Kochany Pan Miś

Kochany Pan Miś

„Mała dziewczynka, zagadkę odgadła,
do jej pokoiku śmierć się zakradła.
Zbyt późno jednak, sierotka mała
o czyhającym zagrożeniu się dowiedziała.
Dlatego uważaj na lalkę, misia swojego,
bo możesz już nie ujrzeć, światła dziennego.”

Niewielu znalazłoby się takich, którzy uwierzyliby w tę nieprawdopodobną historię. Ty również nie dałbyś wiary, co może wydarzyć się w dziecięcym pokoju.
Pełnia księżyca na gwiaździstym niebie rozświetlała miasto i roztaczała ponurą aurę tajemniczości, jakby coś złego miało się wydarzyć. Gwar cywilizacji za dnia ciężki do wytrzymania, teraz zamienił się w sporadyczne odgłosy przejeżdżających aut, tramwajów i ludzkich rozmów.

Wychylił się zza rogu i próbował dostrzec w oparach fioletowego światła drogę, prowadzącą do sklepu z zabawkami. Chodził nią często, jednak teraz sytuacja była zupełnie inna. Krótka przebieżka, która zwykle zajmowała mu kilka minut, obecnie wydawała się być prawdziwą eskapadą na koniec świata. Każdy kąt mógł kryć śmiertelne zagrożenie. Muffy oczami wyobraźni widział Jego twarz z wielkimi wybałuszonymi oczyma i demonicznym uśmiechem. Przynajmniej tak opisywali go ci, którym udało się przeżyć spotkanie z Nim. Zło w czystej postaci. Wcielenie najgorszych koszmarów.
Muffy wiedział, że jak najszybciej musi wszystkich ostrzec. Ta myśl drążyła jego mózg, nie dawała spokoju. A może to już niepotrzebne? Może oni już dawno nie żyją?
Idąc na palcach przemieszczał się w kierunku mysiej dziury prowadzącej ze sklepu na zaplecze. Stamtąd było już niedaleko. Ominął wyłożoną przez właścicielkę łapkę na myszy i przystanął nasłuchując. Doszedł go dźwięk, coś jakby szuranie butów. Czy to tylko jego wyobraźnia, czy może to cierpiące dusze wszystkich tych, których On zabił? Trzeba iść dalej – pomyślał. Mimo paraliżującego strachu nie wolno mu się było zatrzymać, odpocząć.
Uklęknął i posuwając się na czworakach próbował przecisnąć się przez otwór. Połową ciała znajdował się już na zapleczu gdy poczuł, że coś łapie go za nogi. Zimny dreszcz przeszył ciało. Serce biło jak oszalałe. Zaczął się wyrywać, kopać, jednak coś mocno trzymało. Chwilę potem poczuł ogromny ból w kostkach. To coś zaczęło go ciągnąć za nogi. Próbował szarpać, jednak nadaremnie. Ogromna siła, wyciągnęła go z otworu i rzuciła jak workiem o ziemię. Leżąc na brzuchu próbował się podnieść, jednak ból skutecznie udaremnił jego plany.
– Przeciąłem ci pęciny. To stara sztuczka, aby uniemożliwić ofierze ucieczkę. Życie jest brutalne – zagrzmiał donośny głos.
Muffy jak bezbronny żuczek przewrócił się na plecy i zobaczył potężną postać, trzymającą ostry, długi przedmiot. W ciemności nie był w stanie dostrzec dokładnie wszystkich szczegółów, jednak bez wątpienia to był On. Krew sącząca się z przeciętych kostek, zalewała podłogę a ból przeszywający ciało, krępował ruchy. Z wielkim wysiłkiem Muffy wstał na kolana i próbował zebrać siły do ucieczki. Nagle poczuł na karku silny uścisk a chwilę potem wisiał kilkanaście centymetrów nad podłogą. Ktoś trzymał go za szyję i niczym szmacianą lalką wywijał w powietrzu. Oprawca popchnął go w kierunku pułapki na myszy. Muffy mimo rozpaczliwych prób zapanowania nad ciałem nie był w stanie wygrać z siłą bezwładności. Metalowy pręt uderzył z prędkością kuli. Trzask pogruchotanych kości i przeraźliwy jęk przeszyły ciszę.
– Teraz na pewno mi nie uciekniesz – zagrzmiał głos.
Oprawca podszedł do uwięzionego Muffiego. Nadepnął mu na dłonie, uniemożliwiając poruszanie rękami. Używając ostrego narzędzia wykonał dwa głębokie nacięcia na wysokości nadgarstków, tam gdzie zwykle robią to samobójcy.
Muffy wił się z bólu, jego krzyk rozległ się w całej kamienicy. Kat czekał. Przeraźliwe jęki stopniowo ucichły. Muffy spojrzał na oprawcę pustym wzrokiem i tylko ciche westchnienie świadczyło, że uchodzi z niego życie.

Zerwał się wiatr. Czyste niebo zasnuły chmury. Małe trąby powietrza niosące jesienne liście tańczyły jak baletnice, wykonując egzotyczne figury.
Morderca stał i sycił się widokiem martwego, sponiewieranego i zakrwawionego ciała. Trzymał chirurgiczny skalpel, z którego kapały jeszcze krople krwi.
Oprawca podniósł ręce do góry w geście triumfu.
– Starożytni bogowie Venomu dodajcie mi sił – wykrzyczał. – Panie nie zawiedź moich oczekiwań. Twój wierny sługa wypełni przepowiednię i proroctwo stanie się faktem. Ziemia pokłoni się przed ostatnim synem rodu Valgendorf.
Teraz wydawał się jeszcze większy i potężniejszy. Ogromne ramiona trzymające ostre narzędzie i demoniczny wyraz twarzy obwieszczały całemu światu nadchodzący koniec.

Wolnym krokiem, szli leniwie ulicą Marynarską w kierunku centrum handlowego „Galeria Mokotów”. Żona i dzieci senatora Iwasińskiego przyzwyczajeni byli do luksusów. Halina ubrana w garsonkę od Versace, skórzane buciki za jedyne siedemset złotych z wyprzedaży i torebkę z krokodylej skóry prowadziła za rączkę Jacusia, siedmioletniego, zmanierowanego chłopczyka. Znudzona, pięcioletnia Małgosia szła obok i co chwila zaglądała w sklepowe wystawy. Przystawiała twarz i rączki do szyby, wystawiała język i wpatrywała się do środka. Od wewnątrz rozpłaszczony nos przypominał świński ryjek.
– Małgoniu! – krzyknęła mama. Chodź tutaj.
Dziewczynka nic nie robiąc sobie z reprymendy udzielonej przez Halinę dalej w najlepsze zaglądała przez szybę.
Za jedną ze sklepowych wystaw dostrzegła ślicznego pluszowego misia. Miał szare futerko, czarny nosek i przecudne, lśniące jak węgielki oczka, którymi patrzyły w kierunku Małgosi i prosił: „Zabierz mnie ze sobą. Jestem tu taki samotny. Nie mam się do kogo przytulić. Jeśli masz dobre serduszko, uratuj biednego misia”.
– Mamusiu, mamusiu, popatrz – z przejęciem w głosie zagadnęła dziewczynka. Złapała mamę za spódnicę i szarpiąc stanowczym głosem krzyczała – Ja chcę misia, musisz mi go kupić. Rozkazuję ci, inaczej nie będę jadła do końca życia.
– Córeczko, czy nie widzisz, co to za sklep? Przecież nie wejdziemy do lumpeksu. Co sobie ludzie o nas pomyślą? Kupimy ci lepszą lalkę w Centrum Handlowym.
– Ale ja chcę tego misia, nie lalkę – z płaczem w głosie krzyczała. Otworzyła sklepowe drzwi i wślizgnęła się do środka.
– Utrapienie z tymi dziećmi – westchnęła mama, ciągnąc za rękę Jacusia. Chcąc nie chcąc weszli do second handu. Małgosia trzymała w objęciach kilkudziesięciocentymetrowego pluszowego niedźwiadka. Krzyczała głośno, że nie wyjdzie stąd, dopóki mamusia nie kupi jej zabawki.
– Dziecko, czy wiesz ile robactwa znajduje się w takiej zabawce? Kto wie, czy nie ma w niej wszy, albo pcheł? – z oburzeniem westchnęła Halinka.
– Mamusiu, ale on jest taki kochany, będzie moją ulubioną maskotką – lśniące oczy dziewczynki oznajmiały, że nie ma najmniejszego zamiaru rozstać się z nową zabawką.
Zrezygnowana mama zapłaciła za misia i z markotną miną wyszła ze szmateksu.

Sobotnie popołudnie jak co tydzień spędzali w hipermarkecie. Halina przeszukiwała markowe sklepy w poszukiwaniu butów i garsonek. Dzieci starały się dotrzymywać jej kroku. Co chwilę jednak rozbiegały się widząc nowe, kolorowe stoiska. Małgosia cały czas nie wypuszczała pluszowego misia z rąk. Tuliła go i głaskała, mimo że leżąc na sklepowej wystawie, zdążył się zakurzyć i lekko pobrudzić.
– Nazwę cię Teddy – stwierdziła z przekonaniem. – Jesteś taki kochany. Co prawda trochę śmierdzisz, ale jak wrócimy, mama wypierze cię w pralce. Będziesz jak nowy.

Późnym popołudniem przybyli do domu. Parterowa willa z czerwonym dachem zamieszkiwana przez rodzinę Iwasińskich, nie wyróżniała się niczym spośród innych domów zamożnych osób z dzielnicy. Politycy, biznesmeni, aktorzy, stworzyli w tym miejscu enklawę dla bogatych.
Pokój Małgosi przypominał świat z bajki. Zielone ściany z namalowanymi kolorowymi kwiatuszkami idealnie komponowały się z niebieskim sufitem pokrytym świecącymi, fluorescencyjnymi gwiazdkami. Wszędzie porozrzucane było mnóstwo najnowszych, najpiękniejszych zabawek.
Na parterze znajdował się jeszcze zabawkowy pokój Jacusia. Przeważali tam bohaterowie kreskówek i komiksów. Pomieszczenia sypialne dzieci mieściły się na piętrze, obok sypialni rodziców.

Teddy przeszedł pranie i dezynfekcję. Skoro miał zająć honorowe miejsce wśród innych domowników, musiał być wzorem czystości i schludności. Małgosi przeszło nawet przez myśl, że pluszowe misie idealnie nadają się do łapania w futerko brudu i kurzu, i że firmy sprzątające powinny zatrudniać je zamiast sprzątaczek.
Teddy zajął najważniejszą pozycję w całym pokoiku, został posadzony na komodzie uważanej za honorowe miejsce w pokoju.

Nastała noc. Wszyscy domownicy ułożyli się do snu. Nawet pies Azor, zwinął się w półmetrową kulkę i cichutko pochrapując śnił o baleronach, szynkach i kiełbasach. Wszystkie łapki schował pod siebie i wyglądał z daleka jak duża futrzana bryłka. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak przerażające wydarzenia rozegrają się przed jego nosem.

„Kochane dzieci, nie wiem czy wiecie,
że cudowności dzieją się na świecie.
Nocy każdej, gdy wszystkie śpicie
w domkach waszych wstaje życie.
Zabawki wszystkie ze snu się budzą
i ani trochę wtedy się nie nudzą.
Zabawy i harce urządzają sobie,
jedną z historii opowiem dziś tobie.”

Zabawki powoli zaczęły przebudzać się z dziennego snu. Wiadomością dnia, było przybycie kolejnego mieszkańca zielonego pokoju.

– Słyszeliście nowe wieści? – odezwał się Clown. – Mamy nowego.
– Niemożliwe, kto to taki? – odpowiedział długonosy Pinokio.
Szary miś wywołany do tablicy najuprzejmiej jak potrafił przedstawił się.
– Witam, wszystkich nazywam się Teddy, przynajmniej tak nazwała mnie moja nowa właścicielka.
– Skąd jesteś? Jak się tutaj znalazłeś? – dopytywali mieszkańcy.
Pojawienie się nowego domownika, nie było rzeczą rzadką. Wybredna Małgosia średnio raz w tygodniu dostawała nową maskotkę. Pierwszoplanowe role odgrywały jednak Barbie i Ken – modne, pachnące i ubrane w najlepsze ubranka lalki. Niższą kastę społeczną stanowiły misie, clowny i smutny mim z łezką w oku. Nie mogło zabraknąć również kucyków Ponny.
Na prośbę mieszkańców Teddy rozpoczął opowieść o swoich losach, wszyscy słuchali go z zainteresowaniem.
Oto moja historia – zaczął. Mieszkałem w zamożnej rodzinie na obrzeżach miasta. Niczego mi nie brakowało. Miałem swojego opiekuna Piotrusia. Byliśmy przywiązani do siebie tak bardzo, że ani na moment się nie rozstawaliśmy. Kiedyś do naszego domu przyszli źli ludzie. Wszystko obrabowali. Zabrali również i mnie. Dlaczego? Tego zapewne nigdy się już nie dowiem, może przypominałem im zabawkę z dzieciństwa. Po wielu perypetiach trafiłem wreszcie do sklepu z używaną odzieżą, gdzie wbrew woli swojej mamy kupiła mnie mała dziewczynka. I tak właśnie znalazłem się u was, przyjaciele moi kochani.
– Biedny misiu, my się tobą zajmiemy – z wyraźnym rozczuleniem westchnęła Barbie, przytulając Teddiego. – U nas nic złego cię nie spotka. Żyjemy tutaj w spokoju i zgodzie z zabawkową naturą.
Rozmawiali przez całą noc o różnych sprawach. Teddy budził wśród mieszkańców pokoju coraz cieplejsze uczucia. Wszyscy polubili misia, za jego dobre usposobienie, śliczne czarne oczka i słodki wyraz twarzy. Jednocześnie współczuli mu trudnej przeszłości. Opowiedzieli mu o pokoju Jacusia i o tych wszystkich bohaterskich postaciach, z którymi ciężko znaleźć wspólny język. O psie, na którego trzeba uważać, bo można skończyć jako śniadanie. O beztroskim życiu, jakie prowadzi się w domu Iwasińskich.
Nowy lokator zdążył się zadomowić. Czuł się tutaj dobrze, lecz o ukrytym życiu lokatorów zielonego pokoju przyszło mu się dowiedzieć nieco później…

– Czy aby nie za bardzo zaufałaś temu misiowi? – zapytał Ken.
– Czy ty zawsze we wszystkim doszukujesz się podstępu? – pytaniem na pytanie odpowiedziała Barbie.
– Nie o to chodzi, ale według mnie za bardzo zbliżyłaś się do niego, mimo że jest u nas od niedawna.
– Nie widzisz jak smutny był jego los, należy okazać mu trochę zrozumienia i czułości – z rzewnością w głosie stwierdziła lalka.
– Ja nic nie sugeruję, ale nie podoba mi się ta sytuacja. Tak jak i to, że wieczorami wychodzisz do pokoju Jacka. Krążą plotki, że spotykasz się z ActionManem.
– Jesteś zazdrosny! Nie mogę tego słuchać! Czy insynuujesz, że cię zdradzam – z wyrzutem w głosie zaprotestowała.
– Nic nie sugeruję. A ty nie podnoś na mnie głosu – wykrzyczał mocno podenerwowany Ken.
– Myślisz, że nie widzę, jak gapisz się na cycki tej lalki w niebieskiej sukience – odpierała atak Barbie.
– Mówisz o Klarze? To tylko moja przyjaciółka.
– A skąd ja mam wiedzieć, że nie pieprzycie się za moimi plecami.
– Dosyć! Nie mogę tego słuchać. Z nami koniec. A ty idź sobie do tego swojego mięśniaka bez mózgu – wyrzucił z siebie i odszedł.
– Bardzo dobrze. Ty też idź sobie do tej silikonowej lafiryndy. Aż dziwne, że produkują nas jako parę – wywrzeszczała do odchodzącego Kena.

Czarny pluszowy miś z klapniętym uszkiem podszedł do Teddyego, usiadł obok i przedstawił się.
– Cześć, jestem Rolo – powiedział piskliwym głosikiem.
– Cześć, miło mi cię poznać – odpowiedział grzecznie Teddy.
– Jak leci? – pytał dalej próbując podtrzymać konwersację Rolo.
– Dobrze – z dystansem odrzekł szary miś.
– Jestem taki samotny – zaczął się żalić.
– Mogę być twoim przyjacielem jeśli chcesz – zaproponował Teddy.
– No coś ty naprawdę? Od początku wyglądałeś mi na swojego misia. Brakuje mi prawdziwej miłości – zaczął szlochać czarny.
– Nie mazgaj się, proszę. Bądź misiem stary.
– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. To co, pójdziemy na boczek i ten tego… – natychmiast się rozchmurzył a w jego oczach zajaśniały małe ogniki.
– Słucham? – ze zdziwieniem patrzył Teddy, nie bardzo wiedząc o co chodzi.
– Może gdzieś się schowamy i zaznamy prawdziwej misiowej miłości – z nadzieją w głosie przekonywał Rolo.
– Czego ty ode mnie oczekujesz?
– Jasna cholera. Fajny to ty może jesteś, ale kapujący to za grosz – z konsternacją stwierdził czarny. – Nic nie kumasz?
– Nie bardzo wiem, co mam kumać. Czy nie mógłbyś tego powiedzieć tak wprost, bez owijania w bawełnę? – zaproponował Teddy.
– Wiesz chciałbym cię bzyknąć, albo lepiej nie, to ty możesz bzyknąć mnie. Jeśli tylko chcesz – mrugając oczami, starał się być czarujący.
Na twarzy Teddyego pojawiło się zniesmaczenie i zdziwienie równocześnie.
– Ty zboczeńcu jeden. Teraz wszystko rozumiem. Idź sobie w cholerę. Ja taki nie jestem. Pomyliłeś się – z oburzeniem w głosie oznajmił Teddy.
– Życie jest ciężkie. Jeszcze do mnie przyjdziesz i będziesz prosił o łaskę.
– Zobaczymy. Nie licz na moje towarzystwo – to powiedziawszy oddalił się, aby nie prowokować Rolo.

– Wiesz Fioletowy, ten Teddy jest bardzo sympatyczny. Nie uważasz? – zapytał różowy konik Ponny.
– Tak, masz rację. Mimo, że jest u nas od niedawna, bardzo go polubiłem – odpowiedział Fioletowy.
– Co innego ten kłapouchy miś. Jak on się nazywa – Rolo?
– Chyba tak. Boję się go. Nie zamieniłem z nim ani słowa, mimo że jest u nas już od miesiąca.
– Ma w oczach coś złego. Jakby ukrywał jakąś tajemnicę.

Barbie siedziała obok pudełka z zabawkami i cichutko szlochała.
– Co się stało? – zapytał Teddy, najdelikatniej jak potrafił.
– Znowu pokłóciłam się z Kenem. Obwinia mnie, że go zdradzam. Wymyśla niestworzone historie a ja jestem niewinna – wyszlochała lalka.
– Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Przejdzie mu, faceci tacy już są. Podszedł do niej i przytulił do pluszowej piersi. Lalka przestała płakać i poczuła się lepiej.
Siedzieli tak wtuleni w siebie. Z oddali obserwował wszystko Ken tłumacząc sobie całą sytuację jednoznacznie. Dziwka, na pewno pójdzie z nim do łóżka – pomyślał – co mi tam, znajdę sobie inną dziewczynę.

Teddy siedział na dywanie, trzymając w objęciach Barbie.
– Jesteś taki miły. Dobrze mi – to mówiąc, gładziła misia po brzuszku.
– Wiesz co Barbie? – zapytał stanowczym głosem.
– Słucham cię mój pluszaku.
– Puszczalska jesteś. Ken ma rację, że ci nie ufa.
– Słucham? – popatrzyła ze zdziwieniem, podnosząc głowę.
– Szmata i zdzira jesteś. Czy mam ci to narysować? – zapytał szary miś.
Na twarzy Barbie zarysował się grymas zdziwienia.
Teddy zerwał się na nogi i szybkim ruchem złapał Barbie za włosy.
Lalka starała się wyrywać, krzyczeć jednak nie była w stanie. Jedną ręka trzymał ją mocno za złociste długie włosy, drugą zakrywał twarz, aby nie mogła krzyczeć.
– Ciekawe z kim jeszcze się gziłaś, dziwko. Zobaczymy, co tam masz pod tymi różowymi ciuszkami. Położył ją na ziemi i zaczął rozpinać bluzkę. Jej nagie piersi wzbudziły w nim uczucie pożądania, którego dawno już nie czuł. Próbowała się uwolnić, jednak po chwili dała za wygraną i zupełnie spokojnie poddała się jego woli widząc, że opór tylko pogarsza sytuację. Teddy rozebrał lalkę i zaczął dotykać swoimi wielkimi, włochatymi łapskami. Leżała bez ruchu. On wyciągnął z kieszeni srebrny błyszczący skalpel i przyłożył jej do gardła. Jego misiowa chuć i energia musiały znaleźć ujście. Sytuacja potoczyła się jak burza. Zdarł z lalki bieliznę i trzymając za włosy gwałcił, grożąc, że zabije jeśli zacznie krzyczeć. Gwałtownymi ruchami penetrował jej ciało. Na jego ustach pojawiła się piana, a oczy płonęły z nienawiści. Był jak w narkotycznym transie. Przypominał dzikie zwierzę, którego nic nie jest w stanie powstrzymać. Drapieżnik i ofiara, której los, jest już przesądzony. Scena uniesienia trwała krótko. Miś wydobył z siebie głośne westchnienie. Stoczył się ze swojej ofiary, wstał i spojrzał w jej kierunku. Leżała jak martwa. Obojętna twarz nie przedstawiała żadnego uczucia przerażenia czy strachu.
– Zaraz zginiesz mała suko – wycharczał.
Przyłożył Barbie skalpel do policzka. – Jak się teraz czujesz? Boisz się? Masz już pełne majtki? Co ja mówię, przecież ty nie masz majtek – wybuchnął śmiechem, zachodząc się z własnego wyszukanego dowcipu.
Wykonał delikatne cięcie po policzku lalki, mała stróżka krwi popłynęła po twarzy.
– I nie próbuj krzyczeć, bo cię wypatroszę – zagroził miś.
Było jej wszystko jedno. Nie dbała o to, co dzieje się z jej ciałem. Po tym co jej zrobił, nie znajdowała w sobie energii do dalszej walki. Biernie poddawała się swojemu losowi. Mimo, że ciało jeszcze żyło, dusza była już martwa. Koszmar jaki przeżyła, spowodował całkowitą utratę woli życia.
– Skończmy już ten spektakl, nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem – to mówiąc miś przeciągnął ostrym narzędziem po szyi ofiary. Barbie opadła na kolana i oparła ręce o podłogę. Uszkodzone tętnice tłoczyły wyciekającą krew. Teddy musiał się odsunąć, aby nie ubrudzić futerkowych łapek w czerwonej posoce.
– Agghhh – upadając wydobyła z siebie ostatnie westchnienie. Jej ciało leżało w kałuży krwi i wykonywało dziwne ruchy.
Teddy stał obok i obojętnym wzrokiem patrzył na ostatnie oznaki uchodzącego z niej życia. Jej czysta dusza jak piękny motyl, żyjący na świecie tylko kilka dni, odchodziła do lepszego świata.
Teddy spojrzał w kierunku domku, zamieszkiwanego przez Kena – On będzie następny – warknął. Wolnym krokiem podszedł do drzwi i zapukał.
– Kto tam? – zapytał zgorzkniały głos Kena.
– To ja, nowy mieszkaniec zielonego pokoju, chciałbym z tobą porozmawiać.
– O czym? Odejdź, nie mam nastroju do rozmowy – odrzekł.
– Otwórz, właśnie przerżnąłem twoją laskę – z drwiną w głosie zażartował – dosłownie i w przenośni.
– Co takiego? – ze zdziwieniem odpowiedział głos i w drzwiach pojawił się Ken.
Nastąpił cios. Wielka kosmata łapa, uderzyła Kena w nos. Ten z wielką siłą przeleciał przez cały domek. Jego ciało zsunęło się po ścianie, a świadomość zgasła.
Obudził się po krótkiej chwili. Wisiał na linie, przywiązany za ręce i nogi do sufitu. Obok na ziemi siedział znudzony szary miś i czekał, aż Ken odzyska świadomość. Lalka miała być głównym daniem tego wieczoru.
– Witaj – zaczął Teddy.
Kenowi powoli wracało czucie. Cios był potężny. Językiem wyczuł, że brakuje mu kilku przednich zębów. Twarz, bolała jak diabli. – Czego chcesz? – wyseplenił odpluwając krew.
– Ciebie, mój mały. Życie jest ciężkie – wstał i podszedł do wiszącego.
– Zabij mnie, jeśli chcesz. Od początku wiedziałem, że jesteś nienormalny – wysapał Ken.
– Zabawimy się w grę – zaproponował miś. Ty mi powiesz, jak chciałbyś zginąć, a ja za każdą złą odpowiedź, odetnę ci palec, a może coś innego. Co ty na taki układ? – z wyraźnym rozbawieniem zapytał.
– Odpieprz się. Jesteś pomylony. Idź do diabła, tam twoje miejsce.
– Zła odpowiedź, tracisz fant. – to powiedziawszy wetknął do ust wiszącej lalki kawałek szmaty. – To abyś nie krzyczał.
Następnie chwycił rękę Kena i gwałtownym ruchem, odciął mały palec.
Ofiara wiła się z bólu, wydawała z siebie dziwne dźwięki. Teddy złapał Kena za gardło i poczekał, aż ten się uspokoi. Następnie wyjął knebel z ust.
– Runda druga, proszę wybrać metodę swojej śmierci. Do wygrania nic – z wyraźnym rozbawieniem stwierdził pluszak.
– Ty pojebie… Ratunku! – zaczęła krzyczeć lalka.
– I znowu zła odpowiedź. Oddajesz kolejny fant. Wetknął knebel i odciął mu mały palec z drugiej ręki.
Ken zemdlał. Krew z odciętych palców, wylewała się na podłogę. Jego ciało opadło, a twarz pobladła.
– Mięczak – burknął Teddy. Sam wybiorę dla ciebie śmierć. Wbił skalpel w klatkę piersiową Kena na wysokości serca i niczym sprawny chirurg zaczął przedzierać się przez skórę, mięśnie i kości. Dotarł do bijącego serca i pozbawił je doprowadzających żył i tętnic. Złapał organ w rękę i wyszarpnął z ciała ofiary. Fragmenty układu krwionośnego i mięśnie stawiały opór, ale miś pomógł sobie ostrym narzędziem. Nabił serce Kena na końcówkę skalpela i wbił swoje zębiska w życiodajny organ. Odgryzł kawałek i wypluł.
– Panie mój! Przyjmij tę ofiarę i spraw, aby twój wierny sługa, dostąpił zaszczytu poznania wielkiej tajemnicy starożytnej księgi zabawek. Mistrzu marionetek, zgodnie z twoim proroctwem, pozostała mi jeszcze jedna dusza. Nie zawiedź mnie i pozwól mi dostąpić wtajemniczenia. Zbyt wiele poświęciłem w imię Twoje. Ja Abaddon ostatni syn królewskiego rodu Valgendorf, zaklinam was bogowie Venomu, dajcie mi siłę.
Jego ciało umazane krwią i wnętrznościami ostatniej ofiary osunęło się na ziemię. Mimo skrajnego wyczerpania zdawał sobie sprawę, jak niewiele dzieli go od dostąpienia do wielkiej tajemnicy.

Wśród zabawek zapanowała panika, kiedy rozeszła się wieść o śmierci Barbie i Kena.
Nigdy jeszcze, nie zdarzyło się w ich świecie, tak okrutne morderstwo. Tymczasem dwa ciała ich współtowarzyszy okrutnie okaleczone leżały bez życia, a oni mogli być następni. Podejrzenie padło na Rolo. Nikt go nie lubił, wszystkim wydawał się bardzo podejrzany, a chodziły nawet słuchy, że jest homoseksualistą, co dodatkowo przemawiało przeciwko niemu.
Zabawki zebrały się i zaczęły obradować, co zrobić w takiej sytuacji. Oprócz Rolo brakowało również Teddyego. Bali się, że niebawem odnajdą również i jego ciało. Jednak nie to teraz było najważniejsze.

– To ten przybłęda Rolo. On zabił naszych – stwierdził Pinokio.
– Od początku twierdziłem, że jest dziwny – zaznaczył Pajacyk.
– Co zrobimy? – zapytały koniki Ponny.
– Musimy się jakoś zjednoczyć i dopaść tego drania.
– Ale my nawet nie wiemy jak walczyć, nie mówiąc o schwytaniu misia oprawcy – z przejęciem w głosie stwierdziła Różowa.
– Musimy wezwać na pomoc gwardię narodową z pokoju Jacka – padła propozycja. – Nigdy nie żyliśmy z nimi w przyjaźni, jednak sytuacja jest wyjątkowa.
– Ja pobiegnę – stwierdził Fioletowy. – Wy się schowajcie i czekajcie na mój powrót. Spróbujcie się jakoś zorganizować. Postaram się wrócić jak najszybciej.

Fioletowy, pożegnał się z Różową. W jej oczach widać było strach i niepokój o partnera. Wiedziała jednak, że bez pomocy z zewnątrz wszyscy zginą.
– Wracaj szybko, ukochany. Będziemy czekać twojego powrotu. – Ostatni uścisk kopyt i bohater wyruszył na niebezpieczną wyprawę. Zdawał sobie sprawę, że od niego zależy ich los, to dodawało mu odwagi.

Fioletowy wyruszył. Miał do przebycia cały przedpokój i pokój gościnny. Nie była to może jakaś wielka wyprawa, jednak Ponny czuł, powagę sytuacji. Odpowiedzialność, jaka na nim ciążyła, była ciężkim brzemieniem, nie mógł zawieść.
Wyszedł z zielonego pokoju i rozglądnął się. Bywało, że pies Azor leżał w przedpokoju i nasłuchiwał odgłosów. Jednak dzisiaj go nie było, zapewne spał u Haliny w sypialni.
Zorientowawszy się, że nic nie stoi mu na drodze Ponny ile sił w kopytkach pobiegł. Musiał jak najszybciej dotrzeć do pokoju gościnnego. Tentem kopytek uderzających o posadzkę słychać było, aż w zielonym pokoju. Tam w kąciku wszyscy mieszkańcy przerażeni i stłoczeni na małej powierzchni czekali na wybawienie. Zabawki dyskutowały nad planem awaryjnym na wypadek, gdyby pojawił się Rolo, albo Fioletowy nie wrócił z wyprawy.
Konik tymczasem przebył ponad połowę drogę i widział już drzwi do pokoju Jacka. Ominął stół i parę foteli. Nie zatrzymywał się ani na chwilę. Pędził jak wiatr. Był już o krok od celu, gdy nagle wyrosła przed nim ogromna postać. Teddy szczerząc zęby, stał trzymając w ręku narzędzie zbrodni. W oczach miał zemstę, krwawą wendettę. Konik starał się zatrzymać, przebierał kopytkami, jednak śliska posadzka skutecznie mu to uniemożliwiała. Wpadł prosto w łapska oprawcy. Miś złapał konika za grzywę, powalił na ziemię i przycisnął kolanem. Ponny starał się bronić. W akcie rozpaczy, zdołał wbić zęby w udo napastnika. Zacisnął szczękę najsilniej jak potrafił. Teddy wydał z siebie okrzyk bólu i w odwecie wbił skalpel w ciało konika. Ostrze weszło jak w masło a w miejscu uderzenia pojawiła się strużka krwi. Wijąc się w spazmatycznych bólach konik coraz mocniej zaciskał zęby na udzie Teddyego. Ten w obronnym odruchu zaczął szlachtować Fioletowego ostrym narzędziem uderzając gdzie popadnie. W końcu uścisk szczęki na udzie zelżał. Miś przestał krzyczeć. Życie Ponnyego kończyło się. Ostatni cios został zadany w głowę. Skalpel przeszył skroń. Teddy z trudem wstał z ciała. Udo bolało go okropnie. Rana gryziona wyglądał paskudnie, jednak nie to, było najważniejsze.
Teddy stanął z wyciągniętymi w górę rękami, skalpel wypadł na podłogę. Wydawało mu się, że jego ciało unosi się w powietrze. Czuł otaczające go nadprzyrodzone siły. Wstępowały w niego moce Pana, przepowiednia miała się wypełnić. Wydał z siebie okrzyk zachwytu, słyszalny w całym domu.
– Jestem królem całego świata! – upadł na podłogę. Nie mógł złapać oddechu, jednak był szczęśliwy. Leżał bez ruchu, powoli dochodząc do siebie. Wielkie proroctwo Mistrza Marionetek spełniło się.

Zabawki tymczasem zaczęły się niepokoić. Dlaczego Ponny nie wraca? Powinien już tu być. W dodatku Pajacykowi wydawało się, że słyszał przeraźliwy krzyk. Nie wiedzieli kto go z siebie wydał, jednak był to niepokojący sygnał.
– Co teraz, zrobimy? – zapytał Clown.
– A co, jeśli Rolo dopadł Fioletowego – z trwogą w głosie zapytała Różowa.
– Musimy wierzyć, że uda mu się dotrzeć do żołnierzy gwardii, że sprowadzi pomoc – uspokajał Pinokio.
– Potrzebujemy planu awaryjnego na wypadek, gdyby Rolo przyszedł po nas, a Ponny nie wrócił.
– Wszyscy zginiemy – z grozą stwierdziły zabawki.
– Musimy walczyć, niech każdy znajdzie coś, co mogłoby służyć jako broń – poradził Pinokio.
– Ja idę szukać Fioletowego – stwierdził Różowa. – Nie mogę tu tak biernie czekać, kiedy mój narzeczony, naraża swoje życie.
Zabawki nie zdążyły nic powiedzieć, klacz pobiegła za ukochanym.
– Stój! Dopadnie cię. Nie możesz tak narażać siebie i nas. Razem mamy szansę – krzyczał za odbiegającą Pajacyk.
Różowej jednak ani w głowie było zawrócić. Biegła ile sił w nogach. Wpadła do przedpokoju i schowała się pod lustrem. Postanowiła trochę się rozejrzeć zanim ruszy dalej. Przylgnęła do podłogi, starała się maksymalnie zlać z otoczeniem. Rozglądała się po całym przedpokoju. Nagle zauważyła Teddyego, idącego w stronę zielonego pokoju. Ucieszyła się widząc, że żyje jednak nadal tkwiła w ukryciu. To był zupełnie inny miś niż ten, którego znała. Idący wolnym krokiem szary pluszak wyglądał przerażająco. W ręku trzymał skalpel, cały był umazany krwią, przypominał ogromnego wilka na polowaniu. Wydawał się potężniejszy niż kiedykolwiek. Różowa uświadomiła sobie, że mordercą jest Teddy a nie Rolo. Bała się ruszyć. Nie wiedziała czy pobiec ostrzec wszystkich przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, czy poczekać i sprowadzić pomoc. Postanowiła siedzieć cicho. Zabawki nie mają szans – pomyślała. Najgorsze, że nie zdają sobie sprawy, że to Teddy jest oprawcą. Starała się wymyślić jakiś sposób na ocalenie przyjaciół i jednoczesne sprowadzenie pomocy. Przyszedł jej do głowy rozpaczliwy pomysł.
Kiedy Teddy był blisko drzwi do zielonego pokoju wyszła spod lustra i ruszyła w stronę gościnnego pokoju. Miś kontem oka zauważył konika i rzucił się za nim w pogoń. Różowa jednak była szybsza, wpadła na dywan i najszybciej jak potrafiła biegła nie odwracając się za siebie. Teddy próbował ją dogonić, jednak nie był w stanie. Postanowił wrócić i rozprawić się z pozostałymi zabawkami.

W zielonym pokoju przygotowywano się do wojny. Każdy trzymał w ręku jakąś broń: agrafkę, spinacz biurowy, znalazła się nawet igła. Przed wejściem usypano zasieki i wały obronne. Wykorzystano w tym celu ziemię z doniczki i rupiecie z biurka Małgosi.
Kiedy wszystko było przygotowane, w drzwiach pojawił się Teddy. Szedł w ich kierunku z uśmiechniętą miną. Skalpel schował w kieszeni. Starał się być miły i uroczy. Wszystkie zabawki wybiegły do niego, nie przeczuwając żadnego zagrożenia.
– Słyszałeś co się stało? – pytały. – Musimy się schować. Barbie i Ken nie żyją.
– Przed kim mamy się chować, nic nam nie grozi. Poradziłem sobie z mordercą – odpowiedział miś.
– Rozprawiłeś się z Rolo? Co z nim zrobiłeś – z nadzieją w głosie pytały zabawki. – Nic nam już nie grozi?
– Oczywiście, że nie. Chodźcie, opowiem wam, co się wydarzyło – w jego oczach pojawił się ledwie dostrzegalny błysk, a na twarzy szyderczy uśmiech.

Różowa tymczasem, przebiegała przez pokój gościnny, gdy jej oczom ukazało się potwornie pokaleczone ciało ukochanego. Małe serduszko napełniło się niewyobrażalnym smutkiem i rozpaczą. Leżała nad Fioletowym i szlochała. Zanosiła się spazmatycznym płaczem a ból i cierpienie jakie odczuwała, był nie do opisania. Kątem oka dostrzegła misia Rolo leżącego w kałuży krwi. To jednak, było już nieistotne.

Teddy opowiedział wszystkim zabawkom o okrutnym Rolo. O tym, że jakimś cudem udało mu się obezwładnić przeciwnika i wskutek nieszczęśliwego wypadku Rolo nabił się na własny nóż. Zapanowała ogromna radość. Mimo ofiar jakie ponieśli pozostałe zabawki były już bezpieczne. Teddy urósł do rangi bohatera, wybawcy. Uśpił czujność wszystkich mieszkańców zielonego pokoju.

Różowa zdołała się pozbierać, wiedziała, że przyjaciele czekają na pomoc, że Teddy jest mordercą, a mieszkańcy zielonego pokoju są nieświadomi zagrożenia. Z wielkim trudem dotarła do celu swojej podróży i opowiedziała o wszystkim. Zabawki z pokoju Jacka postanowiły zorganizować wielką akcję ratunkową pod kryptonimem „Krucjata”. Żołnierze piechoty morskiej, kawaleria, saperzy, bohaterowie kreskówek; Batman, SpiderMan, ActionMan, wyruszyli do pokoju Małgosi na ratunek. Jeszcze nigdy w historii domu Iwasińskich nie przeprowadzono manewrów na tak wielką skalę. Sytuacja była nadzwyczajna. Oto ktoś dopuścił się największej zbrodni – zabójstwa.
Odsiecz jednak nadciągnęła zbyt późno. Widok jaki zastali w zielonym pokoju był przerażający. Małe, okaleczone ciała zabawek pokrywały podłogę. Jakby jakiś psychopatyczny rzeźnik zebrał krwawe żniwo na niczego nie spodziewających się biednych owieczkach.
Nagle jakaś postać poruszyła się na biurku.
– To Teddy. Brać go, to on jest mordercą – krzyczała Różowa. Wszyscy zjednoczyli się w jednym celu złapać misia. Teddy próbował uciekać, potem się bronić, zranił nawet kilku żołnierzy, jednak SpiderMan skutecznie związał go swoją siecią.
– Zanieście tę gnidę na środek pokoju i przywiążcie go do krzesła tak, aby nie uciekł – powiedział Człowiek Pająk. – Czas na sąd wojenny.

W ławie sędziowskiej znalazło się pięciu najstarszych i najbardziej zasłużonych żołnierzy. Teddy został związany, jednak mógł mówić.
Na środek wkroczył oskarżyciel.
– Wysoki sądzie, przyjaciele! Przed nami znajduje się miś Teddy, który dopuścił się najstraszniejszej zbrodni w dziejach zabawkowego świata. Z zimną krwią, brutalnie i bezlitośnie pozbawił życia naszych braci i siostry. Czy taki czyn może mu ujść na sucho? Odpowiedź brzmi – nie! Dowody są bezsprzeczne. Wnioskuję zatem o najsurowszy wymiar kary. Śmierć! Zabawki nigdy nie były mściwe i nie zabijały, jednak sytuacja, którą zastaliśmy jest więcej niż nadzwyczajna. Ten osobnik dopuścił się czynu tak okropnego, że jeszcze przez wiele lat ród zabawek będzie o tym pamiętał. Dlatego kara może być tylko jedna. Powtarzam jeszcze raz – śmierć.
Najstarszy i najbardziej poważany przewodniczący ławy sędziowskiej zabrał głos.
– Dziękuję oskarżycielowi, ale chciałbym przesłuchać Teddyego.
– Czy oskarżony mnie słyszy? – zapytał sędzia.
– Tak proszę sądu słyszę i odpowiem na każde pytanie – odpowiedział skruszony Teddy.
– Proszę się przedstawić.
– Jestem Abaddon, ostatni syn królewskiego rodu Valgendorf – z dumą odpowiedział.
– Co masz do powiedzenia na swoją obronę? Zważ, że wszystko co powiesz, może mieć wpływ na dalsze postępowanie w tej sprawie oraz na wysokość kary.
– Proszę sądu, opowiem wszystko od początku. Liczę, że mnie wysłuchacie, zrozumiecie a co najważniejsze, przyłączycie się do mnie.
– Mów zatem, słuchamy cię – powiedział stanowczo sędziwy żołnierz.

Teddy – Abaddon zaczął opowieść. Wszystkie zgromadzone na rozprawie zabawki przysłuchiwały się z uwagą.
Zamieszkiwaliśmy południowe zbocza islandzkiego księstwa Vik. Mój ojciec Mortyr Wielki, król rodu Valgendorf miał trzech synów: Cronosa, Mantasa i mnie. Byłem najmłodszy. Moi bracia, dzielni rycerze zasłynęli wieloma heroicznymi czynami. Królestwo rosło w siłę a podwładni byli szczęśliwi. Ojciec nasz miał jednak jedną, wielką wadę. Ambicją jego życia, niemal obsesją, było odnalezienie starożytnej księgi zabawek.
Na Sali rozpraw rozległ się szum. Dawało się słyszeć wyrwane zdania: wielka księga zabawek…, tajemna książka.., ona nie istnieje… , to tylko legendy…
– Proszę o spokój– uciszał sędzia – mów dalej.
Całe swoje życie podporządkowaliśmy woli ojca, poszukiwaliśmy legendarnej księgi bogów Venomu. Przemierzyliśmy morza, oceany i kontynenty. Okazało się, że księga była tuż obok w domu w Islandii.
– Czy twierdzisz zatem, że odnaleźliście zaginioną, starożytną księgę zabawek? – zapytał z niedowierzaniem sędzia.
– Nie tylko tak twierdzę, ale jestem o tym przekonany– z pewnością w głosie odpowiedział Teddy. – Dzięki niej, podczas jednego z seansów spirytystycznych zorganizowanych przez ojca i moich braci przywołaliśmy Wielkiego Mistrza Marionetek.
– Bzdura! On bredzi. Spalić go na stosie – krzyczał tłum. – Niech odpowie za wszystkie swoje zbrodnie.
Zapanowała konsternacja. Mówiono o założycielu, praojcu wszystkich zabawek. O kimś, kto żył tylko w legendach i podaniach. Możliwość istnienia Mistrza Marionetek nie mieściła się w głowie.
– Proszę o ciszę. Zaraz każę wyprowadzać tych, którzy przeszkadzają w rozprawie – krzyknął sędziwy żołnierz.
Teddy mówił dalej. – Nie wiedzieliśmy z jakimi siłami się mierzymy. Pokusa wykorzystania starożytnej księgi zabawek była jednak większa. Mistrz Marionetek przybył na nasze wezwanie. Dziś przeklinam ten dzień. Jak żądny władzy był mój ojciec i bracia? Ja zresztą również – ze skruchą stwierdził pluszowy, szary miś. – W nasze dusze wlano nienawiść, chęć władzy i najgorsze cechy o jakich ktokolwiek słyszał. Pan obiecał nam, że będziemy mogli rządzić całym światem, że zdejmie z nas odwieczny zakaz nici życia.
– Prawo nici życia nie może być złamane – wyrwał się jeden z sędziów – jeśli ktokolwiek z nas podniósłby rękę na człowieka stanie się zwykłą zabawką. Jego życie gwałtownie się zakończy. Prawo to jest tak stare jak wszechświat, obowiązuje od czasów, kiedy pierwsze dwie zabawki podniosły rękę na człowieka. To jak grzech pierworodny wśród ludzi.
– A ja Abbadon ostatni syn książęcego rodu Valgendorf mogę to prawo łamać. Jestem w stanie zabijać ludzi.
– Dlaczego jesteś ostatni, co stało się z twoimi braćmi i ojcem? – zapytał sędzia.
– Zabiłem ich z żądzy władzy. Mistrz Marionetek to okrutny władca, zażądał bardzo wysokiej zapłaty za możliwość łamania prawa nici życia.
– Jakaż to cena?
– Warunkiem osiągnięcia proroctwa było zabicie czterdziestu czterech braci. Poświęcenie w ofierze czterdziestu czterech istnień ze świata zabawek. Pan wiedział, że będziemy za to wyklęci, że nigdzie nie znajdziemy sobie miejsca.
Po jednej z kłótni zakradłem się do pokoju swoich braci i zabiłem ich z zimną krwią. Zostałem opętany, rządza władzy i panowania nad światem była silniejsza niż wszystko inne. Pomyślcie tylko możemy pozbyć się ludzi. Jestem tym, który może spowodować, że staniemy się najwięksi na całej planecie. Zapanujemy nad światem. Przyłączcie się do mnie. Pomyślcie jak wiele możemy zdziałać.
– Ludzie są naszymi panami, nie możemy im się przeciwstawić – krzyknął ktoś z tłumu.
– Ależ, właśnie mówię wam, że możemy. Ja jestem kluczem, aby ród zabawek mógł zapanować. Będziemy się rozmnażać, stworzymy nowy, lepszy świat. Zastanówcie się, jacy możemy być potężni. Wybierzcie mnie na swojego przywódcę, króla a ja poprowadzę was przeciwko ludzkości. Nie zaprzepaśćmy tej szansy, błagam was. Wiem moja droga Ponny, że straciłaś ukochanego, ale poświęcił się on dla wyższej idei. Był czterdziestą czwartą ofiarą złożoną przeze mnie Wielkiemu Mistrzowi. Taki był warunek. Pomyślcie tylko, spełniło się. Niech dotrze do was, jak wielką mocą dysponuję. Zastanówcie się nad tym.
Teddy opuścił twarz i zamilknął.
– Czy to wszystko co masz do powiedzenia? – zapytał sędzia.
– Tak wysoki sądzie. Proszę jedynie abyście rozważyli to co powiedziałem. Nie możemy zaprzepaścić takiej szansy. Zbyt wiele istnień poświęcono dla tej sprawy.
– Dobrze zatem. Sąd odchodzi na naradę, po powrocie wyda wyrok.
Sędziowie wyszli z zaimprowizowanej sali rozpraw. Tłum gapiów zamilkł. Wszyscy zastanawiali się nad tym co przed chwilą usłyszeli. Czy to możliwe? Historia wydawała się tak niesamowita, że aż nieprawdopodobna. A co jeśli on mówi prawdę? Czy zabawki mogłyby zapanować nad światem? Czy są na to gotowe?
Po kilku minutach pojawili się sędziowie. Wszyscy w skupieniu wyczekiwali na to co się wydarzy.
– Proszę o uwagę. Sąd odczyta wyrok – wykrzyczał jeden z żołnierzy, pełniący rolę strażnika.
– Ze względu no to, że dopuszczono się wyjątkowo nikczemnego czynu, niespotykanego w ostatnich czasach w świecie zabawek – morderstwa. Sąd skazuje oskarżonego na karę śmierci. Sąd nie dał wiary historii opowiedzianej przez Teddyego. Ze względu na okrucieństwo z jakim zabijał swoje ofiary postanowiono, że kara śmierci wykonana zostanie jak za czasów średniowiecznych. Ręce i nogi osądzonego zostaną przywiązane do końskich uprzęży. Czterech jeźdźców w jednym czasie rozjedzie się w czterech kierunkach świata rozrywając mordercę na strzępy. Niech choć przez chwilę poczuje to co czuły jego ofiary. Ród zabawek nigdy nie był okrutny, jednak nie możemy dopuścić, aby wśród nas żył tak zwyrodniały i nie mający żadnych uczyć obywatel. Sąd zakończył rozprawę, proszę o wykonanie wyroku.
– Nikczemnicy, nie wiecie co czynicie – zaczął krzyczeć Teddy – tej szansy nie wolno zaprzepaścić, przyłączcie się do mnie – jego twarz wykrzywiła się w okropnym grymasie. Próbował się uwolnić, pluł, wyrywał się. To był ten sam miś, który zabijał, ten sam wyraz oczu odmalował się na jego twarzy, ta sama nienawiść biła we wszystkich kierunkach.
– Zabić go, niech zdycha, na pohybel, zasłużył sobie na to – krzyczały głosy zgromadzonych.
Czterech kawalerzystów na pięknych, gniadych koniach, wyjechało na środek placu. Żołnierze przywiązali cztery liny do dłoni i rąk Teddyego, ich końce do końskich uprzęży. Na znak, wszyscy mieli rozjechać się w cztery strony świata.
– Zemszczę się, wrócę tu. Biada wam, biada. Nie zdajecie sobie sprawy, co czynicie. Opamiętajcie się. Wszyscy zginiecie, przyrzekam wam. Wrócę zza grobu i wyrżnę was wszystkich w pień – to krzycząc miś szarpał liny. Z pyska sączyła się piana a czerwone oczy wyglądały tak, jakby opętał go demon, jakby wstąpiła w niego nieczysta siła – zło wcielone.
– Ruszajcie, czyńcie swoją powinność jeźdźcy – zawołał sędzia.
Konie ruszyły, liny coraz bardziej się napinały. W pewnym momencie nastąpiło szarpnięcie. Tylko najbardziej odważni z tłumu gapiów nie odwrócili wzroku. Ogromna siła rozerwała ciało misia na cztery kawałki. Wyszarpnięte kończyny z kawałkami kości, mięśni i żył powlekły się na linach za odjeżdżającymi rumakami. Korpus Teddyego, do którego przytwierdzona była głowa, wyleciał w powietrze i spadł w pobliżu zgromadzonych zabawek. Miś w ostatnim przedśmiertnym odruchu wystękał – Zemszczę się.
Wszyscy odetchnęli. To był koniec koszmaru. Z całego zielonego pokoiku ocalała tylko mała różowa klacz, która siedziała w kąciku i pochlipywała. Opłakiwała swoich przyjaciół i narzeczonego. Ta noc przeszła do niechlubnej historii świata zabawek, jednak to co miało się wydarzyć później, było po tysiąckroć gorsze.

Nastał dzień. Wszystkie ocalałe przy życiu zabawki zasnęły.

„Kochane dzieci, nie wiem czy wiecie,
że okropności dzieją się na świecie.
Dnia każdego, gdy słońce wstaje,
odetchną z ulgą zabawkowe kraje.”

Małgosia obudziła się tego ranka wyjątkowo wcześnie. Czuła podświadomie, że wydarzyło się coś złego. Zbiegła z piętra i pobiegła do zielonego pokoiku. To co tam zobaczyła bardzo ją zasmuciło. Wszystkie zabawki były popsute. Leżały z powyrywanymi nóżkami i rączkami. Z ich ciałek wystawały jakieś farfocle, nitki i wata. Pośrodku leżał pies Azor i kończył obgryzać nogę Barbie.
– Wynocha Azor – krzyknęła rozwścieczona Małgosia. – Mamusiu, moje zabawki – zaczęła szlochać. Halinkę obudził płacz dziecka. Miała w zwyczaju wstawać pierwsza i krzyczeć na cały dom – wstawać lenie do szkoły, do przedszkola, do pracy. Teraz jednak ktoś najwyraźniej obudził się przed nią. Zbiegła na dół i zobaczyła córkę leżąca wśród popsutych zabawek, zachodzącą się płaczem.
– Co się stało Małgosiu? – zapytała mama.
– Niedobry Azor, zżarł wszystkie moje zabawki. Oszczędził tylko tę różową szkapę, której i tak nigdy nie znosiłam. Wzięła konika Ponny i ze złością ukręciła mu główkę odrywając ją od tułowia. Rzuciła popsutą zabawką w kąt i zaczęła dalej płakać.
– Nie martw się córciu, kupimy ci identyczne zabawki. Jeśli chcesz, to jeszcze dziś pojedziemy do centrum handlowego.
– Naprawdę? – z nadzieją w głosie spojrzała na Halinkę.
– Oczywiście, to tylko zabawki. Nowe spodobają ci się jeszcze bardziej.
– A co z Teddym? – ocierając łzy spytała. – Jest rozdarty na cztery kawałki, a nie kupimy takiego w sklepie.
– Wiesz, jeśli chcesz to go zszyjemy. Wypchamy go materiałem i będzie jeszcze piękniejszy niż był. Przynieś go, zaraz zrobimy mu operację. Jeszcze przed twoim wyjściem do przedszkola, będzie jak nowy.
– To super, mamusiu. Jesteś kochana. To moja najlepsza zabawka. A ty Azor idź do budy. Za karę śpisz od dzisiaj na zewnątrz.
Halinka nie była zawodową krawcową, jednak z pluszowym misiem poradziła sobie bardzo sprawnie. Teddy był jak nowy.
– Nie odstąpię cię na krok – przytulając misia wzdychała Małgosia. – Od dzisiaj śpisz ze mną w łóżeczku.

– „Tygodnik Regionalny” poproszę – wymamrotał siwy, przygrabiony starszy pan.
– Proszę – odpowiedział sklepikarz.
– I jeszcze Marlboro Light – dopowiedział mężczyzna.
Zabrał gazetę pod pachę, zapłacił osiem pięćdziesiąt drobnymi i poczłapał na przystanek autobusowy. Cholera znowu się spóźni – pomyślał – to przez te korki. Boże, jak ja nienawidzę tego miasta. Autobus spóźnił się tylko kilka minut, co jak na warszawskie warunki było i tak dobrym wynikiem. Siwy mężczyzna usiadł przy oknie i jadąc jak co dzień do pracy, zaczął czytać kupioną przed chwilą gazetę. Przekartkował strony i zatrzymał się na artykule z działu kryminalnego. Znowu kogoś zabili – pomyślał. Początek artykułu brzmiał.

Rytualne morderstwo

W jednym z podwarszawskich domów zamordowano małą dziewczynkę. Okoliczności zabójstwa są bardzo dziwne. Prokuratura bada wszystkie poszlaki. Rodzice rano odnaleźli swoją pięcioletnią córkę w straszliwym stanie. Całe ciało dziecka było pocięte ostrym narzędziem. Mógł to być nóż, jednak rozmiary ran były stosunkowo niewielkie, co mogłoby wskazywać na inny rodzaj narzędzia. Tak jakby napastnik wykonywał krótkie chirurgiczne cięcia ostrym przedmiotem. Jedna z ran, od której prawdopodobnie umarła dziewczynka, zadana została na wysokości krtani. Rodzice są wstrząśnięci, gdyż drzwi i okna były w nocy zamknięte. W jaki sposób morderca dostał się do pokoju dziecka, tego nie wiadomo. Brak odcisków palców i śladów włamania. Policja przypuszcza, że mogło to być morderstwo na tle rytualnym, gdyż na czole dziecka wyryto napis Abaddon. Z hebrajskiego oznacza to anioła zagłady opisanego w Apokalipsie św. Jana (9,11), jako pana przepaści, księcia czeluści piekielnych. Ironicznie obok okaleczonego ciała dziewczynki leżał pluszowy szary miś.

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział

 

Opowieści z Przeklętej Doliny:

 

Ucięta Mowa

 

 

Rozdział I

 

 

Dzień z pozoru niczym nie różnił się od nocy. Gdyby detektyw miał inny charakter pewnie już dawno uciekłby z tego domu, czasem sam się sobie dziwił, że jeszcze tego nie zrobił. Czuł jednak, że ten dom go jakoś przyciąga – może krył w sobie jakieś mroczne tajemnice z przeszłości, może tradycje rodzinne a może korzenie. Nawet jego siostra czasami nazywała go ekscentrykiem, chociaż mieszkała w tym samym domu. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. A może faktycznie był inny?
Z zadumy wyrwało go dopiero ciche, ledwo słyszalne stukanie do drzwi.
– Dziwne – nie przypominał sobie, żeby zamykał drzwi do swojego pokoju.
Wyjął kaganek spod kanapy i zapalił świeczkę. Przy jej nikłym świetle spojrzał na busolę. W komnacie było ciemno jak w środku bezksiężycowej nocy.
– Piąta rano – pomyślał. – Wejdź.
Drzwi otworzyły się z głuchym zgrzytem. W progu stanęła młoda dziewczyna. W ręku trzymała zapalony kandelabr. Ze zdziwieniem stwierdził, że jest już całkowicie ubrana. Ponownie spojrzał na busolę – tylko on umiał za jej pomocą odczytać godzinę.
– Nie za wcześnie?
– Przecież wiesz, że dzisiaj muszę być nieco wcześniej w pracy.
Nic nie odpowiedział. Zapadła chwila krępującej ciszy. Oczywiście, że wiedział. Przecież dzisiaj był wyjątkowy dzień. Tego dnia, dzień po jej urodzinach była promocja w bibliotece – każda osoba, która się zapisze tego dnia dostanie książkę w prezencie. I właśnie tego dnia miała być nowa dostawa. Ale nie to było najgorsze, ale to, że biblioteka była zarejestrowana na niego.
W dokumentach on był jej właścicielem i zgodnie z prawem tylko on mógł kwitować odbiór przesyłek. A że listonosz nie odwiedzał ich już od kilku dni, musiał osobiście udać się na pocztę.
Tknięty nieokreślonym przeczuciem zapytał:
– O której wróciłaś do domu?
– Byłam cały czas i czekałam na Ciebie. Specjalnie zostawiłam zapalone światło w korytarzu.
Nic nie odpowiedział. Tępo patrzył jak zamyka za sobą drzwi. Słyszał jeszcze jak schodzi po schodach. Wstał wolno z kanapy.

* * *

Wolno zszedł do kuchni. Nie zataczał się, przecież nic nie pił ani tego dnia ani żadnego wcześniejszego, ale i tak czuł się jakiś nieswój. Tłumaczył to sobie brakiem snu – ostatnio mało sypiał. Jeszcze ten list. Cały czas podświadomie przyciągał jego umysł. Nie umiał sobie tego wytłumaczyć.
Jakby na domiar złego nie zdążył zjeść śniadania. Gdy tylko wszedł do kuchni zobaczył stojącą w progu Nikki – kobietę, która zawsze go poganiała. Ona miała w sobie jakąś siłę, która w każdej chwili potrafiła go zmobilizować, wręcz zmusić do działania. Nawet tego dnia nie było inaczej. Wystarczyło, że rzucił na nią okiem a już dostrzegł ten niesamowity błysk w oczach. Gdyby nie była kobietą, swym wzrokiem niczym wąż ukąsiłaby niejednego przeciwnika, każdego z wyjątkiem jego. Mimo to, że znał ją niemalże od dziecka, gdy na nią spojrzał odebrało mu mowę.
Jej uroda onieśmieliłaby każdego śmiertelnika, a on mimo swych zdolności też był przecież zwykłym człowiekiem.
– Jej młode, piękne piersi… Jak chciałbym się w nie wtulić – myślał.
Nieraz tonął w takich marzeniach, ale wiedział, że to tylko chore myśli.
– Kimże ja jestem, żeby bawić się w Boga?
Nie potrafił oderwać od niej wzroku. Ale ona tylko stała. Nic nie mówiła, tylko stała w swej wyzywającej, kuszącej pozie.
Nie był w stanie powstrzymać swego instynktu. W jego oczach zapłonęła żądza.
Zbliżył się do niej kilka kroków.
– Zamówiłam powóz. Pewno już stoi przed domem.
Jakby obuchem dostał w głowę. Jakby na potwierdzenie jej słów usłyszał rżenie koni przed bramą. Zaklął pod nosem. Miał nadzieję, że tego nie usłyszała, a gdyby nawet to i tak pewnie nie dałaby tego po sobie poznać.
– Włożę na siebie tylko płaszcz. Daj mi chwilę.
Nie odezwała się ani słowem, ale miał wrażenie jakby wyczytał w jej oczach niemą ironię.
– Ach gdyby tylko nie była… – nie dokończył swoich myśli.
Odwrócił się i wyszedł do przedpokoju.
Faktycznie, woźnica czekał już przed bramą. Nikki siedziała już w środku powozu. Zamknął drzwi na trzy zamki. Sąsiedzi pewnie jeszcze spali, ale niemiłosiernie skrzypiąca furtka z pewnością ich obudziła. Uśmiechnął się ironicznie i wsiadł do dorożki. Nikki spojrzała na niego z wyrzutem.
– Nie śpieszyłeś się.
Spojrzał w jej zielone jak toń wodna oczy.
– Został nam kwadrans.
– Zdążymy. Poczta jest koło biblioteki.
Woźnica nie pytał o drogę. Chwycił cugle i popędził konie. Minęli kilkanaście domostw i jakieś ruiny – wyglądały jak pozostałości starego zamczyska.
W zaledwie kilka minut powóz zatrzymał się przed pocztą. Gdy wysiedli i zapłacili woźnica jakby od niechcenia zauważył:
– Krwawe i nieme chmury wiszą w powietrzu – popędził konie.
– Dziwny ten woźnica. O czym on mówił? – Zapytała Nikki.
– Nie wiem. Nie mniej dziwny niż my – pomyślał, gdy wchodzili na pocztę.
Jak zwykle o tej porze byli jedynymi petentami. Poczta była mała i ponura. Paliły się jedynie trzy lampy. Energicznym krokiem zbliżył się do jedynego okienka. Za szybą pojawił się starszy człowiek. Ponoć znał wszystkich w miasteczku. Nie było w tym nic dziwnego, bo miasteczko było niewielkie.
– Dzień dobry Panu. Witam Panienkę – rzekł cicho, gdy się zbliżyli. – Chciałby Pan nadać list?
– Wręcz przeciwnie Simon, chciałbym odebrać przesyłkę.
Mężczyzna otworzył usta ze zdziwienia, ale zaraz potem jego twarz stała się blada i pot wystąpił mu na czoło.
Wszyscy wiedzieli, że Simon jest bardzo sumienny i bał się popełnić jakikolwiek błąd – był już starym człowiekiem i nie miał żadnej rodziny, praca na poczcie była wszystkim, co miał i nie chciał jej stracić.
– Co się stało? Źle się Pan czuje? – Zapytała Nikki.
Jej słodki głos mógłby złamać niejedno serce. Oczy napłynęły jej troską.
– Nie, nie Panienko.
Schylił się pod ladę i wyjął stary, gruby zeszyt. Szybko przerzucił kilka kartek. Palcem odszukał odpowiednie nazwisko i przeczytał:
– Było kilka paczek dla Pana, ale wszystkie zostały wysłane na Pański adres do Przeklętej Doliny. Listonosz wczoraj zawiózł je na miejsce. Nie dotarły?
– Ale przecież ja tam nie mieszkam.
W odpowiedzi Simon pokazał zeszyt. Dużymi literami widniało „John Mothman – Przeklęta Dolina”. Detektyw nie dowierzał własnym oczom.
– Została tylko jedna przesyłka dla Pana, ale nie ma na niej adresu ani nazwiska nadawcy.
Nagle zegar nad okienkiem wybił godzinę 05.30. Nikki drgnęła.
– John i co teraz?
– Idź do biblioteki. Zaraz przyjdę.
– Pocałowała go w policzek i wybiegła z poczty.
– Niech Pan pokażę paczkę.
Simon wyjął ją spod lady. Gdy Tylko John na nią spojrzał oczy natychmiast nabiegły mu krwią. Zaadresowana była na „J.M.”. Litery napisała ta sama ręka, co list, który znalazł dzień wcześniej w skrzynce. Rozerwał paczkę i jego oczom ukazała się przepięknie złocona na brzegach książka. Jej tytuł brzmiał: ?Mary Mothman – Autobiografia”. Bez słowa wybiegł z poczty. Nawet nie podziękował Simonowi ani nie pokwitował przesyłki.

Nie pamiętał nawet czy podziękował Simonowi. Chyba nawet się z nim nie pożegnał. Schował książkę, żeby nie zamokła i wybiegł z poczty. Skierował się w stronę biblioteki. Poślizgnął się na krawężniku i wylądował twarzą w kałuży. Nie zważał na nic. Wytarł rękawem twarz na tyle by widzieć drogę i pobiegł dalej.
Serce biło mu jak oszalałe. Jeszcze tylko dwie przecznice. Przebiegł już prawie całą drogę. Oparł się ciężko o barierkę. Już tylko trzy schody dzieliły go od drzwi. Wskoczył na nie bez namysłu. Chwycił klamkę i szarpnął – były zamknięte od wewnątrz. Uderzył w nie kilka razy pięścią, ale grzmot go zagłuszył. Zaklął siarczyście i naparł na drzwi całym ciałem, ale ustąpiły dopiero za drugim razem.
Błyskawica rozświetliła okolicę, gdy wpadł do biblioteki. W przebłysku światła, błyskawice następowały jedna po drugiej już niemal bez przerwy, ujrzał Nikki stojącą w drzwiach prowadzących do głównej sali. Lampa trzęsła jej się w ręce.
Dziewczyna z przerażeniem w oczach spoglądała raz na wyłamane z zawiasów drzwi a raz na podnoszącego się z nich mężczyznę. Nie poznała go w pierwszej chwili i krzyknęła:
– Co Pan?! Biblioteka jeszcze zamknięta! Niech Pan wyjdzie albo wezwę żandarmów!
Odwróciła się i pobiegła do sąsiedniego pomieszczenia.
– Nikki!
Usłyszała krzyk i szybkie kroki zbliżające się w jej kierunku. Chwyciła stojący na szafce wazon, ale nie zdążyła zaczaić się za drzwiami.
Z początku myślała, że burza zniekształciła głos mężczyzny i upodobniła go do głosu Johna; że miała tylko przesłyszenia, ale gdy stanął w progu i zapalił światło wazon wypadł jej z rąk i potłukł się na drobne kawałeczki. Oparła się o ścianę i zakryła twarz dłońmi.
Wyobrażał sobie jak tragicznie musiał wyglądać. Dopiero teraz zauważył krew na rękawie, jednocześnie poczuł dotkliwy ból nosa. Był cały zabłocony, brudny i śmierdziało od niego potem.
Nikki uchyliła nieco okno. Otrząsnęła się z pierwszego wrażenia.
– Jak Ty wyglądasz. Siadaj – przysunęła mu krzesło. – Zaraz zrobię Ci okład.
Gdy wyszła z sali podniósł i dopasował wyłamane drzwi do zawiasów.
– Prawie idealnie – pochwalił sam siebie półgłosem i wyjrzał na, zewnątrz, ale nic się nie zmieniło – nadal padał śnieg z deszczem. W taką pogodę mało, kto mógłby poznać, że drzwi są już tylko atrapą.
John zadowolony ze swego dzieła dopiero teraz usiadł przy stoliku. Dotknął złamanego nosa i pod palcami poczuł lepką ciecz. Jeszcze krwawił. W tej samej chwili usłyszał słowa nagany:
– Nie dotykaj. Trzeba to zdezynfekować, bo wda się zakażenie.
Nikki zbliżała się do niego energicznym krokiem. W rękach niosła mały flakonik z jakimś nieznanym mu specyfikiem i kawałek czystego białego materiału. Wylała przeźroczystą zawartość buteleczki na materiał i zbliżyła „opatrunek” do jego nosa.
– Z początku może troszkę szczypać, ale wytrzymasz. Przyłóż go do nosa a ja wywieszę kartkę, że biblioteka dzisiaj będzie później otwarta.
– Dzisiaj zamykamy bibliotekę.
Chwycił ją tak zdecydowanie za rękę, że wypuściła z niej opatrunek. Zaskoczyło ją zachowanie brata.
– Dzisiaj nie otwieramy biblioteki – zadecydował. – Zapal więcej światła i siadaj.
Zawahała się, ale zrobiła, co kazał. Gdy już siedzieli naprzeciwko siebie John wyjął spod poły płaszcza książkę i w milczeniu, prawie z namaszczeniem położył ją na stole.
– To dla mnie? – Nikki prawie krzyknęła z radości i z nieukrywaną nadzieją w głosie. W jej oczach znów tańczyły ciepłe płomyki szczęścia. Chciała podbiec i ucałować brata z radości, że jednak nie zapomniał o jej urodzinach. Ale nie wypadało jej tego robić, nie była już dzieckiem. Dzisiaj stała się kobietą, przynajmniej psychicznie a fizycznie – ciągle wierzyła, że znajdzie tego jedynego.
– To nie to, co myślisz – odwrócił wzrok, żeby nie widzieć rozdzierającego serce zawodu w jej oczach i spojrzał na książkę. – To coś o wiele cenniejszego – powiedział jakby chciał się przed nią usprawiedliwić. – Wiesz, co to jest?
– Książka – odpowiedziała lekceważąco. – Jak każda inna. Co może być w niej takiego interesującego?
Nie wiedział, co jej odpowiedzieć, przecież nawet nie przejrzał tej książki, od razu przybiegł z nią do biblioteki. Ale…
– Popatrz na jej autora a raczej autorkę – poprawił się specjalnie podkreślając ostatni wyraz i wskazał na okładkę.
Nikki otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
– To książka o naszej mamie. Kto ją napisał?
– To autobiografia – na potwierdzenie swoich słów pokazał jej tłoczony napis „Mary Mothman” na okładce.
– Pięknie zachowana. Skąd ją masz? Z jakiegoś muzeum? Musi być bardzo stara.
– Wręcz przeciwnie, Nikki. Ktoś mi ją przysłał. Książka jeszcze pachnie drukiem a raczej…
– Krwią – dokończyła przerażona. Wzięła książkę i szybko przewróciła kilka kartek. Johnowi mignęła przed oczami data jej wydania.
– To jej charakter pisma. Książka też wygląda jakby była nowa.
– Bo jest nowa.
Popatrzyła na niego.
– Chyba oszalałeś. Nasza matka nie żyje. Też do niedawna jeszcze się łudziłam. Ale to już dziesięć lat. John, ona już nie wróci. Musimy się w końcu z tym pogodzić.
– Nie znaleźliśmy ciała – upierał się John. – Śledztwo nic nie wykazało.
– Ty i to Twoje śledztwo. Wiedziałam, że kiedyś ta praca zacznie na Ciebie źle wpływać.
Powinieneś wyjechać gdzieś, odpocząć trochę.
– Tak, masz rację siostrzyczko, tak zrobię, ale jak rozwiążę zagadkę jej zaginięcia.
Chciała coś powiedzieć, ale nakazał jej milczenie przykładając palec do ust. Wziął książkę z jej rąk, odszukał datę, która wcześniej mignęła mu tylko przed oczami a gdy był już pewien, że się nie przywidział wskazał ją Nikki.
– Sama zobacz.
Dziewczyna nie wierzyła własnym oczom. Z wrażenia głos zamarł jej w gardle.
– Tak, ta książka została wydana w tym roku i nie mamy wątpliwości, że została ona napisana przez naszą mamę. Własnoręcznie – podkreślił. – Ale nie to mnie zastanawia. Wiemy już, że nasza matka żyje – zdawał sobie sprawę, że nie w pełni przekonał swoją siostrę, ale… – Zastanawiają mnie tylko te znaki na rogach książki – wskazał je palcem.
– Może to jakieś symbole, też są napisane krwią. Myślisz, że to może być krew naszej mamy?
– Nie mam tej pewności – odpowiedział. – Dostałem też list z takimi samymi znakami. Przejrzałem książki w domu, ale nie znalazłem w nich nic podobnego. Chyba, że poszukamy jeszcze tu, w bibliotece – zasugerował.
– A może ja Państwu w czymś pomogę?
Oboje jednocześnie spojrzeli w stronę skąd dobiegł ich nieznajomy głos. Przed nimi stał mężczyzna. Cała jego postać była niesamowita. Ale najdziwniejsze były jego oczy – zdawały się zupełnie nie pasować do całej postaci, były to oczy bardzo starego człowieka, jakby sprzed wieków. Patrzył na nich spod szerokiego ronda czarnego kapelusza.
Pierwsza z wrażenia otrząsnęła się Nikki.
– Kim Pan jest? – Wstała zza stołu.
– Różnie mnie nazywają. Ale Wy mówcie na mnie Cagliostro.

Konrad Staszewski

 

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Prolog

 

Opowieści z Przeklętej Doliny:

 

Ucięta Mowa

 

 

Prolog

 

Jeszcze raz przeczytał list, jego czujne oczy prześlizgnęły się po nim bardzo dokładnie, ale nie znalazł żadnej wzmianki na temat nadawcy. Zamiast tego dane adresata były napisane bardzo wyraźnie, nawet mniej wyczulone oko rozpoznałoby w tym piśmie młodą kobietę, ale on widział więcej. Był niemal pewien, że adres napisano silną, energiczną ręką. Dopracowanie każdej literki dobitnie świadczyło o pedantyzmie nadawcy. Nigdzie nie było widać, żeby ręka zawahała się choćby na moment. Ta osoba dobrze wiedziała, do kogo i co pisze. Musiała także być bardzo zdesperowana. Zastanowiła go tylko forma listu. Jakby był tłumaczeniem jakiegoś starodruku. I te dziwne symbole na jego rogach, jakby napisane krwią – dokładnie 24ry.

Ze zdumieniem zauważył, że z każdą chwilą był coraz bardziej zainteresowany tą historią. Zdjął cieniutkie okulary i przetarł aksamitną chusteczką, włożył do pudełka z wygrawerowanymi na wieczku inicjałami „J.M.”. Ostrożnie schował wszystko do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Mimo dość mroźnej, bo miejscami spadającej poniżej -15 stopni Celsjusza temperatury jemu było ciepło. Zresztą był dopiero początek grudnia, a on nigdy nie zważał na temperaturę.

Złożył list na czworo i schował do oddzielnej kieszeni uszytej specjalnie na rzeczy znalezione. Jeszcze raz zajrzał do skrzynki, ale nie znalazł żadnej więcej poczty. Listonosz znowu się spóźniał, ale zimą często się to zdarzało. Zamknął skrzynkę i wszedł do ogrodu. Z przyzwyczajenia chciał zamknąć furtę, ale przypomniał sobie, że ta dziewiętnastowieczna żelazna brama się zacinała. Przymknął ją mocno, przeszedł przez ogród – na śniegu pozostały tylko jego ślady. Rzadko miewał gości, wszyscy omijali jego dom z daleka, bali się. Odzwyczaili się od mrocznych budowli z łukowymi oknami, gargulcami nad drzwiami. Nawet w dzień przypominała katedrę. Nocą była niewidoczna.

Podszedł do ciężkich drewnianych drzwi. Wymacał ręką mosiężnego gargulca i pociągnął za jego szczękę. Zza drzwi dał się słyszeć cichy dźwięk organ i melodyjny kobiecy głos. Bardzo lubił taką muzykę, kontrast siły i subtelnej delikatności. Mroczna, smutna a jaka piękna, nostalgiczna, opowiadająca o uczuciach i przemijaniu. Tą odmianę gotyku lubił najbardziej, zresztą pasowała do tego miejsca.

Odczekał chwilę nim pieśń całkiem nie zamilknie, ale nikt nie otworzył mu drzwi. Wyjął pozłacany klucz z poły płaszcza i włożył go w oko gargulca, przekręcił dwa razy i jednym pchnięciem otworzył obie części drzwi – rozwarły się jak brama. Zatrzasnął je i zaryglował. Uderzyła go niesamowita cisza.

– Jesteś w domu? – Nie otrzymał odpowiedzi. – Pewno znowu gdzieś wyszła ze znajomymi – pomyślał.

Mimo, że na zewnątrz dopiero nadchodził zmierzch a zegar w pokoju nie wybił jeszcze godziny 4-tej po południu w domu panowały nieprzeniknione ciemności. Znalazł wyłącznik, przekręcił go i całe pomieszczenie zalała fala światła. Świece w sześcioramiennych żyrandolach zapaliły się równocześnie. Płaszcz powiesił na masywnym, drewnianym wieszaku w drugim pokoju. Teraz w dobrym świetle mógł jeszcze raz przyjrzeć się listowi. Wyjął go z kieszeni, rozłożył i krzyknął ze zdziwienia – miał przed sobą prawie czystą kartkę. Treść jakby nigdy nie istniała. Tylko na rogach pozostały te dziwne symbole.

– Jest tylko jedna szansa – pomyślał.

Zrzucił buty i na bosaka wbiegł po krętych schodach na piętro. Nawet nie zgasił światła na dole. Świece i tak były wieczne.

Pamiętał, że odkąd odziedziczył z siostrą ten dom ani razu nie nawaliło oświetlenie.

Oparł się o barierkę. Spojrzał na koniec ciemnego holu. W żadnym pokoju nie paliło się światło. Drzwi były pozamykane. Przekręcił klucz w zamku i wszedł do jednego pokoju, nazywanego przez niego biurem. Faktycznie tak było urządzone – stary segment z ciemnego drewna po brzegi wypełniony książkami naprzeciwko drzwi, biurko 4-ro szufladowe i stylowe fotele, wszystko było tak dobrane, żeby na pierwszy rzut oka stanowiło komplet. Pamiętał jak znosili te meble ze strychu. Zapalił lampę stojącą na strychu i usiadł na krześle. Wokół niego leżało kilka niezapłaconych rachunków, zebrał je na kupkę i rzucił na drugi fotel. Rozłożył ostrożnie list. Kartka była czysta nie licząc tajemniczych znaków na rogach. Przypomniał sobie, że jego siostra przyniosła kiedyś jakąś książkę o tajemniczych znakach i symbolach, ponoć przeklętą. Przeszukał cały segment i znalazł ją dopiero po dwóch godzinach. Przejrzał ją, ale niczego szczególnego się z niej nie dowiedział. Owszem, były zdjęcia i opisy różnych symboli, ale nie tego, czego szukał. Były podobne, porównywał je z listem, każdą kreseczkę, ale jednak nie identyczne. W całej książce znajdowała się tylko jedna przydatna informacja. Ponoć istniały kiedyś języki magiczne składające się z 24-ro literowych alfabetów i co ciekawe – zawsze były pisane ludzką krwią. Potwierdziło to tylko jego wcześniejsze spostrzeżenia. Zamknął książkę i odłożył na półkę. Spojrzał na busolę leżącą koło lampy – była pierwsza w nocy.

– Jak ten czas szybko mija – pomyślał. Jego siostra jeszcze nie wróciła. – Na pewno znowu wróci nad ranem. W razie, czego i tak ja usłyszę a jak nie to ma zapasowe klucze.

Wziął list, żeby go złożyć i schować do kieszeni, ale gdy światło lampy padło na papier od tyłu coś zobaczył.

– Oczywiście. Atrament sympatyczny! – Krzyknął. Sam się dziwił, czemu wcześniej o tym nie pomyślał.

Podniósł papier i aż usiadł na krześle. Nie umiał wykrztusić z siebie słowa. Na kartce ktoś wyraźnie pisał:

„Uratuj nas póki jeszcze możesz.

Johnie, jesteś naszą ostatnią nadzieją i…”.

Ostatnich słów nie umiał odczytać – były rozmazane, jakby napisane w pośpiechu. Ale skąd ten ktoś znał jego imię? Owszem, był dość znany z racji zawodu, który wykonywał, ale przecież cały świat go chyba nie znał. Przeszukał wzrokiem jeszcze raz trzymaną w rękach kartkę, musiał do tego założyć mocniejsze okulary, które wyjął z szuflady z biurka, ale nie znalazł żadnej wzmianki o nadawcy – ani adresu ani podpisu, ale był niemal pewien, że napisała go ta sama ręka, co adres na kopercie.

Płynące falą myśli brutalnie przerwał mu odgłos otwieranej furtki. Już dawno należało ją naprawić, skrzypieniem umarłego mogłaby obudzić. Nie wyjrzał nawet przez okno. Miała klucze. Złożył list i schował do kieszeni – zajmie się nim rano. Zgasił lampę, położył się na kanapie i utonął w natłoku myśli. Nawet nie wiedział, kiedy Morfeusz wziął go w swe objęcia.

Konrad Staszewski

Noc gdy przybył

List sir Richarda Donahue z Vithouse do Malcolma Swift’a

Vithouse, 7.05.1894 r.

Drogi mój Przyjacielu!
W swym ostatnim liście zapytujesz mnie o owe wydarzenia, tak szeroko komentowane przez prasę brukową. Pytasz mnie, czyż prawdą jest to co opisują, a co jakoby wydarzyło się owej pamiętnej nocy. Z tonu Twego listu wynoszę, iże bardzo krytycznie do owych sensacji jesteś nastawion. Niepotrzebnie.
Ja także czytałem owe historie w gazetach. Lecz to, co napisały te nędzne dziennikarzyny, żywiące się ludzkim upodleniem i nieszczęściem, niczym jest w obliczu tego co wydarzyło się naprawdę i co dzieje się nadal. Choć znasz mnie jako człowieka na wskroś uczciwego i prawdomównego to śmiem wątpić, iże uwierzysz w mą opowieść. Zaklinam Cię jednak! Wszystko co tu napiszę jest najswiętszą prawdą i wcale nie oszalałem, tak jak będziesz sądził, czytając moje słowa.
Owe wydarzenia zaczęły się wieczorem, 17 stycznia obecnego roku. Siedzielismy w pubie wraz z szanownym sir Arturem Bounte i wielebnym pastorem O’Riley, Panie niech spoczywa w pokoju. Spotykaliśmy się tu niemal każdego wieczoru, prowadziliśmy długie dysputy i raczyliśmy się opowieściami z dalekich podróży lub po prostu rozmawialiśmy o naszych sąsiadach. W historiach z dalekich wypraw prym wiódł sir Artur, o którym pisałem Ci we wcześniejszych swych listach. Doprawdy Malcolmie, trudno było się oderwać od jego wspaniałych historii o zaginionych na pustyni miastach, o tajemniczych ludach mieszkających w puszczach Afryki. Opowieści pełne tajemnic, czasem smutne, czasem wesołe. Myślę, że wiele z nich sir Artur ubarwiał, aby sprawić nam przyjemność, jednak mnie to nie przeszkadzało. Wiele razy wraz z pastorem zaśmiewaliśmy się do łez, na przykład z historii o tym, jak sir Artur pokonał za pomocą lustra kilkunastu uzbrojonych w dzidy dzikusów, czy też jak ukradł pewnemu maharadży ulubionego rumaka, po to tylko by udowodnić spryt i odwagę prawdziwego Anglika. Wspaniałe były owe opowieści.
Tego tragicznego wieczoru nie było jednak żadnych opowieści. W on czas rozmawialiśmy o demonach. Pastor tłumaczył nam iż demony to jeno wymysł biblijny, aby nastraszyć pogan i spowodować, by zbłąkane owieczki chętniej przyłączyły się do stada Najwyższego Pasterza. Bóg, w swej miłosci, nie mógł stworzyć czegoś takiego jak demony, czegoś złego. „Demony siedzą w ludziach” tłumaczył nam pastor. Sir Artur gwałtownie oponował. Stwierdził, iż demony to istoty z krwi i kości, równie realne, jak my sami.
Pastor i sir Artur często nie zgadzali się w poglądach i spory między nimi nie należały do rzadkości, ba, stanowiły sprawę tak normalną, jak to iż Słońce wschodzi i zachodzi. A jednak spór ów dziwną i niezrozumiałą zaciekłość u obu wywołał. Wreszcie sir Artur zaproponował wielce wzburzony, by udać się do jego posiadłości, gdyż tam ma dowód na prawdziwość swoich słów. Pastor i ja zgodziliśmy się ów dowód obaczyć i ruszyliśmy do domostwa sir Artura. Mimo iż początkowo owe dziwne zacieklenie u przyjaciół wywoływało u mnie uśmiech pobłażania, to jednak kiedy zbliżaliśmy się do celu naszej nocnej wędrówki, poczułem jak żelazna obręcz strachu oplata moje serce.
Kiedy dotarliśmy do domu sir Artura było już dobrze po północy. Weszliśmy do salonu, a gospodarz opuścił nas na chwilę. Kiedy wrócił, niósł w dłoniach jakąś starą księgę. Opowiedział nam, że owa księge dostał pewnej nocy w Egipcie, kiedy to w jego obozie u stóp piramid pojawił się nieznajomy Arab. Arab ponoć podarował mu tę właśnie księgę, mówiąc, że zawiera ona tajemnice starsze niż czas. Rankiem nieznajomego już nie było i nikt go później nie widział. W trakcie tej opowieści oczy sir Artura zapłonęły jakimś niezwykłym blaskiem i doprawdy, mój przyjacielu, poczułem prawdziwą trwogę.
Co do samej księgi. Jej tytuł brzmiał „Necronomicon”. Oprawiona była w czarną skórę, która zdawała się oddychać, jako żywa istota. Kiedy dotknąłem księgi, przysiągłbym, że poczułem słabe tętno, puls czy bicie serca. Jakież piekielne serce mieć musiała owa rzecz… cóż ja mówię, ona sama starsza być musiała niżli piekło.
Sir Artur otworzył księgę i pochłonęło nas szaleństwo. Naszym przerażonym oczom ukazała się rycina, kreski proste, lecz o ogromnej mocy. Zaledwie na nią spojrzałem krzyknąłem do sir Artura, by zamknął księgę. Pastor także krzyczał. „To niemożliwe, diabelskie sztuczki jeno” tak krzyczał pastor. A potem… Mgła szaleństwa zaćmiewa mój umysł… Pastor dotknął ryciny. I wtedy się zaczęło.
Jako, iż teraz właśnie zaczyna się najbardziej szaleńcza część mej opowieści, proszę Cię, Przyjacielu, byś zrozumiał jedną rzecz. Nie ma słów w ludzkiej mowie, by oddać tę grozę. Nie potrafię opisać Ci owej nieszczęsnej ryciny. Przedstawiała ona dwie Bestie splecione ze sobą w powietrznym pojedynku. Kształty owych Istot… były wstrętne, zdawało się, że żyją na owej rycinie i zmieniają się nieustannie. Lecz nie to było najgorsze. Najgorsza była nienawiść, jaka biła z owych, prostych zadawałoby się, kresek. Nie potrafię tego opisać, a nawet gdybym mógł, to nie chcę w obawie o Twe zmysły. Przejdę do dalszych wypadków, chociaż uwierz mi, Przyjacielu wolałbym, by nigdy nie nastąpiły. Jak już rzekłem, pastor dotknął owej ryciny.
Dotknął, krzycząc jakieś egzorcyzmy. Z księgi buchnął płomień i ogień objął dłoń pastora. Ten nie zważał na to, dalej wywrzaskiwał swoje „Apage Satanas”, nawet wtedy, gdy płomienie paliły całe jego ciało. Sir Artur śmiał się jak szalony, a ja zataczałem się niczym w pijackim zwidzie. Pastor upadł na podłogę, a smród spalonego ciała rozszedł się po całym salonie. Nagle ujrzałem, że na dworze zrobiło się całkiem widno, niczym za dnia. Chwiejnym krokiem podszedłem w strone okna i wyjrzałem na zewnątrz. Niebo właśnie się rozstępowało i całą ziemię spowiło szmaragdowe swiatło.
W górze dwie Bestie, jak na owej przeklętej rycinie, toczyły śmiertelny pojedynek. Słyszałem łopot olbrzymich, niby nietoperzowatych skrzydeł, uderzenia potężnych dziobów i odgłosy kości łamanych w usciskach potężnych macek. Jakimś sposobem owe Bestie wydostały się z księgi. Po krótkiej walce jedna z tych Istot zakrzyczała tryumfalnie i za pomocą szponów, macek, odnóży i dziobów rozerwała drugą na strzępy. To właśnie był ów „krwawy deszcz” o którym pisano w brukowcach. Zwycięska Istota spojrzała jeszcze w moją stronę, a potem odleciała w stronę gór. Jej spojrzenie odebrało mi resztki zmysłów. Upadłem bez czucia na podłogę. Taka oto jest prawda o owej nocy.
Kiedy rano ocknąłem się ciało pastora dopalało się. Sir Artur siedział w fotelu przy kominku i mówił cos do siebie. A księga… księga zniknęła i nikt tu jej nie widział od tej pory. Na koniec jeszcze powiem Ci tylko, Przyjacielu, że sir Artur, umieszczony w tutejszym sanatorium dla ludzi obłąkanych, do końca nie odzyskał zmysłów. Piszę do końca, bowiem zniknął z owego sanatorium trzy dni temu. Tu, w Vithouse, zniknęło bez śladu od czasu owej Nocy wiele osób. Bestia ma swe gniazdo gdzieś w górach i coraz częściej wychodzi nocami na żer.
Przyjacielu mój drogi! Chcę się z Tobą pożegnać. Wiem, że owa Istota przyjdzie po mnie wkrótce. Już nigdy się nie zobaczymy. Zaklinam Cię na wszelakie świętości, nie przyjeżdżaj do Vithouse i nie szukaj nigdy owej księgi przeklętej… My, ludzie, jesteśmy dla Starszej Rasy, owych bóstw sprzed stworzenia Ziemi, niczym kurz albo mrówki. Lepiej zatem nie zwracajmy na siebie ich uwagi, bo czeka nas los takiego właśnie natrętnego owada, którego, bez chwili wahania, zgnieciesz jednym palcem.
Żegnaj,Twój na zawsze, Richard.
P.S. Powiedz innym, może jeszcze nie jest za późno.

Elf

Gdy elf wyszedł z prosto wykonanego szałasu ujrzał błyszczącą rosę na trawie, pierwsze promienie słońca które nieśmiało przenikiwały przez młode gałązki równie młodych sosen. Padł na ziemię i zaczął dokładnie przyglądać się trawie, tak! Jego ofiara szła tędy i na dodatek nie wie że jest śledzona. Czym prędzej założył płaszcz, ukrył twarz pod kapturem założył plecak, przypiął do pasa dwa miecze, jeden z prawej drugi z lewej, ukrył sztylety w butach a szałas zniszczył i po chwili znalazł się w głębi lasu. Biegł szybko jak gepard a lekko i cicho niczym małe piórko, wydawało się że unosi się nad ziemią, co jakiś czas zatrzymywał się aby zbadać czy nie zgubił tropu, jego ofiara była jakieś pół dnia marszu przed nim lecz to tylko kwestia czasu kiedy ją dogoni i dorwie z zaskoczenia. Pewny siebie łowca pobiegł dalej, był pewien iż zabicie ofiary nie sprawi mu kłopotu. To tylko jakaś dziewka szpieg która byłaby już w lochach gdyby nie niesubordynacja strażników którzy dali jej uciec i gdyby nie oni doświadczony zabójca trenowałby sobie teraz w swojej kryjówce.

Ślad się urywał przy wodospadzie otoczonym skałami. Musiała zejść w dół – pomyślał elf i zaczął zeskakiwać po skałach obok wodospadu, jeden fałszywy ruch i mógłby zginąć, lecz dla takiego doświadczonego łowcy to żaden problem.

Spory między leśnymi a złotymi elfami trwają już od wielu tysięcy lat i z roku na roku zbierają one straszniejsze żniwa. Im dłużej trwają walki tym więcej osób ginie i na dodatek cierpią na tym słabsze i bezbronne rasy żyjące w pobliżu.

Satis jest bardzo doświadczonym choć młodym leśnym elfem szkolonym w złodziejstwie, walce wręcz, oraz w sztukach leśnych łowców. Gdy tylko chce może stać się prawie niewidzialny. Jest cichy, szybki i perfekcyjny i choć ma problemy z prawem i żyje w odludziu zgodził się zabić szpiega który wykradł tajemnice leśnych elfów i uciekł z niewoli. Satis zgodził się pod warunkiem iż król cofnie mu kary za poprzednie wykroczenia takie jak, zabójstwa czy kradzieże. Jego zadanie jest proste i zrozumiałe – odnaleźć zanim szpieg wróci do miasta złotych elfów, zabić go, ukryć zwłoki i odebrać pergamin z planami całego lasu leśnych elfów które stanowi jedno wielkie elfickie miasto. Jeżeli mu się nie uda leśne elfy czeka zguba.

Gdy Satis zszedł po stromych skałach czekała go przeprawa przez rzekę, na szczęście w pobliżu był mały port, elf zapytał starego gnoma aby się upewnić czy przepływała tędy jego ofiara, ten potwierdził. Satis kupił małą łódkę za 50 sztuk złota i ruszył na drugą stronę bardzo szerokiej rzeki.

Wiosłował z pół dnia bo gdy znalazł się po drugiej stronie był gdzieś środek nocy. Choć zabójca umiał widzieć w nocy to i tak by nic nie wywęszył, postanowił przespać się bo i tak bez energii nic nie zdziała, nie opodal był mały kawałek polanki w sam raz do przespania się. Satis położył się na miękkiej trawie i jak zawsze czujny zasnął.

Obudził się jeszcze przed wschodem słońca i wypoczęty ruszył dalej. Trop pokazywał iż ofiara jest ze 2-3 godziny drogi przednim co oznaczało iż powoli ją dogania.

Po paru godzinach biegu elf zauważył z pagórka wielki i rozchodzący się na kilka mil labirynt z żywopłotów. Dobrze znał ten labirynt, to tu gdzieś po środku jest portal do miasta złotych elfów przez który uciekał z niewoli. Pamiętał co nieco więc ostrożnie ruszył w głąb, wiedział że musi szybko znaleźć swą ofiarę bo gdy przejdzie przez portal misja będzie zaprzepaszczona. Czym prędzej zaczął biec po zawiłych żywopłotowych korytarzach zdając się na własny instynkt i na boginię szczęścia Zeo. Co prawda Satis uwielbia przyrodę to teraz nie zwracał uwagi na piękne ogrody rosnące dookoła niego – no chyba że byli w nich ogrodnicy to wtedy szybkim zwinnym ruchem rzucał w nich malutkim sztylecikami przypiętymi do pasa. Trafiał perfekcyjnie w serce lub w szyję. Jego ofiary nie miały najmniejszej szansy na przeżycie. Nagle elf zauważył ciągnący się przed nim długi ciągnący się gdzieś na kilometr korytarz w którego połowie stała jego przerażona ofiara. Gdy tylko go zauważyła popędziła ile miała sił w nogach. Była wolniejsza od Sarisa więc ten pewny siebie tak jak wcześniej pobiegł w jej kierunku. Złota elfka już się cieszyła na widok magicznego portalu gdy…potknęła się o korzeń. Wtem elf podszedł do niej powoli, poprawił kaptur aby się upewnić że elfka nie zobaczy jego twarzy poczym wyjął miecz i już miał ją zabić gdy nagle jego ramie przebiła złota strzała na wylot. Satis padł na kolana – ból był straszliwy ale z zimną krwią elf nie dawał po sobie znaku cierpienia. Spojrzał tylko w stronę portalu gdzie stał elficki rycerz ze złotą zbroją i łuku w rękach, zabójca osunął się na ziemię i stracił przytomność.