drugi, a zarazem najmłodszy ze spiskowców. Pierwszy z nich wyglądał raczej staro, ale ton głosu i gestykulacja wskazywały, że jest młodszy niż na to wygląda. Trzeci natomiast wyglądał na starszego brata najmłodszego z nich. Tak więc trzy tajemnicze postacie trochę nerwowo, ale wciąż ściszonym głosem dyskutowały.
– Już was oświecam.- powiedział żartobliwie pierwszy.- Jak więc słyszeliście król ogłosił pielgrzymkę- tak?
-Tak- odpowiedzieli mu zgodnym chórem pozostali.
-Właśnie. Ale nie wiecie, że nasz król, by pokazać się z lepszej strony postanowił…- przerwał na moment, by złapać oddech i zobaczył, jak obaj uważnie i w skupieniu słuchają tego co mówi.- Postanowił przyłączyć się do pielgrzymów i jeszcze dzisiaj wyruszył w drogę.
-A co nas to obchodzi?- zdziwił się trzeci.
-Nie rozumiecie?!- dziwił się pierwszy.- Przecież to proste, w drodze będzie nam łatwiej go zabić.
-Jak chcesz tego dokonać?- spytał rzeczowo drugi.
– Mam dwa pomysły.- ciągnął pierwszy.- Albo w czasie drogi, albo na miejscu.
– Ale jak, dokładnie!- nie dawał za wygraną drugi.
– Najłatwiej będzie w drodze, możemy go otruć podrzucając do namiotu królewskiego kucharza trujące grzyby, lub inny specyfik. Jeśli się to nie uda, to na miejscu w czasie otwarcia festynu zorganizowanego na tę okazję wynajmiemy dobrego łucznika, który rozwiąże za nas ten problem.
-Ale czy to bezpiecznie mieszać do spisku jeszcze jedną osobę?- spytał niepewnie trzeci.
– A czy, któryś z nas potrafi strzelać z łuku?
– Nie!- odpowiedzieli zgodnie pozostali.
– Sami widzicie, że musimy wynająć jakiegoś dobrego strzelca.
– Ile to może kosztować?- spytał jeden ze słuchaczy.
– To zależy. Jeśli wynajmiemy Aralczyka będzie chciał ze sto dukatów, a jeśli obcokrajowca to około pięćdziesięciu.
– Co tu się zastanawiać!- krzyknął drugi.
– Ciszej!- odparł nerwowym szeptem pierwszy.- Nie róbcie tyle hałasu. A co się tyczy naszej sprawy, to owszem jest się nad czym zastanawiać. Po pierwsze, jeśli wybierzemy Aralczyka mamy większą pewność, że poprawnie wykona zadanie, ale z drugiej strony mógłby nas wydać. Po drugie, jeśli wybierzemy obcokrajowca, to mimo niskiej ceny nie możemy mieć pewności, że trafi we właściwą osobę. Po trzecie natomiast, musimy wybrać takiego człowieka, który nawet na torturach, nie wyda, kto go opłacił i to jest najważniejsze.
– Myślę, że -powiedział drugi- najlepiej będzie, jeśli sami rozejrzymy się i na miejscu wybierzemy najlepszego. Pozostali zgodzili się na takie rozwiązanie i po kilku chwilach wyszli z ciemnego pokoju rozchodząc się każdy w inną stronę.
Tymczasem na drodze wyjazdowej z miasta wśród tysiąca wozów, koni, mułów i biegających we wszystkich kierunkach sług, rozpętało się istne dantejskie piekło. Każdy chciał pierwszy wyjechać z miasta, by jak najszybciej dostać się do odległego o kilka dni drogi w kierunku południowym, miasta o mrocznej i posępnej nazwie: Seth. To właśnie tam według starej, aralskiej legendy biją źródła rzeki Khan. W uzdrawiającą siłę wody z tych źródeł wierzyli nie tylko Aralczycy, a także wiele podbitych plemion. Te wszystkie narodowości łączyło tylko jedno- wierzenie w leczniczą moc wody z rzeki Khan, którą to wszyscy uważali za świętą. Wśród setek wozów stał także wóz Kerama i Łachima, czekali tak jak wszyscy inni obcokrajowcy. Król bowiem wydał dekret, w którym ustalił kolejność według jakiej pielgrzymi mieli wyjeżdżać z miasta. W pierwszej kolejności wyjechał król i jego świta, potem szlachta i oficerowie królewscy, dalej wyżsi urzędnicy. Wyjazd pierwszej grupy, na którą składali się wymienieni Aralczycy zajął pół dnia. Kolejne pół zajęło formowanie następnej  kawalkady wozów, bowiem z miasta wypuszczano tylko duże grupy wozów. Na drugą grupę składali się: niżsi urzędnicy, kupcy, rzemieślnicy i mieszczanie. Dopiero następnego dnia rozpoczęto formowanie trzeciej i ostatniej grupy: czyli obcokrajowców. Było już południe kiedy cała ta niezwykła karawana ruszyła, każdemu z obcokrajowców wolno było zabrać tylko jeden wóz. Ponieważ Keram i jego wuj mieli ich aż trzy, dwa z nich razem ze służbą wysłali do domu. Tak więc sami jadąc wozem zaprzęgniętym tylko w jednego muła jechali, a raczej wlekli się jadąc tuż za poprzedzającym ich wozem.
– Zaczynam żałować, że zgodziłem się na tę wyprawę.- powiedział posępnie Łachim.
– Dlaczego?- spytał siedzący obok młodzik.
– Nie widzisz jak wolno jedziemy?!- zdziwił się brodacz.- W tym tempie na miejsce dotrzemy najwcześniej za dwa dni. Gdybym wiedział, że ten, tfu! Król, wydał taki głupi dekret, wcale bym się na to nie zgodził.
– Co ci przeszkadza, że dojedziemy za dwa dni? Akurat zdążymy złożyć ofiarę, nabrać trochę wody ze źródła i możemy wracać.- powiedział entuzjastycznie młodzik.
– Czy ty naprawdę nic nie pojmujesz chłopcze?- odparł brodacz, a widząc niezrozumienie malujące się w jego twarzy ciągnął dalej.- Nie widzisz jak oni nas traktują?
– Nas, to znaczy kogo?- zaciekawił się Keram.
– Nas to znaczy obcokrajowców: Arghańczyków, Nemeyczyków i wszystkich innych?!
-To znaczy jak nas traktują?- nie dawał za wygraną Keram.
– Ty rzeczywiście nic nie pojmujesz. Powiem ci wolno i wyraźnie, żeby ci się to wbiło do głowy raz na zawsze. Po pierwsze, obcokrajowcy zawsze płacą większe podatki- nie dość, że mamy dalej do stolicy, to jeszcze na dodatek musimy przepuszczać wozy Aralczyków, którzy mają pierwszeństwo, a kara za niepłacenie podatków zawsze dla nas jest surowsza. Po drugie…
– Nie prawda! -przerwał mu bratanek.
– Co tu jest nie prawdą?- spytał brodacz.
– To, że obcokrajowcy mają surowszą karę za niepłacenie podatków.- odparł oskarżycielskim tonem młodzik.
– Mylisz się mój drogi, mam na to dowód. Pamiętasz tych ludzi, którzy spóźnili się z podatkami? Zostali ścięci, wszyscy co do jednego.
– Skąd o tym wiesz? Nie słyszałem, żeby herold coś ogłaszał.
– Bo nie ogłaszał. Wiem o tym od zaprzyjaźnionego strażnika. Po drugie do większości karczm nie wpuszcza się barbarzyńców takich jak my.- powiedział Łachim klepiąc się dłonią po klatce piersiowej.
– I znów nie masz racji!- zaperzył się Keram.
– Masz na myśli te dwie, w których mieszkaliśmy? Więc ci powiem, że do pierwszej nie wpuściliby nas, gdyby nie moja przyjaźń z Khenayem. W drugiej natomiast, o ile zauważyłeś spaliśmy w stodole.- powiedział dobitnie brodacz.
– Bo w karczmie nie było już wolnych łóżek.- odparł Keram.
-To karczmarz tak powiedział, ja widziałem dwa, albo trzy wolne łóżka. To jeszcze nie wszystko. Pamiętasz ojca twojej wybranki? Dlaczego odmówił ci jej ręki- hę? Widzisz? No i ostatni przykład- dzisiejszy dzień, dlaczego wyjeżdżamy z miasta dopiero teraz? Gdyby nie królewski dekret bylibyśmy już w połowie drogi, a tak wleczemy się jak żółwie. Czy to według ciebie jest sprawiedliwe, byliśmy już gotowi do drogi, gdy herold odczytał dekret. Powiedz, czy to jest sprawiedliwe?- powiedział Łachim z wyrzutem w głosie. Lecz bratanek nic mu nie odpowiedział, tylko smętnie pokiwał głową. Obaj nic nie mówili, uznając temat za wyczerpany.
 Zachód słońca zaskoczył podróżników na wielkiej równinie pokrytej małymi zaspami, z dala od ludzkich siedlisk. Równina ta była na tyle szeroka, że wszyscy podróżni mieli miejsce, by rozpalić ognisko i wypocząć, nie przeszkadzając sobie wzajemnie. Późnym wieczorem, gdy nie było widać niczego prócz ognisk, słychać było w różnych miejscach odgłosy rozmów, czasem kłótni, a nawet śpiew. Tylko przy jednym ognisku było cicho i posępnie. Siedziało tam trzech mężczyzn, w różnym wieku. Rozmawiali ze sobą podejrzanie przyciszonym głosem, w końcu jeden z nich wyjął zza pazuchy mały flakonik z przezroczystym jak woda płynem w środku. Pokazał go pozostałym, wtedy podszedł do nich czwarty mężczyzna cały ubrany na czarno, wziął flakonik, podszedł do stojącego nieopodal konia i wsiadł na niego. Już po chwili znikł z pola widzenia, pozostali zdawali się cieszyć tak, jakby wiedzieli co się za chwilę stanie.
Poranek obudził wszystkich przeciągłym skowytem kojota, który stał na małej skale, jak kogut na płocie i z wyciągniętą ku górze szyją wył ile sił w płucach. Wszyscy jak na komendę, od razu zaczęli się pospiesznie pakować, by jak najszybciej wyruszyć w dalszą drogę. Keram i jego wuj także się obudzili. Pospieszne pakowanie, zaprzęganie muła i już jako pierwsi byli gotowi do drogi. Późnym popołudniem wszystkich podróżnych obiegła dramatyczna wiadomość: ktoś próbował zabić króla. Od razu rozpoczęto spekulacje na temat sposobu w jaki zamachowiec próbował tego dokonać. Każdy, kto usłyszał tę wiadomość próbował wysnuć własne wnioski i przekazując następnej osobie dodawał do niej własne przemyślenia. Więc kiedy wiadomość ta dotarła do Kerama i jego wuja, dowiedzieli się oni, że: do namiotu króla ktoś podrzucił skorpiona, ktoś próbował zastrzelić króla z łuku oraz, że jakiś szalony człowiek napadł króla z mieczem w ręku. Zwłaszcza ta ostatnia hipoteza wywołała u Łachima atak śmiechu, czemu z przerażeniem w oczach przyglądał się jego bratanek. Na pytanie, dlaczego właśnie ta wersja wydarzeń wywołała u niego taką reakcję- powiedział:
– Gdyby rzeczywiście ktoś napadł na króla, zabiłby go. Dlatego właśnie nie wierzę w taką możliwość.
– Dlaczego tak uważasz?- zaciekawił się Keram.
– Nie wiesz!!!- zdziwił się niedowierzającym głosem brodacz. – To ci powiem. Ten kto napadłby na tego… tfu! Króla zabiłby go, ponieważ z Shakulla taki wojownik, jak ze mnie tancerka.- zażartował Łachim
– Uważasz, że król nie potrafiłby się obronić?- zapytał zdziwiony młodzik.
– Jest tak kiepskim wojownikiem, że nawet ty byś go pokonał. Ha, ha, ha!- zaśmiewał się do rozpuku brodacz.
– Skąd o tym wiesz?
– Dawno temu, kiedy Shakull był jeszcze takim gołowąsem jak ty, rozmawiałem z jego nauczycielem fechtunku, który twierdził, że jak żyje nie miał gorszego ucznia. Opowiadał, że młody jeszcze wtedy król miecz trzymał jak grabie, a posługiwał się nim jakby się opędzał od much. I bardziej nadawał się na oracza, niż na przyszłego następcę tronu. Niech mnie ziemia pochłonie jeśli nie miał racji.- zaśmiał się brodacz.
Ta sensacyjna wiadomość dotarła także do trzech spiskowców, którzy ucieszyli się z faktu, że żadna z hipotez nie jest prawdziwa. Ponieważ to właśnie oni najlepiej wiedzą jak to było naprawdę. Z drugiej strony zmartwili się, że zamach się nie udał, a wydane na opłacenie zamachowca pieniądze przepadły bezpowrotnie. Zważywszy, że nie była to mała suma, bo co jak co, ale zabić króla nie każdy się odważy, a ten co się odważył zażądał wysokiej ceny. Więc zważywszy to wszystko, trzej spiskowcy poważnie się zaniepokoili o dalsze losy swojej akcji. Nie mieli już tyle pieniędzy, by stać ich było na wykupienie dobrego łucznika, a  tańszy mógłby chybić, a tego nie chcieli. Jadąc, wszyscy trzej zastanawiali się skąd wziąć pieniądze. Mogliby sprzedać wóz, ale wtedy nie mieliby czym wrócić, jedyną rozsądną alternatywą wydało im się, albo odwołanie akcji, albo dokonanie zamachu osobiście. Jednak obie te możliwości nie bardzo się im podobały. Odwoływać akcji nie chcieli, ponieważ taka okazja może się nigdy nie powtórzyć, a zależało im na czasie. Samodzielne wykonanie zadania też nie przypadło im do gustu, ponieważ żaden z nich nie strzelał na tyle dobrze. Ktoś, kto miałby wykonać zadanie musiałby celować z dużej odległości, na tyle dużej, by strażnicy nie dostrzegli go w chwili strzału.
 Drugiego dnia podróży, trzecia karawana złożona z obcokrajowców dotarła do miasta Seth. Niestety, było tam tak ciasno, że większość podróżników musiało spać we własnych wozach, gdyż wszystkie karczmy były zajęte. Keram i jego wuj zajęli miejsce niedaleko placu, na którym nazajutrz miał odbyć się wielki festyn z okazji Dnia rzeki Khan. O tym, co będzie się działo w czasie festynu ogłaszali heroldowie. Łachim był niepocieszony, gdy dowiedział się, że jedną z atrakcji będzie turniej rycerski. Na pytanie swego bratanka dlaczego nie podoba mu się turniej, odpowiedział:
-Te Aralskie szakale z naszej śmierci robią sobie zabawkę.
Na to zaskoczony jego słowami Keram spytał:
-Dlaczego mówisz, że to Arghańczycy zginą?
-Wiadomo przecież, że Aralczycy do turnieju wystawią doświadczonych wojowników, którzy z łatwością pokonają naszych.
 – Każdy może przystąpić do turnieju, a czy wygra, czy przegra…- powiedział filozoficznym tonem Keram.
-Wiesz dlaczego, tak często organizowane są takie turnieje?- spytał brodacz.
-Powiem ci. Dlatego, że Aralczycy lubią patrzeć na śmierć. A ponieważ przeważnie to ich wojownicy zwyciężają, sprawia im przyjemność zabijanie obcokrajowców. W ten sposób chcą powiedzieć: „Patrzcie głupcy, co robimy z pokonanymi, jesteśmy najsilniejsi”. Chcąc zmienić temat Keram powiedział:
-Są też inne rozrywki, będzie występ cyrkowców, śpiewacy, tancerki i kuglarze.- wyliczał młodzik.
-Ciekawe, gdzie tym razem pozwolą nam siedzieć.- powiedział ironicznie Łachim, stawiając nacisk na słowo „pozwolą” tak, by jego bratanek zrozumiał, że nie jest z tego festynu zadowolony.
-Herold mówił, że każdy może zająć takie miejsce jakie chce, o ile zdąży przyjść przed innymi.
-Już oni dopilnują, żebyśmy dotarli tam jak najpóźniej.- powiedział brodacz grobowym tonem. – Czas już spać.- uciął rozmowę Łachim.
Słońce już powoli zachodziło zabarwiając niebo na krwawy kolor, niezliczona ilość wozów stała na wielkim placu przeznaczonym na nocleg dla nowo przybyłych. Tu nie było już tyle miejsca co w niedawno opuszczonej dolinie, wozy poustawiane były jeden obok drugiego, tak ciasno, że prawie się o siebie ocierały. Już nie było słychać śpiewów i rozmów, cisza nocna obowiązywała bowiem w mieście już od zachodu słońca. Ktokolwiek zacząłby się nieco głośniej zachowywać, resztę nocy mógł spędzić w areszcie. W kilku wozach widać było prześwitujące światło lampy oliwnej w innych paliły się świece, a jeszcze inni palili pochodnie. Miasto powoli ogarniała atramentowa noc, rozmowy cichły, a światła gasły. Ze środka stojących na placu wozów dochodziło tylko rytmiczne pochrapywanie.
Następnego dnia miasto obudziło się wcześniej niż zwykle, a to za sprawą festynu, którego przygotowania rozpoczęły się na długo przed świtem. W miejscu, gdzie miał stanąć królewski tron, przygotowano wysoki na cztery łokcie drewniany podest. Zbudowany z kilku długich bali i kilkudziesięciu krótszych desek. Całą konstrukcję przykrył długi na siedem łokci i szeroki na cztery, kolorowy, ręcznie tkany dywan. Był to podarunek dla Shakulla od jego kuzyna będącego księciem tej prowincji. Do podestu prowadziło pięć szerokich stopni, które także pokryto nieco krótszym dywanem. Obok tronu stały jeszcze cztery zdobione krzesła. Pierwsze, stojące po prawej stronie tronu należało do księcia. Drugie, z lewej strony było miejscem dla królowej. Dwa ostatnie pozostawione były dla najwyższych oficerów. Przed podestem zrobiona była scena dla kuglarzy mających umilić przybyłym czas oczekiwania na gwóźdź programu, jakim był turniej. Wokół sceny zrobiono miejsce dla widowni. Niestety miejsc siedzących wystarczyło tylko dla pierwszych dwóch rzędów, następni goście będą musieli siedziska przynieść ze sobą.
Mimo tych przygotowań, podróżni śpiący na placu obudzili się dopiero wtedy, kiedy słońce wisiało wysoko nad miastem i przygrzewało dość mocno, jak na tę porę roku. Wszyscy byli tak zmęczeni tą długą drogą, że nawet krzyczący na całe gardło przekupnie ich nie obudzili. Dopiero wzmożony ruch na przylegających do placu uliczkach, nakazał im, by zaczęli się przygotowywać do festynu. Przed jego rozpoczęciem, każdy chciał nabrać jeszcze wodę z cudownego źródła. Keram i jego wuj także, więc gdy tylko na placu zrobiło się na tyle luźno, by można było ruszyć z miejsca, pojechali razem z innymi do źródła. Kiedy tam dotarli dowiedzieli się, że wodę można nabierać tylko z jednego miejsca, a mianowicie tam, gdzie stali strażnicy źródła. Był to kolejny nowo wydany dekret króla, do tej pory każdy mógł nabierać wody z każdego miejsca przy rozległym brzegu. Kiedy Keram spytał jednego z ubranych w długie błękitne habity Strażników Rzeki usłyszał, że dekret ten jest po to, by ludzie nie zanieczyszczali brzegów źródła. I choć nakaz taki wydał się każdemu rozsądny Łachim czuł w tym podstęp Aralczyków. Pomimo panującego tłoku, kolejka przesuwała się dość żwawo i w kilka chwil setki pielgrzymów nabrało wodę ze świętego źródła, w końcu przyszła kolej na Łachima i Kerama. Kiedy zajechali po wodę obok źródła stał jeden z mnichów z wielką, drewnianą chochlą, którą nalewał wodę do podanych mu naczyń. Do wozu podszedł drugi z nich i wyciągnął rękę po naczynie, Łachim wyjął zza swoich pleców dwa skórzane bukłaki i podał je mnichowi. Już po kilku chwilach jechali w stronę placu, na którym miał odbyć się festyn. Gdy się tam już znaleźli dwa najbliższe rzędy były już zajęte, oczywiście przez Aralczyków. Strażnik, który sprawdzał przy wejściu, czy nikt nie ma przy sobie jakiejś broni, powiedział im żeby zabrali ze sobą jakieś siedziska bo ław i krzeseł starczyło tylko na dwa pierwsze rzędy. Łachim na te słowa warknął cicho przez zęby i powiedział Keramowi, żeby wrócił po coś do siedzenia, a on w tym czasie będzie szukał dobrego miejsca. Brodacz długo przeciskał się przez zbity tłum ludzi zanim znalazł całkiem dobre miejsca, tuż przy wejściu, którym najpierw król, a później wszyscy kuglarze będą wchodzić na scenę. Łachim przezornie zajął jak najwięcej miejsca, by wracający z siedziskami Keram także miał gdzie usiąść. Trębacze zaczęli obwieszczać przybycie króla i jego świty, kiedy obok brodacza pojawił się młodzik trzymając dwa, małe pieńki. Ledwie zdążyli na nich wygodnie usiąść kiedy pierwszy dworzanin Jego Wysokości trzymając oburącz chorągiew z herbem królewskim wszedł na scenę. Podszedł do podestu i wbił obok niego maszt, na którym dostojnie powiewała chorągiew. Trębacze powtórnie zatrąbili w połyskujące w słońcu fanfary i na scenę wśród wiwatów i burzy oklasków wszedł Shakull I w otoczeniu najbliższych podwładnych i kilku oficerów. Lecz tylko czworo spośród nich weszło za królem na podest, pozostali oficerowie stanęli po obu bokach podestu z groźną miną broniąc do niego dostępu. Kiedy wszedł na podest, najpierw kilkakrotnie pomachał ręką zgromadzonej ludności. W końcu gestem uciszył wiwatujących i przemówił:
-Witam wszystkich zebranych na dorocznych Dniach Świętej Rzeki Khan!
Chciał mówić dalej, ale publiczność wciąż wiwatowała krzycząc: „Niech żyje król!”, albo: „Bądź pozdrowiony królu!”. W końcu Shakull zdołał uciszyć publiczność i powiedział:
-Bardzo się cieszę, że tak wielu poddanych zebrało się dzisiaj na festynie ku czci rzeki Khan. Niniejszym, festyn ten uznaję za otwarty!- po czym usiadł, by posłuchać co ma do powiedzenia herold.
Herold odczytał tylko program festynu i zszedł ze sceny oddając ją wchodzącemu właśnie pierwszemu kuglarzowi. Siedzący przy wejściu: Łachim i Keram mogli dokładnie przyjrzeć się wchodzącym sztukmistrzom. Pierwszym z nich był poskramiacz ognia,  wchodząc trzymał w obu dłoniach płonące kule i mimo, że rąk niczym nie chronił buchające z kul płomyki wcale go nie parzyły. Gdy wyszedł na środek sceny skłonił się królowi i siedzącym obok niego monarchom i zaczął żonglować swoimi kulami, które podczas pokazu wciąż się paliły. Potem od jednej z kul zapalił pochodnię i prztykając ją do ust zionął ogniem niczym smok, na koniec zgasił je wszystkie wkładając sobie do ust. Występ jego tak się wszystkim podobał, że swymi oklaskami nie chcieli wypuścić go ze sceny. Po nim wystąpiło jeszcze wielu innych: gimnastycy, treserzy dzikich zwierząt i magicy, ale żaden nie zrobił na Keramie takiego wrażenia jak poskramiacz ognia. Gdy ze sceny zszedł ostatni sztukmistrz herold obwieścił rozpoczęcie się turnieju. Najpierw na arenę weszli wszyscy, którzy brali w nim udział. Dziesięciu odświętnie ubranych wojowników ustawionych w dwuszeregu powoli i majestatycznie wchodziło, by pokłonić się królowi. Kiedy już wszyscy weszli herold wyczytywał ich imiona i plemię z jakiego pochodzą. Było wśród nich trzech Nemeyczyków, dwóch wojowników z plemienia Naddus i jeden Arghańczyk na widok, którego brodacz i młodzik najgłośniej wiwatowali. Pozostali byli Aralczykami. Zanim jeszcze wojownicy ci zeszli z areny, najstarszy mnich opiekujący się źródłem rzeki, ogłosił, że w dzisiejszym turnieju nie może być ofiar śmiertelnych. Po przeciągłym pomruku niezadowolenia, jaki usłyszał powiedział:
-Dzisiejsze święto, to święto ku czci rzeki i przelewanie krwi jest wzbronione.
W tym momencie wstał król i powiedział:
-Jeśli taka jest wola duchów, niech się tak stanie. Dziś nikt życia nie straci.  
Ponownie zabrzmiały fanfary i wszyscy wojownicy zeszli z areny, herold zapowiedział pierwszy pojedynek. Najpierw wyczytał imiona wojowników i plemię, z którego pochodzą, a kiedy już obaj wojownicy stanęli na swoich miejscach siedzący na tronie król energicznie wyciągnął rękę ku górze na znak, że walka się rozpoczęła. Pierwsza walka nie trwała jednak długo, bo już po chwili potężnej budowy aralski wojownik powalił na ziemię ciężko dyszącego młodziutkiego Nemeyczyka. Burza oklasków i pomruk niezadowolenia przemknęły przez tłum prawie w tej samej chwili. Klaskali Aralczycy, zadowoleni ze zwycięstwa swojego ziomka, niezadowoleni byli natomiast nie tylko Nemeyczycy, ale i prawie wszyscy obcokrajowcy. Nie tylko dlatego, że wygrał Aralczyk, ale przede wszystkim dlatego, że tak młody i niedoświadczony wojownik musiał walczyć z wielkim jak piec Aralczykiem. Drugą parę stanowili: szczupły, uzbrojony w dzidę i sieć wojownik plemienia Naddus i podobnie zbudowany Aralczyk, którego jedyną bronią był długi, stalowy miecz. Gdy tylko brodacz go zobaczył, stwierdził, że prędzej wyrosną mu włosy na dłoni, niż ten wojownik wygra z lepiej uzbrojonym przeciwnikiem z plemienia Naddus. Jakież więc było jego zdziwienie, kiedy okazało się, że to właśnie młodzik z mieczem zwyciężył. Łachim długo nie mógł uwierzyć w swoją pomyłkę, co wykorzystał jego bratanek śmiejąc się do rozpuku z niedowierzającej miny swego wuja. Żadna  walka nie wywołała na widzach takiego wrażenia jak ostatnia, w której mieli zmierzyć się wojownicy z Aralii i Argharty. Trębacze zatrąbili na znak, że odbędzie się teraz ostatnia walka wieczoru. Pierwszy na arenę wszedł ubrany w długą sięgającą kolan lwią skórę Aralczyk. Oprócz skóry miał na sobie wysokie skórzane buty, stalowe błyszczące w słońcu naramienniki, lśniący hełm z powiewającym na wietrze pióropuszem i szeroki, skórzany pas zza, którego wystawała rękojeść krótkiego miecza, w lewej ręce trzymał okrągłą nabijaną ćwiekami drewnianą tarczę. Za nim wyszedł wysoki i muskularny Arghańczyk ubrany w krótką futrzaną przepaskę na biodrach i skórzane buty, podobne do tych, jakie nosił jego przeciwnik. Tak jak jego przeciwnik na głowie miał hełm, spod którego wystawały kosmyki długich, sięgających ramion rudych włosów. W prawej ręce trzymał ostry, stalowy topór, a w lewej małą, ale bardzo twardą tarczę. Tłum zamarł, to była walka, na którą wszyscy czekali. Prawdziwy pojedynek tytanów, obydwaj przeciwnicy byli tak samo silni i potężni i tylko łut szczęścia zadecyduje o zwycięstwie jednego z nich. Obaj wojownicy podeszli przed oblicze króla, by ten zezwolił na rozpoczęcie walki. Kiedy tylko fanfary zagrały stanęli naprzeciw siebie i mierząc się miażdżącym wzrokiem przygotowywali się do zadania pierwszego ciosu. Aralczyk lekko odchylił się w tył jakby chciał nabrać rozpędu i już miał zamachnąć się swym mieczem, gdy wtem błyskawicznym zrywem runął na niego młody Arghańczyk i uderzając swoją tarczą przeciwnika w pierś powalił go na ziemię. Aralczyk znalazłszy się niespodziewanie na ziemi, chcąc ściąć z nóg swego wroga wymierzył mu mieczem cios w nie osłonięte niczym golenie. Jednak zwinny jak tygrys wojownik podskoczył szybko czyniąc w ten sposób unik. W tym czasie nieco ociężały Aralczyk zdążył podnieść się z ziemi. Jego przeciwnik nie tracąc czasu zaatakował go swoim toporem. Ten zdążył się tylko zasłonić swoją tarczą, lecz cios ten był tak mocny, że topór głęboko wbił się w tarczę. Chcąc wyrwać w ten sposób przeciwnikowi broń z ręki Aralczyk szarpnął tarczą, lecz kiedy topór wyszedł, tarcza okazała się przerąbana na pół i co za tym idzie kompletnie bezużyteczna. Wściekły z powodu straty osłony błysnął tylko swymi błękitnymi, aralskimi oczyma i rzucił się na przeciwnika. Młody Arghańczyk ucieszył się ze straty swego przeciwnika, odszedł od niego na kilka kroków, by pokłonić się królowi, który z beznamiętnym wyrazem twarzy śledził pojedynek. Wtem, kątem oka zauważył swego przeciwnika jak odrzuca na bok połamaną tarczę, potem przechyla się do przodu, jak byk gotowy do ataku. Nim zdążył się przestraszyć rozpędzony Aralczyk znalazł się tuż przy nim. I kiedy już miał go powalić na ziemię, by zadać decydujący cios stało się coś niezwykłego. W momencie, kiedy Aralczyk prawie dotykał swoim hełmem przeciwnika, ten nagle chwycił go jedną ręką za kark, zrobił szybki półobrót i powalił go na ziemię. Na swoje nieszczęście w chwili upadku, Aralczyk upuścił swój miecz, przeciwnik szybko wykorzystał ten moment nadepnąwszy nogą na jego prawą rękę. W ten sposób unieruchomiony Aralczyk zakończył swoją walkę, byłby także zakończył i życie gdyby nie święto. Burza oklasków jaka potem wybuchła nie miała końca ludzie wyrzucali ku górze swoje czapki, klaskali i wiwatowali. Gdy zwycięzca podszedł do podestu, gdzie z rąk króla miał otrzymać nagrodę, Shakull ze sztucznym uśmiechem uroczyście wręczył śmiałkowi sakiewkę z brzęczącymi w środku złotymi monetami. Zwycięzca opuszczał arenę z szerokim uśmiechem na ustach i wypchaną sakiewką w ręce. Kiedy przechodził obok miejsc gdzie siedzieli brodacz i Keram, wszyscy tam siedzący rzucali mu kwiaty pod nogi, albo wyciągali doń ręce by mogli się z nim poznać. Keram, też stał przy barierce i wyciągał do niego rękę, a gdy wojownik podszedł do niego i uścisnął jego rękę zaaferowany Łachim krzyknął: „Synu! Twoja ojczyzna jest z ciebie dumna!” Wreszcie wiwaty ustały. Król podniósł się z tronu i rzekł:
– Umiłowani poddani moi! Ze smutkiem muszę powiedzieć, że nadszedł już koniec dzisiejszego festynu.
Rozradowany tłum nie chciał nawet tego słuchać, wszyscy tak dobrze się bawili, że ani im w głowie powrót do domu. Shakull jednak nie miał zamiaru pozostać tu ani chwili dłużej, był wściekły. Wojownik, którego uważał za niezwyciężonego przegrał. Powoli i majestatycznie król wraz z towarzyszącą mu świtą schodził z podestu. Herold wyciągnął tkwiący w ziemi maszt, na którym łopotała chorągiew z herbem królewskim. Kiedy już cała świta królewska uformowała kolumnę, na jej czoło wyszedł sam król. Obok niego stało dwóch oficerów, reszta świty szła za nimi. Tłum powoli się przerzedzał, ludzie szli w stronę wyjścia, na swoim miejscu stali tylko Keram i Łachim. Nagle młodzik dostrzegł coś niepokojącego, na stojącym opodal drzewie siedział człowiek, nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż ów człowiek trzyma w rękach gotowy do strzału łuk. W miarę jak świta wraz z królem zbliżała się do wyjścia, siedzący na drzewie człowiek przygotowywał się do strzału. W tym momencie Keram zdał sobie sprawę co widzi- ktoś zamierza zabić króla! Młodzik nie wiedział co ma zrobić, jak ostrzec Jego Wysokość, mógł krzyknąć, ale przy panującej wrzawie nikt pewnie by go nie usłyszał. Ciągle obserwując siedzącego na drzewie strzelca, Keram podjął błyskawiczną decyzję. Kolumna, na czele której szedł król wciąż się zbliżała do wyjścia. W chwili, gdy król przechodził obok Kerama, młodzik usłyszał tylko cichy świst. Przeskakując przez oddzielającą go od króla barierkę, jednym susem powalił go na ziemię, jednocześnie czując piekący ból w prawym ramieniu. Powstało małe zamieszanie, lecz po krótkiej chwili wszystko było jasne, Keram własną piersią zasłonił króla przed strzałą. Króla i jego wybawcę ciasnym kręgiem otoczyli dworzanie, król oprócz zabrudzonej i pomiętej odzieży nie doznał większego uszczerbku. Keram natomiast leżał na ziemi z tkwiącą w ramieniu strzałą, przez tłum przedarł się Łachim, który był niemal przekonany o śmierci swego bratanka. Gdy tylko podszedł do niego spytał:
-Żyjesz mój chłopcze?
Keram usiadł na ziemi i z wciąż jeszcze wystającą z ramienia strzałą powiedział:
-To tylko drobna rana, nic mi nie jest wuju.
W tym momencie podszedł do nich król mówiąc:
-Uratowałeś mi życie młodzieńcze, jestem twoim dłużnikiem.- A odwracając się do świty krzyknął z naganą:
-Co tak stoicie! Sprowadźcie medyka, nie widzicie, że on krwawi!
Tłum rozluźnił się nieco i już po chwili obok brodacza i jego podopiecznego pojawił się nadworny medyk. Szybko ocenił sytuację i postanowił zabrać rannego do pałacu, by tam bezpiecznie wyjąć strzałę. Widząc to dworzanie dziwili się, dlaczego król nie protestuje przed przyjmowaniem barbarzyńców w pałacu. Łachim także się dziwił, nie znał Shakulla od tej strony, nie sądził, że może być dla kogoś taki dobry. Już po kilku chwilach wszyscy rozjechali się w swoje strony publiczność do swoich domów, król wraz ze świtą do pałacu, a Keram i opiekujący się nim Łachim razem z medykiem do przypałacowego pomieszczenia dla chorych. tam w asyście kilku mnichów medyk wyjął strzałę z zakrwawionego ramienia. Wbrew temu co mówił Shakull, Keram pierwszą noc spędził nie w pałacowym pokoju, lecz w ciasnej, ale przytulnej izbie na tyłach pałacu. Łachim czuwał, by bratankowi nie działa się krzywda, podczas wyjmowania strzały siedział obok i podtrzymywał go na duchu mówiąc:
-Wytrzymaj jeszcze trochę, to tylko drobna rana.
Keram zacisnął zęby, by nie krzyknąć kiedy siwy medyk wraz z dwoma mnichami z trudem wyjmowali z niego strzałę. Tkwiła dość głęboko, bo nawet medyk nie mógł dać sobie rady, dopiero po ostatnim bolesnym szarpnięciu usłyszał: „Nareszcie!”. Później poczuł wyciekającą z rany ciepłą krew, potem zrobiło mu się ciemno przed oczami. Gdy się obudził, pierwsze co ujrzał to siedzącego obok Łachima, który oparty głową o poręcz krzesła spał cicho pochrapując. Keram nie chciał go budzić, więc obrócił się tylko na bok, by jeszcze pospać. Nagle poczuł piekący ból, przypomniał sobie o ranie. Spojrzał na swoje prawe ramię i zobaczył, że opatrunek na nim zabarwił się na czerwono. Chciał się z powrotem obrócić, ale rana znów go zapiekła, aż syknął z bólu. Łachim nagle otworzył oczy i zobaczył, że jego bratanek już nie śpi.
-Jak się czujesz Keramie?- spytał z troską w głosie.
W odpowiedzi młodzik tylko syknął. Brodacz widząc czerwony opatrunek przeląkł się nie na żarty i poszedł zawołać medyka. Kiedy wrócił opatrunek był już tak zakrwawiony, że towarzyszący Łachimowi medyk musiał go zmienić mówiąc:
-Musisz uważać na tę rękę, to była głęboka rana i nie zagoi się tak szybko.
-A czy złapano już tego, co chciał zabić króla?- spytał niecierpliwie Keram.
-Tak.-odparł mu brodacz.-Słyszałem jak rozmawiali dwaj strażnicy, mówili że jeszcze tego samego dnia go złapali i dzisiaj mają go osądzić. Ciekawe kim on jest?
Kiedy medyk zmienił już opatrunek powiedział:
-Jego Wysokość kazał mi powtórzyć, że jeśli będziesz się dobrze czuł to możesz przyjść do pałacu.
-Naprawdę!? Do pałacu?- niedowierzał mu młodzik.
Na to brodacz odrzekł:
-Zasłużyłeś. Uchroniłeś przed śmiercią samego króla.- a w myśli dodał: „szczerze mówiąc nie wiem po co?”
Gdy tylko Keram ubrał się i umył, razem z Łachimem poszedł do pałacu. Lecz już przed furtą natknął się na nich strażnik i spytał:
-A wy tu czego?
Na to Łachim pokazując na swego bratanka odrzekł:
-Nie poznajesz chłystku! Ten młodzieniec uratował wczoraj króla, właśnie do niego idziemy.
-Jeśli to prawda, to pokaż czy masz ranę na prawym ramieniu?- odparł podejrzliwie strażnik.
Keram lekko rozchylił poły luźnej koszuli, by strażnik mógł zobaczyć opatrzoną ranę. Strażnik zerknął tylko i przepuścił ich dalej. Kiedy weszli do pałacu poczuli miłe ciepło. Wszystkie komnaty były wyposażone w kominki, w których buchający ogień dawał światło i ciepło. Podszedł do nich jeden z dworzan i spytał kim są. Kiedy mu powiedzieli bez słowa sprzeciwu zaprowadził ich do najbliższej komnaty. W komnacie tej stał tylko długi stół z przystawionymi do niego czterema krzesłami. Zmęczony Keram usiadł na jednym z nich, a Łachim przysiadł się obok niego. Wtem z przeciągłym piskiem otworzyły się drzwi i w progu stanął odświętnie ubrany sługa i spytał:
-Jego Wysokość zaraz do was przyjdzie. Kazał mi się spytać, czy nie podać wam śniadania.
Keram i jego wuj odpowiedzieli jednoczesnym kiwnięciem głowy. Drzwi się zamknęły, by po chwili znowu otworzyć. W drzwiach stał znajomy im sługa i powiedział:
-Podano do stołu.
Zaprowadził ich do następnej komnaty, gdzie czekało już na nich jak to powiedział sługa „skromne śniadanie”. Tym razem komnata była dużo większa od poprzedniej, ale podobnie umeblowana. Na długim stole stało kilka talerzy a pachnącymi potrawami. Tak Keram jak i jego wuj słysząc „skromne śniadanie” liczyli na, co najwyżej, kaszę ze skwarkami i piwo, tymczasem to co oni nazywali śniadaniem było prawdziwie królewską ucztą. Na stole oprócz grzanego piwa stały także wielkie misy ze świeżo pieczonymi przepiórkami, kilkanaście grubych pajd chleba, suszone mięso, kilka ryb i nieznane Keramowi owoce. Kiedy się już najedli rozsiedli się wygodnie na krzesłach i popijając grzane piwo czekali na króla. Nagle drzwi się uchyliły i do komnaty wszedł sam Shakull I.  Ubrany niezbyt wytwornie, bo tylko w sięgający kostek szlafrok przetykany złotą nitką. Na nogach miał tylko cienkie ciżemki, zrobione z delikatnej skóry. Podszedł do stołu przysunął sobie krzesło, usiadł i powiedział:
-Witam w tych skromnych progach.
„Skromne, nie ma co”- pomyślał zgryźliwie brodacz.
-Jak spędziliście noc? Co z twoją ręką chłopcze?- dopytywał się troskliwie.
-Dziękuję, teraz już lepiej.- odpowiedział Keram. -Dziękujemy za suty posiłek.- dodał wskazując zdrową ręką na stół.
-Nawet nie wiesz, mój chłopcze, ile ci jestem wdzięczny.- powiedział Shakull poklepując młodzika po zdrowym ramieniu.
-Nie zrobiłem niczego, czego nie zrobiłby każdy na moim miejscu- powiedział speszony Keram.
-Nie bądź taki skromny, zrobiłeś coś wspaniałego i chcę ci to jakoś wynagrodzić. Mów co chcesz, a dostaniesz.
-Ale ja nie zrobiłem tego dla nagrody- bąknął niepewnie Keram.
Shakull zdziwił się trochę, a Łachim poszturchując swego bratanka dodał.
-Nie bój się, mów.
-No więc…- wyjąkał Keram.
-Mów śmiało.- dodał Shakull.
-Jeśli już, to chciałbym prosić o coś nie tylko dla siebie, ale dla wszystkich Arghańczyków.- powiedział odważnie młodzik.
-Dobrze, mów.- zgodził się król.
– Mam nadzieję, że wasza Wysokość nie pogniewa się na mnie. Chciałbym, Panie żebyś zdjął daninę ze wszystkich Arghańczyków.
Król poczerwieniał na twarzy i odrzekł:
– Niestety tego zrobić nie mogę, bo wtedy pozostałe plemiona zażądały by tego samego.
-Skoro nie to trudno.- powiedział z żalem Keram. Już chciał wychodzić, kiedy król rzekł:
-Nie mogę znieść daniny, ale mogę wydać prawo, według którego obcokrajowcy mieliby te same prawa co Aralczycy- co ty na to?
Keram odwrócił się na pięcie do króla i rzekł:
-Naprawdę! Mógłbyś to dla mnie zrobić Panie?
-Przepraszam, że się wtrącam.- odrzekł Łachim. –Co to da, skoro i tak będziemy musieli płacić daninę?
-Będziecie mieli te same prawa co Aralczycy.- odrzekł Shakull ze stoickim spokojem.
-To znaczy…- zawahał się młodzik. – Czy to znaczy, że Arghańczycy mogliby żenić się z Aralkami?
-Tak.- odpowiedział Shakull. –Ale to nie wszystko: będziecie mieli prawo przekraczać granice Aralii bez niczyjego zezwolenia, a także handlować nie tylko z Aralią, ale i z innymi państwami. Poza tym będziecie mieli prawo mieszkać tam, gdzie chcecie.    
-To świetnie!- ucieszył się Keram. –W imieniu mojej ojczyzny stokrotnie dziękuję.- powiedział młodzik padając ze wzruszenia przed królem na kolana.
-To ja ci dziękuję. Gdyby nie ty, nie byłoby mnie tutaj.- powiedział Shakull.
-To my już pójdziemy, czas do domu wracać.- wtrącił się Łachim.
I wyprowadzając młodzika pod rękę ruszyli w stronę drzwi. Keram był dumny z siebie, że udało mu się wytargować z królem takie dobre dla Arghańczyków prawo. Łachim natomiast wychodził prawie wściekły, domyślał się bowiem, że król nie zamierza spełnić obietnicy i tylko mami jego łatwowiernego bratanka. Zastanawiał się, kiedy mu o tym powiedzieć. Zdecydował, że powie mu dopiero w Argharcie. Kiedy już wyszli  ruszyli od razu w stronę pałacowej stajni, gdzie czekał na nich ich koń razem z wozem. Gdy doszli do stajni słudzy właśnie wyprowadzali zaprzężonego już muła, który niemrawo poruszając kopytami ciągnął za sobą drewniany wóz. Łachim pomógł Keramowi wsiąść na „kozła”, a kiedy już młodzik siedział, sam, bez niczyjej pomocy wgramolił się z drugiej strony. Złapał cugle, cmoknął i ruszyli w stronę bramy. Kiedy już byli daleko za pałacem Keram spytał:
-Jak szybko będziemy w domu?
Łachim w odpowiedzi wzruszył  ramionami i powiedział:
– Mam nadzieję, że jak najszybciej. Śnieg już stopniał, jak dobrze pójdzie za dwa dni wyjedziemy z Aralii, a za następne dwa będziemy w domu.
-Stęskniłem się za domem, za Arghartą, za naszą wioską…
– Ja też. Twoja ciocia pewnie już nie może się nas doczekać, powiedziałem Rhagezowi, że będziemy najpóźniej za dwa dni.- zasępił się brodacz.

Właśnie przejeżdżali przez jedną z ostatnich aralskich wiosek, kiedy usłyszeli przeciągły głos herolda.
-Słuchajcie, słuchajcie, słuchajcie! Miłościwie nam panujący Shakull Pierwszy ogłasza co następuje: od dzisiaj podlegli nam dotąd Arghańczycy mają równe z Aralczykami prawa. Przyznaje się im je z wdzięczności za wierność Jego Wysokości Shakullowi Pierwszemu. Król chciałby dodać, że nie oznacza to anulowania danin, którą płacili i będą płacili nadal.
Jadący w wozie Keram uśmiechnął się szeroko i powiedział:
-Słyszysz wuju, król dotrzymał obietnicy.
Łachim wzruszył tylko ramionami, ale tak naprawdę był zdumiony prawdomównością Shakulla. Nigdy nie spodziewałby się, że król zrówna ich prawa z Aralczykami, a jednak tak się stało. Keram przez całą dalszą drogę pogwizdywał z radości. Wóz wraz z dwoma podróżnikami jechał na północny wschód, powoli znikając za horyzontem…

II
W wiosce położonej nieopodal Sirap- stolicy Nemeyu mieszkał młody wojownik o imieniu Mezar. Nie był on jednak zwyczajnym chłopcem, był synem wodza tej wioski- Shamotha. Jako synowi wodza przysługiwały mu pewne prawa: nie musiał chodzić razem ze swoimi rówieśnikami  do szkoły, nie miał żadnych domowych obowiązków jak inni chłopcy w jego wieku i co najważniejsze nie musiał słuchać Rady Starszych. Rada ta co jakiś czas dawała młodym nemeyskim wojownikom zadanie do wykonania, by mogli wykazać się odwagą i sprytem. Wszystko to, służyło jednemu celowi, przyznaniu praw wojownika. Mezar nie chodził do szkoły, ponieważ to nauczyciel przychodził do niego do domu, udzielając mu osobistych lekcji. Młody wojownik był bardzo znudzony tymi lekcjami ponieważ, (jak sam twierdził) i tak już wszystko wie. Shamoth był innego zdania, z uporem twierdził, że jego syn mimo iż zdolny i pojętny wciąż jeszcze nie zasługuje na to by być pełnoprawnym wojownikiem. On jako jego ojciec i wódz wioski mógł oczywiście dawno już przyznać mu te prawa, powstrzymywały go przed tym dwa fakty. Po pierwsze, jeśli przedwcześnie mianuje go wojownikiem, poddani będą uważać, że faworyzuje swego syna, po drugie nie miał on pewności czy Mezar faktycznie dorósł do tego zaszczytu. Ponieważ do dnia oficjalnego mianowania zostały jeszcze dwa miesiące, postanowił on poczekać i nadać synowi ten przywilej razem z jego rówieśnikami.
Pewnego słonecznego jak na nemeyską zimę poranka, Mezara obudziło wołanie jego matki: „Mezar! Wstawaj, zaraz przyjdzie nauczyciel!” na myśl o nauczycielu młodzieniec zwolnił tempo ubierania się i skwaszony pomyślał jak długo ojciec będzie go tak męczył. Kiedy wszedł do obszernej jadalni śniadanie już na niego czekało, tu kolejna nie miła niespodzianka, zamiast soczystego mięsa na śniadanie dostał dwie pajdy chleba, kilka suszonych owoców i wodę. Popatrzył na miskę ze śniadaniem i rzekł  z wyrzutem:
-Co to jest?
-Jak to co, śniadanie.- odrzekła spokojnie Agda jego młodsza siostra.
-Mamo! Co to ma znaczyć?- nie dawał za wygraną Mezar.
Na głos syna szybkim truchtem przybiegła do kuchni matka dwojga dzieci- Atram.
-Cóż się takiego stało, że tak mnie wołasz?- spytała ciekawie.
-Zobacz tylko co Agda przygotowała mi na śniadanie- powiedział wskazując siostrę oskarżycielsko.
Atram zajrzała do synowskiej miski i odpowiedziała z uśmiechem:
-Jak to co? Śniadanie.
-To! Nazywasz śniadaniem. Byle parobek jada lepiej niż ja!- skarżył się ciężko urażony Mezar.
-Przesadzasz, to normalne śniadanie, a ty robisz awanturę jakbyś dostał ślimaka zamiast wołu.- powiedziała karcąco Atram. –A po drugie jako przyszły wojownik powinieneś przyzwyczajać się do niewygód.
-Do niewygód przyzwyczajacie mnie już od urodzenia, jadam gorzej niż parobek, sypiam na sianie… -wyliczał Mezar.
-Jeśli chcesz być wojownikiem…- zaczęła mówić.
-Tak, tak.- przerwał jej syn. –Znam to na pamięć: „jeśli chcesz być wojownikiem nie możesz jadać jak panicz”- powiedział Mezar przedrzeźniając przy tym swego ojca.
-Pospiesz się lepiej bo lada chwila przyjdzie po ciebie nauczyciel, mięliście dzisiaj iść na polowanie.- powiedziała karcąco Atram.
Nie zdążyła jeszcze skończyć mówić gdy w drzwiach stanął mistrz Zan. Spojrzał na swego podopiecznego i powiedział:
-Cóż to, jeszcze jesteś nie gotowy?
Słysząc te słowa Mezar zjadł do końca śniadanie, wziął wiszący na ścianie łuk, kołczan i już był gotów. Kiedy mięli wychodzić Atram podeszła do swego syna i wręczając mu bukłak z wodą powiedziała:
-Uważaj na siebie, a widząc niezadowoloną minę syna dodała, słuchaj mistrza i nie rób nic głupiego.
Mezar wziął z jej rąk bukłak, pomachał na pożegnanie chichoczącej w kącie Agdzie i wyszedł. Zaraz za drzwiami rozejrzał się, zagwizdał i zawołał:
-Fang!
 Już po chwili przy jego nogach pojawił się duży, szary pies, wyglądem przypominający wilka. Zan spojrzał na psa i powiedziałał:
-Piękny pies.
-Mistrzu- odrzekł Mezar- To nie jest pies, tylko oswojony wilk.
Zan zdziwił się i zapytał:
-Długo już go masz?
-Trzeci rok. Znalazłem go uwięzionego w potrzasku, wyleczyłem go, a kiedy chciałem wypuścić go na wolność nie chciał nigdzie iść beze mnie.-opowiadał.
-To dobrze o tobie świadczy, że nie pozwoliłeś mu zdechnąć, nie znałem cię od tej strony.-zdziwił się mistrz.
Kiedy doszli wreszcie do lasu, Zan kazał Meazrowi trzymać przy sobie wilka, tak by nie spłoszył zwierzyny. Podchodzili coraz bliżej i bliżej, wtem zauważyli dwie przepiękne sarny. Zan dał znak swemu uczniowi, by przygotował się do strzału. Sam także powoli zdejmował  przewieszony przez plecy łuk. Uczeń i mistrz stali już gotowi do strzału, gdy nagle usłyszeli cichy świst, a obie sarny jak na komendę padły trupem. Kiedy Zan i jego uczeń wyszli z ukrycia, podeszli do martwych saren i czekali aż zobaczą tego, który je zabił. Jakby w odpowiedzi na ich życzenie z zarośli po przeciwnej stronie wyszedł wysoki młodzieniec o włosach koloru mleczów, a za nim jego nieco starszy towarzysz. Na widok stojących nad ich zdobyczami przybyszów jeden z nich rzekł:
-A wy tu czego? To nasze sarny, my je zabiliśmy!
Na to spokojnie odrzekł Zan:
-Owszem, sarny są wasze, ale terytorium nie. Nie wiecie, że po tej stronie Gór Północnych zaczyna się Nemey, zabierajcie swoje sarny i wracajcie do Aralii.
Na te słowa odezwał się starszy z myśliwych:
-Co nas to obchodzi, jesteśmy Aralczykami i żaden głupi Nemeyczyk nie będzie nam mówił co mamy robić.
-Jak chcecie.-powiedział ugodowo Zan.- Pamiętajcie, że was ostrzegałem.- dodał.
-Poczekaj!- krzyknął młodszy z nich widząc, że obaj przybysze odchodzą. -Co miałeś na myśli mówiąc, że nas ostrzegałeś. Grozisz nam?!
Zan odwrócił się na pięcie i powiedział:
-Ja? Grożę? Jak bym śmiał. Ja was ostrzegłem przed niebezpieczeństwami.
-Przed jakimi niebezpieczeństwami?- spytał chytrze starszy z nich.
-Śnieżnymi smokami, ogrami…
-Myślisz, że się przestraszymy?!- przerwał mu jeden z myśliwych.- Śnieżne smoki i ogry nie istnieją, każde dziecko to wie.
-Mylisz się chłopcze, spójrz.- powiedział Zan i podwinął swoją lewą nogawkę tak, by ci dwaj mogli zobaczyć szeroką na dwa palce i długą na sześć bliznę szpecącą jego łydkę. -Widzicie? -spytał. -Jak sądzicie ugryzienie jakiego stworzenia pozostawiło taką bliznę?
Obaj Aralczycy patrzyli na nogę Zana, aż w końcu starszy z nich powiedział:
-Chodźmy stąd.
Gdy tylko obaj myśliwi zniknęli z pola widzenia Mezar roześmiał się głośno:
– Ha ha! Niech ja skonam, ci dwaj głupcy uwierzyli w te bajeczki o smokach!
Nato zdziwiony Zan powiedział:
-Dlaczego sądzisz, że to bajeczki?
-Każde nemeyskie dziecko wie, że smoki i ogry dawno wymarły.
-Nie prawda. Tuż przed wojną z Aralią zaczęliśmy wybijać smoki, ale w czasie wojny zrozumieliśmy, że ogry i smoki mogą być naszymi sprzymierzeńcami i zaprzestaliśmy ich wybijania.- powiedział spokojnie Zan.
-Więc chcesz powiedzieć, że ta blizna to rzeczywiście rana po ugryzieniu śnieżnego smoka?- niedowierzał Mezar.
-Tak właśnie. –potwierdził mistrz. –Jeśli nie brak ci odwagi…- powiedział chytrze. –Mogę cię zaprowadzić w takie miejsce, gdzie do dziś żyją smoki.
-Myślisz, że się przestraszę?- zaperzył się Mezar.
-No skoro nalegasz.- zgodził się Zan i wolnym krokiem ruszył w stronę leżącego kilkaset kroków stąd bajora. Mezar gwizdnął przeciągle, by zawołać Fanga i poszedł za mistrzem. Przeszli już spory kawał lasu, kiedy wreszcie ich oczom ukazało się wielkie, błotne rozlewisko. Wokół unosił się swąd świadczący o obecności smoków. Zan dał znak swemu uczniowi by zachowywał się jak najciszej. Po cichu podeszli do zasłaniającej widok kępy tataraku i powoli, bezszelestnie rozsunęli liście. Ich oczom ukazał się widok zapierający dech w piersiach. Na samym środku bajora leżało spokojnie małe stadko smoków, cztery mniejsze i jedno większe. Zan bez namysłu stwierdził, że to na pewno matka z potomstwem, lepiej się jej nie pokazywać bo na widok obcych może być niebezpieczna. Mezar siedział spokojnie wtulony w leżącego obok Fanga, który cicho pomrukiwał. Potem mistrz dał Mezarowi znak, żeby zmienić punkt obserwacyjny. Uczeń podniósł się cały czas trzymając Fanga za skórę na karku i po cichu przeszedł kilka kroków dalej. To miejsce było o wiele lepsze, widoku nie zasłaniała roślinność i można było spokojnie obserwować leżące w błocie smoki. Posiedzieli tam kilka chwil, aż Mezarowi ścierpły nogi i szeptem poprosił mistrza żeby już stąd wyszli. Powoli i bezszelestnie wycofywali się, aż doszli do miejsca, gdzie mogli spokojnie się wyprostować. Mezar z wrażenia przez całą drogę powrotną nie przestawał mówić:
-One są rzeczywiście wspaniałe, takie potężne, ogromne i…-ciągnął swoją wypowiedź.
-Teraz chyba mi uwierzyłeś, co?- spytał go mistrz.
-Dlaczego wcześniej nie pokazałeś mi tego miejsca?- zapytał z wyrzutem Mezar.
-Może nie byłeś jeszcze gotowy.- powiedział filozoficznie mistrz.
-A może chciałeś żebym wyszedł na głupca i niedowiarka?- zaperzył się uczeń.
-Może tak.- odpowiedział przekornie Zan. –Zrobiło się już późno, powinniśmy wracać.- dodał patrząc w niebo.
-Mieliśmy przecież polować.- nie dawał za wygraną uczeń.
-Niee –odpowiedział przeciągle.- Zaraz będzie padać, lepiej żebyśmy byli już w wiosce.
Mezar wzruszył z niedowierzaniem ramionami, bo niby skąd jego nauczyciel wie, że będzie padać. Na niebie nie ma jeszcze ani jednej chmury. Mimo wszystko podporządkował się zaleceniom Zana i poszedł za nim w kierunku wioski. Jakież było jego zdziwienie, kiedy wychodząc z lasu usłyszeli stłumiony grzmot. „Oho! Zdaje się, że miałem rację.” –powiedział z przekąsem Zan. Pierwsze krople wiosennego deszczu spadły na ziemię gdy Mezar żegnał się właśnie ze swoim mistrzem. Kiedy je poczuł pożegnał się szybko i popędzając wilka biegł w stronę domu. Przyroda zrobiła mu jednak uprzejmość i prawdziwa ulewa zaczęła się dopiero gdy zatrzasnął za sobą drzwi wpuszczając biegnącego za nim Fanga. Wilk wszedł, otrzepał mokre futro, podszedł do stojącego w kącie pieca i położył się. W tym samym momencie weszła Atram i widząc śpiącego w kącie wilka rzekła z wyrzutem do syna:
-Co tu robi to zwierzę? Chyba już ci mówiłam, że nie życzę sobie żeby to „coś” spało w moim domu.
-Ależ mamo, przecież nie mogłem zostawić go na deszczu. Pozwól mu zostać chociaż do końca ulewy.- prosił Mezar.
Fang jakby przeczuwając o czym mówią, podniósł łeb, spojrzał prosząco na Atram i cichutko pisnął.
-Ty, bestio się nie odzywaj!- zgromiła wilka Atram, a potem dodała.-Dobrze, już dobrze. Nie róbcie ze mnie nieczułego potwora, powiedz swojemu pchlarzowi, że ma czas do zmroku. Potem wynocha.
-Dziękuję, że się zgodziłaś. –powiedział Mezar. –Zaś co do pcheł, to możesz być pewna, że Fang nie ma ani jednej. Wilk słysząc swoje imię usiadł i radośnie szczeknął. Artam zgromiła wilka swoim wzrokiem, tupnęła na niego i poszła do swojej komnaty, mrucząc coś po drodze. Mezar podszedł do rozgrzanego pieca, usiadł obok Fanga i delikatnie go głaszcząc szeptał mu w ucho:
-Słyszałeś coś podobnego Fang? Ty pchlarzem, też coś! Jesteś najczystszym wilkiem w całej wiosce, w całej okolicy, w całym Nemeyu, a może i świecie- prawda? Fang położył łeb swemu panu na kolanach i z cicha pomrukiwał, a Mezar mówił dalej.
-Jak mógłbym zostawić cię na deszczu?! Mama może mówić co chce, ja swoje wiem. Prawda kudłaczu? Wilk zmrużył ślepia i cicho pochrapując zasnął. Mezar właśnie odchodził od pieca kiedy ze zgrzytem otworzyły się drzwi i stanął w nich Shamoth. Otrzepał mokre ubranie i widząc  Mezara spytał:
-Gdzie mama?
-Pewnie z Agdą, w jej komnacie.- odparł Mezar.
-Cóż to, znowu Fang u nas nocuje?- spytał ciekawie.
Mezar kiwnął tylko głową.
-A mama się zgodziła?- odparł podejrzliwie.
-Tak, ale…-zaczął mówić Mezar.
-Ale jak zwykle musiała dodać swoje trzy grosze, zgadłem?- wpadł mu w słowo ojciec.
Mezar powtórnie kiwnął głową i powiedział:
-Jesteś głodny? –a gdy ojciec potwierdził Mezar dodał:
-Pójdę zawołać mamę, pewnie nawet nie usłyszała jak wszedłeś. Zawsze kiedy jest z Agdą zapomina o całym świecie. Podszedł do najbliższych drzwi, za którymi znajdowała się komnata Agdy. Gdy wszedł zobaczył jak mama razem z jak zwykle wystrojoną Agdą robiły porządki w szafie. Ponieważ obie kobiety odwrócone były plecami do drzwi nawet nie zauważyły jego obecności. Mezar obrzucił cały pokój spojrzeniem i zauważył, że prawie na każdym meblu leżała lub wisiała jakaś część garderoby. Gdy tak patrzył nie mógł wyjść z podziwu, jak można w tak krótkim czasie zrobić taki bałagan. Czegoś takiego mogła dokonać tylko Agda, zapewne czegoś szukała. Zawsze tak robi, najpierw szuka, potem sprząta to co wyrzuciła z szafy. W czasie sprzątania przeważnie ginie jej coś innego i tak w kółko. Mezar stał w drzwiach przypatrując się temu widowisku, ale nagle przypomniał sobie po co tu przyszedł.
-Mamo!- zawołał, a kiedy nie zobaczył żadnej reakcji dodał nieco głośniej. –Mamo, choć do kuchni tata już przyszedł!
-Na dźwięk słowa „tata” tak Agda jak i Atram odwróciły się nagle i prawie chórem zapytały:
-Co powiedziałeś?
-Powiedziałem, że przyszedł ojciec i chciałby coś zjeść.- odparł lakonicznie Mezar. W jednej chwili obydwie kobiety pozostawiły dotychczasową pracę i pośpiesznie ruszyły do kuchni, przepychając stojącego w drzwiach Mezara. Jako pierwsza wpadła do kuchni Agda i z otwartymi ramionami przywitała się z ojcem, pytając przy okazji czy coś jej przywiózł z miasta. Potem podeszła Artam uściskała dawno nie widzianego męża i zapytała co chce zjeść. Wykorzystując tę sytuację Mezar powiedział do krzątającej się Agdy:
-Ja też jestem głodny, mi też zrób kolację.
-A upolowałeś coś? -spytała rzeczowo Agda
-Nie. -odpowiedział jej markotnie Mezar.
-Możesz zjeść kaszę. -zaproponowała Atram
-Kaszę? Na kolację? -marudził Mezar.
-Pewnie byś chciał pieczone prosię. -zażartowała Agda.
-Nie wymądrzaj się smarkulo jedna! -przygadał jej brat.
-Spokój!- krzyknęła Atram. -Siadajcie wszyscy, kolacja już gotowa.
Gdy tylko wszyscy usiedli do kolacji Agda znów zaczęła:
-Co mi przywiozłeś ojcze?
Na to wtrącił się Mezar:
-A dlaczego sądzisz, że coś dostaniesz?
-A rzebyś wiedział! -odparła Agda
-Widzisz tato, jej nie obchodzi po co tam byłeś, tylko co jej przywiozłeś.- powiedział współczująco Mezar.
Shamoth zwracając się do córki rzekł:
-Niestety Agdo, nic dzisiaj dla ciebie nie mam, miałem dziś naradę wszystkich nemeyskich plemion. Następnym razem, kiedy będę w stolicy na pewno coś ci przywiozę.- obiecał.
-Mów tato, jak było.- dopytywał się Mezar.
-Tak cię to ciekawi?- niedowierzał Shamoth, ale widząc jego zainteresowanie tematem powiedział. –Niestety wiadomości ze stolicy nie są najlepsze, na naradę przyjechał poborca z Aralii i powiedział, że król znowu podwyższył daninę. Tym razem o 1000 dukatów.
-Znowu?! –niedowierzał mu Mezar. –Przecież dwa lata temu król obiecał, że nie będzie już podwyższał danin?
-Mój synu, słowo Aralczyka jest nie warte funta kłaków.- powiedział pouczająco Shamoth.
Artam załamała ręce- Już w zeszłym roku było nam ciężko, ale teraz jest tragicznie- biadoliła.
-Niestety, będziemy musieli zacząć oszczędzać.- dodał wzruszając ramionami Mezar.
-W związku z tym moja córeczko nie wyprawimy ci w tym roku wesela, tak jak planowaliśmy.- dodał smutno Shamoth.
-Co?! Tato, nie możesz mi tego zrobić!- krzyczała Agda. –Słyszysz? Jak możesz tak mówić!- krzyknęła i z płaczem wybiegła do swojego pokoju z trzaskiem zamykając za sobą drzwi. Artam spojrzała tylko na swego męża i przekonała się, że nie żartował. Pokiwała tylko smętnie głową i poszła pocieszać Agdę, chociaż sama dobrze wiedziała, że w tej sytuacji nic jej nie rozweseli. Wstała od stołu, podeszła do drzwi od pokoju Agdy i po cichu weszła do środka. Mezar siedział naprzeciwko swego ojca i milczał przetrawiając informację. Wiedział co czuje ojciec i nie mógł uwierzyć, że on wódz tej wioski nie może nic zrobić. Mezar czuł mętlik w głowie, wiedział, że powinien coś z tym zrobić- tylko co? W końcu powiedział:
-Tato, czy nic nie można z tym zrobić?
Shamoth pokręcił tylko głową i o ile to możliwe posmutniał jeszcze bardziej.
-My nie możemy na to pozwalać! Shakull gra nam na nosie, a my co?
-Nic mój synu. Nie możemy absolutnie nic zrobić.
-Dokąd to będzie trwać? Będą nam podwyższać daninę aż umrzemy z głodu!- nie dawał za wygraną Mezar.
-Cóż możemy zrobić? –odparł mu filozoficznym tonem ojciec.
-Jak to co?! Zbuntować się, walczyć o swoje! –agitował Mezar.
-Synu, jaki bunt? Nie wiesz, że oni są lepiej uzbrojeni od nas. Lepiej wyszkoleni, w ogóle jest ich więcej. –pouczał go ojciec.
-Przesadzasz, kiedyś byliśmy lepszymi wojownikami, to my podbijaliśmy.
-Ale czasy się zmieniły, nie wystarczą siły i chęci. Żeby rozpocząć wojnę trzeba także mieć pieniądze- dodał Shamoth.
-Pieniądze się znajdą, jeśli nie zapłacimy daniny.- powiedział odkrywczo Mezar.
-Jeśli nie zapłacimy daniny, mój porywczy synu, Aralczycy w ciągu dwóch dni wkroczą do Nemeyu. Dajmy już spokój tej rozmowie, nie wiem jak ty, ale ja idę spać.- powiedział ojciec i szurając ze zmęczenia nogami wyszedł do sypialni. Jednak dla Mezara było za wcześnie na sen, nie mógł przeboleć, że mimo krytycznej sytuacji nic nie może zrobić. Spojrzał w okno i stwierdził, że po południowym deszczu nie ma już śladu. Postanowił więc rozprostować nogi. Gwizdnął cichutko na leżącego w kącie wilka, otworzył drzwi i razem z  Fangiem wyszedł. Noc była bardzo pogodna,  na nie zachmurzonym niebie widać było okrągły księżyc i nie zliczone ilości migoczących w ciemności gwiazd. Fang radośnie podskakiwał, wąchał, parskał i pomrukiwał z zadowolenia. Mezar szedł powoli za nim i niemrawo kopiąc kamyk rozmyślał. Zastanawiał się jak to jest, że jedno królestwo dyktuje drugiemu tak surowe warunki, a uciskane państwo na to nie reaguje. Gdyby on był królem Nemeyu nie pozwoliłby na to. Skrzyknął by wszystkich nemeyskich wojów i wypowiedział Aralii wojnę. Z opowiadań ojca i mistrza wiedział, że już raz Nemeyczycy tak zrobili. Problem w tym, że wojnę przegrali, ale gdyby to Mezar dowodził na pewno by zwyciężyli. Już on by im pokazał! Szedł więc powoli dalej rozmyślając, „a gdyby tak…”- rozmarzył się Mezar. „Może jednak warto chociaż spróbować, przekonać się…”- zastanawiał się dalej, długo tak szedł wciąż rozmyślając i doszedłby pewnie do granicy z Aralią gdyby nie zmęczenie, które nakazało jego nogom zawrócić do domu. Gdy tylko wszedł do domu, położył się na swoim łóżku i zasnął.
Rankiem obudził go piskliwy głos koguta, który swoim pianiem ogłaszał rozpoczęcie nowego dnia. Mezar pośpiesznie zerwał się z łóżka i już po chwili wszedł do jadalni. Wtedy okazało się, że pozostali domownicy dopiero się budzą. Mezar domyślił się, że skoro wszyscy dopiero teraz się budzą, to śniadanie będzie nie prędko, postanowił wykorzystać ten czas i przejść się trochę razem z Fangiem. Kiedy wyszedł z chaty ujrzał siedzącego spokojnie Fanga, który na widok swego pana zamerdał wesoło ogonem. Szli w stronę chaty mistrza Zana, u którego Mezar chciał znaleźć radę na rosnące problemy kraju, kiedy nagle zza najbliższego domu wybiegło pięciu jego przyjaciół z poganiającym ich Zanem na końcu. Mezar postanowił pobiegać razem z nimi, by w ten sposób porozmawiać z Zanem. Biegł więc tuż obok Zana, który wciąż pokrzykiwał na swoich uczniów:
-Szybciej, szybciej! Wyżej kolana! Raz, dwa!
-Mistrzu…- powiedział Mezar lekko posapując. –Czy moglibyśmy porozmawiać?
-Teraz? –spytał Zan.
-Tak, jak najszybciej. –odparł zdyszany Mezar.
-Dobrze, zaraz skończymy biegi i będę mógł z tobą porozmawiać.- zapewnił go mistrz.
Sześciu młodych wojowników obiegło jeszcze raz całą wioskę i mistrz, ku uciesze swych uczniów ogłosił przerwę. Podszedł do Mezara i szepnął:
-Chodźmy do mnie.
Dom mistrza Zana stał nieopodal lasu, nie był to właściwie dom, a raczej duży szałas bez okien ze skórzaną płachtą zamiast drzwi. Mistrz zawsze twierdził, że dom nie jest mu potrzebny, że prawdziwy wojownik powinien być przyzwyczajany do niewygód przez całe życie. To prawda, mistrz nigdy nie miał wygód, spał na słomie przykryty skórami, jadł zawsze z jednej i tej samej drewnianej miski, jednym słowem żył jak mnich. Jego ubiór to potwierdzał, Zan miał tylko dwa komplety odzieży, jedna na co dzień, a druga na wielkie uroczystości. Kiedy weszli do chaty, Zan zapytał ciekawie:
-Z czym do mnie przychodzisz?
Mezar usiadł na łóżku mistrza, chrząknął i powiedział:
-Wczoraj dowiedziałem się o nowej podwyżce daniny, rozmawiałem o tym z ojcem, ale on mimo, że ma władzę i możliwości boi się sprzeciwić Aralii.
-Też o tym słyszałem, ale co tu można zrobić?- zdziwił się mistrz.
-Jak to co?- zaperzył się Mezar. –Wypowiedzieć Aralii wojnę, oni nie mogą wciąż podwyższać danin!
-Wywołać wojnę?!- wykrzyknął wzburzony Zan.
-A cóż w tym dziwnego??? –odparł mu uczeń.
-Nie wiesz co mówisz, Aralia to potęga, a Nemey przy niej wygląda jak zabawka. Nie mamy szans Mezarze! –agitował go mistrz.
-Mówisz jak mój ojciec! –zdenerwował się Mezar.
-A widzisz? On też tak myśli!
-Jak będziemy tak myśleć, to oczywiście przegramy! – powiedział wzburzony Mezar.
-Posłuchaj mnie. Przyszedłeś tu po radę- prawda? Jeśli obdarzasz mnie szacunkiem to wysłuchaj mnie przez chwilę- powiedział spokojnie mistrz. Dobrze wiedział, że Mezar szanuje go jak ojca, ale musiał to powiedzieć żeby sprawdzić czy i teraz ma do niego szacunek. Spojrzał na milczącego już Mezara i powiedział:
-Twój ojciec jest bardzo rozsądnym człowiekiem i słusznie mówi, że nie mielibyśmy szans w wojnie z Aralią. Ba! Jedna bitwa rozstrzygła by nasze losy. Młody jesteś i nie wiesz co Aralczycy robią z więźniami, ja widziałem i wierz mi nie chcę tego losu, ani dla ciebie, ani dla żadnego nemeyskiego chłopca.
-Ale tak być nie może! Oni wciąż będą podwyższać daninę, aż umrzemy z głodu! –apelował Mezar.
-Wiem o tym, ale cóż możemy zrobić.- odparł filozoficznie mistrz. Mezar wstał z łóżka, pożegnał się z mistrzem i powoli ruszył w stronę domu. Cały ten dzień Mezar chodził nadąsany i zamyślony, nie jadł, z nikim nie chciał rozmawiać, cały czas chodził razem z Fangiem po lesie. Tylko kontakt z wilkiem przynosił ukojenie jego skołatanej duszy. Nadszedł już wieczór, słońce płonęło czerwienią kiedy zmęczony Mezar postanowił wracać wreszcie do domu, gdzie zniecierpliwieni rodzice czekają pewnie na niego z kolacją. Gwizdnął cicho na wilka, ale ten nie pojawił się jak zwykle u stóp swego pana, gwizdnął jeszcze raz głośniej, w odpowiedzi usłyszał tylko zdławiony skowyt. To głos Fanga! Mezar potrafił odróżnić jego głos od odgłosów innych wilków. Gdy tylko przekonał się skąd dobiega głos, pobiegł tam jak najszybciej potrafił. Kiedy rozchylił długie liście paproci zobaczył, że jego wilk… właśnie zdycha. Przyczyną tego okazała się tkwiąca w boku wilka strzała. Mezar ukląkł przy Fangu i próbował wyjąć ją z Fanga,  po kilku próbach zrezygnował. Wziął krwawiącego wilka na ramię i ruszył w stronę chaty mistrza, który jako jeden z niewielu zna się na leczenie ludzi i zwierząt. Biegnąc cały czas mówił do Fanga i sprawdzał czy ten jeszcze żyje. Na widok wychodzącego właśnie mistrza krzyknął:
-Mistrzu, Ratuj!
Zan odwrócił się i zobaczył biegnącego Mezara z zakrwawionym ramieniem i myśląc, że to on jest ranny wykrzyknął:
-Mezar, kto ci to zrobił?
Mezar podbiegł wreszcie do mistrza i rzekł:
-Mi nic nie jest, ale Fang zdycha!
Dopiero teraz Zan zauważył wilka leżącego na ramieniu Mezara. Mezar z troską ułożył swego przyjaciela na trawie przed chatą Zana. Zan wszedł do chaty, by za chwilę wrócić ze skórzaną torbą pełną ziół. Wyjął ostrożnie z ciała wilka strzałę, a w chwilę później z otwartej rany buchnęła krew. Zan szybko założył wilkowi opatrunek z ziół i owinął go kawałkiem swojej koszuli. Potem ostrożnie razem z Mezarem wnieśli wilka do chaty.
-Więcej nie mogę zrobić.- powiedział Zan.
-Ale on wyzdrowieje, prawda? –zapytał niepewnie Mezar.
-Tego nie wiem, ale jeśli przeżyje noc,  wszystko będzie dobrze. –uspokajał go Zan. Mezar spojrzał na leżącego Fanga i powiedział:
-Zostanę tu z nim.
-Idź do domu, zjedz coś, potem przyjdź. Teraz on i tak jeszcze śpi.- zadecydował Zan.
-Jak mógłbym jeść wiedząc, że mój najlepszy przyjaciel umiera! -odparł mu rozżalony Mezar.
-Idź, ja będę przy nim czuwał. –powiedział mistrz.
Mezar popatrzył jeszcze raz na śpiącego wilka i wyszedł, zapowiadając Zanowi, że niebawem wróci. Zan poklepał łagodnie Fanga i pożegnał Mezara. Chłopiec szedł nie spiesznie do domu wciąż myśląc tylko o rannym wilku. Nie wyobrażał sobie życia bez wilka, sama myśl o jego śmierci napełniała go smutkiem. W domu czekał na niego zniecierpliwiony ojciec i gdy tylko Mezar wszedł Shamoth zapytał gdzie był i dlaczego ma zakrwawione ramię. Chłopiec  wytłumaczył, że to nie jego krew tylko jego wilka, którego jakiś barbarzyńca ugodził strzałą. Potem zjadł kolację, przebrał się i już był gotowy do wyjścia kiedy zatrzymał go Shamoth z pytaniem:
-Gdzie idziesz o tej porze?
Mezar odwrócił się zdziwiony i odrzekł:
-Do mistrza Zana, zapytać co z Fangiem.
-Synu, to tylko wilk, na pewno wyzdrowieje.- powiedział obojętnym głosem ojciec.
-Jak możesz tak powiedzieć? „tylko wilk!”- powiedział oburzony Mezar i  głośno trzasnął za sobą drzwiami. Biegł z całych swoich sił, kiedy dobiegł chaty Zana, ten właśnie z niej wychodził. Mezar zdziwił się, bo mistrz obiecał mu przecież, że będzie czuwał na Fangiem cały czas.
-Dokąd idziesz mistrzu?
-Dobrze, że jesteś. Miałem właśnie iść do ciebie. –odparł smutno Zan.
-Coś się stało?! –zapytał niecierpliwie.
-Wejdź.- powiedział Zan i gestem ręki zaprosił ucznia do środka.
Mezar wszedł i już pierwsze jego spojrzenie padło na nieruchomo leżącego wilka. Zan poklepał go po ramieniu i rzekł smutno:
-Przykro mi, Fang przed chwilą zdechł.
Mezar ukląkł przed nieruchomym ciałem wilka, z jego oczu potoczyły się łzy, a z gardła wydarło się tylko jedno słowo- Nieeeee! Mezar klęczał krzycząc na całe gardło: Fang, nie odchodź! Nie zostawiaj mnie samego! Zan ukląkł obok niego starając się go pocieszyć.
-Wiem, że ten wilk dużo dla ciebie znaczył, ale nie jesteś sam na świecie. Masz rodziców, oni też cię kochają.
-Mistrzu! -powiedział Mezar ciągle łkając. -To nie był zwykły wilk.
-Uspokój się, i wracaj do domu, a jutro pogrzebiemy Fanga.
Mezar z trudem podniósł się z kolan i wyszedł z chaty mistrza. Idąc powoli w kierunku swojego domu rozmyślał o tym kto mógł zabić jego ukochanego Fanga. Odpowiedź nasuwała się prosta- musiał to zrobić ktoś, kto nie zna Mezara i jego wilka. Wszyscy w okolicy wiedzą o Fangu, wszyscy z wyjątkiem Aralczyków. Tylko Aralczyk mógł zabić Fanga. Aralczycy! Oni wszyscy zaczynali Mezarowi przeszkadzać, nie dość, że podnoszą daninę, panoszą się w Nemeyu jak u siebie, a teraz jakiś krwiożerczy Aralczyk zabił Fanga. Zanim Mezar doszedł do domu, wiedział jedno- Aralczycy muszą za te wszystkie krzywdy zapłacić. Nie będzie słuchał, ani ojca, ani Zana. Musi zemścić się na Aralczykach. W domu zastał siedzącego przy stole ojca, Mezar bez słowa minął go i poszedł do swojej komnaty. Nocą długo rozmyślał nad tym co powinien zrobić, doszedł do wniosku, że tylko zemsta na Aralczykach przyniosłaby mu spokój. Wiedział, że powinien zebrać grupę rówieśników i ruszyć na południe. Jednak nie wiedział jak wyjechać z wioski, by nikt nie nabrał podejrzeń.
-Najlepiej byłoby gdybyśmy udawali, że idziemy na polowanie- pomyślał Mezar. –Tak, właśnie tak zrobię.
 Całą noc rozmyślał i dopiero po północy zasnął. Nazajutrz Mezar obudził się o wiele później, niż zazwyczaj. Gdy tylko wszedł do kuchni, złapał pajdę chleba i wybiegł z domu. Najpierw odwiedził Zana, by zgodnie z obietnicą pogrzebać Fanga. Zan przygotował już wilka do pochówku zawijając go w wielki kawał płótna. W chwili gdy Mezar otwierał drzwi, mistrz właśnie miał wychodzić, spojrzał na stojącego w drzwiach Mezara i powiedział:
– Jesteś gotowy?
– Tak zróbmy to jak najszybciej.- odparł smutno Mezar.
Zan, zarzucił sobie martwego wilka na ramię i ruszył w stronę lasu.
– Dlaczego idziemy do lasu?- zdziwił się Mezar.
– Fang był wilkiem i jego miejsce jest w lesie.- odrzekł Zan.
– Dlaczego? –dopytywał się Mezar.
Mistrz przystanął na chwilę i odwracając się do swego ucznia powiedział:
– Pamiętaj mój chłopcze, każdy musi być pochowany tam, gdzie się urodził. Takie są prawa natury.
Po chwili doszli do lasu, mistrz rozejrzał się szybko szukając odpowiedniego miejsca na ostatni spoczynek. Kilka kroków dalej znalazł płytki dół, wykopany zapewne przez dzikie świnie. Zan ułożył wilka w tym dole i przysypując ziemią zrobił tam mały kurhan.
– Wracajmy do wioski.- zadecydował.
Mezar posłusznie ruszył za swym mistrzem.
– Wiem, że jest ci ciężko, ale może poszedłbyś na polowanie.-zaproponował mu mistrz.
Mezar nie wierzył własnym uszom. Mistrz proponuje mu polowanie. Ale aby nie zdradzić swego planu Mezar odrzekł smutno:
– Sam nie mogę, nie teraz.
Na to odparł mu Zan:
– Nie będziesz sam, powiem innym uczniom, żeby się z tobą wybrali. Rozerwiesz się trochę.
– Dobrze, pójdę zaraz do Namora. Może zechce pójść ze mną.
Mezar  pożegnał się ze swym mistrzem, a sam poszedł w stronę jego domu.
Namor był jego największym przyjacielem. Mezar wiedział, że ucieszy się na myśl o polowaniu. Namor dawno mu to proponował, ale Mezar wolał włóczyć się po lesie tylko z Fangiem. Namor od razu zapalił się do tego pomysłu i obiecał zaprosić jeszcze kilku ich przyjaciół. Mezar wolał na razie nikogo nie wtajemniczać w swój śmiały plan. Zdecydował, że powie im o wszystkim dopiero gdy opuszczą wioskę.
Nazajutrz o świcie Namor odwiedził Mezara, by powiedzieć mu o przygotowaniach do wyprawy. Mezar nie mógł długo spać i pewnie dlatego jako pierwszy wszedł do kuchni. Już ze swojej komnaty wydawało mu się, że ktoś puka, teraz usłyszał to nieco wyraźniej. Gdy otworzył drzwi ujrzał swego przyjaciela opartego o futrynę.
– Wejdź.- powiedział Mezar.
Namor usiadł na krześle i szepnął:
– Cóż to jeszcze wszyscy śpią?
– Tylko ja nie mogę.- odparł Mezar.
– Wiem, myślisz o Fangu? Ja cię pocieszę. Zapytałem kto chce iść z nami na polowanie. Nie uwierzysz ilu ludzi się zgłosiło.
– Ilu?- spytał Mezar.
– Trzydziestu wojowników z naszej wioski!- krzyknął uradowany Namor.
– Ciszej, wszyscy śpią- szepnął rozespany Mezar.
– Świetnie, prawda?- odpowiedział już nieco ciszej Namor
– Im więcej tym lepiej. Zgodził się Mezar.
– Jutro ruszamy, co ty na to?
– Dobrze.- zgodził się Mezar. – Zbiórka o świcie pod lasem.
-Zgoda.- powiedział Namor i wyszedł.
Mezar szczerze się z jego wizyty ucieszył, jego plan był coraz bliższy realizacji.
Ten dzień dłużył się Mezarowi w nieskończoność. Mimo, że miał on przed wyprawą dużo obowiązków, to i tak nie mógł doczekać się zachodu słońca. Dzień jak na złość postanowił nie skończyć się nigdy, słońce jakby nieruchome wisiało na niebie niemiłosiernie paląc. Mezar chodził od jednego domu do drugiego załatwiając prowiant, broń i wiele innych niezbędnych w wyprawie rzeczy. Jeden z gospodarzy zaproponował im nawet swoje konie, ale Mezar odmówił. Zrobił to z dwóch powodów; po pierwsze nie wie kiedy wrócą. Mezar przewidywał, że jeśli dobrze im pójdzie to mogą dojść nawet do Arakny, a to może zająć nawet dwa tygodnie. Po drugie zaś, idą przez las, a w lesie konie na nic się im przydadzą. Było południe, a Mezar wbrew najśmielszym przewidywaniom załatwił już wszystkie dotyczące wyprawy obowiązki. Słońce nadal grzało, a na niebie nie widać ani jednej chmurki, która mogłaby dać odrobinę cienia. Mezar postanowił iść nad strumień, by choć tam zaznać nieco chłodu. Wyszedł z chaty i zagwizdał, tak jak gwizdał na Fanga, dopiero po chwili zdał sobie z tego sprawę i zasmucił się. Przypomniał sobie te wszystkie chwile spędzone z Fangiem, z wilkiem,… którego już nie ma. Nad strumieniem dalej rozmyślał, ale już nie o Fangu. Myślał jak przekonać kompanów, żeby razem z nim ruszyli pomścić Fanga i uciskanych Nemeyczyków. Tak zszedł mu ostatni dzień w rodzinnej wiosce. Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy Mezar postanowił wracać do domu. Niebo zapłonęło czerwienią, a słońce jak wielka rozżarzona kula powoli chowało się za lasem. W domu Mezar zjadł kolację i poszedł spać, prosząc wcześniej Atram by obudziła go o wschodzie.
Rankiem, wraz z pianiem koguta obudził się i Mezar. Zerknął tylko przez okno, by zobaczyć czy się nie spóźnił i zaczął się pośpiesznie ubierać. Mimo, że Atram jeszcze spała słońce jak niezmordowany podróżnik właśnie wychylało się zza gór. Mezar postanowił nikogo nie budzić, ale gdy tylko wszedł do kuchni Atram wychyliła głowę zza drzwi i spytała:
-Już wstałeś synu?
-Słońce już wzeszło, muszę się śpieszyć. –powiedział Mezar i jedząc jednocześnie się pakował.
-Nie pożegnasz się z ojcem? – zapytała Atram.
-Nie budź go mamo, już późno. –odparł jej szybko Mezar.
W tym momencie stojący w drzwiach Shamoth powiedział:
-Kiedy wracasz?
Mezar odwrócił się szybko, jakby przestraszony i nerwowo wydukał:
-Za trzy lub cztery dni.
Miał cichą nadzieję, że wyjdzie zanim ktokolwiek się obudzi, nie chciał pożegnań, łez matki, nie chciał żeby ojciec patrzył na niego tym smutnym wzrokiem. Nie chciał tego widzieć bo wiedział, że pod wpływem tego spojrzenia mógłby wydać, że nie idzie na polowanie, lecz na wojnę. Niestety, pożegnanie z rodzicami było nie uniknione.  Jako pierwsza objęła go Atram i gorzko płacząc powiedziała:
-Jedź synu i wracaj szybko.
Mezara aż ścisnęło serce, wiedział bowiem, że nieprędko wróci w domowe pielesze. Potem ojciec uścisnął go serdecznie, klepnął po ramieniu i powiedział krótko:
-Powodzenia, synu.
Mezar już miał wychodzić kiedy z sąsiedniej komnaty wybiegła z piskiem Agda i rzucając się Mezarowi na szyję rzekła:
-Chciałeś iść nie żegnając się ze mną?
-Nie chciałem cię budzić, siostro.
-Powodzenia, braciszku- wracaj szybko.                    
Mezar uściskał mocno Agdę i zabierając łuk, oraz mały tobołek z prowiantem wyszedł z domu. Miał szczerą chęć powiedzieć im o wszystkim, szczególnie wtedy, gdy żegnał się z ojcem. Wiedział jednak, że rodzice odradziliby mu tę wyprawę. Nie mógł pożegnać się z Zanem, bo wiedział dobrze, że mistrz potrafi czasami czytać w jego myślach. Gdy znalazł się w umówionym miejscu zobaczył swego przyjaciela w otoczeniu kilku jego rówieśników. Mezar podszedł do stojącej grupy, przywitał się, a do Namora powiedział:
-Gdzie są wszyscy?
-Zaraz będą. –odparł mu spokojnie przyjaciel.
-Jak to zaraz? Sam powiedziałeś, że zbieramy się pod lasem o wschodzie słońca. Ja tu widzę raptem tuzin wojowników. –denerwował się Mezar.
-Spokojnie, zaraz przyjdą. –uspokajał go Namor.
Nie czekali długo, już po chwili od strony wioski nadeszło kilkudziesięciu wojowników w jego wieku. Mezar błyskawicznie wszedł w rolę dowódcy, zarządził zbiórkę, osobiście dopilnował czy wszyscy mają broń i prowiant. Na koniec policzył swoją „armię”. Miał ich prawie trzy tuziny. Wreszcie ruszyli. Przeszli lasem ze trzy mile, kiedy Mezar ogłosił postój. Wszyscy rozsiedli się na polance. Chciał im powiedzieć o prawdziwym celu wyprawy. Stanął na małym pniaku jak mówca na trybunie, odchrząknął i powiedział:
-Zatrzymałem was tu, by powiedzieć wam coś ważnego. Wszyscy zapewne wiedzą, że Aralia znowu podniosła nam daninę. Jako, że jesteśmy już dorośli to powinniśmy udowodnić, że zasługujemy na miano wojowników. Przyprowadziłem was do lasu, żeby zaproponować wyprawę. Wyprawę do Aralii, nie tylko po utracone pieniądze, ale przede wszystkim po to, by odzyskać honor. Honor Nemeyskich wojowników!
Po tej przemowie zapadło głuche milczenie, jako pierwszy odezwał się Namor:
-Sądzisz, że to się uda?
-Jeśli mi w tym pomożecie to tak! – zapewnił go ogniście Mezar.
W tym momencie wtrącił się inny wojownik:
-Chcesz wygrać z potężną Aralią, jednym małym oddziałem?
Na to odpowiedział mu Mezar:
-Potężna Aralia to mit, który trzeba obalić. Po drugie zaś, nie idziemy by zwyciężać, ale po to żeby udowodnić Aralczkom, że nie są wszechmocni.
Znowu zapadło ponure milczenie. Lecz tym razem nie na długo, bo już po chwili Namor wstał i krzyknął:
-Niech żyje nowy przywódca Nemeyu!!!
Na to pozostali wojownicy odkrzyknęli:
-Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!
Teraz wszyscy potrząsali włóczniami podnosili prawą pięść, a ten i ów wystrzelił z radości strzałę w niebo. Sam sprawca tej ogólnej radości także był w dobrym humorze. Był z siebie dumny, że zachęcił wszystkich do tej wyprawy. Wyprawy, która dla wielu z nich może się źle skończyć. Mistrz mawiał mu często, że: „nie ma wojny bez ofiar” i właśnie to podtrzymywało go na duchu. W końcu Namor uspokoił krzyczących i oddał głos swemu druhowi. Mezar ogłosił swoim zastępcą Namora. Powiedział nawet, że gdyby on sam został zabity lub ranny, Namor ma prawo zdecydować czy kontynuować wyprawę, czy wracać do domu. Gdy skończył swoją przemowę słońce stało już w zenicie, polecił więc ruszyć w drogę, jak najdalej na południe.
Mimo, że żaden spośród śmiałków nie służył jeszcze w regularnej armii, to tempo  marszu zawstydziłoby niejednego piechura. Słońce nie zdążyło jeszcze zajść, a oni byli już przy granicy. Na widok rozległego płaskowyżu, jaki się przed nimi otwarł, młody dowódca postanowił zatrzymać się tu na noc. Kiedy przyjaciel spytał się go dlaczego tak postanowił Mezar odparł:
-To ostatnia spokojna noc, im dalej w głąb Aralii, tym trudniej będzie nam znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg.
Noc była nieprawdopodobnie pogodna, pełnia księżyca dawała dużo jak na tę porę doby światła. Na polanie, na której rozbili obóz było tak jasno, że nie musieli zapalać pochodni, ani łuczywa. Tak więc bez problemu cała drużyna mogła spokojnie ułożyć się do snu. Sam przywódca nie zaznał spokojnego snu, co chwila budziły go dziwne hałasy dochodzące z oddali. W końcu zmęczony zasnął, lecz nie na długo. Wraz ze wschodzącym słońcem Mezar obudził się na dobre. Po krótkiej kąpieli w pobliskim strumieniu, zjadł śniadanie i zwołał pobudkę. Młodzi wojownicy, szybciej niż karne wojsko ubrali się i już w kilka chwil byli gotowi. Namor ustawił wszystkich wojów w kolumnę, kiedy padł rozkaz: „Naprzód!” 
Uszli już ze trzy mile, kiedy Mezar nakazał wszystkich zatrzymać. Wkrótce okazało się, że właśnie doszli do pierwszej strażnicy. Nie była to twierdza, ale mały domek cały z kamieni. Zajmowało go zaledwie dziesięciu aralskich żołnierzy strzegących traktu prowadzącego na południe. Każdy zmierzający w tym kierunku wóz  podlegał kontroli. Mezar wiedział, że oddział jaki prowadzi nie może niepostrzeżenie tamtędy przejść. Zdał sobie sprawę, że nadszedł czas żeby siła i odwaga tych młodych wojowników została wystawiona na ciężką próbę. Kazał więc Namorowi wybrać czterech najodważniejszych wojowników i razem z nimi iść na rekonesans. Sprawdzić ilu żołnierzy tam mieszka i jak są uzbrojeni. Ostrzegł przy tym, by nikt ich nie zobaczył, bo tylko wtedy taki rekonesans ma sens. Czterech  wojowników już zostało wybranych, chętni sami zgłaszali się do Namora. Teraz Mezar zobaczył, jak bardzo ci ludzie rwą się do walki, ile w nich odwagi i męstwa.
Już po chwili grupa wywiadowcza wróciła, mogli teraz zdać relację swemu przywódcy. Według ich doniesień strażnicę patrolowało najwyżej dziesięciu dobrze uzbrojonych żołnierzy. Strażnica, ma okna tylko na dwie strony, dwa od strony traktu i jedno od strony wejścia. Większość przebywających tam Aralczyków patrzy tylko w stronę traktu, jeśli więc ktoś szedłby od drugiej strony będzie całkowicie nie widoczny.  Problem polega na tym, jak tam przejść? Mezar myślał przez chwilę, aż wreszcie powiedział:
-Wiem! Wiem jak przejść na drugą stronę traktu, by nie zostać zauważonym.
-Mów. –odpowiedział Namor.
-Cofniemy się kilka wiorst w las, aż strażnica zniknie nam z oczu i przejdziemy na drugą stronę. –powiedział odkrywczo Mezar.
-A co dalej? –zapytał go przyjaciel.
-Jak to co? –zirytował się Mezar. –podejdziemy do strażnicy od drugiej strony.
-Nie podejdziemy. –powiedział spokojnie jego zastępca.
Widząc niezrozumiały wyraz twarzy Mezara dodał:
-Nie podejdziemy, ponieważ po drugiej stronie traktu wcześniej kończy się las. Nie musimy iść zaraz przy trakcie, tylko po przejściu na drugą stronę pójść bardziej na zachód tam jest gęsty las. Dopiero jak podejdziemy dość blisko zaatakujemy.
-Doskonale. –powiedział nieco zgryźliwie Mezar, nie zapominaj jednak kto jest dowódcą. Ja podejmuję decyzje, wcale nie muszę się z tobą zgadzać.
-Ja tylko proponuję jedno z możliwych wyjść. –odparł ugodowo Namor. Zdziwił się nieco reakcją przyjaciela. Mezar nigdy taki nie był, może śmierć Fanga go tak zmieniła.
Mimo, że Mezarowi nie podobał się plan Namora, postanowił go zrealizować. Przekonał się, że nic lepszego nie wymyśli, a czas leci. Strażnicę trzeba zaatakować jeszcze przed zmrokiem. Mezar nieraz już widział sygnał ostrzegawczy, jaki pokazują Aralczycy, w razie niebezpieczeństwa zapalają wielką pochodnię. Jej blask widać na kilka mil. Jeśli natomiast zaskoczą ich w dzień, światła nie będzie tak dobrze widać. Dał więc Namorowi znak, by ruszali. Powrót do lasu nie zajął im wiele czasu, mimo nierównego terenu, jego małe wojsko poruszało się ze zdumiewającą prędkością. Odkąd przeszli na drugą stronę, Mezar nakazał absolutną ciszę. To on chciał usłyszeć pierwszy Aralczyków, źle by się stało, gdyby to oni ich pierwsi usłyszeli. Mezar doskonale wiedział ile hałasu robi podczas marszu robi najmniejszy choćby oddział.
Ledwie wyruszyli spod lasu, a już znaleźli się nie daleko strażnicy. Namor prowadzący kolumnę nakazał wszystkim paść na ziemię i czekać. On sam, razem z Mezarem podczołgał się powoli ku strażnicy. Byli prawie na wyciągnięcie ręki. Zobaczyli z bliska strażnicę i mieszkających w niej żołnierzy. Mezar zobaczył na własne oczy, ze dwie ściany nie miały w ogóle okien. Szepnął więc do Namora:
-Tu zaatakujemy.
W odpowiedzi Namor tylko kiwnął głową. Po cichu wycofali się więc. Gdy dotarli na swoje miejsce Mezar przyciszonym głosem wydawał rozkazy.
– Łucznicy, przygotować się. Pójdziecie na lewe skrzydło z Namorem. Oszczepnicy, na prawe skrzydło. Poprowadzi was… Zareth!
Młody wojownik o tym imieniu kiwnął tylko głową. Był dumny, że to właśnie on został dowódcą oszczepników.
-Reszta –dodał Mezar. –pójdzie ze mną środkiem. Namor, Zareth, chodźcie na chwilę do mnie. Plan jest taki: kiedy już wszyscy będą na swoich pozycjach, Namor Strzeli z łuku w powietrze. to będzie sygnał dla oszczepników. Kiedy ruszą, łucznicy będą atakować z drugiej strony, na końcu zaatakujemy ze wszystkich trzech stron.  
Pozostali dwaj słuchacze, kiwnęli tylko głowami na znak, że się zgadzają na ten plan. W kilka chwil później na małej polance pozostało tylko kilkunastu wojów, którymi dowodzić miał Mezar. Podczołgali się jak najbliżej strażnicy i w napięciu oczekiwali na sygnał. W strażnicy panował błogi spokój, widać było, że przebywający tam żołnierze czuli się bezpiecznie. Niektórzy nawet nie nosili przy sobie broni. Mijały kolejne minuty pełne napięcia. Zniecierpliwiony Mezar miał już wysłać, któregoś ze swoich podkomendnych do Namora, kiedy zobaczyli lecącą ku górze strzałę. Przeciwnicy, nie zdążyli nawet zareagować, kiedy z krzaków po prawej stronie wyskoczyło tuzin oszczepników pod wodzą Zaretha. Zaskoczeni Aralczycy w pierwszej chwili rzucili się w stronę łuczników, którzy przyczajeni w krzakach wysyłali ku nim deszcz strzał. Jednak atak oszczepników zadecydował o zmianie kierunku ich ataku. Oddział Zaretha, nie miał jednak ochoty na walkę wręcz z dobrze wyszkolonymi Aralczykami. Gdy tylko zobaczyli zbliżających się żołnierzy, cisnęli w ich stronę swoje oszczepy i wbiegli do strażnicy. Widać było, że nie jest to karne wojsko. Rzucone przez nich oszczepy trafiły tylko jednego żołnierza. Gdy oszczepnicy weszli do strażnicy, do ataku przystąpił oddział Mezara. Ubezpieczani przez wciąż jeszcze strzelających łuczników, wojownicy z krótkimi mieczami i nożami nie mięli łatwego zadania. Mimo to w kilka chwil zajęli strażnicę. Gdy Mezar wszedł do środka zobaczył dwóch związanych Aralczyków siedzących pod ścianą, a w drugim kącie oddział Zaretha biesiadujący w najlepsze.
-Cóż to za porządki, żeby wojownicy zamiast walczyć czmychnęli z pola walki jak zające? –zapytał poirytowany Mezar.
Zareth wstał na widok dowódcy i wyjąkał speszony:
-Wybacz nam, że tak szybko uciekliśmy do strażnicy. Chcieliśmy sprawdzić, czy nie ma tam jakiś Aralczyków.
-Właśnie widzę, że znaleźliście. –powiedział cierpko Mezar.
W tym właśnie momencie do środka wszedł wzburzony Namor.
-Co to ma znaczyć!? To ja i moi ludzie walczymy z wrogiem, a wy tu biesiadę zrobiliście!!!
Zareth struchlał, bardziej bał się Namora niż Mezara.
-Właśnie opowiadałem o tym Mezarowi.
Mezar spojrzał na Zaretha i wrzasnął wściekle:
-Milcz tchórzu!!!
A zwracając się do Namora odparł:
-Ci tchórze nie dość, że uciekli z pola walki, to jeszcze mają czelność zjadać NASZE zapasy!
-Jak to NASZE? –spytał Zareth. –My też walczyliśmy.
-Milcz! –odparł mu Namor. –Wy walczyliście? Rzuciliście raz oszczepem, a potem uciekliście do strażnicy, gdzie siedziało tylko dwóch Aralczyków!
Wtem odezwał się Mezar:
-Spokój! Namor, zabierz żywność ze strażnicy. A ludziom każ pozabierać wszelką pozostawioną tutaj broń. A ty. –zwrócił się do Zaretha. –ty i twoi ludzie pozbieracie trupy Aralczyków i przyniesiecie je tutaj.
-A ci co przeżyli? –spytał niepewnie.
-Ilu przeżyło? –zapytał Mezar zastanawiając się co z nimi zrobić.
-Tych dwóch tutaj i jeden na zewnątrz. –odparł Zareth.
-Żywych przyprowadź do mnie.
-Dobrze. –powiedział wojownik i czym prędzej wyszedł.
Już wkrótce okazało się, że strażnica ta była bardzo dobrze zaopatrzona. Znaleziono tam Dziesięć długich mieczy, pięć toporów, ponad sto strzał i kilka łuków. Oprócz tego było dziesięć par butów i kilka płaszczy. Było to dość dziwne, że tak dobrze zaopatrzona strażnica była tak słabo pilnowana. Strażnica ta, posiadała także suto wypełnioną spiżarnię. Mezar policzył, że żywności starczy im na dwa tygodnie marszu, a jeśli będą oszczędzać, to nawet na trzy. Na koniec przyprowadzono pozostałych przy życiu strażników. Namor chciał ich natychmiast zabić, ale Mezar wiedział, że żywi mogą być bardziej pożyteczni, niż martwi i postanowił ich przesłuchać. Doprowadzeni przed oblicze wodza Aralczycy najpierw błagali o zachowanie ich przy życiu.
-Będziecie żyć, pod warunkiem, że będziecie nam potrzebni. –zawyrokował Mezar.
-Zrobimy wszystko, co zechcesz panie! –odparli chórem.
-Najpierw chciałbym się dowiedzieć, kto jest dowódcą strażnicy. –powiedział Mezar.
-Niema go tu.
-Jak to niema?! –oburzył się Mezar.
-Dwa dni temu wyjechał do stolicy. –odpowiedzieli przestraszeni.
-To wszystko wyjaśnia! –powiedział zadowolony Mezar do Namora.
-Kiedy wraca?- zapytał dla odmiany Namor.
-Nie wiemy  –wyjąkał jeden z nich.
-Kłamiesz!!! –krzyknął Mezar.
-Przysięgam panie, że nie wiem. –odparł Aralczyk.
Mezar widząc, że tak z nich nic nie wyciągnie rzekł do Namora:
-Słyszałeś? Zabić ich!
Namor zrobił krok w ich stronę z wyciągniętym, ku przedzie mieczem.
Na jego widok trzej  klęczący wojownicy krzyknęli ze strachu. Namor już podnosił miecz, by uciąć głowę pierwszemu z nich, kiedy odezwał się Mezar:
-Mówcie, albo zaraz spotkacie się ze swymi przodkami!
Na te słowa jeden z nich upadł na twarz przed Mezar i rzekł:
-Panie oszczędź nas! My nic nie wiemy. Nasz dowódca, wyjechał do stolicy, na rozkaz Jego Wysokości Shakulla Pierwszego. Nie powiedział nam kiedy wraca.
-Ale wyznaczył swojego zastępcę? –zapytał chytrze Namor.
-Zgadza się. –potwierdzili zgodnie.
-Który z was jest dowódcą? –zaciekawił się Mezar.
-Tto nnie mmy. –wyjąkali.
-A kto?
-On nnie żyje tam, leży. –powiedział jeden z nich pokazując palcem stos trupów.
Mezar popatrzył na klęczących przed sobą trzech Aralczyków i powiedział do Namora:
-Ci trzej już nic ciekawego nie powiedzą, każ ich związać i zamknąć w strażnicy razem z innymi Aralczykami.
Namor zawołał kilku wojów, by wykonali rozkaz Mezara.
Słońce już miało się ku zachodowi, kiedy grupa nemeyskich wojów, teraz lepiej już uzbrojonych ruszyła w dalszą drogę. Tak Mezar, jak Namor byli zadowoleni z dzisiejszego dnia. Młodzi wojownicy mięli co jeść, a każdy miał nową, lepszą broń. Wszystko dzięki jednej, małej, aralskiej strażnicy. Obydwaj zdawali sobie sprawę, że zwyciężyli głównie dzięki niedopatrzeniom przeciwników. Zdali sobie sprawę, że drugi raz to się nie powtórzy. Ale im wystarczy, przeszli już chrzest bojowy i teraz będą coraz lepsi. Mezar na początku planował, że do Aralii dotrą nie utartymi  szlakami, teraz jednak zmienił zdanie. Pomyślał, że lepiej będzie, jeśli nadal będą szli równolegle do traktu. Kilka mil stąd znajdą kolejną strażnicę. Idąc tak, mają większą pewność, że nie napotkają większych oddziałów, a z mniejszymi dadzą sobie radę. Kładąc się do snu Mezar miał tylko jedno życzenie: żeby Aralczycy nie dowiedzieli się jeszcze o ataku na strażnicę.
Niestety, już o poranku wieść o zuchwałym napadzie obiegła całą Aralię, trafiając też do uszu Shakulla Pierwszego. W czasie gdy Jego Wysokość wraz z rodziną jadł śniadanie, do jadalni wpadł zemocjonowany Minister Wojny.
-Cóż to mój ministrze sprowadza cię do mnie o tak wczesnej porze? –zapytał z przekąsem król.
Minister zaniepokoił się, czy aby król nie jest zły za takie wtargnięcie w porze śniadania. Skłonił się więc królowi i jego zgromadzonej przy stole rodzinie i rzekł nieco dramatycznym głosem:
-Straszne wieści królu!
-Mów. -odparł król odwracając się do niego twarzą.
-Bunt! Rebelia!
-Po kolei, kto się buntuje i przeciw czemu?
-Nemey, te małe plugawe robaki wystawiły głowy, spod twojego Miłościwy Panie buta. Rebelia!!!
–krzyczał podekscytowany.
Shakull domyślił się, że chodzi o sprawę wagi państwowej. Zabrał więc swojego ministra do innej komnaty, by tam spokojnie wszystko wyjaśnić. Zamknął za sobą drzwi usiadł naprzeciwko Ministra Wojny i zapytał rzeczowo:
-Co się stało?
-Mówię przecież Wasza Wysokość, rebelia!
-Dokładnie.
-Wczoraj, późnym wieczorem karawana naszych kupców wracała do kraju. Mijali właśnie strażnicę, kiedy zorientowali się, że w środku nie pali się światło. Zaniepokojeni weszli do środka, to co ujrzeli nie da się opisać. W środku leżeli martwi strażnicy!!!
-Coo? Wszyscy martwi?! –niedowierzał Shakull.
Minister wypił jednym haustem kielich wina i relacjonował dalej.
-Na szczęście nie wszyscy, było tam trzech żywych, którzy opowiedzieli co się stało… -powiedział Minister nabierając powietrza w płuca.
Shakull wydawał się nie dowierzać, że ktoś mógłby pokonać jego niezwyciężone wojsko. Gdy Minister przerwał, król nalał mu kolejny kielich wina. Minister napił się i relacjonował dalej.
-Powiedzieli, że tuż po południu napadli ich Nemeyczycy! Zabrali im broń i żywność, a tych co przeżyli związali i zamknęli razem z trupami.
-Ilu ich było? Tych Nemeyczyków?
-Mówią, że trzy tuziny, ale może być więcej.
-Niemożliwe!!! –wrzasnął wściekły już Shakull. –Niemożliwe, żeby taka garstka tych dzikusów pokonała MOICH wojów!!!
-Możliwe Panie. Mnie też na początku to dziwiło, ale się dowiedziałem, że tego dnia nie było w strażnicy dowódcy. –opowiadał.
-Coooo?! –Shakull nie mógł uwierzyć aż w taką niekompetencję swoich podkomendnych.
-Tak, Panie nie było. Ponoć wysłałeś list z takim rozkazem.
-Zaraz… -Shakull nerwowo rozglądał się w poszukiwaniu swoich dokumentów. –Jest! Zgadza się, miał dziś przybyć do stolicy. A jednak! –wykrzyknął znowu. –Miał wyjechać przedwczoraj. Spóźni się! Będzie miał niespodziankę!
-Co robić, Panie? –zapytał zdenerwowany Minister, wciąż siedząc naprzeciwko króla.
-Zaalarmuj wszystkie strażnice na granicy z Nemeyem! Wyślij ze stolicy po dziesięciu żołnierzy na strażnicę. Niech nikt nie przekroczy granicy bez twojej wiedzy. Anulować wszystkie pozwolenia dla Nemeyczyków!
-Tak jest! –odparł Minister prężąc się przed królem jak struna. Już chciał odejść, kiedy Shakull dodał:
-Masz złapać tę bandę, jeśli napadną następną strażnicę, polecą głowy! Zrozumiałeś?
-Zrozumiałem! –kiedy tylko wyszedł z pałacu cały dzień spędził na wydawaniu stosownych rozkazów. Potem objechał kilka garnizonów, by sprawdzić ich gotowość bojową. Każdemu swojemu podwładnemu powtarzał to ostatnie zdanie. Wiedział bowiem, że nic tak nie działa na żołnierza jak strach. On sam także był pod jego działaniem. Doskonale wiedział, że król nie przebiera w środkach, jeśli chodzi o karę. Na własne oczy widział jak ścięto Ministra Skarbu, za to, że zbyt mało pieniędzy przeznaczał na liczną armię, która jest oczkiem w głowie króla. Shakull jest nieobliczalny, równie szybko każe jak nagradza. Przerażony wizją swojej śmierci Minister zasnął dopiero przed północą, mając ciągle w uszach głoś króla: „jeśli napadną następną strażnicę, polecą głowy! Zrozumiałeś?”
 
Tymczasem nieświadomi czyhającego zagrożenia młodzi Nemeyczycy ruszyli na południe w stronę Aralii. Nic nie wskazywało na to, by Aralczycy dowiedzieli się o napaści na strażnicę. Na drodze pusto. „Nic dziwnego” –pomyślał Mezar, aralscy kupcy już wyjechali z powrotem do Aralii, a nasi dopiero szykują się do drogi, by zdążyć zapłacić daninę. Mimo, iż trakt był pusty, oddział Mezara szedł lasem, by nie narażać się niepotrzebnie. Uszli może 10 mil, kiedy idący na przedzie Namor dał znak do postoju. Mezar dał rozkaz postoju, a sam poszedł w stronę Namora. Ten zaprowadził go kilka kroków dalej i rozsuwając krzaki szepnął: „Zobacz”. Mezar wyjrzał wychylając nieco głowę zza krzaków. To co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Dwadzieścia kroków dalej położona była następna strażnica, jednak nie to go tak zmartwiło. Obok niej kręciło się dwa razy więcej uzbrojonych Aralczyków. Mezar zasłonił z powrotem gałęzie i rzekł:
-Nie dobrze, oni już wiedzą.
-Będziemy mięli trochę trudniejsze zadanie. –skwitował to Namor.
-Trochę?! Ich tam jest ze trzydziestu, a ty mówisz „trochę”?
-Spokojnie. Po pierwsze nie trzydziestu, tylko najwyżej dwudziestu. Po drugie nas, jest wciąż
więcej niż ich.
-Myślisz, że damy radę? –wątpił Mezar.
-Oczywiście, musimy jednak poczekać.
-Po co? Im szybciej, tym lepiej!
-Poczekamy, ludzie wypoczną, nabiorą sił…
-A w tym czasie Aralczycy nas zauważą! –wpadł mu w słowo Mezar.
-Spokojnie! Nikt nas nie zauważy, wystawimy straże. –uspakajał.
-Kogo chcesz wystawić? –spytał nieco udobruchany Mezar.
-Może Zaretha i jego ludzi.
-Cooo? Chcesz wystawić Zaretha, tego tchórza?!
-A dlaczego nie?
-Już nie pamiętasz?!
-Właśnie dlatego, chcę mu dać szansę. –powiedział Namor tonem nie znoszącym sprzeciwu.
-Tylko pamiętaj, że ta szansa może kosztować nas życie! –powiedział Mezar i poszedł
w stronę obozowiska.
Tak więc przyczajeni w krzakach Nemeyczycy mogli spokojnie odpoczywać obserwując
jednocześnie przeciwników. Mezar niecierpliwił się długą nieobecnością Namora, który nie mówiąc nikomu zniknął gdzieś w leśnym gąszczu. Jednak w chwili gdy zaniepokojony Mezar miał już wysłać ludzi, Namor wrócił. Na pytanie przyjaciela, gdzie był odparł spokojnie:
-Na zwiadach.
-Po co? –zdziwił się Mezar.
-Podszedłem prawie pod samą strażnicę, wszystko widziałem, a i usłyszeć udało mi się to i owo. –odparł zagadkowo.
-Świetny pomysł, mów! –pochwalił go Mezar.
-Wszystko wiem! –ucieszył się zachwycony ze swojego pomysłu.
-Mów! –ponaglał go przyjaciel.
-Tak jak powiedziałem podkradłem się pod samą strażnicę. Patrzę, a tam wszyscy uzbrojeni po zęby, jakby się na wojnę szykowali. Chodzą wokół tej strażnicy i chodzą. Ale ja poczekałem, aż będzie zmiana warty. Kiedyś jak byłem jeszcze dzieckiem podpatrzyłem, jak zmieniają się na warcie. Później sprawdziłem, że zmieniają się zawsze o tej samej porze…
-Skąd tak dokładnie wiedzą? –zainteresował się Mezar.
-Mają ogromną klepsydrę, która wyznacza im czas warty. Słuchaj dalej. Czekam i czekam, aż wreszcie jest zmiana warty. Ci co przejęli wartę nie byli już tacy obowiązkowi. Najpierw pochodzili wokół strażnicy, a potem usiedli i zaczęli rozmawiać. Nie zgadniesz o kim? O swoim królu. Mówili, że król oszalał. Uważa, że Nemeyczycy, to znaczy my, przekroczyli granicę i idą w stronę Arakny. Shakull ze strachu zarządził mobilizację.
-Więc jednak dowiedział się o ataku na strażnicę?
-Oni tego nie mówili, ale ja też tak uważam. Słuchaj, bo teraz powiem najważniejsze. Strażnicy, przynajmniej ci, tutaj są nie przygotowani na nasz atak. Król wydał rozkaz, na mocy którego muszą być w ciągłym pogotowiu. Znaczy to, że prawie cały czas są w pełnym rynsztunku.
-Jesteś genialny! –wykrzyknął zachwycony Mezar. –Pogoda jest wspaniała, słońce piecze, a oni muszą chodzić jak na paradzie. Poczekamy jeszcze trochę i będą tak tym zmęczeni, że pokonamy ich z łatwością!
-Czy to nie uśmiech losu? –dodał zachwycony Namor.
Słońce rzeczywiście przygrzewało, podnosząc z minuty, na minutę szansę Nemeyczyków. Strażnica stała na środku małej polany obsadzonej gdzieniegdzie krzakami. Krzaki te, jednak były na tyle gęste, że mogło się za nim ukryć, nawet pięciu wojów. Wokół niej chodziło pięciu strażników uzbrojonych w krótkie miecze wiszące im u boku. A także niewielkie sztylety umocowane na łydce. Oprócz tego każdy z nich trzymał w jednej dłoni włócznię, a w drugiej okrągłą, stalową tarczę.
Tak uzbrojeni gotowi byli pokonać nawet duży oddział przeciwnika, pod warunkiem, że walczyliby na otwartym polu. Niestety, w lesie, na nierównych ścieżkach byli bezbronni jak dzieci.
Słońce stanęło w zenicie, kiedy Mezar dał swym wojownikom znak do ataku. Tak jak poprzednio podzielił on swoją drużynę na trzy grupy: łuczników, oszczepników i najgroźniej uzbrojonych wojów w krótkie, ale ostre miecze i pięć zdobycznych toporów. Tak jak przedtem najpierw mięli zaatakować łucznicy, po nich oszczepnicy, a na końcu reszta wojów pod wodzą Mezara. Kontrowersje wzbudził fakt obsadzenia Zaretha w funkcji dowódcy oszczepników. Mezar był zdania, że tchórz nie powinien dowodzić nawet małym oddziałem. Namor natomiast chciał dać Zarethowi drugą szansę, czemu sprzeciwiał się Mezar. W końcu uległ, zapowiadając Zarethowi, że jeśli nie sprawdzi się i tym razem, będzie musiał wracać do domu.

Wiadomość o kolejnym zuchwałym napadzie na strażnicę, do stolicy dotarła jeszcze przed zmierzchem. Jedną z pierwszych osób jaka się o tym dowiedziała, był Minister Wojny. Sama wiadomość nie zrobiła na nim takiego wrażenia, najbardziej bał się reakcji króla. Wiedział, że musi to powiedzieć królowi, ale panicznie bał się to zrobić. Tuż przed kolacją Minister podjął męską decyzję i poszedł do pałacu. Shakull miał właśnie zasiadać do kolacji, kiedy jeden ze sług oznajmił, iż Minister Wojny musi z nim pomówić. Król kazał słudze zaprowadzić go do komnaty najbliższej jadalni, by zaraz po audiencji mógł pójść na kolację. Gdy władca wszedł do komnaty, Minister wyprężył się na jego widok jak struna i na znak króla usiadł. Król usiadł naprzeciw niego i spytał:
-Cóż cię do mnie sprowadza o tak późnej porze?
-Wiadomość Panie, pilna wiadomość. -wybełkotał nerwowo Minister.
-Słucham, byle szybko, kolacja na mnie czeka. –popędzał go Shakull.
-Nieszczęście Panie mój, wielkie nieszczęście! -biadolił załamując ręce.
-Do rzeczy! –zgromił go władca niecierpliwie.
-Panie mój, ukarz  mnie, bo nie jestem wart siedzieć z tobą przy jednym stole.
-Co się stało, mów! –Shakull jakby przeczuł, że stało się coś złego.
-Nemeyczycy, te podłe robaki, znów zaatakowały strażnicę!
-CO! –wrzasnął wściekły.
-Tak królu mój. Zaatakowali kolejną strażnicę.
-Są jakieś ofiary?
-Tak, ci rzeźnicy nikogo tym razem nie oszczędzili, piętnastu doborowych żołnierzy z Twojej armii Panie zginęło…
-COOO? Chcesz mi powiedzieć, że ta banda kmiotów zabiła piętnastu MOICH żołnierzy?!!!
-Tak jest królu. –powiedział cicho Minister gotowy już na najsurowszą karę.
-Zaraz, zaraz, dlaczego ich było tylko piętnastu?
-Kazałeś wzmocnić straże, to wzmocniłem.
-O pięciu!? Tylko o pięciu?! Jesteś kompletnym głupcem! Otaczają mnie głupcy! –wściekał się Shakull. –Straże!
Natychmiast do pokoju wbiegło trzech strażników.
-Do lochu z nim! –powiedział król wskazując stojącego w kącie Ministra.
-Wezwać sekretarza!!! –po całym pałacu niósł się wrzask króla, przywołującego do siebie raz po raz ludzi ze świty pałacowej.
Wobec wszystkich zgromadzonych Ministrów, król ogłosił, że dotychczasowy Minister Wojny za niedopatrzenie swoich obowiązków zostanie jutro ścięty. Potrzebny jest ktoś nowy na to stanowisko. Niestety wśród zebranych w pałacu Ministrów nikt nie miał ochoty na tę posadę. Król nie czekał jednak długo, po chwili milczenia zawołał do siebie adiutanta poprzedniego ministra i zaproponował mu objęcie dowódca nad armią. Adiutant dobrze wiedział o losie swoich poprzedników, lecz mimo wszystko przyjął tę propozycję.
-Dobrze zrobiłeś, nie pożałujesz tej decyzji. –pochwalił go.
-Czy możemy już odejść? –zapytał jeden z ministrów.
-Jesteście wolni, oprócz nowego Ministra Wojny.
Kiedy pozostali opuścili już komnatę Shakull zapytał:
-Słyszałeś o buncie na północy?
-Tak, okoliczni ludzie napadają na strażnice.
-To już nie są JACYŚ ludzie, to buntownicy. Masz ich schwytać! –powiedział waląc przy ostatnim słowie pięścią w stół.
-Wasza Wysokość nie musi już kłopotać sobie tym głowy. Najpóźniej za dwa dni schwytam wszystkich. –powiedział zuchwale nowy minister.
-Owszem będę się tym zajmował. Za daleko to zaszło, masz mnie informować o wszystkich swoich poczynaniach. –odparł zdenerwowany Shakull.
-Jak sobie Panie życzysz.
-Teraz już idź, jutro powiesz mi co postanowiłeś. –powiedział władca zwalniając go.

Tymczasem w lesie u podnóży Gór Północnych… Mezar razem z Namorem oceniali wyniki kolejnego ataku.
-Jak czują się nasi zwycięzcy? –zapytał zadowolony z siebie Mezar.
-Dobrze, mamy tylko czterech rannych i jednego zabitego. Reszta czuje się świetnie.  –odparł mu przyjaciel.
-Są jakieś łupy?
-Nic wartościowego, trochę broni i żywności.
-Każdy jest dobrze uzbrojony? –zaniepokoił się Mezar.
-Broni jest w bród. Mam pewien pomysł.
-Ciekawią mnie twoje pomysły, mów. –odparł zainteresowany.
-Dwie mile stąd leży mała wioska. Poszedłbym tam, może ktoś się do nas przyłączy.
-Nie boisz się, że mogliby donieść na nas Aralczykom?
-Na pewno nikt tego nie zrobi. Nienawidzą Aralczyków tak samo jak my. No i co o tym myślisz?
Mezar zamyślił się rozważając za i przeciw takiego posunięcia. Z jednej strony przydałoby się kilku dodatkowych wojów. Ale z drugiej strony, im mniej ludzi, tym mniej potrzeba dla nich jedzenia. Pomyślał chwilę, aż wreszcie odezwał się do Namora:
-Wiesz, to dobry pomysł. Mam tylko pytanie- dla ilu nowych wojów wystarczy nam broni i żywności?
-Broni starczy jeszcze dla tuzina nowych, a i żywności też nie zabraknie. –powiedział Namor podnosząc się z ziemi, na której ciągle jeszcze siedział. Lecz Mezar zatrzymał go jeszcze na chwilę.
-Tylko pamiętaj, nie więcej niż tuzin.
Namor kiwnął tylko głową na znak, że pamięta, wstał i poszedł w stronę nemeyskiej wioski. Kiedy wszedł w gąszcz krzaków słońce akurat zachodziło czerwieniąc się przy tym ogniście. Długo szedł po utartej przez tubylców ścieżce, kiedy wreszcie dotarł do wioski. Tubylcy nie przejęli się specjalnie przybyszem. Każdy robił swoje, spiesząc się, by zdążyć przed zmrokiem. Kiedy Namor powiedział kim jest i czego chce, mieszkańcy zawołali wodza wioski.
-Co cię do nas sprowadza, chłopcze? –zapytał wódz, który wyglądem przypominał ojca Mezara.
-Szukam dzielnych młodych wojów, na wyprawę. –odparł mężnie.
-Słyszeliśmy o twojej wyprawie. Napadacie na straże. To nie wyprawa, tylko młodzieńcze zabawy- ot co!
-Nieprawda, idziemy w stronę stolicy. Tam zamierzamy wymusić na królu obniżenie daniny.
-Ha ha! –zaśmiał się wódz. –Chcecie iść na stolicę, z takim małym oddziałem?
-Jest nas trzy tuziny, a jeśli ludzie będą się do nas przyłączać, na pewno zwyciężymy! –krzyknął agitatorsko Mezar.
-Ja nikomu nie każę, ani nie zabronię. Sam zapytaj wojów, może ktoś z tobą pójdzie. –odpowiedział ugodowo wódz. I kazał wezwać na plac, przed jego chatą wszystkich wojów.
Mimo, że była to mała wioska przyszło dwudziestu młodych wojów. Namor stanął przed nimi i opowiedział im o ich krucjacie na stolicę. o tym co mogą wywalczyć dla swoich rodzin i wszystkich Nemeyczyków. Gdy skończył, na wyprawę zgłosiło się dwunastu wojów- równy tuzin. Dokładnie tak jak chciał tego Mezar. Wraz z nowo zwerbowanymi wojami, Namor wrócił już w nocy. Jednak Mezar nie spał, czekał na powrót przyjaciela. Namor przedstawił mu każdego wojownika, przydzielił im broń i odpowiednią rację żywności. Gdy Mezar zobaczył ich w pełnym rynsztunku, powiedział: „Teraz staliście się prawdziwymi wojami.”

 Tymczasem w pałacu aż wrzało od wiadomości z granicy aralsko-nemeyskiej. Po serii wiadomości o napadach na strażnice, o Nemeyczykach zaczęły krążyć niesamowite wieści. Jedni ze strachem opowiadali, jakoby widzieli wielką armię nemeyską kroczącą w kierunku stolicy. Inni natomiast bagatelizowali problem mówiąc, że stu Nemeyczyków pokonać może nawet dwunastu Aralczyków. Wszystkie te wieści trafiały w końcu do pałacu królewskiego, a sam król szalał z niepokoju. Prawie całą noc nie spał obawiając się wojny z Nemeyem. Wczesnym rankiem kazał wezwać do siebie nowego Ministra Wojny. Chciał sprawdzić jak też ten młodzik radzi sobie na tym stanowisku. Na rozkaz króla, nowy minister chciał zrobić na swoim władcy jak najlepsze wrażenie. Założył galowy strój, na który zarzucił błękitny płaszcz, całość zwieńczał lśniący w słońcu hełm z licznymi ptasimi piórami. Gdy wszedł do komnaty, Shakull czekał już na niego. Kazał mu usiąść i niewinnie zapytał:
-Jak tam postępy w sprawie schwytania buntowników?
-Wzmocniłem straże, teraz jedną strażnicę patroluje trzydziestu żołnierzy. Oprócz tego ogłosiłem alarm bojowy dla wszystkich garnizonów stacjonujących na północy… -wyliczał minister.
-Dość! Pytałem, czy już ich złapałeś?! –przerwał mu Shakull.
-Jeszcze nie. –odparł spokojnie minister.
-To co ty tu jeszcze robisz!!! –wrzasnął władca.
-Czekam na efekty. To tylko kwestia czasu. –powiedział lakonicznie.
-Oto chodzi, że nie mamy czasu! Za kilkanaście dni wielkie święto ku czci rzeki Khan! Ty masz ich złapać, a nie czekać aż sami do ciebie przyjdą! –wściekał się król.
-Wszystko jest pod kontrolą Panie, za dzień lub dwa…
-Za dzień lub dwa, stracę następną strażnicę. A wtedy ty, stracisz głowę!  
-Daję ci słowo Panie…
-Zapamiętaj sobie jedno, jeśli nie złapiesz ich jeszcze przed świętem, a stracisz kolejną strażnicę- zginiesz!
-Ależ Panie…
-Milcz! Nie pokazuj mi się bez jakichkolwiek efektów! A teraz, wynocha! –wrzasnął Shakull.
Gdy za ministrem zamknęły się drzwi, wstał z krzesła podszedł do stołu i ze stojącego tam dzbana nalał sobie wina. Wypił jednym haustem i wyszedł z komnaty. 
Następny dzień jednak nie przyniósł ciekawych wieści. Już o poranku król dowiedział się od kupców, jakoby widzieli dużą grupę Nemeyczyków zmierzających na południe. Kupcy twierdzili, że ludzie ci byli dobrze uzbrojeni. Na te słowa król kazał wezwać Ministra Wojny. Kiedy tylko ten wszedł do komnaty, Shakull zapytał podejrzliwie:
-Jak postępy w sprawie buntowników?
-Mam tylko jedną wiadomość. –odrzekł lakonicznie minister.
-Jaką, mów.
-Ponoć widziano niewielką grupę obcokrajowców zmierzających na południe, to wszystko.
-I ty mi to tak spokojnie mówisz?! –wściekał się Shakull.
-To nic strasznego, pewnie to jacyś kupcy, albo…
-Albo banda rozwścieczonych Nemeyczyków!
-Kto to Waszej Wysokości powiedział? –zaperzył się Minister Wojny.
-Kupcy, idioto! Moi kupcy wiedzą więcej niż Minister Wojny! Czemu otaczają mnie niekompetentni głupcy?!! Następnym ministrem zrobię kupca! Nawet Aralski niewolnik wie więcej niż ty!!!
-Spokojnie mój Panie, to, że kupcy widzieli Nemeyczyków nic nie znaczy…
-Właśnie, że znaczy! Te niewierne psy idą w stronę Arakny, a ty o tym nie wiesz! Dopiero poranek, a ty już wiesz mniej niż kupcy! Co będzie dalej? Następnej wiadomości dowiem się zapewne od mojego fryzjera, kucharza lub niewolnika!
-Daję ci słowo Panie, że jeszcze przed obiadem będę miał dla ciebie dobre wiadomości. –zapewniał go ogniście. Skłonił się i czym prędzej wyszedł. Musiał sprawdzić wiadomość od kupców i wydać stosowne rozkazy. Czasu miał coraz mniej.

Tymczasem  oddział Mezara minął Góry Północne i zmierzał w kierunku Arakny. Na czele kolumny szedł Mezar z Namorem.
-Powiedz mi Mezar, co zrobisz, jeśli dojdziemy do stolicy. Co dalej planujesz?
-Wiesz, mam poważne obawy co do tego. Myślę, że Aralczycy nie pozwolą nam dojść tak daleko.
-Już pozwolili. Sam zobacz. Czy kiedykolwiek byłeś dalej?
-Nie i to mnie martwi.
-Martwi? Nie rozumiem.
-Tak. Teraz nie znam terenu. Poruszamy się na oślep. To już Aralia. Teraz z każdego krzaka może wyskoczyć oddział Aralczyków.
-Przecież wiemy już jak z nimi walczyć, widziałeś przecież.
-Ale to było w górach. Parę mil dalej jest już całkiem płasko, a wtedy…
-Nawet tak nie myśl, ruszyliśmy z tobą, żeby zwyciężać- i zwyciężymy.
Nagle ich oczom ukazało się coś, co zaniepokoiło wszystkich wojów. Długo wytężali wzrok, żeby zobaczyć co to jest. W końcu Mezar kazał jednemu z wojów wejść na drzewo i stamtąd dokładnie zobaczyć. Dla kogoś postronnego wydawałoby się to zwykłym drzewem. Jednak po wejściu na pobliskie drzewo, można było dokładnie stwierdzić, że jest to… strażnica.
Mezar i Namor nie mogli uwierzyć w słowa woja, który im to obwieścił.
-Jak to strażnica? Na terenie Aralii?
-Tak. Większa od poprzednich. Według mnie nie dawno zbudowana.
-Ilu żołnierzy może pomieścić?
-Nie widziałem całej dokładnie. Ale moim zdaniem co najmniej stu.
Mezar skinął tylko i powiedział:
-Możesz odejść.
A do Namora rzekł:
-Chodź, musimy się naradzić.
Namor wydał jeszcze rozkaz postoju i poszedł za Mezarem.
Mezar usiadł na ziemi i westchnął. Namor usadowił się naprzeciwko niego i spytał:
-Co teraz?
-Zdaje się, że Shakull zastawił na nas pułapkę. Ciekawe tylko ile jeszcze postawił takich baszt?
Namor zasępił się, zastanawiając się nad sposobem pokonania Aralczyków. Mezar także rozmyślał. Przecknął się  dopiero w południe. Klepnął w ramię zamyślonego przyjaciela i rzekł:
-Mam pewien pomysł.
-Mów szybko. –odparł niecierpliwie Namor.
-Wyślemy kilku ludzi, żeby obejrzeli dokładnie basztę. W tym samym czasie, następna grupa sprawdzi, czy nie można by jej ominąć. Gdy obie grupy wrócą podejmiemy decyzję. Co ty na to?
-Świetny pomysł. Zaraz wyznaczę odpowiednich ludzi. –powiedział Namor i poszedł w stronę obozujących w pobliżu wojów. Postanowił pod nieobecność Mezara powierzyć jedno z zadań Zarethowi. Co do, którego Mezar wciąż jeszcze nie nabrał pewności. Mimo, iż Zareth bardzo się starał i nie zaniedbał już żadnego powierzonego mu obowiązku.  

Tuż przed obiadem w drzwiach do komnaty jadalnej stanął Minister Wojny. Jeszcze bardziej  zadowolony z siebie niż zwykle. Shakull, siedział właśnie przy stole, wokół którego kręcili się słudzy nakrywając do obiadu. Król, na widok przybysza gestem ręki odprawił służbę, by spokojnie porozmawiać ze swoim Ministrem. Ten podszedł do odsuniętego krzesła, usiadł i z nieskrywanym uśmiechem powiedział:
-Mam wspaniałą wiadomość panie.
-Domyślam się. Wyglądasz dziś jak kot, który najadł się śmietany. Mów! –ponaglił go.
-Właśnie dostałem poufną wiadomość z północnego garnizonu. Znaleźli buntowników.
Shakull z wrażenia aż podskoczył na krześle.
-No to dawaj ich tu!
Minister zakłopotał się nieco i dodał:
-Nie złapaliśmy ich… Jeszcze!
-Nie rozumiem, mów po kolei. –odparł zaniepokojony.
-Powiedziałem tylko, że wiemy gdzie są buntownicy.
-No więc? Gdzie?
-Siedem mil na południe od Gór Północnych. –wyjąkał przestraszony Minister.
-Cooo!? Przekroczyli granicę!!! A ty mi o tym tak spokojnie mówisz!!! –wrzeszczał Shakull.
-Spokojnie Wasza Wysokość. Wszystko jest pod kontrolą.
-Co jest pod kontrolą? –zainteresował się władca.
-Wiemy gdzie są i co robią. Na razie nigdzie się nie ruszają. Nawet nie próbują uciekać. –uspokajał go.
-A cóż takiego ich zatrzymało?
-Baszta, którą kazałem wybudować. Teraz siedzą w krzakach i zastanawiają się właśnie
jak ją ominąć. –powiedział Minister, zadowolony z siebie.
-Jak zdążyłeś zbudować basztę w ciągu kilku dni? –zdziwił się Shakull.
-To nie jest prawdziwa baszta, tylko  imitacja. Tam stoją same ściany.
-Ilu ludzi tam stacjonuje?
-Na razie pięćdziesięciu, ale wkrótce będzie ich setka.
-Za mało! Każ sprowadzić jeszcze setkę! –zaperzył się władca.
-Ale po co? Stu pięćdziesięciu to i tak za dużo na…
-Nie! Ich nie można zlekceważyć. Te marne śmiecie muszą zginąć, wszyscy!
-Dobrze, wydam stosowne rozkazy. –powiedział Minister. Wstał pokłonił się królowi i już chciał wyjść, kiedy król zawołał:
-Najpóźniej jutro o tej porze masz przyprowadzić mi ich przywódcę. Jego… lub jego głowę.                  

Tymczasem, Mezar czekał na raport od wysłanych w teren ludzi. Wtem, stanął przed nim Namor z wiadomością o powrocie szpiegów. Mezar chciał z nimi jak najszybciej rozmawiać. Wszedł więc pierwszy z nich.
-Gdzie byłeś? –spytał na początku Mezar.
-Na zachód od baszty. –odparł zziajany wojownik.
-Mów co widziałeś.
-Wszędzie, jak okiem sięgnąć bagna i moczary.
-Można je przejść?
-Nie, są głębokie i gęste.
-Nigdzie niema jakiejś ścieżki, czy kładki? –zapytał siedzący obok Namor.
Zapytany pokręcił przecząco głową i spytał:
-Mogę już iść?
-Tak, przyprowadź następnego. –powiedział zmartwiony wiadomościami Mezar.
Niestety, następny wojownik wysłany na wschód, też nie miał dobrych wieści. Okazało się bowiem, że po wschodniej stronie baszty jest wielka polana. Każdy kto na nią wejdzie jest doskonale widoczny dla obserwujących z baszty żołnierzy. Tak więc i tą stroną nie można nie zauważenie podejść do baszty. Jedyna nadzieja w trzecim wojowniku. Wysłanym w stronę baszty. Już po chwili Namor dowiedział się o jego powrocie. Natychmiast więc posłał go do czekającego wciąż Mezara. Lecz gdy tylko Zareth pojawił się przed Mezarem zaczął się ze strachu jąkać. Mezar niezadowolony, że to właśnie Zareth dostał tak odpowiedzialne zadanie powiedział złośliwie:
-A kogóż to ja widzę? Czyżby to nasz dzielny Zareth? – i spojrzał z wyrzutem na Namora.
Namor, jakby to wyczuł, kazał na razie Zarthowi odejść, a sam tak Mezara zapytał:
-Dlaczego tak go traktujesz?
-A dlaczego powierzyłeś mu tak ważne i odpowiedzialne zadanie bez mojej wiedzy? –odparł Mezar pytaniem na pytanie.
-Chciałem ci udowodnić, że źle go osądzasz.
-To tchórz!
-Pozwól mu chociaż powiedzieć, co widział. –odparł ugodowo Namor.
-Dobrze, przyprowadź go. –powiedział Mezar.
Zareth podszedł do Mezara, skłonił się i usiadł na ziemi.
-No więc mów, co widziałeś. –ponaglał go Mezar.
-Podkradłem się najdalej jak mogłem. Wszystko widziałem. Baszty broni nie więcej jak pięćdziesięciu żołnierzy.
-Jak są uzbrojeni?
-Głównie w miecze i w topory. Ale są i łucznicy. –relacjonował Zareth.
-A widziałeś drogę do baszty?
-Widziałem. –przytaknął wojownik.
-Czy w stronę baszty nie jadą wozy?
-Jest całkiem pusto.
-Dobrze. –powiedział Namor. –Możesz odejść.
Gdy tylko Zareth poszedł, Namor powiedział:
-Czy to nie wspaniałe nowiny? Jeszcze dziś moglibyśmy zaatakować.
-Rzeczywiście, brzmi to obiecująco. Ale wolałbym jeszcze poczekać. –powiedział Mezar spokojnie.
-Po co?
-Trzeba nabrać sił, przygotować się… -wyliczał Mezar.
-Nie lepiej teraz, możemy ich zaskoczyć.
-Poczekamy do zmroku, potem atakujemy.
-Wydam stosowne rozkazy i o zmroku będziemy gotowi. –powiedział Namor podnosząc się z ziemi, na której siedział.
Czas do zmroku dłużył się Mezarowi niemiłosiernie. Przez ten czas zdążył omówić strategię ze swym przyjacielem. Zrobić przegląd swojej drużyny. Naostrzyć swój miecz, który zdobył w czasie napadu na pierwszą strażnicę. I w pełnym rynsztunku czekał na zmierzch, obserwując zachodzące właśnie słońce. To miała być największa bitwa, jaką kiedykolwiek stoczył, oby tylko nie ostatnia…
Ta noc była niezwykle gwieździsta, księżyc w pełni dodawał bladej poświaty. Było na tyle jasno, by zobaczyć poruszającą się sylwetkę. I na tyle ciemno, by nie odróżnić człowieka, od niedźwiedzia. Wszyscy wojownicy Mezara podeszli tak blisko jak było to możliwe. Do murów baszty zostało im nie więcej jak trzydzieści kroków. Tak jak zawsze podzielili się na trzy grupy i w napięciu czekali na znak do ataku. Chwila napięcia i… atak. Ale cóż to? Gdy tylko ostatnia grupa po wodzą Zaretha ruszyła do ataku, Aralczyków okazało się więcej niż zwykle! Mimo, że Nemeyczycy walczyli jak lwy, przeciwników wciąż przybywało. Gdy Mezar ujrzał kolejne zastępy Aralczyków, nakazał odwrót. Na nieszczęście Aralczycy nie zaprzestali walki i gonili przerażonych wojów po lesie. Ci co uciekali polaną byli łatwym celem dla łuczników. Inni, chcieli uciekać tam, skąd przyszli. Lecz gęsty las uniemożliwiał szybką ucieczkę. Tylko nielicznym, udało się uciec w stronę bagien. Lecz tych Aralczycy nie ścigali. Widzieli bowiem, jak głębokie są okoliczne bajora. Wśród piątki ocalałych znalazł się Zareth, Namor i jego przyjaciel- Mezar. Wszyscy byli, lekko lub ciężko ranni. Zarethowi krwawiło ramię, Namor miał przecięty mieczem policzek, a leżący mu na barkach Mezar oprócz  wielu powierzchownych ran miał także nogę przebitą strzałą. Pozostali dwaj, byli na tyle sprawni, że mogli iść o własnych nogach. Bagna, okazały się jeszcze głębsze niż się tego spodziewano. Idący na przedzie Zareth, długim kijem badał głębokość, by żaden z pozostałych przy życiu wojach nie utopił się w tym bagnie. Szli tak całą noc. O poranku, gdy wyszli z trzęsawiska zauważyli brak dwóch wojów. Pozostało tylko trzech: Namor, Zareth i wciąż krwawiący Mezar…

Już od rana cała Arakna grzmiała wiadomością o klęsce Nemeyczyków. Zaraz z samego rana Shakull rozkazał zawołać Ministra Wojny. Minister wszedł do komnaty tronowej z taką miną, jakby zwyciężył największą wojnę, a nie potyczkę z pięćdziesięcioma nie wyszkolonymi wojownikami.
-Siadaj i opowiadaj. Ponoć rozgromiłeś nemeyskich buntowników- prawda to? –zapytał niedowierzająco.
-Wasza Wysokość będzie ze mnie dumny. Wczoraj w nocy, ci głupcy zaatakowali moją „basztę”.
Tak jak przypuszczałem nie spodziewali się aż tylu przeciwników. –puszył się Minister.
-A przywódcę, schwytałeś?
-Wszyscy zginęli w boju.
-Więc nie wiesz, czy tam byli? –zacietrzewił się król.
-Przywódca był na pewno.
-Tylko uciekł? To chcesz mi powiedzieć?
-Panie, baszta celowo postawiona była w takim miejscu, by nikt nie mógł uciec. Jeśli nie zginął w czasie ataku, utopił się w okolicznych bagnach. –referował spokojnie Minister.
-Dobrze, więc mogę spokojnie jechać do Seth?
-A po co Wasza Wysokość tam jedzie? –zainteresował się Minister.
-Jak to, nie wiesz? Na uroczystości związane ze świętem rzeki Khan. Jeszcze dziś wyjeżdżam.
Za trzy dni wracam, a jeśli usłyszę coś jeszcze o Nemeyczykach… -zagroził.
-Wasza Wysokość nic już o nich nie usłyszy, daję słowo.

Rankiem, wszyscy trzej wędrowcy poczuli głód i pragnienie. Nie jedli pół dnia, byli brudni i zmęczeni. Jako pierwszy wstał Namor. Popatrzył na zakrwawioną nogę przyjaciela i postanowił jak najszybciej uwolnić strzałę z jego nogi. Znalazł kilka grubych gałęzi, by usztywnić chorą nogę. Zerwał z siebie lnianą koszulę i starannie pociął ją na długie pasy, służące później do owinięcia nogi. Ukląkł nad Mezarem, przygotowując się do wyciągnięcia strzały. Kiedy nagle obok niego ukląkł Zareth i spytał:
-Wiesz jak to zrobić?
-Nigdy tego nie robiłem, po prostu wyszarpnę strzałę. –odpowiedział szeptem Namor.
-Poczekaj, widziałem jak robił to mistrz Zan. –powiedział Zareth. Przysunął się bliżej chorego, położył mu rękę na czole. Było rozpalone. Odszedł więc na kilka kroków i zaczął rozpalać ogień.
Namor stał i patrzył Zarethowi na ręce. Wtem Zareth wziął małą gałąź, owinął kawałkiem koszuli Namora i podpalił. Z płonącą pochodnią zbliżył się do chorego. Z nogi Mezara wciąż wystawała strzała. Przebijając nogę na wylot. Zareth, najpierw ułamał część strzały z grotem. Teraz złapał za drugą jej część szybkim ruchem wyrwał z nogi. Mezar tylko jęknął. Zareth szybko przypalił ogniem krwawiącą ranę. Krew przestała tryskać. Teraz zaczął owijać nogę przygotowanymi wcześniej kawałkami koszuli. Pomagał mu w tym dzielnie Namor. Wtem, Namor szepnął:
-Co tu tak śmierdzi?
-Twoja koszula. –odparł spokojnie Zareth.
-Dlaczego, od rany? –zapytał niepewnie.
-Nie, namoczyłem ją wcześniej w błocie. –odparł spokojnie Zareth.
-Chcesz go zabić?! –krzyknął Namor i rzucił się na Zaretha przewracając go na ziemię.
-Puść proszę! Nie chcę go zabić tylko uratować.
Namor puścił Zaretha i powiedział:
-To wytłumacz mi po co moczyłeś moją koszulę w błocie?
– Od dawna wiadomo, że błoto z bajora ma kojące działanie na rany. Nie wiedziałeś tego? –zdziwił się Zareth.
W końcu Namor uwierzył, że Zareth mówi prawdę. Posiedział chwilę przy chorym, rozpalił większe ognisko. Zareth poszedł w poszukiwaniu pitnej wody i już po chwili przyniósł pełny kubłak.
Namor  zaskoczony zaradnością młodszego od siebie wojownika. Mezar wciąż leżał, śpiąc lub jęcząc z bólu. Namor nie odstępował go ani na krok. Poił go, przykrywał własnym płaszczem i opiekował się nim przez cały czas. W końcu po pięciu dniach, Mezar otworzył oczy i usiadł.
-Gdzie ja jestem?
-Na bagnach, pamiętasz? –zapytał siedzący przy nim Namor.
Mezar pokiwał tylko głową. Spojrzał na swoją nogę, pomacał miejsce, w którym była przebita i spytał:
-Kto ją wyciągnął?
-Zareth. –odparł z uśmiechem Namor. –Nasz Zareth zachował się jak prawdziwy mężczyzna. Wyleczył cię, znalazł wodę. –wyliczał uradowany.
-To prawda, Zareth? –spytał Mezar niedowierzając.
Zareth zaczerwienił się i wyjąkał:
-Ttak.
Teraz Mezar zawstydził się. Źle ocenił tego chłopca.
-Pamiętasz Zareth, jak powiedziałem, że nie nadajesz się na wojownika? Myliłem się. Jesteś największym wojem, jakiego kiedykolwiek widziałem. –powiedział Mezar uścisnąwszy mu rękę. 
Namor także uścisnął dłoń Zarethowi i spytał:
-Czy wybaczysz nam, że cię tak niesłusznie oceniliśmy?
Zareth tylko kiwnął twierdząco głową i spytał:
-Jesteście głodni, złowiłem kilka ryb.
Obydwaj pozostali chórem odparli „Tak”
 Dwa dni później, Mezar na tyle wyzdrowiał, że mogli iść dalej. Tylko dokąd? Z powrotem do domu, gdzie po drodze czekają Aralczycy, czy może w stronę zaprzyjaźnionej Argharty? Decyzję za nich podjął los. Kiedy doszli do pierwszej wioski, królewski herold ogłaszał:
-Miłościwie nam panujący Shakull I król Aralii i podległych mu plemion Argharty, Nemeyu, Nadus… ogłasza co następuje. Dzień dzisiejszy oraz trzy następne uznaje się za Dni Świętej Rzeki Khan.
-Słyszycie? –zapytał Mezar. –Już wiem gdzie pójdziemy.
 Z wioski, do której dotarli do świętego miasta Seth było tylko kilka mil. Jako, że byli już w pieszych wyprawach byli już wprawieni, do miasta dotarli dwa dni później. Pielgrzymi dopiero przyjeżdżali do Seth, kiedy oni już spali w opłaconym miejscu… w stodole. Wcześniej niż inni złożyli ofiary i nabrali bukłaki z wodą ze źródła rzeki Khan. Z miasta mięli wyjechać na dzień przed przybyciem króla i jego świty. Jednak tego dnia Mezar wśród tłumu pielgrzymów wypatrzył swego ojca. Podbiegł szybko do niego i serdecznie się przywitał. Lękał się, jak też Shamoth zareaguje na jego widok. Ojciec wybaczył mu, że go tak okłamał, wręcz był z niego dumny. Potem zapytał:
-Gdzie reszta chłopców?
Mezar spuścił głowę i niepewnie wyjąkał:
-Zostało nas tylko trzech. Ja, Namor i Zareth. Reszta nie żyje.
Shamoth zasmucił się na myśl, że to właśnie on będzie musiał przekazać oczekującym wieści rodzinom wiadomość o śmierci większości ich synów. Był szczęśliwy, że chociaż Mezar przeżył.
Mezar wypytywał ojca o wiadomości z rodzinnej wioski, o zdrowie matki i siostry i mistrza Zana.
Na koniec Shamoth zapytał:
-Wrócisz ze mną do domu?
Mezar zakłopotał się i odparł:
-Jeśli ty tego chcesz, to wrócę.
-Oczywiście, że chcę. Twoja matka nie wybaczyłaby mi, gdybym wrócił bez ciebie. –odparł uradowany ojciec.
Mezar, zawołał więc pozostałych i powiedział im, że wraca do domu. Namor i Zareth także chcieli zobaczyć swoich bliskich, więc postanowili zabrać się razem. Uradowany powrotem syna do domu ojciec złożył największą ofiarę z kilku zwierząt. Gdy odprawił już wszystkie ceremonie dał pozostałym znak do wyjazdu. Niestety, w chwili gdy chcieli wyjechać z miasta, królewska gwardia zablokowała drogę wyjazdową. Musieli poczekać do jutra. Ponieważ wjazd króla przedłużył się do południa, wszyscy czterej postanowili zostać na festynie do końca.
Szczególnie emocjonowali się turniejem, który był głównym punktem festynu, dopingowali swego rodaka, a gdy przegrał  Mezar stwierdził:
-Pewnie specjalnie wybrali do walki z nim takiego potężnego przeciwnika. Inaczej Aralczyk by przegrał.
Tuż przed końcem festynu wyszli, spiesząc się do karczmy, w której spali. Rankiem całe miasto obiegła wiadomość o zamachu na Jego wysokość. Mezar nalegał, by jak najszybciej opuścili miasto. Ponieważ Aralczycy będą ich podejrzewać. Jednak ojciec wytłumaczył mu, że jeśli będą się tak spieszyć, szybciej ściągną na siebie podejrzenie. Z obawy o aresztowanie, wyjechali jako jedni z ostatnich. Kiedy przejeżdżali przez kolejne aralskie państwo Shamoth zapytał:
-Słyszeliście najnowsze wieści z Dworu?
-Czyżby złapali zamachowca? –zapytał nieśmiało Mezar.
-Lepiej, po dziesięciu latach aralskiej okupacji, Shakull zniósł daninę! –krzyknął uradowany Shamoth.
Pozostali trzej nie mogli uwierzyć ze szczęścia. Shamoth powiedział także o innych nowo nadanych przywilejach. Mezar poczuł się dumny, sądził, że to jego wyprawa wywarła na królu takie wrażenie, iż zniósł daninę. Nie wiedział, że była to zasługa pewnego młodego Arghańczyka.

W kilka dni później dotarli do rodzinnej wioski. Tam Mezar został przywitany jak prawdziwy zdobywca. Po hucznej biesiadzie na cześć Namora, Zaretha i Mezara, w wiosce odprawiono kilkadziesiąt obrządków ku czci poległych Nemeyczyków. A po kilku dniach, życie w malej wiosce nieopodal Sirap wróciło do normy…
 Pewnego dnia, gdy Namor wrócił ze stolicy, przyszedł do Mezara z nowiną:
-Jedziesz ze mną?
-Gdzie? –spytał rzeczowo Mezar.
-Do Argharty, na wesele. –odparł uradowany Namor.
-Na czyje wesele?!
-To ty jeszcze nic nie wiesz? W Sirap, aż huczy od tej nowiny.
-Jakiej?
-Wyobraź sobie, pewien młody Arghańczyk żeni się z Aralką!!!
-To trzeba zobaczyć! –odparł rozemocjonowany Mezar.
-Idę jeszcze po Zaretha, może pojedzie z nami. –powiedział Namor zamykając za sobą drzwi. 
 

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz