Rufus i Kamira – Rozdział I

Biegła, poganiana chęcią życia, pragnieniem wolności i zwyczajnym strachem. Nie zwróciła nawet uwagi kiedy ulice miasta zamieniły się w pola, a pola w las. Gnała przed siebie, bojąc się chociażby rozglądać, by przypadkiem nie wpaść w pułapkę. Jednak tutaj w lesie, czuła się bardziej komfortowo. Wiedziała jak się poruszać, gdzie chować i jak zmylić wroga. Stąpała ciszej od promieni wschodzącego księżyca, a dzięki temu miejscu, wszystkie jej zmysły były bardziej wyostrzone, jak na elfkę przystało. Dla niej ludzie wydawali się śmiesznie słabi i bezradni, jak zagubione dzieci w lesie.
Przystanęła na chwilę, oddychając szybko, nasłuchując i wpatrując się w miejsce gdzieś za sobą, skąd dochodziło ujadanie pod ekscytowanych savików*.
– Głupcy. – Warknęła cicho, dodając pod nosem parę mało przyjemnych słów. Odgarnęła czarne włosy za ramię i ponownie puściła się biegiem. Z tymi kundlami będzie im łatwiej ją wytropić, więc i ona musiała zwiększyć swoje starania. Nie mogła uwierzyć, że zorganizowali taki pościg przez głupią kradzież. Przecież to tylko parę głupich narzędzi, sztylet, torba i… W porządku mieli za co ją ścigać.
Nagle coś ją złapało w pół i wciągnęła za najbliższe drzewo. Nawet pomimo tuniki, poczuła na plecach kłujący chłód zbroi, a czyjać ręka zatkała jej usta i zaklinowała nogi swoją, nim zdążyła się wyrwać lub chociażby zorientować.
– Cśiii… Tu cię nie znajdą. Stój spokojnie. – Męski głos przemawiał szeptem, pełnym pewności siebie i władczości, a jego podbródek oparł się o jej głowę jakby ta sytuacja była całkiem naturalna. Przez chwilę ufała temu głosowi, jakby oczarowana, uwierzyła mu i poczuła jak adrenalina powoli wycieka z jej ciała.
Za późno zorientowała się, kto okazał się większym głupcem. Ujadanie savików z każdą chwilą narastało, a tupot nóg okutych w metalową zbroję był coraz głośniejszy. Zaczęła się rzucać i próbowała gryźć, ale to wszystko było na nic. Za nią rozległ się szyderczy śmiech i poczuła szarpnięcie. Wtedy poczuła złość i irytującą bezsilność, a także znane już sobie uczucie oszukania i zawodu.
– Sierżancie, znaleźliśmy ją!
Całkiem blisko rozległ się miarowy stukot kopyt, a po chwili zza drzew wyłonił się mężczyzna na koniu, w lekkiej zbroi z przywiązaną do ramienia opaską w kolorach flagi miasta, Rorendaru.
Elfka uniosła brwi i spojrzała pogardliwie na straż. Gdyby nie ten za nią, uciekłaby i od tych głupich savików i od konia, a o ludziach już nie wspominając. To nie tak, że była jedną z tych elfów patrzących  na wszystkie inne rasy z góry. Po prostu nie darzyłą sympatią żadnej straży, ani elfiej, ani ludzkiej, ani żadnej innej. Chociaż do tych pierwszych miała delikatną słabość… a dokłądniej do jednego z nich.
– Rufusie, wydaj nam ją… albo inaczej nici z dzisiejszego noclegu w stolicy czy chociażby obiadu w karczmie. – Dowódca mówił wyraźnie, zachowując obojętny ton. A mimo to wszyscy obecni doskonale wiedzieli, że „Rufus” (dziewczyna nie mogła powstrzymać złośliwego parsknięcia, słysząc imię swojego „błędu”) straci coś więcej niż miejsce do spania, nie wydając dziewczyny.
Chłopak przez chwilę jakby na prawdę się wahał, a Kamira poczuła się jak towar wystawiony na bazarze. Tylko że jej „sprzedawca” słabo znał się na handlu, bo wycenił towar zbyt nisko, lub był potwierdzeniem zasady „Głupi ma zawsze szczęście, ale nie zawsze rozum by je wykorzystać”. Lecz wzrok strażników stawał się z każdą chwilą coraz bardziej ponagalający, a wraz z zaciśnieniem metalowej dłoni na nadgarstku, elfką wstrząsną żal i wściekłość po utraconej nadzieji, a także dlatego że uświadomiła sobie własną naiwność. Potem poczuła już tylko pchnięcie do przodu, milisekundę wolności, a moment później znowu była uwięziona. Nawet nie otwierałą oczu, tylko westchnęła jakby znużona. Żołnież trzymający ją roześmiał się, a za nim reszta grupy.
– Masz rację, to nie będzie ciekawa wycieczka, chociaż… – W końcu zamilkł, uśmiechając się, według niej, głupkowato. Elfka spojrzała na niego złowrogo spod grzywki, nie odzywając się ani słowem.
Strażnik zaśmiał się jeszcze pod nosem i pociągną dziewczynę w stronę Kapitana.
– Dobry wybór chłopcze, witamy w prowincji Rorendar. – Sierżant uśmiechną się kpiąco i poklepał niespokojego rumaka po szyi.
-„Jakbyś sam zrobił co innego. Każdy z was ratowałby swój nic nie warty tyłek i wydałby mnie”. – Miała ochotę wypowiedzieć owe słowa na głos, ale nie wiele by to zmieniło, a prawdopodobnie tylko pogorszyło sytuację. Żyła już wystarczająco długo by wiedzieć kiedy siedzieć cicho.
– Na co się gapicie?! Związać ją i zaprowadzić do strażnicy, a wszystkie skradzione przedmioty mają trafić spowrotem do właścicieli. Nie chcę potem żadnych skarg. – Warkną tylko na podwładnych i popędził konia, nie oglądając się.
Dwaj żołnieże spojrzeli na siebie znacząco i odebrali dziewczynie wszystko, łącznei z jej własnymi rzeczami.
– Ciesz się że zostawili ci ubranie. Nie wszystkie mają tyle szczęścia. – Usłyszała cichy szept jednego z młodszych wśród tej grupy. Widocznie był pomocnikiem, lub kimś takim. W każdym razie to on aktualnie i bardzo skrupulatnie wiązał jej ręce na plecach.
– Jeśli to ma być powód do radości… – Ale nie dokończyła, bo chłopak przekazał już linę, a żołnież za nią pociągnął z satysfakcją. Zachowanie godne politowania. Spojrzała z nienawiścią na niego, jednak by nie upaść, posłusznie za nimi ruszyła.
– Do zobaczenia najemniku !
Odwróciła się gwałtownie i spojrzała podejrzliwie na wciąż stojącego nieruchomo Rufusa.
– „Najemnik ? To by nawet pasowało…” – Ten, jakby w odpowiedzi na jej wzrok, uniósł  tylko rękę i wyszczerzył się bezczelnie. Była w takim nastroju że gdyby tylko jej ręce nie były związane, z chęcią przyłozyła by mu w zęby. Tyle że on nie czekał aż ona się uwolni, bo gdy jeszcze zerknęła już zniknął za jednym z drzew.
– Wydał cię, a nawet nei skorzystał z noclegu. – Któryś ze strażników zarechotał w jej stronę.
Elfa tylko prychnęła i nie czekając aż na napięcie liny ruszyła dalej wznosząc oczy ku niebu które z każdą chwilą ciemniało i nabierało różnorodnych barw granatu.
– Cholera jasna. – Wiatr poniósł echem cichy szept, po przez gęste poszycie lasu.

***

Ciemność otulała wszystko do okoła. Pomijając szparę w ścianie przez jednych nazywaną oknem, przez innych „nie potrzebną nadzieją”, a dla tych z odrobiną rozumu jest po prostu prowizorycznym zegarkiem. Cela była brudna i śmierdząca, ale w przeciwieństwie do większości które zwiedziła, ta była spora i nie zawierała szczurzych lokatorów, chociaż o ten cud Kamira podejrzewała swojego współwięźnia o rozbieganych oczkach, wiecznie narzekającego na głód.
Od zimnych murów odbijały się białe promienie księżyca , delikatnie obmywające zakurzoną podłogę. Dziewczyna półleżała na owej podłodze z przymkniętymi powiekami, skupiając się jedynie na tych promieniach. Szczurojad spał, a strażnik oddalił się chyba na zmianę warty. Okno wbudowane na równi z chodnikiem udowadniało nocną porę, ukazując od czasu do czasu jedynie 4 savikowe łapy lub kota ocierającego się o pręty.
Nagle coś przysłoniło światło księżyca, a na twarzy elfki pojawił się grymas, poprzadzający prawdziwą złość, kiedy to coś, co zasłoniło JEJ księżyc rzuciło kamykiem w jej brzuch. Uniosła się na łokciach i spojrzała na okno. Spomiędzy krat zwisała luźno dłoń, z pewnością należąca do mężczyzyny. Ktoś tam kucał i gestem nakazywał jej by ona również podeszła.
Zerknęła na puste krzesło wartownika i podniosła się zwinnie. Strażnicy najwyrażniej niezbyt wierzyli w możliwość ucieczki stąd. Stając pod ścianą pochyliła się delikatnie by ujrzeć twarz natrętnego ktosia. Nie mogła wymyślić powodu dla którego ktoś miałby tu przyjść, no chyba że to dostawa dla szczurołapa. Aż ją przeszedł dreszcz obrzydzenia.
Dlatego kiedy dostrzegła znajomą twarz natychmiast się cofnęła, starając się ukryć zdziwienie.
– Jak się bawisz ? – Rufus cofną rękę przysuwając twarz do prętów, szczerząc się przy tym jak wtedy, w lesie.
– Zabawne. Czego tu szukasz? – Zmrużyła oczy groźnie, na co on uśmiechną się jeszcze szerzej.
– Przyszedłem to odkręcić.
– Odkręcić?! – dziewczyna zaaregowała trochę zbyt gwałtownie. Odchrząknęła i rzuciła mu ironiczne spojrzenie, wcześniej prześlizgując się wzrokiem po kratach w oknie jak i równeiż tych zamiast drzwi. – Nie uważasz, że na to już trochę za późno ? – Niewiele brakowało a wywarczała by to. W końcu to przez niego utknęła w tej śmierdzącej celi.
– Wiesz… Nie u wszystkich się to sprawdza, ale podobno chcieć to móc i niegdy nie jest za późno. – Uśmiechną się szarmancko na co Kamira zrobiła tylko przedrzeźniającą minę.
– Tak? A co twoje miejsce w karczmie nie przypadło ci do gustu? – Prawdopodobnie mógł być najinteligentniejszym człowiekiem na świecie, ale dla niej aktualnie był tylko głupkiem, a na dodatek głupkiem który przyszedł sie napawać zwycięstwem, przez co nie zamierzała mu odpuścić.
W czasie kiedy ona „rzucała” w niego niewidzialnymi sztyletami, on wygrzebał z sakiewki małą buteleczkę. Odkorkował ją i automatycznie się skrzywił mimo że nie zdąrzył jej powąchać. Pomimo złości, w fioletowych oczach elfki rozbłysła ciekawość. Rufus  musiał to zauważyć, bo w jego oczach zatańczyły chochliki. Z premedytacją, wylewajac ciemną zawartość fiolki u góry prętów  patrzył jej w oczy czekając na jej reakcję. A ona tak jak u wilków walczących o pozycję, nie zamierzała pierwsza odwrócić wzroku. Gęsta ciecz jakby rozbłysła na moment własnym światłem, potem spieniła się by na końcu przemienić się w parę i zniknąć bez śladu… O ile można pominąć wyraźną szparę w pręcie, jaby został przepiłowany. Gdzieś blisko rozległo się żałosne wycie Savika. Dziewczyna drgnęła otrząsając się ze zdumienia. W końcu założyła ramiona i uśmiechnęła się z lekkim sarkazmem.
– No proszę, chłopiec się przygotował.
Tym czasem on odmierzał kolejne krople na kolejna pręty. Góra, dół, góra, dół. Jakby jej w ogóle nie słyszał.
W końcu po zakończonej pierwszej fazie ich dywersji, na chodniku leżały cztery pręty, a on uniósł głowę jak gdyby nigdy nic. Uśmiechną się niewinnie, szczęśliwy jak małe dziecko. Przez chwilę miała ochotę wpatrywać się w niego z otwartymi ustami i poważnie zastanowiła się czy ktoś go nie podmienił. Nie, bzdura. Jak mogła wątpić w swój wzrok.
– Hej! Na co czekasz? Jeszcze muszę to naprawić, żeby osoby trzecie nie skorzystały na twoim szczęściu. – Wyciągnął do niej dłoń, wcześniej chowając butelkę. Przez chwilę się wahała.
„Co jeśli to kolejna pułapka?”. Jednak niepewność szybko wywietrzała z jej myśli. Podeszła pewnym krokiem i mocno złapała jego dłoń. W końcu skoro stąd jej się udało uciec, to da sobie radę i z nim. Podciągnął ją do góry, a ona złapała się jednego z pozostałych prętów by sobie pomóc, ale miała to dziwne wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Szczurojad? Zerknęła na niego, a ten tylko beknął przez sen i podrapał się po brzuchu. Skrzywiła się z obrzydzenia i zerknęłą przez ramię.
Stał tam chłopak z talerzem pełnym jedzenia w jednej ręce i przygotowanym kluczem w drugiej. Był to ten sam chłopaczek który wiązał jej wcześniej ręce. Patrzył na nią zbolałym wzrokiem, a ona nie mogła tego znieść, ale nie mogła też się ruszyć.
– No chodź. – Rufus delikatnie pociągnął ją do góry, a Kamira wspięła się, słysząc brzęk upuszczonego talerza i po chwili biegli razem zaciemnionymi uliczkami miasta, a gdzieś ponad ich głowami wiatr współpracując z echem, przesyłał kolejne rozpaczliwie wycie savika.

*Savik – Zwierze przypominające wilka, odpowiednik psa. Używane przez ludzi do tropienia.