Rohgard – Droga ku władzy

– Ale jakim cudem, cholera!? – wrzeszczał w skrajnej złości wysoki ork, spoglądając z niepokojem w okratowane okno. Miał na sobie rozległy, zielony płaszcz, przywodzący na myśl smocze skrzydło, którym w istocie był.

Odwrócił się na pięcie patrząc na klęczącego podwładnego. Zmierzył go spojrzeniem od stóp, schowanych pod bielutkim płaszczem, przez tors zakuty w śnieżnobiałą zbroję, wybijaną górskim kryształem, aż po głowę, pokrytą rzadkimi włosami. Stał tak kilka chwil, patrząc na orka, o którym mówiono: martwy, a który zjawia się po trzech latach nieobecności. Ów ork nazywał się Rohgard.

– Wstańcie Generale! – rozkazał klęczącemu.

– Nie jesteście tu po to, żeby płaszczyć się przede mną. Mieliście wyjaśnić, co wydarzyło się na Leizzed, dlaczego wróciliście sami, bez żołnierzy?

– Królu – odpowiedział Rohgard wstając z wolna. Jego twarz, niegdyś groźna i budząca respekt w tym momencie, budziła tylko strach i współczucie.

– Lodowiec Leizzed, był miejscem wielu bitew mojej kompanii. Przewodziłem nimi od samego początku. Od czasu, kiedy wyruszyliśmy z Beshellu. Robiliśmy wszystko, abyś był z nas dumny. Żaden z nich nie wiedział nawet, dokąd wyruszamy. Ty, miłościwy królu, kazałeś trzymać wszystko w tajemnicy, aż do czasu dotarcia do Przełęczy Mroźnej Śmierci. Kiedy żołnierze dowiedzieli się, że idziemy odbić Lodowiec z rąk krasnoludów, nie posiadali się ze szczęścia. Większość, nie wiedziała, jakimi wojownikami są te zaplute karły. Przyznam, że i ja nie spodziewałem się takiego oporu ze strony wroga. Ustępowali nam gród po grodzie, osada po osadzie, paląc wszystko, przed ucieczką. Nie mieliśmy nawet gdzie się ogrzać. Setki moich żołnierzy padło z głodu! – krzyknął coraz bardziej zdenerwowany Generał – Ale my szliśmy! Walczyliśmy! Ginęliśmy! Za co!? Pytam! Za co!?

– Pamiętaj do kogo się zwracasz! – ostrzegł krótko król – A teraz kontynuuj.

– Szliśmy dalej, wgłąb Lodowca. Żadnego oporu. Żadnych krasnali, armii czy nawet pieprzonego zwiadu! A my szliśmy! Szliśmy na rzeź! Czekali, aż sami się wykończymy! Głodem, mrozem i zmęczeniem! A potem… – Rohgardowi załamał się głos – Jak muchy! – krzyknął z wściekłością uderzając pięścią o stół.

– Zostajesz zdegradowany do rangi cywila. Poprowadziłeś Żołnierzy Beshellu na pewną śmierć. Gdybyś wiedział, którędy iść, jak iść i jak walczyć, nie doszłoby do tego. Powinieneś się cieszyć, że nie skazałem cię na banicję. Oświadczam, że twoje czyny były świadome i zaplanowane. Straże! Zabrać go! Odebrać odznaki! – Rozkazał król pokazując ręką w stronę drzwi do sali tronowej.

– Ty skurwysynu… gnoju… – Rohgard wyciągnął zza pasa topór i z impetem rzucił w stronę króla. Przepiękna broń, wykonana z debraharytu, wykuta przez elfy i zdobiona przez niziołki wbiła się trzy knykcie nad głową władcy. W kilka sekund, do byłego Generała dobiegło dwóch strażników. Z zapałem zaczęli okładać go po nieosłoniętej przez zbroję czaszce.

– Umrzesz! Zginiesz! A ja, będę się śmiał! – krzyczał Rohgard w przerwach między kolejnymi ciosami. Chwilę później, zawisł bezwładnie na rękach orkowych strażników…

– – –

Rohgard otworzył oczy. Tego dnia, pogoda było wyjątkowo paskudna. Z nieba, wielkimi kroplami spadał deszcz, uderzając w opuchniętą czaszkę odzianego w białą, ubrudzoną błotem zbroję Generała Pierwszej Dywizji Beshellskiej Piechoty. Leżał w rynsztoku, pośród resztek niedojedzonego pożywienia. Z wielkim trudem, oparł się na dłoniach, powoli siadając na bruku. Rozejrzał się wkoło. Na ulicy nie było nikogo, nie licząc krasnoluda, który mimo deszczu, nadal zachwalał swoje pierścienie na targu. Podniósł głowę wysoko w górę. We mgle dostrzegł Północną Wieżę. Wiedział gdzie jest. Schował twarz w dłoniach. Nie potrafił pogodzić się z tym, że po dwudziestu latach lojalnej służby, po dwudziestu latach poświęceń i wyrzeczeń, został najzwyczajniej zdegradowany. W dodatku za coś, czego nie zrobił.

– O nie, suczy synu… – powiedział do siebie, odtwarzając w myślach twarz króla – Pożałujesz tego… pożałujesz…

Z impetem poderwał się z zabłoconego bruku. Po raz kolejny zmierzył wzrokiem oba końce ulicy. Nikogo nie było. Nikogo, oprócz krasnoluda, zachwalającego swój towar…

To, co się stało, zdarzyło się w ciągu zaledwie kilku sekund. Rohgard podbiegł do handlarza. Stanął naprzeciw niego, ciężko sapiąc.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytał krasnolud z uprzejmością. Na jego twarzy, malowała się jednak odraza i niechęć, która nasiliła się, kiedy usłyszał głos orka.

– Zginiesz karle! – Zakrzyknął podrywając handlarza z ziemi, i uderzając stalową rękawicą. Biel zbroi przeplatała się z czerwonymi kropkami krwi. Krasnolud leżał na ziemi, trzymając się za twarz. Pod nim, szybko rosła kałuża krwi, częściowo zmywana przez nasilający się deszcz. Rohgard pokonał dwumetrową odległość między nim a ofiarą w ciągu sekundy uderzając stalowym butem w podbrzusze brodacza. Przez jego usta i nos bryznęła krew. Kolejne kopnięcie. Znowu krew. Złapał karła za szyję. Jego oczy krążyły nieprzytomnie. Twarz, którą jeszcze przed chwilą zasnuwał uśmiech teraz przypominała miazgę.

– Nie zrozum mnie źle skurwysynu! – krzyknął rzucając krasnoludem o ścianę najbliższego domu. Sprzedawca pierścieni nie wydawał z siebie żadnych dźwięków. Ciałem brodacza poruszył jedynie krótki spazm.

Rohgard spojrzał z pogardą na leżące truchło, spluwając z odrazą. Szybkimi krokami dobiegł do straganu, na którym wciąż jeszcze leżały pierścienie, amulety oraz naszyjniki. Z opętańczym śmiechem, ork pakował do niewielkiej sakiewki najlepiej wyglądające błyskotki. Rozejrzał się po obu końcach uliczki. Nie było na niej nikogo. Nikogo z wyjątkiem orka i krasnoluda, pogrążonego w wiecznym śnie.

Ork szybkim krokiem oddalał się w kierunku najbliższej gospody…

– – –

Drzwi karczmy „Niewielki Sztorm” nie wyglądały solidnie. Mimo ich wyglądu, z niewielkim trudem opierały się ciągłym uderzeniom z wewnątrz. W środku najwyraźniej trwała burda pijacka, rozpoczęta przez znudzonych łowieniem ryb marynarzy i kapitanów łodzi rybackich. Wiele mogłoby wskazywać, że „Niewielki Sztorm” jest omijany przez wszystkich szerokim łukiem. Było wręcz odwrotnie. Zaglądali tu nawet żołnierze Armii, czy Strażnicy, mający dosyć ułożonych i kulturalnych zajazdów. Nikomu nie przeszkadzało chociażby to, że piwo w tej karczmie rozrabiane jest z wodą. Klienci jednak o tym nie wiedzieli. A skoro przyzwyczaili się to miejscowego napitku, nie było sensu zadowalać ich na siłę.

Rohgard pchnął drzwi karczmy, które ustąpiły z zadowalającą lekkością. Tak jak podejrzewał, w środku miała miejsce wcale nie mała pijacka rozróba. Podszedł do baru. Jak zawsze, stał tam gruby ork, któremu, sądząc po jego minie, znudziła się już praca barmana.

– Witam Generale – powiedział barman chwytając za kufel – To co zawsze? – zapytał.

– Tak Ghorbad. I jeśli łaska, mów do mnie po imieniu. – skwitował krótko Rohgard, chwytając za kufel pełen gorzkiego, orzeźwiającego trunku. Natychmiast wlał zawartość do gardła, odstawiając puste naczynie.

– A jeśli można spytać Rohgard – kontynuował nieśmiało barman – Słyszałem, że jedyny wróciłeś z Leizzed. Jak to ci się udało? – zapytał nadstawiwszy uszu

– Pomogły mi śnieżne elfy. Wykurowały mnie. Później długo kryłem się w górach, umykając przed patrolami krasnoludów. Cholera, nareszcie zaczęli pilnować granic – powiedział lekko uśmiechając się. – Później znalazłem stare, zasypane wejście do kopalń. Wcześniej je eksploatowaliśmy, lecz się zawaliły. Przeszedłem tamtędy do Taakhad. Wyobraź sobie, że górnicy uciekali, kiedy mnie zobaczyli wychodzącego z pyłu węglowego. Strażnicy chcieli zadźgać potwora, o którym wspominali kopacze – kontynuował Rohgard wypijając kolejny kufel piwa – Rozpoznany przez byłego żołnierza zostałem odstawiony tutaj. A przed chwilą król zdegradował mnie do zasranego cywila! – ryknął przeciągle, rozbijając kufel o blat baru. Rozróba, która do tej pory wzbudzała ogólną radość nagle ucichła. Wszyscy, z rozdziawionymi gębami wpatrywali się w Rohgarda.

– Wracać do swoich spraw! – krzyknął barman do rybaków, którzy natychmiast zajęli się rozmowami czy grą w „pijawkę”. Kilku jednak nadal wpatrywało się w białą zbroję orka.

– Cholera – zamruczał Ghorbad ze złością w głosie. – I co teraz będziesz robił? – zapytał – Jak będziesz żył?

– Z dnia na dzień… – odpowiedział wstając. Miał zamiar wyjść, kupić beczkę piwa i siedząc w fotelu przed kominkiem, spożytkować je jak najlepiej potrafił. Jego uwagę przykuło jednak trzech orków, gestem przywołujących go do siebie.

Co mi szkodzi? Pomyślał i wolnym krokiem podszedł do rybaków.

– Co chcecie? – Zapytał z miejsca, nawet nie siadając.

– Generale! Słyszeliśmy, co król zrobił względem was! Obiecujemy, że…

– Pieprzenie! – krzyknął Rohgard – Gówno wiecie i gówno zrobicie!

– Mamy pewną propozycję! Usiądźcie z nami!

– Sram na wasze propozycje!

– Daj mu spokój Megger. On się nie nadaje. Za łatwo traci kontrolę. – Zasyczał rybak do siedzącego obok kolegi po fachu. Nie mówił dostatecznie cicho, by Rohgard tego nie usłyszał.

– Co wy wiecie o traceniu kontroli!? Gdybyście przeżyli tyle co ja, wiedzielibyście co znaczy mieć kontrolę i nie stracić jej, kiedy dwa razy większa armia otacza was z czterech stron! Wiedzielibyście jak to jest, kiedy po miesiącu marszu nie znajdujecie nawet odrobiny jedzenia! Wiedzielibyście, co to prawdziwe życie!

– Nie chcemy wam ubliżać Generale, ale gówno wiecie! My musimy ciężko harować przez miesiąc, żeby mieć co włożyć do garnka! Żeby mieć czym nakarmić dzieci! A zasrany król szkodzi pieniędzy rybakom, żeby mieć za co utrzymać armię! To właśnie jest prawdziwe życie!

Rohgard odruchowo usiłował chwycić za topór i ściąć rybakowi ten śmierdzący łeb. Jego broń jednak, była w tym momencie przytwierdzona do tronu Króla Moragga. Nie mogąc nic zrobić, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Poczucie bezsilności paliło coraz bardziej…

– – –

Słońce powoli zaczęło wyłaniać się zza horyzontu. Nikłe światło nieśmiało zakrywało kolejne kamienie na ulicy. Mozolnie wspinało się po ścianach budynków, żeby w końcu z triumfem pokryć swoim blaskiem strzechy domów. Rohgard otworzył powoli drzwi, wyglądając na ulicę. W promieniach wschodzącego słońca, świat wydawał się świeższy i jakby przyjemniejszy. Jak co dzień, podszedł do drewnianej, dębowej beczki, do której skapywały resztki wczorajszego deszczu prowadzonego rurami rynny. Z zamachem zanurzył głowę w orzeźwiającej, zimnej wodzie. Przetarł wielkimi rękoma przetarł twarz i wszedł z powrotem do domu. Rohgard wcale nie zdziwił się, patrząc na wnętrze domu. Tuż pod oknem stało wielkie, drewniane łóżko, za którego kołdrę służyła skóra Yeti. Tuż przy łóżku, pod ścianą swoje miejsce miała wielka komoda na ubrania. Pośród wszelkiego rodzaju półek i szafek schowany był stojak na rynsztunek. Wisiała na nim piękna, biała, wybijana górskim kryształem zbroja. Żwawym ruchem otworzył szafkę, wyjmując z niej lnianą, białą koszulę, oraz czarne, nieco przydługie spodnie. Na stopy założył wysłużone, oficerki, wykonane z wilczej skóry. Udał się w stronę wyjścia. Krótkim spojrzeniem omiótł pomieszczenie, po czym opuścił chatę zamykając drzwi na klucz. Westchnął niespokojnie, uśmiechnął się do samego siebie i pomaszerował przed siebie. Idąc główną ulicą miasta czuł się nad wyraz spokojnie. Przed oczyma miał orków, którzy pozbawieni szansy na bycie kimś więcej, zarabiali jak mogli: szyjąc ubrania, wykonując meble czy obrabiając skóry zwierząt. Z pewnością było to lepsze, niż widok wystraszonych, wygłodniałych i zziębniętych żołnierzy, maszerujących wbrew woli.

– Słuchajcie, słuchajcie – dobiegło Rohgarda wołanie zza budynku, w którymi mieściła się kuźnia Henry’ego. Jednego z niewielu ludzi zamieszkujących stolicę orków.

– Z rozkazu najjaśniejszego króla Moragga skazuję na śmierć tych oto troje orków, którzy w pełni świadomie i bez niczyjego przymusu dopuścili się zamachu na miłościwie nam panującego króla Moragga. Czy skazani chcą coś powiedzieć?

Rohgard z szybkością błyskawicy wbiegł na plac, na którym stała szubienica z trzema pętlami. Całość wyglądała na tyle solidnie, by móc unieść tuzin orków wraz z pełnym rynsztunkiem. Dookoła miejsca kaźni, zgromadził się całkiem spory tłum. Wśród nich Rohgard rozpoznał Ghorbada, karczmarza oraz kilku stałych klientów „Niewielkiego Sztormu”.

– Czy skazani chcą coś powiedzieć? – zapytał po raz kolejny królewski herold.

– Ja chcę! – zakrzyknął trzęsącym się głosem trojący w środku ork. – Jestem dumny z tego, że chciałem ulżyć temu kraju w cierpieniu, jakie zsyła na nas Moragg!

– Czy to wszystko? – spytał kat – Możemy już działać?

– Kacie, czyń swoją powinność!

Zakapturzony ork pociągnął za wielką, drewnianą dźwignię służącą zapewne do zwolnienia zapadni. Słychać było szczęk przesuwanych zasuwek, tuż pod nogami skazanych. Publika zamarła w bezruchu. Przed szubienicą lamentowały trzy kobiety. Herold odwrócił wzrok. Trójka skazańców zawisła na grubych linach, które zawiązane za ich szyje dusiły powoli. Z wyjątkiem płaczu niewiast, słychać było tylko rzężenie duszonych orków. Nagle Rohgard oprzytomniał. Przypominał sobie wykrzywione z bólu twarze. Widział je wczoraj w karczmie. Rozmawiał z nimi a nawet wrzeszczał na nich. W bezsilności, nie mogąc nic zrobić wyciągnął przed siebie rękę. Zupełnie jakby chciał podtrzymać już martwych orkowych braci.

– Gdybyś wiedział, że ten z kim rozmawiasz za chwilę zginie, odnosiłbyś się do niego z większym szacunkiem. – Odezwał się nagle głos zza pleców Rohgarda.

Wielki Generał odwrócił się szybko opuszczając rękę. Przed nim stał ork w podeszłym wieku, ubrany w długą, czerwoną togę. Wyglądał zupełnie jak orkowy mag. Problemem było tylko to, że orkowie nie byli obdarzeni mocami magicznymi.

– Kim jesteś i czego chcesz? – Zapytał Rohgard tonąc w bezsilnej złości.

– Nazywam się Nemrod Van Degreden. Jestem, można powiedzieć, zleceniodawcą tych tutaj. – wyjaśnił wskazując palcem w stronę orków odczepianych właśnie kordelasem. – Wczoraj próbowali zwerbować cię do naszej grupy, jednak ty się nie dałeś. Zakładam, że powiedzieli ci czym się zajmujemy?

Rohgard nic nie rozumiał. Król pozbawia go dowództwa nad armią Beshellu, chwilę później wrzeszczy na orków, którzy następnego dnia zostają straceni, a właśnie teraz jakiś starzec rozmawia obojętnie z nim na temat jakiejś tajnej organizacji.

-Czyli ci nie powiedzieli. – stwierdził starzec – Pozwól za mną.

Rohgard zawahał się chwilę, patrząc na znikającego za rogiem Degredena. Po sekundzie puścił się biegiem za nim. Minął sklep z meblami i skręcił w ślepą uliczkę. Nemrod znikał w dziurze zasłoniętej skrzyniami. Rohgard zawahał się przez sekundę, po czym wbiegł za starcem.

– – –

Nozdrza wypełniał zapach pieczonego mięsa. Wbrew pozorom było tu bardzo ciepło. Stał w przedsionku wielkiej komnaty. Skrzynie za nim same się zasunęły powodując potworne skrzypienie, niesione przez zawiłe korytarze podziemnej siedziby. Rohgard powolnym krokiem przestąpił próg. Na środku komnaty stał nakryty obrusem stół. Ściany pokryte były odpadającą farbą. Odsłaniały czerwone cegły, między którymi przebijały się korzenie drzew z powierzchni. Ogromna mucha usiadła na szkielecie zwisającym ponuro z sufitu. Ork minął szkielet szerokim łukiem, ocierając się o resztki starych, spróchniałych mebli. Zauważył oświetlane przez pochodnię niewielkie przejście, wiodące zapewne do kolejnego pomieszczenia. Ruszył w tamtym kierunku. Framuga podpierająca cegły nie sprawiała wrażenia solidnej, więc przed przejściem przez nią, Rohgard zapukał w drewno kilka razy. Zacisnąwszy zęby przeszedł zginając się w pasie. Pierwszym co usłyszał był śmiech. Ponury śmiech wydobywający się z gardła Redbecka, zmarłego na Leizzed…

– Rohgard przyjacielu! – zakrzyknął radośnie podchodząc kilka kroków. – Jak się wydostałeś z Lodowca?

– Redbeck! Stary durniu! – zaryczał z wściekłością Rohgard. Na jego twarzy malował się jednak uśmiech. Podszedł do kompana i uścisnął mu rękę.

– Dobrze cię znowu widzieć! – powiedział cicho.

– Mam nadzieję, że już się przywitaliście? – Zapytał nieśmiało starzec, który pojawił się nie wiadomo skąd. – Muszę przedstawić twojemu towarzyszowi resztę kompanii. Najpierw jednak, musisz wiedzieć, że jesteśmy organizacją, pragnącą obalić władzę Moragga w państwie. Kiedy dowiedzieliśmy się jak król z tobą postąpił, postanowiliśmy natychmiast cię zwerbować. Wszyscy żądamy tego samego! Lepszych zarobków i wolności słowa, wolnych granic i handlu bez podatków. Jesteśmy głosem ludu Rohgardzie. Twój przyjaciel dołączył do nas zaraz po tym, jak król kazał go ściąć zamiast ciebie. Wtedy jeszcze byłeś gdzieś w górach. Potrzebny nam był doświadczony dowódca, toteż zabiliśmy strażników prowadzących Redbecka na stryczek. Potrzebujemy ciebie, abyś nami pokierował. Chcemy, żebyś przewodził nami w czasie rebelii. Zgadzasz się?

Rohgard natychmiast kiwnął głową na znak, że jest przychylny decyzji staruszka.

– Wspaniale! Pozwól, że przejdziemy dalej. – Nemrod prowadził orków krętymi korytarzami. – Jest nas ogólnie dwudziestu. Na nasze znaki na powierzchni czeka pół dzielnicy portowej czyli jakieś sto pięćdziesiąt osób. W obecnej chwili brakuje nam jedynie włóczni i żywności. Mamy czterdzieści sztuk mieczy, dwadzieścia dwie tarcze, trzy pawęże oraz siedemdziesiąt cztery skórzane zbroje. Tędy. – powiedział wskazując na prawy korytarz – Musimy zaplanować jeszcze, którędy dostać się do zamku. Trzeba pamiętać, że musimy tam przemieścić grubo ponad setkę orków. W naszej kompanii znalazło się ponadto trzech ludzi, czterech elfów uzdrowicieli i dwóch magów. Reszta to orkowie.

– Nie ufam ludziom – wymruczał Rohgard podążając za światłem pochodni.

– Ja też nie. – odparł starzec – Ludzie są jednak doskonałymi zabójcami. Pomogą unicestwić strażników.

Do końca wyłożonego półokrągłymi kamieniami korytarza nikt nie odezwał się więcej. Wkrótce na końcu drogi zabłysło światło lampy.

– Idą! – krzyknął ktoś cienkim, melodyjnym głosem.

Po kilku chwilach światło lamp naftowych oślepiło na krótko Generała. Wielka komnata wypełniona była stolikami, przy których siedzieli przedstawiciele różnych ras i profesji. Rohgard zauważył także barda, nonszalancko powiewającego bocianim piórem przyczepionym do kapelusza. Napotykając spojrzenie orka skłonił się grzecznie. Widząc wchodzącego Generała większość wstała i podeszła aby się przywitać. Rohgard kolejno wymieniał uściski dłoni ze wszystkimi z kompanii, którzy natychmiast wracali na swoje miejsce. Starzec uśmiechnął się i rzekł:

– Witajcie kompani. Przynoszę wieści z zewnątrz. Trzech naszych współbraci zawisło dziś na szubienicach. Nie dotarli do pokoju kartografa. Rozmawiałem z nimi przed egzekucją. Kazali powiedzieć, żebyście się o nich nie martwili i wypili ich zdrowie. Wiemy jednak, że z Komnaty Map są trzy wyjścia, w tym jedno prowadzi do piwnicy. – Po komnacie przeszedł szmer – Przynoszę ze sobą również dobre wieści! – kontynuował Nemrod – Powitajcie Rohgarda, byłego generała wielkiej i potężnej Armii Beshellu! Zgodził się przewodzić nami oraz pomóc w organizacji. Miva! Co mówią krasnoludy na temat buntu?

Niewysoka, smukła elfka podniosła się z krzesła. Długie, czarne włosy opadały na jej smukłe ramiona. Spojrzała z wyższością na Rohgarda i oznajmiła:

– Krasnoludy są przekupne. Powiedzieli, że za pięćset Nivellów są gotowi otworzyć wejście do zamku, ale na nic więcej nie mamy prawa liczyć. Jeśli im się zechce, pójdą z nami do zamku, jeśli nie, zawrócą się do swoich chat.

– Dziękuję ci Miva. Ghorred, co z mieczami? – zapytał rosłego orka, siedzącego najbliżej z całej kompanii.

– Za pięć dni przyjedzie dostawa dla wojska. Zbiorę kilku ludzi i przed wejściem do miasta okradniemy karawanę. Mam nadzieję, że któryś z magów nam pomoże.

– Wspaniale, wręcz idealnie! Mevanall! Mam nadzieję, że pomożesz Ghorredowi z tym konwojem?

– Naturalnie. – odezwał się zakapturzony czarodziej.

– Rohgardzie – rzekł starzec w stronę Generała – Mamy nadzieję, że poprowadzisz buntem jako doświadczony, zaprawiony w boju ork?

– Na kiedy wyznaczyliście termin? – zapytał Rohgard poprawiając pasek u spodni.

– Za tydzień. W noc święta Thaabat.

– Czy nasza „armia” ma jakieś pojęcie o władaniu bronią białą?

– Jeden na dziesięciu na pewno trzymał kiedyś miecz w dłoni jeśli o to chodzi. – odparł zmieszany starzec.

– Jest tu jakaś większa sala? Taka, w której zmieścimy czterdzieści osób?

– To były kiedyś królewskie lochy. Pokój tortur na pewno gdzieś tu jest. Myślę, że będzie odpowiedni.

– Niech około południa, w pokoju tortur czeka na mnie trzydziestu ludzi z portu. Muszę ich czegoś nauczyć…

– – –

Siedem dni minęło w zadziwiająco szybkim tempie. Przez ten czas, Rohgard nauczył większości rybaków, wszystkiego, czego w tak krótkim czasie mógł nauczyć. Nie byli to może wielcy wojownicy, ale ich zapał i chęć przewyższało wszystko, czego Generał mógł się po nich spodziewać. Piątego dnia przygotowań Mevanall przytaszczył ledwo dychającego Ghorreda. Okazało się, że ktoś puścił parę, co do przygotowywanego przez kompanię napadu na konwój. Broń została zdobyta, lecz nie obyło się bez rannych i zabitych. Ogólnie niezdolnych do walki było dziesięciu żołnierzy, jak byli nazywani w gronie kompanii rybacy z portu. Pod wieczór siódmego dnia, wszyscy zostali zgromadzeni w starych lochach.

– Żołnierze! – zakrzyknął potężnie Rohgard do zebranych rybaków – Jesteśmy tu, by przerwać tyranię króla Moragga! Jeśli ktoś, z jakichś powodów nie chce uczestniczyć w walce, niech idzie do swojego domu i nie wraca! Pamiętajcie o trzech zasadach, obowiązujących w Armii! Pierwsza! Nigdy nie zostawiaj rannego na polu bitwy! Druga! Walcz do samego końca! Jeśli uciekniesz, zostawisz kolegów na pastwę losu! Trzecia! Kiedy usłyszysz „ODWRÓT” nie zgrywaj bohatera tylko spieprzaj gdzie możesz!

Tłum zgromadzony w podziemiach donośnie zawiwatował.

– Udajcie się teraz odebrać broń i zbroje! Spotykamy się wszyscy za pół godziny przy wejściu do starej latarni!

– – –

Ocean błyszczał zdradzieckim, ciemno-metalicznym połyskiem. Fale głucho uderzały o kamienny klif, co jakiś czas powodując odpadanie drobnych kawałków skał. Rohgard stał obok piętrzącej się na klifie starej latarni morskiej. Ze środka, nie błyszczało żadne światło, czy nawet nikły błysk świecy. W latarni nie było nikogo. Generał czekał. Miał na sobie białą zbroję Beshellskiej Piechoty, wysadzaną górskim kryształem. Pod pachą trzymał hełm. Za pasem wisiał nowo wykuty topór z wizerunkiem Valgula, orkowego boga wojny. W oddali widział błyszczące miecze. Ze wszystkich stron nadchodzili buntownicy, jego żołnierze, orkowie, których miał poprowadzić na batalię przeciwko królewskiej władzy. Każdy z orków podchodząc do Rohgarda kłaniał się nisko. Generał robił to samo.

– Mam nadzieję, że masz plan? – Zapytał Nemrod, który pojawił się nie wiadomo skąd.

– Naturalnie mistrzu – odpowiedział Generał. – Musimy przejść cicho, blisko murów. Mam nadzieję, że krasnoludy wywołają jednak ten bunt w porcie. To byłaby szansa. Zdjęli by nam z karku połowę Straży Zamku.

Powietrze rozdarł ogromny huk. Wszyscy odruchowo spojrzeli w stronę błysku, który pojawił się nad portem. Najprawdopodobniej krasnoludy właśnie wysadzili magazyny z rybami.

– Dostali ode mnie buteleczkę eliksiru – powiedział z uśmiechem starzec. – Widzę, że testy przebiegły pomyślnie.

– To nasza szansa! – krzyknął Rohgard – Po cichu w stronę zamku! Biegiem marsz!

Około stu pięćdziesięciu orków, odzianych w skórzane zbroje pobiegło truchtem w stronę bramy do dzielnicy zamkowej. Zgodnie z obietnicą krasnoludów, brama była otwarta. Z portu dochodziły krzyki. Oddział przebiegł przez bramę, zamykając ją wielkim kołowrotem. Na koniec muskularny rybak połamał drążki koła. Nikt nie mógł teraz się wycofać.

– Ataaaaaak! – krzyknął przeszywająco Generał biegnąc w stronę zamku w pierwszej kolumnie. Obok siebie widział orków, których oczy błyszczały w chęci mordu i zemsty. Z całym impetem uderzyli w słabe, drewniane wrota zamku, które rozsypały się w drzazgi.

Na schodach stał tuzin łuczników. Tego Rohagrd się nie spodziewał. Obok niego przebiegali kolejni orkowie, którzy rzucając się na obrońców zamku rozrywali ich włóczniami i mieczami. Generał w triumfalnym wrzasku dobił ostatniego łucznika ścinając mu łeb toporem. W oczach żołnierzy paliła się rządza mordu.

– Dwudziestu do zbrojowni! Na lewo! – krzyczał Rohgard – Czterdziestu do koszar! Trzydziestu pilnować bramy! Reszta za mną!

Tłum orków pognał po schodach, szukając sali tronowej. Po drodze nawinęli się strażnicy, położeni przez samego generała. Po kilku chwilach błądzenia w korytarzach wszyscy wpadli do Sali Tronowej. Tej samej, w której Rohgard został zwolniony ze służby. Topór sterczał z głowicy tronu. Generał podbiegł do niego wyrywając go jednym ruchem.

– Armia! Rozejść się po zamku! Mordować każdego, kto nie wyrzuci broni na wasz widok!

Orkowie pospiesznie opuścili salę. Rohgard wyjął zza pasa drugi topór. Udał się w stronę drzwi do sypialni króla. Otworzył drzwi. Było tak jak podejrzewał. Siedmiu strażników murem otoczyło wystraszonego króla.

– Wyrzućcie broń i wyjdźcie z komnaty, a obejdzie się bez zabitych. Z wyjątkiem jednego – powiedział z wściekłością patrząc w zamknięte oczy króla.

Strażnicy przyboczni nie wyglądali na zachwyconych perspektywą opuszczenia władcy. Ścisnęli się jeszcze bardziej. Nastawili długie, żelazne miecze. Nie chcieli skapitulować. Był to ostatni błąd w ich życiu. Rohgard zrobił piruet tnąc dwoma, ostrymi jak brzytwa toporami w stojących najbliżej strażników. Lewym przedramieniem zablokował cios miecza nad głową. Ciął krótko rozpłatując głowę strażnika na dwie części. Pozostało jeszcze tylko czterech bohaterów. Idioci, pomyślał Rohgard wbiegając na jednego z nich, odbijając się od niego jednocześnie nadziewając go na miecz stojącego za nim. Miecz drasną go poniżej kolana. Padając na ziemię odciął nogi stojącego przed nim strażnika. Rozejrzał się po komnacie. Ku jego zdumieniu w środku zostało czterech martwych strażników, Rohgard oraz kulący się w kącie król.

– Wielki władca Moragg! Chylę czoło przed twoją wielkością! – zakpił generał chowając topory i podnosząc z ziemi dwa miecze.

– Rohgardzie! Jestem gotów przebaczyć ci twoje winy i oddać władzę nad armią! – odpowiedział król wstając sztywno

– Mam już swoją armię drogi królu. Ty zaś, nie masz już nikogo. Żegnaj!

Generał z rozbiegu wbił miecze strażników prosto w czaszkę Moragga, przybijając go do szafy na królewskie stroje. Pod uniesionymi kilka centymetrów nad ziemią stopami króla, szybko rosła kałuża krwi. Rohgard otworzył balkon, czując triumf. Wzrastającą euforię. Przed zamkiem stali żołnierze. Jego żołnierze…

Epilog:

Rohgard został nowym władcą Beshellu. Nigdy jednak nie zasiadł na tronie. Brał udział w wielu dziesiątkach bitew, prowadzonych przeciwko ludziom. Zawiązał sojusz wojskowy z państwem Drihneah, należącym do Krasnoludów. Czasy Rohgarda są określane w Beshellu jako czasy Złotej Rebelii. Lecz to zupełnie inna historia…

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz