Ostatni smok

Słońce już zachodziło, gdy karczmarz Gburry stojąc na progu swej chałupy zauważył parę niecodziennych podróżnych. Wysoki, postawny, bogato odziany mężczyzna jechał na równie wysokim, postawnym i bogato odzianym koniu. Stanowili razem dość okazałą całość, mocno kontrastującą z ciągniętym przez konia wozem. Była to bowiem mała furmanka chłopska, model „dwukółka” o nadwoziu drabiniastym, wyposażona w trzy kupy siana i wyładowana prawie dwustu funtami korpulentnej damy. Dama owa po wstępnych oględzinach okazywała się być „piękną i bogatą księżniczką z możnego rodu”. Na bliższe oględziny karczmarz Gburry nie miał czasu ponieważ okazało się, że to właśnie do jego gospody zbliżają się owi przybysze.
– Witaj karczmarzu, jak poznaję po fartuchu, jestem książę L’ladnyj z księstwa o trudnej do wymówienia nazwie, mój kraj jest duży i bogaty, mamy wiele…, mniejsza z tym, proszę o najwygodniejszy apartament, czystą pościel, miłą obsługę, a nade wszystko o duże ilości wykwintnych potraw i trunków odpowiednich dla mnie i mojej narzeczonej, która jest księżniczką równie wielkiego…

– Hyyy…- tym właśnie prostym, gardłowym dźwiękiem karczmarz wyraził swoje trudności z nadążaniem za tokiem myślowym księcia.
– Witaj karczmarzu, jestem książę L’ladnyj, proszę o najwygodniejszy apartament, czystą pościel, miłą obsługę, a nade wszystko o duże ilości wykwintnych potraw i trunków odpowiednich dla…- powtórzył książę myśląc, że Gburry jest nieco przygłuchy, jednakże ponowne…
– Hyyy…-… wyprowadziło go z błędu.
– Się ma. Ja chcieć… żreć,… chlać,… i miekkie bety.- wydukał książę posiłkując się tym razem „Małym słownikiem Szlachecko – plebejskim”.
– Aaa!- odpowiedział karczmarz.- To prosz…- zamaszystym ruchem otworzył drzwi oberży.
Książę pomógł wysiąść księżniczce i razem wkroczyli do środka. Tymczasem wkurzony brakiem atencji wierzchowiec księcia wyprzągł się z wozu i klnąc na czym świat stoi nasypał sobie obroku.
Karczma okazała się o wiele szersza niż wyższa, co postawny książę zauważył nieco za późno. Rozcierając czoło obrzucił wszystkie belki świata wyrazami nie nadającymi się do przytoczenia i usiadł na długiej, dębowej ławie. Zanim podano pieczeń zdążył już pobieżnie obejrzeć salę i zajmujących ją współbiesiadników. Wszędzie było brudno, lepko i pachniało piwem. W drugim kącie izby, na ławie, pod ścianą chrapał nad kuflem dość schludnie odziany gość, prawdopodobnie sołtys.
– Przepraszam.- odezwał się książę otrzymawszy „danie”.- Jeśli mógłbym wtrącić małą sugestię a zarazem, krytykę… Otóż moim zdaniem to mięso, notabene niewiadomego pochodzenia, jest co najmniej nieprawidłowo przyrządzone, twardawe i żylaste. Jeśli mógłbym prosić…
– Hyyy?…- zapytał uprzejmie gospodarz.
– Ech… No, mówiłem…- książę L’ladnyj znów sięgnął po słownik, lecz utknął nie znajdując „sugestii”.- Mniejsza z tym, spróbuję to zjeść…
Przejaw tak wielkiej uległości wobec losu poruszył księżniczkę, lecz tylko trochę. W ogóle niewiele było rzeczy zdolnych ją poruszyć. Księżniczka Zolda nie była ostatnio zbyt rozmowna, ponieważ czuła się nieco winna. Tak, czuła się winna, bo to właśnie dla zaspokojenia jej wymagań żywieniowych książę zmuszony był podczas długiej podróży odprawiać powoli całą świtę i wysprzedawać zaprzęg, karetę i inne kosztowności. Nie zmieniało to jednak faktu, że „masa potrzebuje masy”, toteż księżniczka bez większych wstrętów, żwawo zabrała się do konsumowania pieczeni.
– Gospodarzu!- odezwał się książę, gdy nasycił pierwszy głód.
– Co? ja?- Gburry wolał upewnić się, że o niego chodzi.
– No. Ty.- upewnił go L’ladnyj pamiętając o używaniu ogólnie zrozumiałych zwrotów.
– Co?!- zapytał szynkarz z emfazą.
– Smok?!!- książę wyraził swe pytanie z jeszcze większą emfazą reprezentowaną tu przez dwa wykrzykniki.
– Co, Smok???- pytanie wyraźnie zaskoczyło Gburry’ego.
– No… Czy jest tu Smok?- uściślił pytanie książę.
– Eee…- powiedział karczmarz, ponieważ ten właśnie odgłos świadczył, że usiłuje myśleć.
– No, Smok.- zachęcał L’ladnyj.- Jest tu jaki?
– Tego… – odpowiedział Gburry po chwili zastanowienia.- No, jest tu jeden w okolicy.
– Chwała bogom!- książę aż klasną w ręce z uciechy.- Nareszcie!
– Że, co???
– Mówię, że chwała bogom, że nareszcie znalazłem Smoka… Czekaj, coś jest nie tak.
– Co?
– Nie wiem, jakoś tak dziwnie… nie czujesz?
– Nie.
– Jakby czegoś brakowało…
– Czego? Chyba wszystko jest.
– Nie, czegoś mi brak, tak jakby…- głośno myślał książę L’ladnyj, któremu naprawdę zaczynało brakować przypisów narratora, lecz nigdy by nie wpadł, że chodzi właśnie o to.
– O! Teraz jakby lepiej.- zauważył książę rozglądając się dookoła.
– Gadałeś coś o Smoku.- przypomniał Gburry.
– Właśnie.- L’ladnyj plasnął się ręką w czoło. Na szczęście nie zauważył braku ogłady Gburry’ego.- Mówiłem, że cieszę się, że znalazłem w końcu Smoka, bo szukałem go od bardzo dawna. Jest mi niezmiernie potrzebny.
– Potrzebny?- spytał karczmarz nie dając po sobie poznać, że nie rozumie słowa „niezmiernie”.
– Właśnie mówię.- odparł książę.- Chodzi więc o to, że Smok jest niezmiernie ważny ze strategicznego punktu widzenia. Mam zamiar podreperować sytuację gospodarczo-polityczną mego księstwa za pomocą unii personalno-małżeńskiej żeniąc się z obecną tu księżniczką Zoldą.- wskazał na siedzącą obok damę i kontynuował nie zważając na brak zrozumienia, ze strony swego słuchacza, bowiem tak samo jak ja uwielbiał ów rozwlekły i patetyczny sposób wysławiania się.- Albowiem pradawne, przekazywane z ojca na syna zwyczaje wymagają, abym swoją wybrankę uratował ze szponów najobrzydliwszej z bestii, czyli właśnie Smoka. Zważyć należy jednak, iż pradawny ów zwyczaj spowodował wyginięcie Smoków w okolicy mego księstwa, tak więc, aby dokonać wspomnianego wyżej, bohaterskiego i chwalebnego czynu musiałem wraz z obecną tu księżniczką…- znów wskazał na jedzącą Zoldę.- …udać się na poszukiwanie odpowiedniej bestii, aby oddać jej Zoldę na pożarcie i następnie uratować okrywając się chwałą. Dlatego właśnie cieszę się, że w końcu znalazłem Smoka.
– Aaa…- Gburry udał, że rozumie, gdy tymczasem książę zmęczony tak długim wywodem płukał gardło cienkim winem produkcji miejscowej.
– No więc właśnie…- L’ladnyj zgrabnie podjął wątek.- Mówisz, że jest tu Smok… Gdzie?
– No…- szynkarz zawsze miał kłopoty z odpowiedzią na bezpośrednie pytanie.- Na wzgórzu za rzeczką. Jamę se wykopał. I… I duże jest bydle…
– To świetnie!- książę ucieszył się z tak ogromnej ilości szczegółów, przytoczonych przez karczmarza. Zolda! Ruszamy! Jeszcze dziś zostaniesz uratowana z łap okrutnej poczwary!
– Po moim trupie, narwańcu jeden! Nigdzie się nie ruszam!- zza ściany dobiegł głos zirytowanego konia księcia, który właśnie usiłował przywiązać się do palika.
– Hmm…- książę namyślił się nieco czując na sobie palące spojrzenie obrońców zwierząt.- W takim razie… ruszamy jutro o świcie! Karczmarzu! Pokaż nam nasze pokoje!
– Pokoje?- Gburry jak zwykle wolał się upewnić.
– No przecież mówię, ty…- zaczął książę.
– Tam!- szynkarz wskazał na schody wiodące na poddasze, czym skutecznie zatamował cisnącą się księciu na usta falę niewybrednych wyzwisk.
Okazało się jednakże, iż pokój był tylko jeden, a w dodatku mały, brudny i dawno nie wietrzony. Nie przytoczę dalszego dialogu księcia L’ladny’ego i karczmarza Gburry’ego, ponieważ wykazali się oni znakomitą znajomością mniej lub bardziej niewybrednych określeń i epitetów barwnie obrazujących stosunek księcia do warunków lokalowych i karczmarzy oferujących takowe, oraz poglądy Gburry’ego na temat władzy i wymagań jej przedstawicieli. Wspominali także, w równie pochlebnych słowach, o nieudolności i grafomanii szerzącej się wśród narratorów krótkich opowiadań stosujących przesadne i nienaturalnie długie zdania, lecz zupełnie nie mam pojęcia co mieli na myśli.
Książę zmęczony długą podróżą poszedł spać bardzo szybko. Księżniczka, która wcale nie była strudzona, postanowiła jeszcze coś przekąsić, bo jak wiadomo iść na Smoka z pustym brzuchem niepodobna. Karczmarz tymczasem myślał. Naprawdę. Myślał bardzo intensywnie i jak zawsze w takich przypadkach rezultaty okazały się zaskakujące. Tak czy inaczej, gdy wczesnym rankiem książę wstał rześki i dobrej myśli Gburry powitał go niezmiernie ciekawym pytaniem. Brzmiało ono:
– Książę, czy mogę o coś zapytać?- spytał karczmarz nieśmiało, lecz nie było to ciekawe pytanie. Ciekawe pytanie miało dopiero nastąpić.
– Czego?- książę najwidoczniej przejmował pewne nawyki językowe swego gospodarza.
– No… Bo tak mi się właśnie wydawało… Książę, czy ty chcesz zabić tego Smoka?- to również nie było zbyt ciekawe pytanie, cierpliwości.
– No… Oczywiście, że tak.- odpowiedział książę.
– Hmm… A czy… Czy ty książę masz jakąś broń?- nareszcie, to jest właśnie to ciekawe pytanie. Może wcale się nie wydaje ciekawe, lecz dla księcia L’ladny’ego było wielce intrygujące.
– Eee…- powiedział książę zasępiwszy się mocno, ponieważ uświadomił sobie właśnie, że nie ma żadnej broni. Ostatni miecz sprzedał był ponad sto dwadzieścia kilometrów wcześniej, na opłacenie wiktu dla księżniczki.
– Nom… tego… Chyba nie mam.- przyznał książę.
– Tak właśnie myślałem.- powiedział karczmarz uradowany.- Bo mój brat jest tu kowalem i właśnie… Chyba mógłby coś pomóc.
Książę szybko przeliczył pozostałe oszczędności, zaklął pod nosem i postanowił, że niestety na bój z poczwarą będzie się musiał udać na oklep. Po sprzedaniu w pobliskim lombardzie siodła, zadziwiające, że tego typu instytucje zawsze są w pobliżu, książę miał już wystarczająco dużo pieniędzy, by opłacić pobyt w karczmie i udać się do kowala. Po długich i zaciekłych targach L’ladnyj kupił w końcu upragnioną broń. Wprawdzie wyglądała jak kosa postawiona na sztorc, lecz sprzedawca zachwalał ją jako niezawodną w starciu ze Smokiem.
Nie zważając na protesty księżniczki i wierzchowca, oraz na przymilne prośby Gburry’ego książę postanowił wyruszyć jeszcze tego ranka. Jego wyjazd stał się nie lada wydarzeniem dla wszystkich mieszkańców wsi, którzy tłumnie zgromadzili się na drodze. Wszyscy czterej krzyczeli i wiwatowali głośno na cześć „pogromcy Smoków”. W górę leciały kapelusze, konfetti, kwiaty. Tak, to było naprawdę wielkie wydarzenie. Wprawdzie książę L’ladnyj nie prezentował się zbyt okazale jadąc na oklep z kosą w ręku i ciągnąc za sobą księżniczkę, lecz mieszkańcy wsi z niecierpliwością oczekiwali powrotu „pogromcy”. Smok bowiem, jak dowiedział się książę, bardzo zalazł za skórę wieśniakom – łaził ponoć pijany po wsi, podpijał okowitę z beczek, oszukiwał w karty i bałamucił jedyną w wiosce niewiastę. Tak więc wszyscy, może z wyjątkiem niewiasty, z nadzieją spoglądali na kolejnego smokobójcę. Kolejnego, bo przed L’ladnym było już trzech pogromców w tym miesiącu. Żaden nie powrócił… lecz tego oczywiście nikt księciu nie powiedział.
Był piękny wiosenny poranek, ptaki śpiewały, słońce grzało mocno. Dzielny pogromca nie narzekał na kurz i gorąco, przeciwnie księżniczka i wierzchowiec. Przez jakieś dwie godziny jechali przez szczere pole, później wjechali w mroczny bór. Książę zaciskał z determinacją zęby słysząc utyskiwania Zoldy i konia na chłód i przeciągi. Kawałek dalej las przechodził w moczary. L’ladnyj jadąc przez bagna nie zważał na wilgoć i komary, przeciwnie niż reszta kompanii. Przekroczywszy dość duży strumyk wyjechali na małą polankę i ujrzeli wreszcie Górę Smoka. Właściwie było to tylko nieco wyższe wzgórze, lecz wywołało natychmiastowy sprzeciw, wiadomo kogo, dotyczący celowości tak forsownej wspinaczki. Na szczycie wzgórza dymił niewielki krater nie pozostawiając wątpliwości, że zastali właściciela pieczary. Wejście do jaskini, wyglądające niczym drzwiczki piekarnika znajdowało się mniej więcej w połowie wzgórza.
– No. To jesteśmy na miejscu.- powiedział koń spoglądając na wzgórze ze źle skrywanym strachem.- Dowiozłem was, a dalej to sobie poradzicie.
– Hej, nie tak szybko.- przystopował go książę.- Jeszcze kawałeczek nas podwieziesz.
– Nie, naprawdę ja już muszę lecieć.- koń próbował zrzucić L’ladny’ego.- Klacz na mnie czeka, kolacja stygnie.
– Nic ci nie będzie.- uspokajał książę.- Jak będziesz grzeczny pozwolę ci zawieść cielsko pokonanego Smoka do wsi. Będziesz sławny i w ogóle.
– Nie pragnę sławy. Jestem tylko zwykłym koniem…
– Jedź!- rozkazał przyszły pogromca Smoków.
– No, jeśli tak prosisz…- wierzchowiec westchnął i powoli powlókł się w stronę jamy.
Z bliska wejście do jaskini Smoka wykazywało jeszcze większe podobieństwo do drzwiczek piekarnika, albowiem okazało się, że zaopatrzone jest w drzwi. Szeroka okuta mosiądzem brama była zamknięta. W promieniu kilkuset metrów od niej porozrzucane były wszelkiego rodzaju kości w ilościach znacznie przekraczających normy. Wierzchowiec księcia dziwnie zadrżał rozpoznając szczątki końskie. Przed samą jamą widać było pokaźny stos zardzewiałego oręża i części zbroi, na widok których zadrżał z kolei L’ladnyj. Książę zaparkował przy spalonym kikucie drzewa i szybko przywiązał wierzchowca.
– Hej!- oburzył się koń.- Miałem kontrakt tylko na dowiezienie do jaskini. Naprawdę, muszę już lecieć.
– Zostań.- powiedział książę, przełykając ślinę.- Przydasz się… w razie czego.
Słysząc słowa rumaka i księcia, Zolda zastanawiała się również, czy jama Smoka to najbezpieczniejsze miejsce dla księżniczki. Poniechała jednakże tych myśli wyjmując z kieszeni kolejne udko kurczaka. Niestety te niezbyt przyjemne myśli powróciły, gdy książę zaczął, z niemałym trudem przywiązywać ją do skały przy drzwiach jaskini.
– L’ladnyj…- odezwała się nieśmiało.- Czy to jest aby bezpieczne?
– Ależ oczywiście… kochana.
– L’ladnyj… a… co będzie, no wiesz, jak nie zdążysz zabić Smoka zanim…
– Nie martw się.- zapewnił ją książę spokojnie.- Zdążę.
– L’ladnyj…- księżniczka zaczynała panikować.
– Nie wierć się, nie mogę wiązać.- skarcił ją.
– L’ladnyj…- pisnęła Zolda prawie mdlejąc ze strachu.
– Spokojnie, zaraz pokonam Smoka i będzie po wszystkim.
– L’ladnyj…- odezwał się Smok ciepłym głosem tuż za plecami księcia.- Pokonam… to znaczy zabiję?
– Ależ oczywiście, pytałaś już tyle razy, kochanie.- zniecierpliwił się pogromca Smoków wiążąc nogi księżniczki.- Zaraz zabiję tego gada i będzie po wszystkim…
– Gada, L’ladnyj? Powiedziałeś „gada”?!- głos Smoka z ciepłego stał się gorący.
Dokładny opis czynności jaką wykonał w tym momencie książę byłby dość długi, ograniczmy się więc do stwierdzenia, że wyglądało to jakby machając rękami potknął się o własny cień. Smok tymczasem oparł się o futrynę drzwi i bawił się puszczając kółka z dymu.
– Witaj L’ladnyj, czekałem na ciebie.- wycedził potwór przez zęby.
– W… w…witam.- wyjąkał książę otrzepując z kurzu swój cień.
– Wejdź do jaskini, to porozmawiamy.- rzekł Smok i wszedł do jamy.
Książę wcale nie miał ochoty wchodzić, ale głupio mu było stchórzyć przy księżniczce. Chciał znaleźć broń, którą upuścił, lecz zawieruszyła się w stercie innego żelastwa. Wstał więc i na miękkich nogach podążył za smokiem. Wstrząśnięta księżniczka pisnęła i zemdlała zupełnie. Ten jakże bohaterski czyn, który tak wstrząsnął księżniczką Zoldą nie był w rzeczywistości aż tak bohaterski, bowiem jak przekonał się książę idąc długim tunelem, poczwara miała zaledwie trzy stopy wzrostu i poza pluciem ogniem nie imponowała niczym. Chwilę później odwaga L’ladny’ego ponownie została wystawiona na próbę. Na końcu straszliwie długiego tunelu ukazało się migoczące światełko. Słychać było przeraźliwe wycia, diabelskie śmiechy i odgłosy uderzeń metalowych przedmiotów. Jeszcze straszliwsze były chóralne śpiewy i odgłosy mlaskania. Smok skinął na księcia mrużąc oczy z uciechy.
– L’ladnyj, czy nadal chcesz mnie pokonać?- spytał.
– No… nie wiem.- pogromca trząsł się ze strachu, nie wierzył już, że wyjdzie żywy z tej jaskini. Miał rację…
– Czy nadal pragniesz mnie zabić?- powtórzył potwór.
– Nie… chyba zmieniłem zdanie panie Smoku. Naprawdę nie wiem co we mnie wstąpiło.- tłumaczył się.- Pewnie zaślepiła mnie żądza władzy, ale już na pewno nie będę…
– Jesteś pewien?- potwór delektował się strachem swej ofiary.
– Na pewno… Przyrzekam.
– A!- zakrzyknął Smok budząc chmarę nietoperzy.- To co innego. Mam na imię Eustachy.
– L’ladnyj, miło mi.- książę nigdy nie zapominał o dobrych manierach, nawet mając pełne spodnie.
– Zapraszam do środka.- Smok wykonał zapraszający ruch w kierunku wnętrza jaskini.- Czuj się jak u siebie…
– Nie dziękuję. Spieszę się…
– Nalegam.- L’ladnyj został delikatnie wepchnięty do olbrzymiej sali.
Była tak duża, że w świetle pochodni ledwo widać było w przeciwległym końcu drzwi do następnych sal. Pod ścianami rozstawione były długie stoły uginające się pod ciężarem jedzenia. Wszędzie siedzieli starsi i młodsi rycerze, książęta a nawet królowie. Niektórzy jedli lub pili, inni zabawiali damy, jeszcze inni grali w przeróżne gry krzycząc przy tym jakby przegrywali pół księstwa. Niektórzy naprawdę przegrywali całe prowincje, lecz ci nie krzyczeli, tylko pili na umór opłakując stracone ziemie. Między nimi biegały skąpo odziane niewiasty rozlewając napoje do kielichów i na biesiadników. W jednym z kątów, za stołami z ruletką dwie małe wywerny zabawiały gości puszczając ogień przodem i tyłem. W rogu sali przygrywała skoczna kapela zagrzewając do tańca. Na rożnach obracały się wielkie połcie mięsa, a małe, krępe zwierzątka polewały je winem lub wytaczały z piwnic kolejne beczki trunków.
– Hmm, mówiłeś, że mam się czuć jak u siebie?…- spytał nieśmiało L’ladnyj.
– Ależ oczywiście.- przytaknął Eustachy.
– To co innego!- uradował się książę.
– Jeśli pragniesz możesz tu zostać jak długo zechcesz.- powiedział Smok.
– Och, dziękuję. To miło z twej strony.- L’ladnyj nie dał się długo prosić.
Podczas długich godzin nocnych biesiad książę bawił się wyśmienicie. Po trzech kielichach wina zapomniał o przywiązanej przed drzwiami Zoldzie. Po kilku następnych zaczął śpiewać wraz z królem Herji sprośne piosenki wywołując falę gromkich braw współbiesiadników. Gdzieś około drugiej w nocy podpisał podsunięty mu przez Eustachego dokument o zrzeczeniu się wszystkich dochodów na rzecz „Ligi Ochrony Smoków”, lecz nawet tego nie zauważył. Czas płynął mu szybko i przyjemnie. Mijały tygodnie, miesiące, lata… Większość przedstawicieli smoczej rasy na świecie została wytrzebiona, co spowodowało coraz liczniejsze pielgrzymki „pogromców” na Górę Smoka. Karczmarz Gburry wraz z rodziną zarabiali krocie na obsłudze pielgrzymów i sprzedaży pamiątek. Niestety, żaden z „pogromców” nie powrócił, więc z braku królów, książąt i rycerzy system feudalny podupadał. Władza w większości państw i państewek przejęta została przez tajemniczą organizację para-mafijną L.O.S…
A do dziś dnia żaden historyk nie jest w stanie udokumentować śmierci ostatniego Smoka…

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz