Listopad 30th, 2011 przez Szeptun

W miejscu gdzie przyszedł na świat, i gdzie się wychowywał, powtarzano słowa: „Orc Blut Vremez, Uns Ax Vremez”[1]Ludzie tłumaczyli je różnie, zwykle wzniośle przedstawiając to zdanie jako krasnoludzką deklarację wojenną,  skierowaną do mrocznego, orczego gatunku. Słowa, które znał kiedyś bardzo dobrze, a które później czas zatarł w jego umyśle, dzisiaj, w tej właśnie chwili, kołatały w jego głowie, pulsowały razem z krwią w żyłach.,

- „Czas Orczej krwi, czas naszych toporów” – zdławił przekleństwo, chrapliwie mruknął i splunął krwią.

- Dużo jej – przebiegło mu w myślach.

I przeklął ponownie. Tym razem głośno i wyraźnie.  Płuco musiało być uszkodzone. Żebra były zapewne zmiażdżone. Noga w strzępach, ale przez lata nabrał twardości, teraz zapewne byłby w stanie chodzić i walczyć nawet na okrwawionych kikutach.

W ciągu godziny wszystko trafił szlag. Spętani, jeśli istnieli, zapewne rechotali teraz, w swojej Otchłani, ubawieni losem bandy awanturników.

- Drużyna?  – pomimo bólu uśmiechnął się gorzko – wolne żarty. Gdzie teraz jest dumny rycerz? Z połamanymi kończynami mógł odczołgać się ledwie kilka metrów, zanim go dopadli. Pół – Shaeidańskiemu[2] bękartowi musiały skończyć się strzały. I wtedy, dostali też tego cwaniaka. Potężny Władca Ziemi? Zniknął jak tylko zaczęło się robić nieprzyjemnie. Od początku był podejrzany. Ale szczytem wszystkiego było zatrudnienie drugiego czarodzieja. Tfu. Ucznia czarodziejskiego fachu, zaledwie.

Wtedy ich usłyszał. Z kilku stron wspinali się na zrujnowana wieżę. Bulgotliwie wymieniali między sobą uwagi i pokrzykiwali na siebie w Czarnej Mowie.

- To już – szepnął,  zaciskając dłonie na stylisku obosiecznego topora – Czas posmakować waszej krwi.

Ziggo Bragg z Żelaznej Bramy,  doświadczony krasnoludzki wojownik, wykopał zdrową nogą drewniane drzwi, by zaraz po tym, klnąc i wyjąc z bólu rzucić się do przodu. Ciął z góry, rozpłatując czaszkę pierwszego z Czarnych Orków[3]. Wtedy, rzucili się na niego z każdej strony.

czytaj dalej »

Listopad 16th, 2011 przez Sendai

Rozdział 1 Początek

Był wilgotny jesienny dzień deszcz cicho stukał o brukowane uliczki Elthrandu. W taką pogodę ludzie siedzieli w domach. Wszechobecną cisze wypełnił cichy dźwięk kroków tuż przy bramie. Główną ulicą szedł odziany na czarno mężczyzna w głębokim kapturze. Pod pachą niósł coś w rodzaju czarnej skrzynki wypełnionej szmatami i kocami a w ręce trzymał podłużny pakunek . Obojętnie przeszedł pod kamiennym łukiem z napisem ,,Targ-Elthrand” i równie beznamiętnie potraktował siedzących na targu niezmordowanych pogodą kupców. Idący skierował się do gmachu zwanego świątynią poświęconą bogu kupców Belderowi. Wszedł po niewysokich schodach do pomieszczenia z ołtarzem. Tam zdjął kaptur ukazując w blasku świec młodzieńczą twarz. Nieznajomy był stosunkowo młody, miał długie blond włosy i brązowe oczy. Był elfem. W pomieszczeniu stał ołtarz i sześć biurek. Przy każdym z nich siedziała jakaś osoba i coś niezwykle szybko notowała. Jedna z osób podniosłą głowę i jej wzrok padł na nieznajomego. czytaj dalej »

Listopad 7th, 2011 przez inigo88

 Był ciepły lipcowy wieczór i miasteczko Eden w stanie Maryland topiło się w czerwieni zachodzącego słońca. Już od kilku dni pogoda była naprawdę piękna i nic nie wskazywało, żeby dzisiejszego wieczoru coś miało się zmienić. Ann siedziała na ławce w malowniczym parku otaczającym tutejszą szkołę i z niecierpliwością wypatrywała Tommy’iego. Siedemnastoletnia dziewczyna miała na sobie jasną sukienkę w kwieciste wzory i letnie klapki. Jej długie, blond włosy opływały nagie ramiona. Była z nich bardzo dumna. Nie ścinała ich od dzieciństwa i bardzo o nie dbała. Jeszcze przed wyjściem spędziła kilka godzin na „robieniu się na bóstwo”. Uwielbiała siedzieć przed lustrem i rozczesywać swoje piękne, blond włosy. Musiała się spodobać Tommy’iemu. Bardzo jej na tym zależało. Ten wysoki brunet o szarych oczach, starszy od niej o rok, zawrócił jej kompletnie w głowie. Umówiła się z nim już tydzień wcześniej i cały ten czas chodziła spięta, lecz równocześnie rozmarzona, wyczekując tej chwili. Chwila ta jednak nie nadchodziła. Tom spóźniał się już piętnaście minut.
Czarny Ford Mustang z 1968 roku mknął autostradą numer 13 z zawrotną prędkością. Mroczny Johnny, siedzący za kierownicą, zajęty był studiowaniem mapy stanu Maryland i rozmową przez komórkę.
- Jesteś pewna, że to pieprzone Eden leży na tej trasie? – wykrzyczał do telefonu. – Jadę już od dobrych paru godzin, a nie poczułem nawet smrodu tej zasranej dziury!
- Spokojnie Jo – Dopływający ze słuchawki kobiecy głos był miękki i przyjemny. – Jak tylko miniesz Sulisbury, zjedź w prawo, a wrota Edenu rozstąpią się przed tobą – zachichotała.
- Nie kpij Jenny. Sprawa zrobiła się naprawdę poważna. – powiedział Johnny trochę mniej rozgniewany. Tylko ona miała na niego taki wpływ. – Mam nadzieję, że tym razem dorwiemy drani. Poprzednio byłem już naprawdę blisko, ale ten pieprzony smarkacz rzucił się na mnie z pazurami. czytaj dalej »

Październik 27th, 2011 przez xela191

Historia zaczyna się bardzo daleko daleko stąd. W galaktyce o nazwie
Plut oddalonej od Ziemi o 5 galaktyk na planecie Okugen.
W czasach spokojnych planety Okugen, pojawia się czarnoksiężnik
który zamyka pięć sił natury: wodę, ogień, ziemię, powietrze,
i błyskawice w 5 kulach i pozostawia je na górze którą później
nazwano górą 5 żywiołów.

Legenda głosi że kobieta zwykła prosta zakocha się w mężczyźnie z rodu Gwiezdnych Rycerzy, i urodzi się im 5 dzieci.
Czarnoksiężnik sam nie wiedział kto będzie tymi rodzicami.
Przez wiele setek tysięcy lat kobiety zakochiwały się w gwiezdnych rycerzach,
lecz tylko kilku takim małżeństwom rodziło się 5 dzieci.
Kiedyś podczas wojny galaktycznej między gwiezdnymi rycerzami, a mutantami
i piekielnymi bandytami, kilkoro gwiezdnych rycerzy
uciekło przed tymi stworami i zatrzymało się na planecie Okugen. Byli to chłopcy mający najstarszy dopiero 20 lat.
Wysocy, przystojni, blondyni o czarnych jak noc oczach.
Był wśród nich także najsłabszy Zamm, który od pierwszego wejrzenia zakochał się w Marii,
najpiękniejszej dziewczynie z tej planety.
Drugiego dnia pobytu, poszli razem na spacer, wtem niebo rozbłysło światłem, które spadło okrążało ich.
Nie wiedząc co to jest, stali nieruchomo.
Gdy minęło następnych pare dni, w ostatnia noc, staneli przy blasku księżyca i wpatrywali się w niebo.
Ujrzeli jak na niebie spada na raz 5 gwiazd. Był to dla nich niesamowity widok.
Zam przysiągł Marii że wróci i zostanie z nią na wieki.
Gwiezdni rycerze opuścili Okugen, dlatego że mutanty napotkali ich statek ich na tej planecie. Mijały dni, tygodnie.
Gdy przyszedł dzień kiedy to będzie zaćmienie słońca, w nocy Marii przyśnił się dziwny sen.
Przyśniło się jej właśnie te 5 żywiołów. Gdy spojrzała następnego dnia na zaćmienie,
wiedziała że to ona ma uwolnić 5 żywiołów.
W drodze na górę, zaczeła rodzić. Była sama w lesie, wołała o pomoc, by ktoś jej pomógł, wołała na darmo.
Na górze 5 żywiołów pojawili się piekielni bandyci którzy czekali na Marię,
lecz stali z drugiej strony góry i nie widzieli kul żywiołów.
Czekali tak długo, aż na świat przyjdą dzieci Marii i Zamma.
Maria urodziła pięcioro dzieci, synów potomków gwiezdnych rycerzy.
Gdy tylko bandyci wyczuli że dzieci się już narodziły. Szybko polecieli do Marii. Każdy z nich wziął dziecko.
Zabrali dzieci i odlecieli. Maria została nieprzytomna w lesie. Gdy tylko się ocknęła, wróciła do wioski i najstarszej kobiecie
opowiedziała wszystko o dzieciach, 5 spadających gwiazdach, świetle które ją i Zamma otoczyło.
Stara kobieta wzieła Marię i 3 jakieś buteleczki.
Poszły obie na górę. Na samym środku zobaczyły kamienny stół, a w nim 5 otworów, a w otworach 5 kul żywiołów.
Każda z kul była innego koloru: niebieska, czerwona, czarna, srebrna i przezroczysta, każda opisywała żywioł.
Piekielni Bandyci wiedzieli że te dzieci są tymi dziećmi od żywiołów. Postanowili je rozdzielić bo razem by ich pokonali.
Jednak każde z dzieci miało ogromną, potężną moc, ponieważ każde z nich pobierało moc ze swojego żywiołu.
Bandyci postanowili powysyłać ich w różne strony wszechświata, aby nigdy się nie odnalazły.
Rozesłali dzieci we wszystkie strony. Dzieci jako niemowlęta miały marne szanse na przeżycie w normalnym świecie
jednak były niezwykłe.
Gdy bandyci rozsyłali dzieci, w tym samym czasie wiedźma na górze budziła żywioły zamknięte w kulach.
Wypowiadała różne niezrozumiałe słowa.
Jak tylko dzieci opuściły planetę bandytów, kule wzbiły się w powietrze utworzyły okrąg i rozleciały się,
każda w inną stronę, każda z mega prędkością.
Czarownica nie wiedziała co i jak to się stało,więc nie czekają długo opuściły z Marią górę, i wróciły do wioski.
W kapsułach leciały dzieci, a za każdym z nich leciała jego kula z żywiołem.
Jedno z dzieci po kilku dniach lotu wylądowało właśnie na Ziemi, dziecko z kulą żywiołu wody.
Dziecko wylądowało na Ziemi i pierwszą rzeczą które znalazło była kula. Dziecko miało także dołączone cały opis swojego
istnienia, ale małe dziecko poszło, a kula wędrowała za nim i porzuciło statek.
Reszta dzieci i kule przepadły gdzieś w galaktykach.
Gdy minęło parę tygodni dziecko znaleźli wędrowcy którzy wędrowali po całym świecie i zabrali chłopca.
Wędrowcy dali mu na imię Dawid – Zwycięzca. Gdy dziecko było z wędrowcami, kula się oddaliła, zniknęła,
wiedziała że na razie nic mu się nie stanie.
Gdy Dawid kończył 5 lat w noc pełni księżyca, obudził się i pobiegł w stronę dobiegających go krzyków.
Jak przybył na miejsce zobaczył swych towarzyszy martwych i co dziwnego byli kompletnie mokrzy.
Na środku znalazł kule, podszedł do niej, wziął na ręce, a kula rozbłysłą światłem i zawisła mu na szyi.
Chłopiec nie wiedzą co się dzieje, patrzył na kule która błyszczała jak małe diamenciki.
Wrócił do namiotu, w którym mieszkał z wędrowcami, rozpalił ogień, lecz nie miał już nic do jedzenia
więc zasnął ze łzami w oczach. Gdy chłopiec zasnął, w nocy kula rozbłysła światłem.
Gdy rano się obudził, zobaczył że ognisko dalej się pali, a na ognisku piecze się jakieś mięso, zobaczył obok jakieś naczynko
z sokiem. Nie wiedząc skąd to tu się znalazło, zjadł mięso popijając sokiem.
Spojrzał w niebo i pomyślał że nie będzie siedział tutaj
i czekał na nie wiadomo co. Poskładał namiot pozbierał wszystkie rzeczy, i poszedł przed siebie, w nieznane mu strony.

Październik 26th, 2011 przez Szae

Późne lato, morza pól oblanych złocistym zbożem i sady pełne jabłoni. Niedaleko studnia i bielony wapnem dom z kamienną podmurówką. Wewnątrz codzienna krzątanina i tłusta kucharka trzymająca pieczę nad wieczorną biesiadą. Powietrze przepełniają zapachy spod ciężkich pokryw wielkich garnków grzejących się na kaflowej kuchni oraz suszonych ziół zawieszonych nad powałą. Czarny kot siedzi wpatrując się wielkimi bursztynowymi oczami w dziewuchę szorującą brudne naczynia. Dziewczyna jest szara jak jej imię – Szae, ubrana w kołtun brudnych kosmyków i lnianą koszulę, jej bose stopy miarowo wystukują rytm o podłogę. Ma może 10-12 lat i zacięty, bystry błysk w oczach. Szae jest zawsze czujna, nigdy nie wiadomo skąd padnie kolejne polecenie, upomnienie czy dezaprobata powszechne jak deszcze w listopadzie. Półmrok zapada, niedługo kuchnia umilknie a każdy rozejdzie się do swojego kąta. Czas dokończyć powierzone obowiązki. Praca mija w monotonnym rytmie, przestrzeń pustoszeje. W miarę jak zapada cisza ruchy dziewczyny stają się bardziej nerwowe, impulsywne, w końcu Szae wybiega na ganek i dalej wzdłuż ścieżki na łąkę.
Znowu ten szum w mojej głowie, narasta, przechodzi w przytłumione szepty dochodzące jak zza ściany, odległe i niepokojące. Słyszę je znowu, słowa których nie rozpoznaję – jak brzęczenie komara nie mogę ich uciszyć ani zignorować, jedynym wyjściem pozostaje znaleźć ich źródło.
Głosy prowadzą dziewczynę w określonym kierunku, bosymi stopami wyczuwa ciepło ziemi, miękki dotyk trawy. Podąża za nią kot o złocistych oczach. Szum wewnątrz czaszki staje się przytłaczający, pozbawia sił, Szae kładzie się na ziemi i zamyka oczy. Palcami czesze przestrzeń dookoła, dotyka czegoś… W dłoni zaciska kamień pulsujący wewnętrznym ciepłem, szklista powierzchnia odbija refleksy zachodzącego słońca. W środku mgły walczą ze sobą, zmieniają barwy. Szae podnosi kamień i słucha.
Marrukahr…marukahr…
Usta dziewczyny układają się w dźwięk obcego języka, zaklęcia, które zmienia wszystko. Kamień przestaje pulsować, ukazuje pośród cieni kobietę o kruczoczarnych włosach przeplecionych srebrnymi pasmami, oczach granatowych jak burzowe niebo i tatuażach ciągnących się wzdłuż policzków i szyi. Postać wydaje się poruszać , mówić, jednak słów i gestów nie można zrozumieć. Wraz z ostatnim promieniem słońca wizja oddala się i zanika. Szae leży na trawie i wpatruje się w bezchmurne ciemne niebo, cieszy się z upragnionej ciszy przerywanej jedynie rytmem bijącego serca. Jeszcze kilka chwil a powróci do domu w którym żyje, do miejsca gdzie po raz kolejny zamknie na noc oczy. Może choć tej nocy odpoczynek przyjdzie szybko i nie przyniesie ze sobą proroczych snów, które nękały Szae odkąd tylko sięga pamięcią.