Przedpoczatek

Dolina Adarud, bezkresne polacie zieleni zdominowane przez zyjace istoty . Swiat ponownie przechodzil swoista metamorfoze budzac sie po dosc dlugiej w tym roku zimowej poze. Pierwsza zaspana jeszcze lesna fauna , niepewnie wysciubiala nosy ze swych jam i norek delektujac sie wiosenna pora, ludzie jak gdyby w lepszych nastrojach zaczynali zmudne przygotowania do siewow i prac ktore odkladali z powodu zlej pogody, Kupcy zacierali rece gdyz byla to najlepsza pora roku dla ich zawodu, wszyscy ktozy mieli dosc pieniedzy potrzebywali ich uslug, a oni wcale nie grymasili i ze swymi wozami wyladowanymi najrozniejszym toawarem wedrowali od miasta do miasta wzbogacajac swoja kiese o kolejne monety.Jak zwykle nie proznowali rowniez poborcy podatkowi, doprowadzajac mniejszych szlachcicow i cholopolan do skrajnego bankructwa, wiadomo przeciez bylo ze krolowie i baronowie okolicznych wlosci, czekali tylko na pierwsze promienie wiosennego slonca aby wypuscic swoje osowiale wojska w poszukiwaniu nowych ziem i skarbow, czesto nalezacychc juz do ktoregos z sasiadow. Ziemia byla zdominowana, wszyscy pragneli posiadac wiecej i wiecej, bezprawie szezylo sie w kazdym z krolestw, zachlanni karczmaze stawiali swoje knajpy na calym trakcie od Edoras do pustyni Gala-Rad, ci co nie chcieli nabijac mieszkow nieuczciwym przedsiebiorca, wybierali noclegi pod gwiazdami na twardej ziemi, niektorym nawet sie udawalo jednak wiekszosc odnajdywano potem z nozem wbitym po sam trzonek, ograbionych ze wszystkich dobr. Swiat staczal sie coraz bardziej i tak jak kiedys powiedzial pewien medzec, ktorego powieszono potem za nogi z bramy miasta. „To my sami jestesmy najwiekszym zagrozeniem dla nas samych”. Nie bylo juz sojuszy, i zniknelo wszelkie pojecie przyjazni, kazdy martwil sie o siebie, a ci co nie potrafili sie dostosowac nie potrafili sie odnalezc… Tak zaczyna sie kolejny rok 1425. Czas oczyszczenia.

Samotka postac stojaca na niewielkim wzniesieniu, niedaleko glownego traktu spogladala z ciekawoscia na dziwna pare na ciemnych gniadoszach, nie dalo sie stwierdzic kim byli gdyz obaj ubrani w czarne postrzepione plaszcze ukrywali swoje sylwetki zaciagajac szerokie kaptury na twarz, nie przypominali kupcow czy wloczengow podrozojacych najczesciej ta droga w strone Edoras w poszukiwaniu szybkiego zarobku lub latwiejszego zycia. Ich konie byly zbyt odzywione i zbyt zadbane jak na ta czesc swiata, poza drobnymi jukami zwisajacymi z bokow wierzchowca, nie posiadali nic wiecej. Nie mieli broni co bylo dosc dziwne gdyz na taki wlasnie blad czekali tutejsi bandyci. Nie przypominali tez magow, co bylo latwe do stwierdzenia gdyz ci zazwyczaj przemiezali karainy napuszeni w swoich kolorowych szatach, straszac bogobojnych wiesniakow, swoimi niezrozumialymi mocami. Dziwne bylo ze chociaz wszyscy zyli na tym samym swiecie byly zakadki gdzie nie docieraly zadne wiesci , gdzie ciemnota tepila zblakanych swiezo upieczonych magikow, ktozy w swej ironi i niewiedzy trafiali do takich miescin zazwyczaj konczac zwijac sie z bolu na stosie osadzeni o konszachty z szatanem. Jednak przywileje jakie posiadali owi Czarodzieje jak sami siebie zwali twierdzac ze ta nazwa jest bardziej odpowiednia i szlachetna, sprawily ze w 1240 roku, ich grupa powiekszyla sie z kilkudziesieciu osob w niektorych przypadkach posiadajacych nawet spora wiedze oraz magiczne zdolnosci, w pare setek blaznow nie posiadajacyckle razem nawet tyle umiejetnosci by rozpalic zwykle ognisko…bylo to dosc zabawne gdy w co drugim miescie zjawial sie przedstawiciel owej kasty spolecznej, twierdzac ze jest wielkim wyslannikiem samego Kalgara glownego w owych czasach opata, rzadajac wszelkich wygod i najlepszych pokoi. Zapewne bylo by tak do tej pory gdyby nie Waldor Wielki ktory zniesmaczony jednym z owych oszustow ktory byl dos bezczelny by wejsc do jego malzenskiego loza i zbalamucil zone, powijajac z nia bekarta. Wydal dekret pozwalajacy na morderstwo kazdego blazna ktory pojawi sie w jego krolestwie. Zaskakujace bylo to jak za jego przykaldem poszla reszta krolestw pozbywajac sie na dobre klopotu, i przy okazji zaoszczedzajac spore sumki na „Czarodziejach” ktozy jakos kozystajac z goscinnosci nigdy nie potrafili wyczarowac z kieszeni materialnych pieniedzy.
W koncu Zakon zostal oczyszczony z oszustow a swiat juz nie tak barwny musial zadowolic sie kilkunastoma posiadajacymi jednak jakies zdolnosci…
Postac przypatrywala sie wiec z ciekawoscia starajac sie rozgrysc ta dwojke, na swiecie bylo wiele roznych organizacji i wiele dziwnych praktyk, ale oni emanowali czyms co ciezko nazwac, byla w tym pewna groza ktorej nie rozumiala, i jak bylo to w jej zwyczaju chciala poznac to czego nie spotkala…

Swiat zamarl, swiat sie zmienial, swiat oszalal…
Nastala noc, pograzajac wszystko w mroku rozswietlonym bladymi promieniami zacmionego ksiezyca, dlaczego ludzie bali sie mroku, dlaczego bali sie cieni, dlaczego bali sie tego czego nie widzieli, czy bali sie samego strachu…A co z tymi ktozy dopiero wtedy czoli ze zyli, co z mrocznymi istotami budzacymi sie do zycia, nie mozna powiedziec ze swiat zginal by bez ich istnienia jednak czy bylby lepszy…Swiat bylby taki sam, moze poza tym ze nie byl by juz tak ciekawy. Co z dwojka podroznych ktozy teraz siedzac spokojnie przy niklym blasku ogniska rozpalonego miedzy wysokimi granitowymi skalami otoczonymi wysokimi zielonymi sosnami , jeden z nich o oczach czarnych jak noc szpiczastym nosie, gestych brwiach i siwych wlosach okalajacych twarz poznaczonych bruzdami mijajacych wiosen spogladal w plomien starajac sie powstrzymac drzenie dloni, drugi zakrywajacy twarz kapturem, byl duzo mlodszy, mial podkrazone rownie czarne oczy, krotko sciete wlosy tego samego koloru oraz sine fioletowe usta. Kosci policzkowe sterczaly spod naciagnietej skory, zapewne nikt nie nazwal by go przystojnym mlodziencem, Obaj wygladali jak postacie z koszmaru, wyjete na swiat by straszyc male dzieci nie sluchajacych polecen doroslych. Starszy ociezale wstal z miejsca kierujac sie w strone koni przywiazanych w poblizu niewielkiego skrawa zielonej trawy gdzie mogly spokojnie odpoczac. Z jukow przywiazanych do boku konia wyjal kawalek suchego chleba oraz dwie gliniane misy, z podobnych kozystali praktycznie wszyscy biedniejsi mieszkancy tej czesci krolestwa. Drugi w tym czasie na drewnianym stojaku ustawionym nad ogniem zawiesil metalowy garnuszek ktory pojawil sie z nikad w jego dloniach. Staruch wlal do garnka wode z buklaku po czym zdjal plaszcz odslaniajac kamizelke z dziesiatkami maych kieszonek tego samego koloru co wierzchnie ubranie . z jednej z nich umieszczonej pod lewa pacha wyjal dziwne czarne owoce wielkosci ziaren fasoli powoli wsypujach je do garnka. Po kilku chwialch polamal chleb na kawalki dodajac go do mikstury, dziwna to byla receptura dla kogos nie obeznanego z ich prktykami, jednak ktos kto wiedzial kim byli ci dwaj potrafil zrozumiec ze dzieki niej jezdzcy mogli podrozowac przez wiele dni nie potrzebujac nic wiecej procz odrobiny wody. zakazana to byla wiedza i przynosila katastrofalne skutki dla tych co nie znali umiaru, bo wiedziec musza ci co nie probowali ze owa mikstura jest silnie uzalezniajaca i z czsem jedynie smierc przynosi. Jednak dla tych ktozy nie mieli wyjscia musieli sie na ten sposob podrozy zdobyc, lecz nie podlegalo dyskusji ze skoro sie na to zgadzali misja ich niezwykle wazna byla.
Starszy powoli mieszal miksture, kawalkiem galazki podniesionym z ziemi, caly zagajnik rozszedl sie zapachem zgnilych owocow.
Byl to chyba kolejny z powodow dla ktorych nikt o zdrowych zmyslach nie probowal by specyfiku. Ciezkie minuty mijaly powoli wprowadzajac melancholijna cisze przerywana jedynie cichym strzelaniem drewna w ognisku.

-Beldradzie, jak sadzisz ile drogi zostalo do Vidal… ?

Mlodzieniec z rozdraznieniem na twarzy, szczelniej okryl sie plaszczem, spogladajac na starca
Belgard nie przerywajac pracy, splunal w bok zielona wydzielina ocierajac wierzch ust brudnym rekawem.

-Sadzisz ze mi sie podoba cala ta podroz, ehhh nie palilem sie do tej roboty i nie wiem co strzelilo do glowy temu przekletemu opatowi, w porcie powinnismy byc za jakies trzy dni, potem czeka nas jeszcze podroz statkiem, i droga z Bravi do tej zapadlej krasnoludzkiej dziury gdzies w glebinach gor Gorgoda. Nawet nie chce mi sie o tym myslec, musimy dotrzec do Vidal w ciagu tygodnia, jesli sie spoznimy ucieknie nam ostatni statek i bedziemy musieli spedzic kolejne dwa tygodnie na inny, a wolal bym tego uniknac.

Starzec zaklal w kaledardzki sposob, ktory nie moze byc przytoczony na rzadnym z pergaminow nie waznie jak bardzo zaklety.

-Mam dosc tego zimna, jak tylko wrocimy do domu spedze miesiac w cieplej karczmie…Podobno nasz kochany Bardag przyjechal z dostawa nowych dziwek…Hmmm bede musial sprawdzic w piwnicy Barag-Dur czy na pewno sa czystymi istotami.

Beldrag przez chwile wpatrywal sie w blady ksiezyc nabierajac krwiozerczego wygladu,

-Jestes chorym czlowiekiem mistrzu.

chlopak usmiechnal sie cierpko wyobrazajac sobie starego mistrza przy swojej ukochanej pracy zwienczonej wielogodzinnym krzykiem wybranych a raczej jak zwal ich sam Beldrag „Poswiecony” istot.
Akolite wyrwalo z zamyslenia ciche bulgotanie mikstury ktora dawala do zrozumienia ze nadszedl czas na jej szybkie spozycie.

-Dobra chlopcze nie czas na czcze spekulacje, napijmy sie i ruszajmy w droge nie mam zamiaru spedzac tutaj nocy, jutro zapewne obudzilibysmy sie z pustymi kiesami, oczywiscie o ile mieli bysmy szczescie sie obudzic.

Silgard slyszac te slowa, rozesmial sie glosno nalewajac mieszanke do glinianych misek

-Sadzilem ze ktos taki jak ty potrafi poradzic sobie z pospolitymi bandytami, ale moze przecenilem twoje zdolnosci ?

Stazec spojrzal chmurnie w twarz mlodzienca mamroczac cos pod nosem

-Masz niebywaly talent do draznienia ludzi moj mody uczniu, przysiegam ci ze kiedys trafisz na kogos kto potraktuje twoje slowa zbyt powaznie i skonczysz w swiezej mogile.

Chlopak szybko wypil swoja porcje starajac sie myslec o czyms zupelnie innym, pomimo tego cierpki smak od razu spowodowal odruchy wymiotne, co zdazalo sie dosc czesto. Mikstura juz po chwili zaczela dzialac wprowadzajac do ciala nowe sztuczne poklady energi niemal rozrywajace komorki, cale cialo wydawalo sie jakby naprezone gotowe do skoku. Chlopak czol sie przez chwile tak jak gdyby reszte drogi mogl przebiec na piechote a to i tak nie byl by zaden wysilek.

-Mistrzu kocham te nasze wieczorne pogawedki ale moze zrobmy jak powiedziales i lepiej juz jedzmy, nie lubie wiosny, slonce wstaje za wczesnie i znika za pozno, przez to juz w poludnie glowa mi peka. A roztwor z Garid wcale mi nie pomaga, zzwyczaj gdy jego efekt mija wolal bym znalezc sie w innym ciele…

Starzec usmiechnal sie pod nosem przysypujac ogien czarnym piaskiem. Po czym pozbieral reszte ich ekwipunku podchodzac do konia. Szybkim ruchem zlapal sie za uzde wskakujac na siodlo, odwiazujac sznurek ktorym przywiazal swojego wierzchowca.
Silgard spakowal rzeczy do jukow, kladac prawa dlon na konskiej grzywie.

-Beldradzie wydaje mi sie ze przy takim tepie konie nie wytrzymaja reszty podrozy, bedziemy musieli je zostawic w porcie a pozniej juz zdac sie na wlasne nogi,

Starzec jak gdyby nie sluchajac slow mlodego akolity rozgladal sie do okola po czym obrocil konia w strone polnocnego traktu.
Silgard za przykladem nauczyciela szybko wskoczyl na wierzchowca by juz po chwili gnac za starcem, w ciemnosciach wygladajacym jak ciemna zjawa umykajaca przed swiecona woda kaplana.

-Chlopcze konie musza wytrzymac jesli nie truno…

Krzyknal starajac sie przebic przez bariere wiatru,

-A i jeszcze jedno…, ktos caly czas podaza naszym sladem.

Samotna postac obserwowala dwojke podroznikow, gnajacych przed siebie niemal doprowadzajac konie do granic wytrzymalosci, Cos ich wyraznie sploszylo, moze juz wiedza, Dziwna postac powoli ruszyla ich sladem nucac wesola piosenke, wiekszosc sledzonych przez nia istot orientowalo sie ze ktos ich sledzi dopiero w momencie gdy ostrze sztyletu wystawalo z ich piersi.
-Ciekawe

Szepnela po chwili starajac sie przebic wzrokiem mrok nocy…

Tak jak przypuszczal mlody Akolita krotko po tym jak slonce znalazlo sie na szczycie niebosklonu, jego glowa niemal eksplodowala, Bol byl delikatnie umujac bardzo nieznosny. Zjechali z traktu pare godzin temu jadac blizej zadkich drzew i granitowych skal pokrytych zielonym mchem, byla to nikla oslona przed sloncem jednak dawala wiecej niz nic. Mimo tego ze nkt o zdrowych zmyslach nie stwierdzil by upalu bo jakze by inaczej skoro wiosna trafila do krolestwa nie sprzeszla kilka tygodni temu, wiec jeszcze gzieniegdzie na spekanej ziemi widnialy slady nie do konca przeszlej bogini Sarelli stacjonujacej na dalekim plaskowyzu ksiestwa Niezdobytego. Przez okragly rok otoczonego tak nieprzeniknionym zimnem ze tylko nieliczne istoty potrafia utzymac sie przy zyciu. Sama krolowa jak swiadcza opowiesci, przypominajaca podobno sedziwa staruszke ktora caly czas kiedy nie jest potrzebna przesiaduje w swoich bibliotekach wertujac ksiegi gdzie na pozolklych kartach znajduja sie przypowiesci w zapomnianych juz jezykach. Sarella podobno byla bardzo mila jednak malo jest istot ktore kochaly zimno jakie wywolywala i tak na prawde nikt nie przetrwal by przy jej ciele zbyt dlugo, wiec z samotnosci i zalu jej cialo sie zestazalo a wiecznie blekitne oczy staly sie smutne i martwe. Wracajac do mlodego Silgarda mimo tego ze pogoda nie byla az tak dokuczliwa on i jego mistrz nalezeli do ludzi niezbyt przepadajacych za dziennym swiatlem i dlugotrwale obcowanie z nim konczy sie tym ze Chlopcem zaczynaja targac mordercze emocje przeciwko wszelkim istota ktore maja nieszczescie stanac mu na drodze.

-Mistrzu jesli mnie oczy nie myla za kilka chwil wpadniemy prosto na kilku rycerzy ksiestwa Edoras,… zapewne wyjdziemy z tego spotkania z lzejszymi sakiewkami

Chlopak odznaczal sie niebywalym wzrokiem gdyz jego nauczyciel nie widzial nic do momentu az grupa szesciu mezczyzn odziana od stop do glow w srebrne pancerze nie objawila swojej obecnosci wylaniajac sie zza malego wzniesienia oslepiajac blaskiem . Dziwna to byla moda na Edoraskim dworze, zapewne ksiaze Wert pragnal wzbudzac szacunek i strach gdy jego kilkutysieczna armia skladajaca sie z tych blaszanych przebierancow ruszala galopem na wroga, razac go w oczy. Ciekawe co myslali sami poszkodowani ktozy kazdego dnia musieli nosic ten kilkudziesiecio kilogramowy pancerz, dodatkowo kazdy bez wyjatku pod kara obcietego zoldu musial czyscic go dwa razy dziennie co bylo juz doprawdy smieszne. Ksiaze Wert nie liczyl sie z tym ze jego wojska byly widoczne juz z daleka nie liczyl sie tez z tym jaki dyskomfort czuli rycerze, dla wiekszosci dzisiejszych wladcow liczyl sie przede wszystkim prestiz i nic poza a to ze na polu bity zginelo zamiast kilkunastu kilkaset osob poza samymi zabitymi nie robilo nikomu roznicy.Sam zas moznowladca potrafil braki w swojej armi zastapic ochotnikami z innych krolestw dzieki zdobytym skarba podczas podboju innychc ziem.Oczywiscie nie wszyscy wladcy byli tacy, istnialy ksiestwa gdzie stazy krolowie z silnymi ramionami, odziani w wiecznie zalane krwia kolczugi spogladali na sasiadow gniewnym wzrokiem szykujac swoich barbazyncow do walki…

-Ehh przekleci rycerscy…

Skomentowal, zwalniajac nieco swego konia aby moc zapewne rozwazyc wszelkie mozliwosci tego spotkania… Nie widzieli nikogo w poblizu strazy Edoras wiec tak jak przypuszczali , zwrocili na siebie uwage jak tylko pierwszy z nich zwrocil swoj wzrok na wedrowcow w czerni. Gdy zblizyli sie juz dosc blisko aby spojrzec w twarze wojskowych, Silgard przyjzal im sie z umiarkowana ciekawoscia. Ich szpiczaste helmy z dlugim czerwonym piuropuszem ulozyli niedbale w tawie napawajac sie chlodem. Dzieki temu mozna bylo zauwazyc ze kazdy procz jednego sniadego starca siedzacego na niewielkim pniu ocierajac twarz brudna chustka. posiadali fryzury na mode srednio zamoznych mieszczan, czyli dlugie naoliwione wlosy zaczesane do tylu, Moze i nie byla do dosc przemyslana moda i fryzury te szczegolnie podczas lata, upodobaly sobie wszy. Wiec co jakis czas kazdy, kto zdecydowal sie jednak na taki wybor musial co jakis czas udac sie do specjalnych kobiet ktore za dosc spore sumy, wybijaly szkodniki specjalnymi srodkami dodatkowo nakladajac srodki ktire mialy chronic przez ustalony czas, co oczywiscie bylo bzdura bo gdyby tak bylo na prawde stracily by prace. Jednak panicze ufnie placili kolejne sumy, a larwy i tak wracaly.
Ich twarze zdradzaly napiecie, zapewne spowodowane kolejnym wzrostm podatkow. Jasne cery , niebieskie oczy, mocne twarde szczeki…typowi przedstawiciele Edoraskiego ludu.

-Stac panowie, niestety musimy was zatzymac gdyz droga ta nalezy do Ksiecia Warda, i za jego rozkazem zbieramy oplaty aby wspomoc kampanie przeciwko zewszad czychajacym wroga a na ziemiach naszych wiekszy pozadek i bezpieczenstwo zapewnic.

Na przod wylonil sie najwyzszy z nich odznaczony czerwonym krzyzem namalowanym na napiersniku co oznaczalo ze byl kims w rodzaju kapitana tej smiesznej zbieraniny, jego gladko ogolona twarz pachnaca z daleka niemal omdlewajacym zapachem kwiatow, oraz wypielegnowane dlonie swiadczyly o tym ze czlowiek ten mial czestsze stycznosci z pilnikiem i kosmetykami niz z mieczem w dloni.

-Hmm zapewne rozpatrzyl bym twoja propozycje…Jednak ksiaze Wert jest osoba bardzo zamozna i watpie czy nasze marne kilka groszy ktore mamy przy sobie w jakikolwiek sposob wspomoga jego niezkonczone kampanie.

Odparl starzec starajac sie przemawiac w rownie uprzejmym tonie, jednak na jego twarzy malowala sie jawna niechec do tego czlowieka.

-Niestety panie nie moge sie z toba zgodzic myto wynosi dwadziescia srebrnych drasni, jesli nie chcesz go oplscic musisz zawrocic i wybrac inna droge.

Kapitan dal znak swym ludzia aby podniesli leniwe tylki po czym polozyl prawa reke na swym mieczu spoczywajacym w pochwie wiszacej u pasa.

– Drogi kapitanie dwadziescia srebrnych drasni, wybacz moje slowa ale chyba slonce za bardzo przypieklo ci mozg w tym blaszanym garnku, jestesmy w Edoras wiec wydaje mi sie ze tutaj obowiazuje inna waluta. Chyba nie chcesz zebym sadzil ze starasz sie wzbogacic wlasna kieszen…jak wiadomo drasni ma dwa razy taka wartosc jak wasz fraski kruszec.

Odparl juz troche mniej milym tonem spogladajac na silgarda aby nie wazyl sie nawet ruszyc malym palcem.

-Uwazaj na slowa wloczengo, jestem kapitanem drugiego polku krolewskiej szarzy wiec, albo zdecydujesz sie na przeprosiny za swe slowa i oplacisz myto…Moze wtedy zdolasz odejsc bez zbednej kary…Albo potraktuje je powaznie i razem ze swym zakapturzonym towarzyszem jeszcze dzisiaj zawisniecie na rozstaju jako przestroga dla innych glupcow.

Mezczyzna z czerwonym krzyzem na piersi, juz dosc powaznie wyjal miecz do polowy odslaniajac lsniace ostrze.
Jego towarzysze pewni latwego zwyciestwa, uniesli swoje wocznie odslaniajac pozolkle zeby w szerokich usmiechach.

-W takim badz razie panie wydaje mi sie ze nie dojdziemy do porozumienia…ale moge obiecac ci jedno, jezli ty i twoi rycerze odpuscicie w tej chwili i dacie spokoj obiecuje ze odejdziecie skad bez wiekszych szkod, jesli jednak dalej bedziecie stawac nam na drodze niestety dojdzie do nieprzyjemnosci…

Beldrag z kamienna twarza wygladal jak by mowil calkiem powaznie. Zapewne dlatego Kapitan czerwony na twarzy wyjal miecz z pochwy biorac potezny zamach aby powalic starca jednym ciosem…Nauczyciel w ostatniej chwili uniosl dlon a miecz jak gdyby odbil sie od niewidzialnej sciany wylatujac z reki zdumionego kapitana szybujac kilka krokow dalej.

-Widzisz zaatakowales mnie chociaz bylem bezbronny, i teraz drogi przyjacielu musisz za to zaplacic.

Starzec zrecznie zeszkoczyl z konia zanim ktokolwiek zdazyl zareagowac, wyciagnal reke otykajac twarzy kapitana.
tamten jak gdyby za dotknieciem diabelsiej sily, upadl na ziemie gnac sie smagany niewidzialna sila. Po chwili wyposcil z siebie ostatnie tchnienie zastygajac w bezruchu, a z jego jeszcze otwartych ust powoli saczyla sie lepka czerwona krew.
Beldrag spojrzal na reszte rycerzy wpatrzonych w niezywe cialo przywodcy, ich nieme twarze wyrazaly przerazenie i niedowiezanie,

-Panowie jesli macie dosc rozumu to w tej sekundzie odsuniecie sie z drogi a my pojedziemy dalej, natomiast jesli dalej tli sie w was chec walki to polecam mojego towarzysza…tylko prosze uwazac on nie jest az delikatny jak ja i zapewne bedzie chcial pobawic sie z wami zanim tak jak nasz pan kapitan wkoncu wyzioniecie ducha.

Rycerze jak jeden maz upuscili swoja bron uciekajac w strone rzadkich drzew za plecami.

Silgard spogladal na nich z lekkim rozbawieniem, zerkajac na nauczyciela.

-Beldragu nie sadzisz ze byles zbyt laskawy dla wojownikow Edoras, nasi uciekiniezy zapewne zaalarmuja pierwszy wiekszy garnizon, ktory bedzie nasz scigal do samej granicy.

Starzec spojrzal na ucznia z dezaprobata po czym prychnal spluwajac na ziemie.

-Zanim nasza wesola kompania pozbiera mysli i wyjasni cokolwiek komukolwiek bedziemy juz na statku, wiec lepiej zostaw swoje madrosci dla siebie, a teraz ruszajmy dalej stracilismy tutaj wystarczajaco duzo czasu.

Zabojca wskoczyl na konia po czym wbijajc piety w bok konia wystrzelil nad cialem niezywego czlowieka w dalsza droge zostawiajac za soba jedynie tumany kurzu spod kopyt wierzchowca.

Postac w zielonym plaszczu stanela nad zwlokami mezczyzny w srebrnym pancerzu z czerwonym krzyzem na piersi.
Cala scena wydawala jej sie niezwykle interesujaca i miala juz niejakie pojecie o ludziach ktorych sledzi od kilkunastu dni.
To co zrobil stazec, niejeden niedouczony wiesniak nazwal by magia, jednak w istocie bylo to cos zupelnie innego.
Przecietny czarodziej potrzebowal by kilku chwil i mnostwa gestow zanim stworzyl by odpowiednia konstrukcje do wyplecenia najprostszego czaru, wielu uwazalo to za dosc marny sposob na zycie, gdyz ktos wystarczajaco sprawny lub potrafiacy sprawnie wladac tym co ma w glowie z latwoscia pozbyl by sie kogos takiego. Natomiast to co pokazal stazec dalece wykraczalo poza mozliwosci zwyklego maga, nie bylo gestow nie bylo slow…Postac w zielonym plaszczu z zaciekawieniem uklekla dotykajac czola niezywego mezczyzny, Jezdzcy oddalili sie juz jakis czas temu pozostawiajac za soba tak wyrazny slad jak gdyby pragneli tego zeby ktos ich scigal. Kapitan bialy jak kreda z twarza wykrzywiona w grymasie bolu wygladal dosc mizernie. Samotna postac wysonela reke z rekawa plaszczu ukazujac nieskazitelnie biala skore podobna do naszego niedawnego trupa. Dlugie chude palce zakonczone czarnymi paznokciami, zatrzymaly sie kilka centymetrow nad twarza mezczyzny, drgajac delikatnie, Wedrowiec jak gdyby zastygl w kamien przez kilkanascie minut nie zminiajac swojej pozycji…Gdy juz wydawalo sie ze na wieki polaczy sie w cierpieniu tego miejsca ktorym przenikalo wszystko od piasku trzeszczacego pod butami po liscie drzew kolyszace sie na wietrze. Nage wstala spogladajac w dal gdzie ostatnie drobinki wzbite w ziemie delikatnie osiadaly na swoim miejscu, niewidoczne dla ludzkiego oka, niewidoczne dla nikogo…

-Ciekawe…

Szepnela do siebie idac w slad za zabojcami…