Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział

 

Opowieści z Przeklętej Doliny:

 

Ucięta Mowa

 

 

Rozdział I

 

 

Dzień z pozoru niczym nie różnił się od nocy. Gdyby detektyw miał inny charakter pewnie już dawno uciekłby z tego domu, czasem sam się sobie dziwił, że jeszcze tego nie zrobił. Czuł jednak, że ten dom go jakoś przyciąga – może krył w sobie jakieś mroczne tajemnice z przeszłości, może tradycje rodzinne a może korzenie. Nawet jego siostra czasami nazywała go ekscentrykiem, chociaż mieszkała w tym samym domu. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. A może faktycznie był inny?
Z zadumy wyrwało go dopiero ciche, ledwo słyszalne stukanie do drzwi.
– Dziwne – nie przypominał sobie, żeby zamykał drzwi do swojego pokoju.
Wyjął kaganek spod kanapy i zapalił świeczkę. Przy jej nikłym świetle spojrzał na busolę. W komnacie było ciemno jak w środku bezksiężycowej nocy.
– Piąta rano – pomyślał. – Wejdź.
Drzwi otworzyły się z głuchym zgrzytem. W progu stanęła młoda dziewczyna. W ręku trzymała zapalony kandelabr. Ze zdziwieniem stwierdził, że jest już całkowicie ubrana. Ponownie spojrzał na busolę – tylko on umiał za jej pomocą odczytać godzinę.
– Nie za wcześnie?
– Przecież wiesz, że dzisiaj muszę być nieco wcześniej w pracy.
Nic nie odpowiedział. Zapadła chwila krępującej ciszy. Oczywiście, że wiedział. Przecież dzisiaj był wyjątkowy dzień. Tego dnia, dzień po jej urodzinach była promocja w bibliotece – każda osoba, która się zapisze tego dnia dostanie książkę w prezencie. I właśnie tego dnia miała być nowa dostawa. Ale nie to było najgorsze, ale to, że biblioteka była zarejestrowana na niego.
W dokumentach on był jej właścicielem i zgodnie z prawem tylko on mógł kwitować odbiór przesyłek. A że listonosz nie odwiedzał ich już od kilku dni, musiał osobiście udać się na pocztę.
Tknięty nieokreślonym przeczuciem zapytał:
– O której wróciłaś do domu?
– Byłam cały czas i czekałam na Ciebie. Specjalnie zostawiłam zapalone światło w korytarzu.
Nic nie odpowiedział. Tępo patrzył jak zamyka za sobą drzwi. Słyszał jeszcze jak schodzi po schodach. Wstał wolno z kanapy.

* * *

Wolno zszedł do kuchni. Nie zataczał się, przecież nic nie pił ani tego dnia ani żadnego wcześniejszego, ale i tak czuł się jakiś nieswój. Tłumaczył to sobie brakiem snu – ostatnio mało sypiał. Jeszcze ten list. Cały czas podświadomie przyciągał jego umysł. Nie umiał sobie tego wytłumaczyć.
Jakby na domiar złego nie zdążył zjeść śniadania. Gdy tylko wszedł do kuchni zobaczył stojącą w progu Nikki – kobietę, która zawsze go poganiała. Ona miała w sobie jakąś siłę, która w każdej chwili potrafiła go zmobilizować, wręcz zmusić do działania. Nawet tego dnia nie było inaczej. Wystarczyło, że rzucił na nią okiem a już dostrzegł ten niesamowity błysk w oczach. Gdyby nie była kobietą, swym wzrokiem niczym wąż ukąsiłaby niejednego przeciwnika, każdego z wyjątkiem jego. Mimo to, że znał ją niemalże od dziecka, gdy na nią spojrzał odebrało mu mowę.
Jej uroda onieśmieliłaby każdego śmiertelnika, a on mimo swych zdolności też był przecież zwykłym człowiekiem.
– Jej młode, piękne piersi… Jak chciałbym się w nie wtulić – myślał.
Nieraz tonął w takich marzeniach, ale wiedział, że to tylko chore myśli.
– Kimże ja jestem, żeby bawić się w Boga?
Nie potrafił oderwać od niej wzroku. Ale ona tylko stała. Nic nie mówiła, tylko stała w swej wyzywającej, kuszącej pozie.
Nie był w stanie powstrzymać swego instynktu. W jego oczach zapłonęła żądza.
Zbliżył się do niej kilka kroków.
– Zamówiłam powóz. Pewno już stoi przed domem.
Jakby obuchem dostał w głowę. Jakby na potwierdzenie jej słów usłyszał rżenie koni przed bramą. Zaklął pod nosem. Miał nadzieję, że tego nie usłyszała, a gdyby nawet to i tak pewnie nie dałaby tego po sobie poznać.
– Włożę na siebie tylko płaszcz. Daj mi chwilę.
Nie odezwała się ani słowem, ale miał wrażenie jakby wyczytał w jej oczach niemą ironię.
– Ach gdyby tylko nie była… – nie dokończył swoich myśli.
Odwrócił się i wyszedł do przedpokoju.
Faktycznie, woźnica czekał już przed bramą. Nikki siedziała już w środku powozu. Zamknął drzwi na trzy zamki. Sąsiedzi pewnie jeszcze spali, ale niemiłosiernie skrzypiąca furtka z pewnością ich obudziła. Uśmiechnął się ironicznie i wsiadł do dorożki. Nikki spojrzała na niego z wyrzutem.
– Nie śpieszyłeś się.
Spojrzał w jej zielone jak toń wodna oczy.
– Został nam kwadrans.
– Zdążymy. Poczta jest koło biblioteki.
Woźnica nie pytał o drogę. Chwycił cugle i popędził konie. Minęli kilkanaście domostw i jakieś ruiny – wyglądały jak pozostałości starego zamczyska.
W zaledwie kilka minut powóz zatrzymał się przed pocztą. Gdy wysiedli i zapłacili woźnica jakby od niechcenia zauważył:
– Krwawe i nieme chmury wiszą w powietrzu – popędził konie.
– Dziwny ten woźnica. O czym on mówił? – Zapytała Nikki.
– Nie wiem. Nie mniej dziwny niż my – pomyślał, gdy wchodzili na pocztę.
Jak zwykle o tej porze byli jedynymi petentami. Poczta była mała i ponura. Paliły się jedynie trzy lampy. Energicznym krokiem zbliżył się do jedynego okienka. Za szybą pojawił się starszy człowiek. Ponoć znał wszystkich w miasteczku. Nie było w tym nic dziwnego, bo miasteczko było niewielkie.
– Dzień dobry Panu. Witam Panienkę – rzekł cicho, gdy się zbliżyli. – Chciałby Pan nadać list?
– Wręcz przeciwnie Simon, chciałbym odebrać przesyłkę.
Mężczyzna otworzył usta ze zdziwienia, ale zaraz potem jego twarz stała się blada i pot wystąpił mu na czoło.
Wszyscy wiedzieli, że Simon jest bardzo sumienny i bał się popełnić jakikolwiek błąd – był już starym człowiekiem i nie miał żadnej rodziny, praca na poczcie była wszystkim, co miał i nie chciał jej stracić.
– Co się stało? Źle się Pan czuje? – Zapytała Nikki.
Jej słodki głos mógłby złamać niejedno serce. Oczy napłynęły jej troską.
– Nie, nie Panienko.
Schylił się pod ladę i wyjął stary, gruby zeszyt. Szybko przerzucił kilka kartek. Palcem odszukał odpowiednie nazwisko i przeczytał:
– Było kilka paczek dla Pana, ale wszystkie zostały wysłane na Pański adres do Przeklętej Doliny. Listonosz wczoraj zawiózł je na miejsce. Nie dotarły?
– Ale przecież ja tam nie mieszkam.
W odpowiedzi Simon pokazał zeszyt. Dużymi literami widniało „John Mothman – Przeklęta Dolina”. Detektyw nie dowierzał własnym oczom.
– Została tylko jedna przesyłka dla Pana, ale nie ma na niej adresu ani nazwiska nadawcy.
Nagle zegar nad okienkiem wybił godzinę 05.30. Nikki drgnęła.
– John i co teraz?
– Idź do biblioteki. Zaraz przyjdę.
– Pocałowała go w policzek i wybiegła z poczty.
– Niech Pan pokażę paczkę.
Simon wyjął ją spod lady. Gdy Tylko John na nią spojrzał oczy natychmiast nabiegły mu krwią. Zaadresowana była na „J.M.”. Litery napisała ta sama ręka, co list, który znalazł dzień wcześniej w skrzynce. Rozerwał paczkę i jego oczom ukazała się przepięknie złocona na brzegach książka. Jej tytuł brzmiał: ?Mary Mothman – Autobiografia”. Bez słowa wybiegł z poczty. Nawet nie podziękował Simonowi ani nie pokwitował przesyłki.

Nie pamiętał nawet czy podziękował Simonowi. Chyba nawet się z nim nie pożegnał. Schował książkę, żeby nie zamokła i wybiegł z poczty. Skierował się w stronę biblioteki. Poślizgnął się na krawężniku i wylądował twarzą w kałuży. Nie zważał na nic. Wytarł rękawem twarz na tyle by widzieć drogę i pobiegł dalej.
Serce biło mu jak oszalałe. Jeszcze tylko dwie przecznice. Przebiegł już prawie całą drogę. Oparł się ciężko o barierkę. Już tylko trzy schody dzieliły go od drzwi. Wskoczył na nie bez namysłu. Chwycił klamkę i szarpnął – były zamknięte od wewnątrz. Uderzył w nie kilka razy pięścią, ale grzmot go zagłuszył. Zaklął siarczyście i naparł na drzwi całym ciałem, ale ustąpiły dopiero za drugim razem.
Błyskawica rozświetliła okolicę, gdy wpadł do biblioteki. W przebłysku światła, błyskawice następowały jedna po drugiej już niemal bez przerwy, ujrzał Nikki stojącą w drzwiach prowadzących do głównej sali. Lampa trzęsła jej się w ręce.
Dziewczyna z przerażeniem w oczach spoglądała raz na wyłamane z zawiasów drzwi a raz na podnoszącego się z nich mężczyznę. Nie poznała go w pierwszej chwili i krzyknęła:
– Co Pan?! Biblioteka jeszcze zamknięta! Niech Pan wyjdzie albo wezwę żandarmów!
Odwróciła się i pobiegła do sąsiedniego pomieszczenia.
– Nikki!
Usłyszała krzyk i szybkie kroki zbliżające się w jej kierunku. Chwyciła stojący na szafce wazon, ale nie zdążyła zaczaić się za drzwiami.
Z początku myślała, że burza zniekształciła głos mężczyzny i upodobniła go do głosu Johna; że miała tylko przesłyszenia, ale gdy stanął w progu i zapalił światło wazon wypadł jej z rąk i potłukł się na drobne kawałeczki. Oparła się o ścianę i zakryła twarz dłońmi.
Wyobrażał sobie jak tragicznie musiał wyglądać. Dopiero teraz zauważył krew na rękawie, jednocześnie poczuł dotkliwy ból nosa. Był cały zabłocony, brudny i śmierdziało od niego potem.
Nikki uchyliła nieco okno. Otrząsnęła się z pierwszego wrażenia.
– Jak Ty wyglądasz. Siadaj – przysunęła mu krzesło. – Zaraz zrobię Ci okład.
Gdy wyszła z sali podniósł i dopasował wyłamane drzwi do zawiasów.
– Prawie idealnie – pochwalił sam siebie półgłosem i wyjrzał na, zewnątrz, ale nic się nie zmieniło – nadal padał śnieg z deszczem. W taką pogodę mało, kto mógłby poznać, że drzwi są już tylko atrapą.
John zadowolony ze swego dzieła dopiero teraz usiadł przy stoliku. Dotknął złamanego nosa i pod palcami poczuł lepką ciecz. Jeszcze krwawił. W tej samej chwili usłyszał słowa nagany:
– Nie dotykaj. Trzeba to zdezynfekować, bo wda się zakażenie.
Nikki zbliżała się do niego energicznym krokiem. W rękach niosła mały flakonik z jakimś nieznanym mu specyfikiem i kawałek czystego białego materiału. Wylała przeźroczystą zawartość buteleczki na materiał i zbliżyła „opatrunek” do jego nosa.
– Z początku może troszkę szczypać, ale wytrzymasz. Przyłóż go do nosa a ja wywieszę kartkę, że biblioteka dzisiaj będzie później otwarta.
– Dzisiaj zamykamy bibliotekę.
Chwycił ją tak zdecydowanie za rękę, że wypuściła z niej opatrunek. Zaskoczyło ją zachowanie brata.
– Dzisiaj nie otwieramy biblioteki – zadecydował. – Zapal więcej światła i siadaj.
Zawahała się, ale zrobiła, co kazał. Gdy już siedzieli naprzeciwko siebie John wyjął spod poły płaszcza książkę i w milczeniu, prawie z namaszczeniem położył ją na stole.
– To dla mnie? – Nikki prawie krzyknęła z radości i z nieukrywaną nadzieją w głosie. W jej oczach znów tańczyły ciepłe płomyki szczęścia. Chciała podbiec i ucałować brata z radości, że jednak nie zapomniał o jej urodzinach. Ale nie wypadało jej tego robić, nie była już dzieckiem. Dzisiaj stała się kobietą, przynajmniej psychicznie a fizycznie – ciągle wierzyła, że znajdzie tego jedynego.
– To nie to, co myślisz – odwrócił wzrok, żeby nie widzieć rozdzierającego serce zawodu w jej oczach i spojrzał na książkę. – To coś o wiele cenniejszego – powiedział jakby chciał się przed nią usprawiedliwić. – Wiesz, co to jest?
– Książka – odpowiedziała lekceważąco. – Jak każda inna. Co może być w niej takiego interesującego?
Nie wiedział, co jej odpowiedzieć, przecież nawet nie przejrzał tej książki, od razu przybiegł z nią do biblioteki. Ale…
– Popatrz na jej autora a raczej autorkę – poprawił się specjalnie podkreślając ostatni wyraz i wskazał na okładkę.
Nikki otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
– To książka o naszej mamie. Kto ją napisał?
– To autobiografia – na potwierdzenie swoich słów pokazał jej tłoczony napis „Mary Mothman” na okładce.
– Pięknie zachowana. Skąd ją masz? Z jakiegoś muzeum? Musi być bardzo stara.
– Wręcz przeciwnie, Nikki. Ktoś mi ją przysłał. Książka jeszcze pachnie drukiem a raczej…
– Krwią – dokończyła przerażona. Wzięła książkę i szybko przewróciła kilka kartek. Johnowi mignęła przed oczami data jej wydania.
– To jej charakter pisma. Książka też wygląda jakby była nowa.
– Bo jest nowa.
Popatrzyła na niego.
– Chyba oszalałeś. Nasza matka nie żyje. Też do niedawna jeszcze się łudziłam. Ale to już dziesięć lat. John, ona już nie wróci. Musimy się w końcu z tym pogodzić.
– Nie znaleźliśmy ciała – upierał się John. – Śledztwo nic nie wykazało.
– Ty i to Twoje śledztwo. Wiedziałam, że kiedyś ta praca zacznie na Ciebie źle wpływać.
Powinieneś wyjechać gdzieś, odpocząć trochę.
– Tak, masz rację siostrzyczko, tak zrobię, ale jak rozwiążę zagadkę jej zaginięcia.
Chciała coś powiedzieć, ale nakazał jej milczenie przykładając palec do ust. Wziął książkę z jej rąk, odszukał datę, która wcześniej mignęła mu tylko przed oczami a gdy był już pewien, że się nie przywidział wskazał ją Nikki.
– Sama zobacz.
Dziewczyna nie wierzyła własnym oczom. Z wrażenia głos zamarł jej w gardle.
– Tak, ta książka została wydana w tym roku i nie mamy wątpliwości, że została ona napisana przez naszą mamę. Własnoręcznie – podkreślił. – Ale nie to mnie zastanawia. Wiemy już, że nasza matka żyje – zdawał sobie sprawę, że nie w pełni przekonał swoją siostrę, ale… – Zastanawiają mnie tylko te znaki na rogach książki – wskazał je palcem.
– Może to jakieś symbole, też są napisane krwią. Myślisz, że to może być krew naszej mamy?
– Nie mam tej pewności – odpowiedział. – Dostałem też list z takimi samymi znakami. Przejrzałem książki w domu, ale nie znalazłem w nich nic podobnego. Chyba, że poszukamy jeszcze tu, w bibliotece – zasugerował.
– A może ja Państwu w czymś pomogę?
Oboje jednocześnie spojrzeli w stronę skąd dobiegł ich nieznajomy głos. Przed nimi stał mężczyzna. Cała jego postać była niesamowita. Ale najdziwniejsze były jego oczy – zdawały się zupełnie nie pasować do całej postaci, były to oczy bardzo starego człowieka, jakby sprzed wieków. Patrzył na nich spod szerokiego ronda czarnego kapelusza.
Pierwsza z wrażenia otrząsnęła się Nikki.
– Kim Pan jest? – Wstała zza stołu.
– Różnie mnie nazywają. Ale Wy mówcie na mnie Cagliostro.

Konrad Staszewski

 

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz