Rycerz ognia. Prolog.

Zza horyzontu w końcu przebiły się promienie słońca, które załamywały się na kroplach wody, skapujących leniwie z liści drzew, tworząc piękne tęczowe barwy.
Dzień praktycznie niczym nie różnił się od wszystkich innych dni w Lonkerin.
Była to mała wioska, położona w pobliżu jeziora, które było jedynym źródłem utrzymania tutejszych wieśniaków, gdyż można było tu znaleźć najlepsze ryby w całym królestwie.
Raz w tygodniu do wioski przyjeżdżał handlarz ze stolicy, wymieniając to co rybacy złowili na rzeczy niezbędne do życia.
Jednak tego dnia nastąpiło coś, co odmieniło życie wszystkich ludzi zamieszkujących tą wieś.
Drogą przez las, w okolicy Lonkerin szła młoda kobieta, mogła mieć co najwyżej 20 lat. Była ubrana w błękitną suknie, która idealnie przylegała do jej smukłego ciała, mogło by się wydawać, że suknia ta nie dawała jej żadnej swobody ruchu, niczym drogie stroje balowe wielkich dam dworu, które z nieznanych żadnemu mężczyźnie powodów, zawsze musiały ubierać się w stroje zdecydowanie na nie za małe, nie ważne że praktycznie się dusiły, nie ważne, że w taki sposób można byłoby wyciągać z więźniów informacje, których nie chcieli za żadne skarby zdradzić, te kobiety płaciły za taki strój ogromne pieniądze.
Jednak ta suknia była inna, pomimo, że była ciasna, nie krępowała ona w ogóle ruchów. Wydawała się być wręcz elastyczna. Co za tym idzie, jej cena była prawdopodobnie równowartością całego Lonkerin.
Kobieta ta w rękach trzymała niemowlę zawinięte w czerwony kocyk. Wykonany z tkaniny, którą można było raczej spotkać na pałacowych salonach, a nie w wiosce na końcu świata.
Oboje pomimo bardzo drogich strojów, byli brudni, wyglądali na przemęczony oraz wygłodzonych, a w dodatku roztaczali zapach, którego nie powstydziły by się dwutygodniowe zwłoki, leżące cały czas w czterdziestostopniowym upale.
Nagle zza ich pleców rozległ się krzyk.


-Tutaj są, za nimi – W zasadzie ciężko było nazwać to krzykiem, ponieważ zdanie to zostało wypowiedziane głosem, co prawda bardzo donośnym, jednak całkowicie pozbawionym wszelkich emocji oraz barwy.
Gdy dziewczyna to usłyszała, odwrócił się i jej oczom ukazała się czwórka jeźdźców. Byli oni ubrani w czarne szaty, u lewego boku przypięte mieli miecze, a na szyjach wszyscy nosili srebrne naszyjniki w kształcie pofalowanego sztyletu. Jednak sam ich ubiór nie był tak przerażający jak ich twarze. Bowiem był one blade, jak by nigdy nie miały kontaktu z promieniami słonecznymi, nie wyrażały kompletnie żadnego uczucia, jak by ich właściciele nigdy nie odczuwali żadnych emocji, można byłoby wręcz powiedzieć że wyglądali na znudzonych. Jeździec, który jechał pierwszy miał na twarzy, rzucającą się w oczy bliznę, od skroni aż do brody, wyglądała na pamiątkę po jakiejś bitwie.
Kobieta niemiała wątpliwości, byli to członkowie bractwa cienia. Niemiała wyboru, musiała uciekać. Pomimo całkowitego braku sił, zebrała się w sobie i zaczęło biec. Oczywiste było, że nie ma najmniejszych szans uciec przez jeźdźcami na prostej drodze, wiedziała także, iż nie uda jej się pokonać aż czterech braci cienia. Jedynym logicznym wyjściem było opuszczenie drogi i przejście przez las, tam konie nie dawały praktycznie żadnej przewagi, to była jej jedyna szansa.
Więc ścisnęła mocniej niemowlę i pobiegła najszybciej jak potrafiła, teren był nierówny co strasznie utrudniało jej ucieczkę, oprócz tego drzewa rosły praktycznie obok siebie, a ciągłe omijanie ich spowalniało bieg.
Jednak dzięki tak gęstemu zalesieniu, jeźdźcy odpuścili pościg przez las i postanowili spokojnie tamtędy przejść aby konie przez przypadek nie połamały nóg, gdyż to oznaczało by koniec obławy. A przecież mogli spokojnie poczekać na bardziej sprzyjający teren, i wtedy dopaść młodą kobietę.
Dziewczyna pomimo tego, iż znacznie się od nich oddaliła, dalej nie przestawała biec, wiedziała, że już długo nie wytrzyma, jednak nie mogła się zatrzymać, bo to oznaczał by koniec jej życia, a co ważniejsze dostali by dziecko.
Właśnie dlatego uciekała, nie zwalniając ani na chwilę. W końcu ujrzała w oddali jezioro.
-Tak, to jest moja szans.- Powiedziała do siebie w myślach, gnając w stronę zbiornika wody.
Niemowlę o dziwo nie płakało, wydawało się być raczej rozbawione całą sytuacją.
Gdy kobieta dobiegała do jeziora, w tym momencie bracia cienia opuścili las i doszli do miejsca, w którym mogli spokojnie kontynuować pościg, konno.
Dziewczyna spojrzała przez ramie, przeciwnicy nacierali z niesamowitą prędkością, kopyta koni uderzały rytmicznie o ziemi z ogromną siłą, a za nimi ciągłą się krótka smuga ciemnego dymu, śmierć wydawała się wręcz nie unikniona.
W tym momencie młoda kobieta wbiegła na jezioro, dosłownie wbiegła na jego powierzchnię, jak gdyby woda nie wiedziała, że powinna pozwolić dziewczynie zatopić się w niej. A co ciekawsze, mogło się wydawać że jezioro wręcz stara się jej pomóc, oddając jej część swojej energii, aby mogła biec dalej, ratując życie swoje i dziecka.
Gdy napastnicy dojechali do jeziora, rycerz cienia z blizną na twarzy zszedł z konia.
Następnie zdjął swoją czarną skórzaną rękawicę, nabitą metalowymi ćwiekami, które przy uderzeniu pięścią mogły by spokojnie przebić ludzką skórę, i powolnym zbliżał swój palec do wody. W momencie gdy opuszek jego palca zetknął się z taflą wody, jezioro powoli zaczęło zamarzać, zaczynając od miejsca, które przed chwilą dotknął rycerz, a zmierzając w stronę młodej kobiety.
Po tej czynności, czarny brat wyprostował się i pierwszy raz na jego twarzy pojawiły się zarys jakichś emocji. Był to uśmiech, jednak nie zwykły uśmiech, przypominał on raczej wyraz twarzy samego szatana, a może nawet gorzej, przypominał uśmiech polityka składającego obietnice wyborczą, śmiejącego się w myślach z naiwności ludzkiego gatunku .
Teraz już wszyscy rycerze zeszli z koni, i powoli zaczęli zmierzać w kierunku dziewczyny, co prawda fala lodu, jeszcze jej nie dopadła. Jednak fakt, że zaraz to nastąpi było oczywisty, gdyż lód gonił młodą kobietę z prędkością gnającego rydwanu.
Teraz dziewczyna straciła już wszelkie nadzieje, odwróciła się i ze łzami w oczach, postanowiła czekać śmierć nadchodzącą w postaci, mężczyzn w czarnych strojach, którzy z każdą chwilą byli coraz bliżej niej. Było coraz zimniej, powietrze wydmuchiwane z płuc można było dostrzec gołym okiem, co oznaczał że temperatura spadłą poniżej zera stopni.
W uszach tętnił jej dźwięk metalowych butów braci cienia, uderzających w warstwę lodu która musiała mieć przynajmniej 50 cm.
W końcu nastąpiło nie uniknione, lód dobiegł do dziewczyny zaczynając zamieniać jej stopy w lodową rzeźbę, z każdą sekundą lód zajmował coraz większą powierzchnie jej ciała. Jednak nie bała się śmierci, jedyne czego żałowała to fakt, że nie udało się jej uratować dziecka. Ostatnie co udało się jej zrobić, to ucałować niemowlę w czoło, chociaż, to także był ogromny wysiłek zważywszy na to, że prawie całkowicie opuściły ją siły, a połowa jej ciała była tylko martwą bryłą lodu.
W końcu stało się, cała zamieniła się w lodowy posąg. Rycerze podeszli do niej i z martwego objęcia młodej kobiety, wyjęli dziecko. Dziecku nic niebyło, nie podzieliło ono losu matki, nie dość że żyło, to pomimo otaczającej temperatury rodem z Arktyki, było ciepłe, można powiedzieć że było wręcz rozpalone.
Gdy mężczyzna trzymał dziecko na rękach, niemowlę zaczęło płakać, nie zrobiło to specjalnego wrażenia na rycerzu. Jednak coś niepokojącego zwróciło jego uwagę, maluch robił się coraz cieplejszy, aż w pewnym momencie jego oczy zapłonęły żywym ogniem. Wszystko wokół zaczęło się nagrzewać, lód zaczęła przemieniać się z powrotem w wodę. Grubość lodu zaczęła drastycznie się zmniejszać.
Na twarzach mężczyzn pojawiło się przerażenie, uczucie którego żaden z członków bractwa cienia nie czuł od setek lat. Rzucili się do ucieczki, jednak na niewiele się to zdała, lód był już tak cienki, że zaczął pękać pod stopami rycerzy, a na dodatek woda cały czas się nagrzewała. Doszło to do tego, że zaczęła wrzeć. Łódki przybite do brzegu zaczęły się palić, trawa i drzewa w najbliższym otoczeniu zbiornika wody, także zajęły się ogniem.
Mężczyźni wręcz gotujący się w jeziorze, rozpaczliwie starali się utrzymać na powierzchni wody i zacząć płynąć w stronę brzegu. Starania te były jednak bezcelowe ,ich ciała po raz pierwszy nabrały czerwonawej barwy, następnie na skórze wyskoczyły im bąble od oparzeń, później przestali się łudzić, odpuścili walkę i ruszyli w ostatnią podróż w głąb, ku końcowi.
***

Matt był młodym rybakiem z wioski, był wysokim i przystojnym mężczyzną, niedawno się ożenił z 17 letnią Pamarą. Pamara obecnie była w 8 miesiącu ciąży, właśnie dlatego Matt zawsze pierwszy chodził do pracy na jezioro, ponieważ potrzebowali większej ilości pieniędzy aby zapewnić odpowiednie warunki dla dziecka, a poza tym zawsze lubił pracę na wodzie, uważał ją za relaksującą. A na pewno bardziej odpowiadała mu praca niż spełnianie zachcianek rozkapryszonej żony, którą w trakcie jego nieobecności opiekowali się jej rodzice.
Jak co dzień zabrał cały niezbędny mu sprzęt, dwie wędki, przynętę, siatki, i całą masę innych mniej potrzebnych gadżetów. Jednak w momencie gdy dotarł nad jezioro, stanął jak wryty, nie wiedział co zrobić.
Jeziora nie było ! Jak by całe wyparowało, zamiast wody był po prostu duży dół, źródło jego dochodów, po prostu znikło, co gorsza źródło dochodów całej wioski znikło.
Jednak Matt zobaczył coś co go jeszcze bardziej zdziwiło, po środku dziury, pomiędzy szczątkami ryb oraz wszystkimi śmieciami, które uzbierały się w jeziorze przez te wszystkie lata, leżały kości kilku ludzi, lekko stopione miecze, posąg z dziwnego czarnego kamienia z czerwonymi pęknięciami. Posąg przedstawiał, kobietę tulącą w rękach nicość, a pod jej stopami leżało nagie niemowlę.
Chłopak był jakby nieobecny, podszedł do dziecka, wziął je na ręce i nieświadom tego co robi poszedł do wioski, dopiero wtedy ocknął się z transu.

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz