Kroniki Falko

 Kroniki Franco z Balldevill

Autorstwa Konrada Szatkowskiego

Część 1:

 

Już więcej nie pije, nie nigdy więcej”, zdanie powtarzane podczas każdej biesiady w karczmie zdawały się niczym, gdy przyszło mi przypominać sobie stare czasy i wydarzenia, które odwiodły go od życia pełnego przygód. Wspomnienia tamtych dni są dla mnie takie bolesne, ech za dużo myślę, ale głowa mnie tak łupi, jak to mówił Derin?, hmm, na kaca najlepsza dobra baba albo kufel mocniejszego, tak chyba nie jest jeszcze zbyt wcześnie na 1 czy 2 kufle, a niech tam z postanowieniami, muszę czymś zająć myśli. Droga do karczmy nie jest trudna, ludzi jakoś mniej, z karczmy dochodzi mniejszy hałas niż wczoraj, pod jej zewnętrznymi ścianami nie ma też śpiących pijaków jak w nocy, czasami aż nadto rozumiem ludzi, którzy tyle piją. W tych niespokojnych czasach każdy dzień może być ostatnim. Kiedy kilka tygodni temu bestie porwały dzieci w pobliskich lasach nawet ja, który walczył z nimi przez lata zląkłem się, nie o swoje życie, lecz bardziej o spokój w wiosce, który został zaburzony, dlaczego nie martwiłem się o dzieci? Gdyż wiem jak te bezrozumne bestie postępują i wiem że nie było nadziei dla tych, których porwą. Karczma o tej porze niezbyt zapełniona, prócz mnie jest tylko 2 wczorajszych gości, pewnie jak ja leczą wczorajszą biesiadę, zawsze mnie dziwiło jak to ludzie mimo niebezpieczeństwa wokół i ogólnego strachu, znajdą, co jakiś czas moment na biesiadę, pamiętając, co działo się wczoraj ludzie jednak bawią się i piją jakby jutro nie miało nadejść. Czytaj dalej Kroniki Falko

Pożar

Przeprowadzka

Był piękny ,słoneczny dzień. Lekki wiatr delikatnie pieścił zielone liście drzew ,które dopiero co zaczynały rozkwitać .W końcu nadeszła upragniona przez wszystkich wiosna ,koniec ciągłych opadów śniegu , odmrożonych palców ,wiecznego kataru no i oczywiście przeszywającego zimna ,które dawało o sobie znać za każdym razem gdy tylko wystawiło się nos za drzwi ciepłego i przytulnego mieszkania.
Dla nas był to również upragniony czas ,bo właśnie na początek tej cudownej pory roku zaplanowaliśmy z mężem ,długo przeciąganą przeprowadzkę do Stanów Zjednoczonych.Kupiliśmy tam piękną willę na Florydzie. No , a skoro już zaczęłam o mężu to może czas na kilka słów o naszej rodzinie .Oboje z Michałem pochodzimy z Polski.Poznaliśmy się w wieku 15 lat podczas drogi do szkoły.Po zakończeniu liceum , ja wyjechałam do Anglii ,aby studiować dziennikarstwo na Kings college , a Michał został w ojczyźnie i również zajął się studiami.Po zakończeniu edukacji wróciłam do kraju ,tam wzięliśmy ślub i doczekaliśmy się dwóch córek bliźniaczek-Weroniki i Bereniki.Mamy jeszcze psa rasy labrador ,wabi się Breake. No ,ale wróćmy już do naszej przeprowadzki do Stanów.
Wstaliśmy około 8 rano ,spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i pojechaliśmy na lotnisko , skąd zaraz mieliśmy wylecieć do Ameryki . Byłam bardzo podekscytowana , w końcu z moim ukochanym mężem i córkami zamieszkam w miejscu moich dziecięcych marzeń .Samolot ruszył ,no i nagle odezwał się mój skrywany strach przed lataniem .Serce waliło mi jak młot ,ręce zaczęły się pocić .Modliłam się żebyśmy tylko szczęśliwie dolecieli do celu . Czytaj dalej Pożar

W potrzasku czasu – cz.1: Równowaga

Piliście kiedyś jakie wino? Pewno tak. Ale czy piliście ongiś słynne wino Schamm z Varfenu? Ha, chłopkowie, pewnie nie słyszeliście nawet! Wiedzcie jeno, że to najlepsze wino, jakie moglibyście sobie wyobrazić. I nie tylko to w Varfenie jest piękne, o nie! Cne, prócz dziewcząt i trunków, są tam wschody słońca. Ho, ho, a cóż to za widoki były! Wyobraźcie sobie najwspanialszy, najbardziej kolorowy wschód słońca. A teraz przemnóżcie to przez trzy, takie piękne są, o!

Ale rozwodzić się ni będę. Nie po to żem przyjechał. Dziś wam opowiem historię pewnego młodziana, polejcie mi jednak jeszcze kufel piwa… Czytaj dalej W potrzasku czasu – cz.1: Równowaga

Mały ghul, duże kłopoty

Mały ghul, duże kłopoty

Niziołki zawsze, powtórzę, ZAWSZE przynoszą kłopoty. Jeśli nie ukradną dziecku lizaka, to podkradną kurę albo wisiorek. A jak nie kradną, to i tak zaczną. Tak to już jest z niziołkami. Chociaż ja sam nic przeciwko nim nie mam, to w Tar Loch ta rasa miała, szczerze mówiąc, przerąbane. O ile gnomy tolerowano lub ignorowano, to niziołki były otwarcie szykanowane.

Tar Loch było totalnym, za przeproszeniem, zadupiem. Oprócz dwóch czy trzech handlarzy, którzy przybywali tu przejazdem, wioska nie była przyzwyczajona do przyjezdnych. Każdy podróżny, który zatrzymał się w wiosce, wzniecał prawdziwe zamieszanie. Czytaj dalej Mały ghul, duże kłopoty

Pustka… cz.1

Stwierdzenie, że szedł przed siebie byłoby chyba najlepszym określeniem, które przychodziło mi do głowy.
Wyglądał zupełnie normalnie, gdyby tylko móc pominąć fakt, że jego ubranie było całe poplamiona krwią, a wyraz twarzy wyrażał stuprocentowe zdezorientowanie i przerażenie. Widać było, że nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego gdzie jest i co tu w ogóle robi. Po paru minutach błąkania się i nieudolnym szukaniu czegokolwiek co mogłoby wydać mu się znajome, podszedł do słupa, oparł się o niego plecami i opadł na ziemi. Latarnia świecąca żółtym światłem była ostatnią już latarnią, która jeszcze się paliła i oświetlała ona tylko niewielki kawałek chodnika. Wszędzie dookoła panował półmrok i trudno było dojrzeć czegokolwiek. Chłopak wyglądał mi na jakieś siedemnaście lat, a przynajmniej takie wywoływał wrażenie, ale możliwe, że to światło po prostu go odmładzało. Opuścił głowę i sięgnął do kieszeni spodni, z której wyjął coś niesamowicie przykuwającego mój wzrok. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to jakiś zwykły czerwony kamień, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że to jednak nie to, Musiało to być coś innego, cos cenniejszego. Nie wiem czemu, ale z sekundy na sekundę ten człowiek wydawał mi się coraz mniej przyjazny i bezbronny, a ja oglądając go zza drzewa stojącego pare metrów od niego przestawałam czuć się bezpiecznie pomimo tego, że przez ramię przewieszoną miałam katanę, a w ręce nóż. Chciałam się wycofać, zawrócić i zapomnieć, ale kiedy zrobiłam krok w tył coś trzasnęło. Dźwięk odbił się echem po pustej ulicy. Chłopak szybko stanął na równe nogi, a kamień w mgnieniu oka schował powrotem do kieszeni. Zaczął rozglądać się próbując wypatrzeć tego co wywołało ten dźwięk. Stałam jak wryta przez pare sekund. Wydawało mi się przez chwilę, że patrzy on prosto na mnie. Adrenalina skoczyła mi do tego stopnia, że nie potrafiłam racjonalnie myśleć. Instynkt kazał mi uciekać, ale nie mogłam się ruszyć. Po chwili zrobiłam kolejny krok w tył. W tym momencie chłopak naprawdę mnie spostrzegł. Ruszył w moją stronę dość szybkim krokiem, a ja jednak posłuchałam instynktu, odwróciłam się i zaczęłam uciekać. Las był ogromny, a drzewa stare, grube i połamane. Omijałam je tak szybko jak jeszcze nigdy, a za sobą słyszałam coraz to głośniejszy szelest liści. Nigdy jeszcze nie spotkałam kogoś szybszego ode mnie. Do teraz. Doganiał mnie. Nie musiałam się nawet odwracać, aby to wiedzieć. Nagle coś przeleciało mi koło głowy i ugodziło to coś za mną, bo człowiek to na pewno nie był. Wiedziałam, że już nic mnie nie goni, ale nie potrafiłam się od razu zatrzymać. Pobiegłam jeszcze dobre kilkanaście metrów i w końcu mogłam odetchnąć. Ucieczka nie jest moją dobrą stroną. Dopiero po chwili zorientowałam się, że coś jest nie tak. Spojrzałam na swoje ramię, wbite było w nie coś w rodzaju strzykawki. Obraz zaczął mi się rozmazywać. Zaczęłam kompletnie tracić siły. Poczułam jak ktoś wyrywa mi nóż i zabiera katanę. Nie byłam już w stanie nic zrobić, ani niczym ruszyć. Ogarnęła mnie przerażające ciemność. Ostatnie rzecz, którą odczułam to, to, że upadam. I już nic więcej… Czytaj dalej Pustka… cz.1