Ostatnia szansa

Andrzej usiadl na lozku. Nogi zwisly bezwladnie nad podloga. Byly to nogi starego, schorowanego czlowieka. Nie byl jeszcze tak bardzo stary. Gdyby nie oni… Gdyby nie oni, moze bylby przecietnym facetem w srednim wieku. Ukryl twarz w dloniach walczac z porannym kacem i zaklal.
– Kurwa mac. Dlaczego zmuszaja mnie do tego? Przeciez prosilem. Tyle razy prosilem, zeby dali mi spokoj.
– Znowu mowisz, do siebie. Jestes alkoholikiem, powinienes sie leczyc – Odezwala sie jego zona, ktora najwyrazniej takze nie mogla spac. – Kiedys byles inny, nie z takim czlowiekiem bralam slub.
– Nie jest tak jak myslisz. Wszystko ci kiedys wytlumacze…
– Kiedy? – Spojrzala na niego. Wydawala mu sie taka mloda, a moze to on sie ostatnio postarzal? – Kiedy mi wytlumaczysz? Kiedy nasze malzeństwo sie juz rozpadnie? Kiedy wyladujesz w przytulku dla bezdomnych alkoholikow? Kiedy zadne wydawnictwo nie bedzie chcialo z toba podpisac kontraktu, bo nikt nie bedzie juz chcial czytac dziesiatej czesci twojej „trylogii”? Juz nie jestes tym, ktorego kochali. Twoje ksiazki sa coraz gorsze. Nie oszukuj sie…
– Nie jest tak, jak myslisz. Potrafie jeszcze napisac dobra ksiazke, tylko…
– Tak, tylko Oni ci nie pozwalaja. Znam te twoje bajki na pamiec…
– Nie wierzysz mi, ale to prawda.
– Wierze. Wierze, ze masz omamy. Jestes alkoholikiem. Musisz sie leczyc. Nie bede tak zyla ani dnia dluzej. Wstala. Otworzyla szafe i zaczela pakowac szybko swoje ubrania. – Pojade do mamy, jesli wrocisz z leczenia, zadzwoń.
– Prosze… Daj mi szanse. Nie odchodz…
– To jest twoja szansa… Twoja ostatnia szansa.

Lezal sam w ciemnosciach, czekajac na nich. Zawsze przychodzili. Noca. Zawsze kiedy byl sam. Dzis zjawil sie bialowlosy z czarodziejka i wampir. Nigdy nie przychodzili pojedynczo. Bali sie. Pewnie tak samo, jak on bal sie ich. Tylko Jaskolka pojawiala sie sama. Ona niczego sie nie bala. Nie musiala.
– Pokaz, co napisales – bialowlosy odezwal sie swoim zimnym glosem tak, ze Andrzejowi ciarki przeszly po plecach.
– Nie spodoba sie wam. – Glos pisarza drzal. Nie bardziej niz zwykle, ale drzal.
– To nie ulega watpliwosci – powiedzial wampir jak zawsze spokojnie i cieplo. – Gdybys raczyl pisac wszystko po naszej mysli, nie klopotalibysmy sie nawiedzaniem ciebie…
– Nie spodoba nam sie na pewno, od dawna nam sie nie podoba, ale zobaczymy, jak bardzo nam sie tym razem nie bedzie podobac – czarodziejka usmiechnela sie zlosliwie, mruzac fiolkowe oczy.
– Bardzo wam sie nie spodoba – znizyl glos tak, ze mowil prawie szeptem. – Co mi zrobicie? Zabijecie? Nie mozecie przeciez tego zrobic…
– Tego nie mozesz byc pewien. Napisales nas. To fakt. Ale to cie do niczego nie uprawnia.
– Nie masz prawa rozwalac nam zycia. Nie masz takiego prawa. Nikt nie ma.
– To nie moja wina. Mam kontrakt. Oni nie chca lzawych historyjek. Chca krwi…
– To beda ja mieli – uniosla sie czarodziejka i naglym ruchem zlozyla dloń do czaru.
Andrzej skulil sie caly. Nie mial pojecia, co potrafia, ale zdazyl przekonac sie, ze duzo. Zapach bzu i agrestu otulal go niczym jakas magiczna aura, budzil niepokoj.
– Stoj. Tak nie mozna – bialowlosy w ostatniej chwili chwycil biala dloń, niweczac jej plany.
– Ze co? Ze jak napisal ci „scene w bibliotece”, to teraz go bronisz? – wybuchla placzem. – Nienawidze go, nienawidze, prosze, pozwol mi go zabic…
– Nie mozesz. Pamietaj, wtedy umrzemy wszyscy – przytulil ja do siebie opiekuńczo. Wtedy odezwal sie Wampir.
– Czasem lepiej umrzec z honorem dzis, niz bez honoru jutro. – Spojrzal w okno zastanawiajac sie nad czyms.
– Nie wiemy, co jeszcze zgotuje nam nasz przyjaciel. Zabil juz tylu z nas. Tego nie cofniemy. Ty mozesz miec pewnosc, ze jeszcze pozyjesz. Fani cie lubia. Jaskolka jest mu potrzebna do zakończenia watku. Jej tez nie zabije od razu – powiedzial wskazujac na czarodziejke – bo nic by cie nie zmusilo, by walczyc nadal, ale ja? Pewnie nie dozyje do końca. Fani chca krwi. Jestem tylko „postacia drugoplanowa”… – Nie mow tak… Jestes bardzo dobry, nie wiem, czy bym stanal przeciw tobie… Balbym sie chyba.
– Nie jest sztuka napisac jakiegos lowce wampirow, albo dobrego maga i… Andrzej siedzial pod sciana skulony i sluchal, co bedzie. Bal sie, ze zechca przeczytac, co napisal dzisiejszego dnia…
– Dobrze, napisze, co chcecie. Napisze, co tylko bedziecie chcieli, tylko nie przychodzcie wiecej…

– Panie Andrzeju! Pan sobie chyba z nas drwi… – Redaktor uniosl brwi jakby zdziwiony.
– Czemu? Przeciez w zyciu tez czasem wszystko dobrze sie kończy – bronil sie niepewnie. Och, jak bardzo niepewnie sie bronil i jakze byl pewien, ze nie ma szans, by jego tekst przeszedl. Ale ciagle liczyl na cud.
– No niech pan poslucha, jak to brzmi : „… i spojrzeli sobie w oczy i wiedzieli juz, ze nikt i nic ich nie rozlaczy”, „… I zyli dlugo i szczesliwie w jednym wspolnym domu i nigdy nie zabraklo im smalcu, chleba i kiszonych ogorkow…”, albo to: „…okazalo sie, ze bezplodnosc wywolana magia i mutacjami jest uleczalna za pomoca cwiczeń i medytacji „, „Miecz jego zardzewial, dzieki czemu okazalo sie, ze meteoryt, choc potrzebuje na to wiecej czasu, potrafi zardzewiec wcale nie gorzej od naszego zelaza.” – Ho, ho, jest tu tego wiecej, panie Andrzeju, jak pan wie. Z pewnoscia pan wie, bo sam te brednie napisal. Prosze to zabrac. Natychmiast! I przyniesc za miesiac gotowa wersje. Zadnych melodramatow. Kto to kupi? I niech pan pamieta. To juz ostatnia szansa, potem zerwiemy kontrakt. Przeciez to mialo wyjsc w listopadzie, a jest koniec stycznia… Andrzej westchnal ciezko. Wiedzial, ze to nie przejdzie, to byla tylko gra na zwloke. Ale co zrobic teraz, nie mial zielonego pojecia. Skończyly mu sie pomysly, a czas naglil.

Siedzial piszac w skupieniu. Ktos dotknal jego ramienia. Podskoczyl nerwowo i odwrocil sie gwaltownie, czekajac na najgorsze.
– To ty Jaskoleczko… – odetchnal z ulga.
– To ja – westchnela i spojrzala mu przez ramie. Chwile czytala w ciszy. – Nie ma szans. Ona sie na to nie zgodzi. To za duzy kompromis, jest zla na ciebie.
– Wiem. Co mam robic? Jej wersja zostala odrzucona. Musiala zostac…
– Ta tez bedzie. To zaden sposob. To nie zadowoli ani twojego redaktora, ani Ich.- Jej zielone oczy patrzyly na niego wnikliwie.
– Wiem – Andrzej ukryl twarz w dloniach i zastygl w bezruchu.
– Oni nie rozumieja, ze ty tez masz zone, ze chcialbys zyc szczesliwie. Zrobili sie samolubni, kiedys tacy nie byli….
– Ona… Ona wczoraj probowala mnie zabic… Ja nie wytrzymam dluzej, zona odeszla ode mnie. Jestem starym, schorowanym czlowiekiem, na dodatek alkoholikiem… – Andrzej siegnal po szklanke.
– Nie pij – dziewczyna wyjela szklanke z jego rak.
– A co mi pozostaje? Zabija mnie, jak nie oni, to faceci z redakcji…
– Mam pomysl. Jest jeszcze jedna szansa… – westchnela ciezko, jakby rozwazajac cos w myslach. Odstawila szklanke na stol. Byla piekna, pomimo szpecacej blizny, ktora probowala ukryc pod kosmykiem prawie bialych wlosow. Dzis powiedzialoby sie „platynowy blond” – pomyslal Andrzej, patrzac na nia z czuloscia. Byla dla niego jak corka, ale w to, ze jest szansa powodzenia, nie potrafil uwierzyc.

– …od uroku? – czarownica usmiechnela sie.
– Od czarow, od zla, od opetania… Potrzebuje aury chroniacej przed tym wszystkim na dwa dni…
– Da sie zrobic – powiedziala i zaczela szukac czegos w stosie szpargalow.
– Czytalam pana ksiazki.
– Bedzie dzialac?- Andrzej obejrzal z zaciekawieniem podawane mu przedmioty.
– Nie wierzy pan w magie?
– Wierze, i to jak. Pytam, czy pani sie na tym aby na pewno zna.
– Tak, jak pan na pisaniu ksiazek.
– Marnie, ale niech bedzie. Ile to mnie wyniesie?…

– Musisz mi pomoc, Jaskoleczko.
– Bedzie dzialac? – dziewczyna obejrzala krytycznie dziwne wieloscienne bryly. Pachnialy dziwacznie.
– Mam nadzieje…
– Napisz o tym. Napisz, ze dzialaja. I powies te kartke na lozku. Jesli napisales nas, mozesz napisac i to.
– Moze masz racje…
– Rozstawie je w rogach lozka. Im mniejsze pole miedzy nimi, tym silniejsza aura… – Jaskoleczko… Dlaczego to robisz? Dlaczego mi pomagasz?
Odpowiedzialo mu milczenie.
– Dlaczego mi pomagasz? Przeciez bede ich musial zabic.
– Zabijesz ich. Bo musisz. Prosilam tyle razy, by sie zgodzili na jakis kompromis. Sami sa sobie winni. Ale obiecaj mi cos…
– Co?
– Obiecaj, ze pozwolisz mi ich odwiezc na druga strone rzeki. Razem. I ze beda razem na zawsze.
– Dobrze.
– I jeszcze jedno… Nie bedziesz wiecej pisal o nas. Nie dopiszesz juz nic wiecej. – Dziewczyna zamknela oczy, czekajac na odpowiedz. Jej twarz byla spokojna. Biale wlosy opadaly na czolo niesfornymi kosmykami. Byla piekna.
– Wybaczysz mi? Wybaczysz mi wszystko, co ci zrobilem?
– Nie mogles wiedziec, co robisz… – Jej rysy stezaly nagle.
– Wybaczysz mi, ze kazalem ci mordowac? Wybaczysz mi swoja Mistle? Wybaczysz te blizne? – Dotknal lekko jej policzka, z jej oczu wolno potoczyla sie lza.
– A jesli nie wybacze? Co mi przyjdzie z tego, ze nie wybacze? Czy moja Mistle wroci od tego? Blizna… Blizna to pestka. A koszmary? Do nich sie juz przyzwyczailam. Nie musze pic, by sie ich nie bac, jak robisz to ty. Napisales mnie taka. Wiec po co mialabym nie wybaczac? Oni to co innego. Sa starzy. Chcieliby ciszy, spokoju. Sa za dumni, by ci wybaczyc. Dlatego pomoge ci ich zabic. I dlatego ty napiszesz im swiat po drugiej stronie rzeki. I ja tez tam odejde kiedys do mojej Mistle. Napiszesz mi potem inne zakończenie, jak odchodze z tego swiata. Napiszesz potem po wydaniu ksiazki. I pozwolisz nam zyc szczesliwie.
– Jestes…
– Jestem glupia. Jestem glupia i Oni pewnie nigdy mi nie wybacza. Ale zrobie to dla nich i dla siebie. To nasza ostatnia szansa. Jedyna szansa.

Andrzej siedzial skulony, piszac szybko. Aura miala dzialac dwie doby. Nie jest latwo napisac ksiazke w takim czasie. Wiele juz mial, ale musial tez wiele zmienic. Zmierzchalo. Wiedzial, ze zaraz przekona sie, czy aura dziala. Czeka na nich. Przyszli. Wiedzmin, czarodziejka i wampir. Jak ostatnio. Dlaczego ostatnio przychodzili tylko we trojke? Dlaczego inni nie przychodzili? Tak, Jaskoleczka mowila cos o tym, ze nie wszyscy Ich popieraja. Niektorym wystarcza tytul ksiecia, zloto i kobieta. Niektorzy nie maja pretensji….
Andrzej siedzial skulony na lozku, a oni zblizali sie.
– Przeczytajcie, co napisalem – pokazal im kartke.
– „Wokolo lozka, na ktorym siedzial pisarz, byla silna aura magiczna.
Wampir, Bialowlosy i Czarodziejka stali wokolo lozka nie wiedzac, co robic. Pisarz pisal.” – Odczytal wampir.
– Jestesmy zgubieni.
– Jeszcze nie. Jest jeszcze szansa. Kazda aura da sie przebic. Dajcie mi sie skupic, a sciagne tu inne czarodziejki.
– Loza cie nie poprze, po wczorajszym wystapieniu naszej malej dziewczynki, naszej malej zbuntowanej dziewczynki, naszej Jaskoleczki…
Slyszalas sama, co oglosila – Bialowlosy spojrzal w dal. – I co gorsza, mozliwe, ze to faktycznie jedyna szansa, mozliwe, ze ona ma racje….
– Poradze sobie sama, jesli te zdziry nie chca. – Zamachala rekami i po chwili skupienia rozlegl sie huk i blysk. Cos zatrzeslo lozkiem, ale aura pozostala nie ruszona. Andrzej skulil sie caly, lecz poczul sie pewniej.
Aura dzialala.
– Sprobuj cos napisac, sprobuj, a zobaczysz…
Andrzej wyjal kartke.
– Nie moge pisac w takich warunkach – pomyslal i napisal: „Czarodziejka pieklila sie rzucajac blyskawice, lecz lozko ani drgnelo”. Pokazal im.
– Palancie. Glupi, chedozony dupku. Dopadne cie i tak.
Znowu blysk i huk. Tym razem nie zatrzeslo. Pisal wiec szybko w swietle blyskawic, potwornym huku i potokach wyzwisk. Pisal oblakańczo szybko i czasami sie mylil, ale wiedzial juz, ze wygra.
– Sprobujmy mu pomylic – zaproponowal wampir. Zaczeli powtarzac bezsensowne sylaby i slowa. Andrzejowi mylilo sie wszystko. Po chwili jednak przywykl i zaczal pisac dalej.
– Kochanie, co ty robisz?- uslyszal nagle glos zony. Przerazony podniosl wzrok.
– Cha! Mowilam, ze sie uda – zasmiala sie czarodziejka. – Prawda, kochanie? – powiedziala glosem jego zony.
To tylko magia. Wrocil do pisania. Byl juz przy końcu, gdy zawahal sie.
– Jak chcesz zginac, Wilku? – Zwrocil sie do Bialowlosego.
– Chedoz sie. To ty zginiesz, parszywa wywloko – krzyknela czarodziejka, opadajac powoli z sil. Magia wyczerpala ja prawie calkiem.
Bialowlosy milczal. Powazny jak zawsze.
– Chce, zeby ona byla wtedy ze mna.
– Nie mozemy sie tak poddac.
– Nasza mala Jaskoleczka miala chyba racje. Trzeba bylo zalatwic to pokojowo. Trzeba bylo pertraktowac… Teraz musimy sie poddac. Nie ma wyboru.
– Zawsze jest wybor. Zawsze….
– Napisze wam swiat po drugiej stronie rzeki… Napisze wam tam wszystko, co bedziecie chcieli. Ale wybaczcie mi to. I prosze, zostawcie mnie w spokoju.
– Ja mu wybaczam – pierwszy odezwal sie Bialowlosy. – Tylko prosze o jedno. Nie kaz mi juz walczyc. Jestem tym wszystkim zmeczony. – Odwrocil sie i odszedl. Wampir usmiechnal sie i zniknal. Najdluzej wahala sie czarodziejka. W końcu rzucila mu jeszcze pelne goryczy spojrzenie fiolkowych oczu i odeszla, zlewajac sie z mrokiem pokoju.
Andrzej odetchnal z ulga, gleboko wciagajac powietrze. Nagle poczul niepokoj… Nie, to tylko zapach bzu i agrestu nie rozwial sie jeszcze do końca. Nic mu juz nie grozilo.

– Marne to, panie Andrzeju, ale niech bedzie. Najwyzszy czas… – odezwal sie wydawca i poklepal Andrzeja po ramieniu.
Sprobowalbys chamie napisac lepiej w takich warunkach – pomyslal Andrzej, ale wolal nie mowic nic glosno. Poj**rrani fani nadal beda slali mi listy pelne zalu, ze pisze coraz gorzej (tak jakby pisanie, czujac na szyi ostrze srebrnego miecza, bylo pestka, zwlaszcza, jesli zazdrosna czarodziejka przypieka cie czarami i zsyla zle sny). W gazetach dalej beda pisac, ze jestem alkoholikiem, a ja nie moge nawet przekonac swojej zony, ze to nie tak… Musze sie napic – pomyslal tylko i po opuszczeniu redakcji z ulga udal sie do pobliskiego baru, gdzie urznal sie w trupa. Wszystko wrocilo do normy.

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz