Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział IV

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa

Rozdział IV

Dzień zapowiadał się nie mniej interesująco aniżeli noc, ale z pewnością mniej upojnie. Gdy John leniwie otworzył oczy jakiś czas po przebudzeniu się, w środku nocy, nie czuł już ciepła kochanki. Sam siebie nie poznawał. To nie leżało w jego charakterze, ale w tej chwili nie miał nawet wyrzutów sumienia wobec Nikki. Po kilkunastu minutach wstał z łoża. Nie zakręciło mu się w głowie, czego się tak bardzo obawiał, ale nie umiał sobie przypomnieć, co dokładnie wydarzyło się minionej nocy. Pamiętał smak czerwonego, półsłodkiego wina, po którym puste puchary stały jeszcze na stoliku, obok półmisków, z niedojedzonymi resztkami pieczonego bażanta i innymi potrawami.
Nad ich zapachem górowała delikatna woń różanych perfum Lady M. Mothman nie wiedział skąd, ale tkwiło w jego świadomości, że ta kobieta musiała być jego żoną. Czuł się tak jakby nagle znalazł się w zupełnie innym świecie, wolnym od jakichkolwiek trosk.
Na języku czuł jeszcze lepką słodycz Lady.
Stał nagi i wspominał uczucie ciepła na podbrzuszu, które towarzyszyło mu tej nocy.
Po drugiej stronie łóżka, na pomiętej pościeli czekało na niego świeże ubranie, godne Pana Domu. Wrzucił je na siebie w pośpiechu. Czas zobaczyć, co się tu dzieje – pomyślał.
Machinalnie włożył rękę do kieszeni. Pod palcami poczuł coś jakby kawałek papieru. Może to liścik miłosny od żony? – Uśmiechnął się sam do siebie. Ale nie był to liścik.
Nogi ugięły mu się z przerażenia. Cofnął się o kilka kroków i opadł ciężko na łóżko. Płacz wstrząsnął całym jego ciałem. Drzwi do pokoju były zamknięte, więc nikt nie mógł usłyszeć szlochu detektywa. Z kawałka papieru patrzyła na niego twarz Nikki – te same oczy, włosy i usta, chociaż była bardzo zniekształcona. Patrząc na jeden zakrwawiony oczodół dostawał mdłości.
Dziewczyna, a raczej jej nieme zdjęcie patrzyło na detektywa błagalnie i jakby z wyrzutem. Nikki, którą trzymał teraz w dłoni miała zaszyte igłą i nićmi usta, a w ich kącikach widać było zakrzepłe krople krwi. Jakby jej język ucięli, żeby nie mogła mówić. Jaki zwyrodnialec… A może to ktoś chory żartuje sobie ze mnie… – myślał. – Cały ten dom jest chory, ale już ja go wyleczę. Czuł, że cały trzęsie się ze złości.
Jej piękne, złote włosy były potargane i zlepione, a cała twarz jakby pocięta nożem.
John był tak wstrząśnięty, że nie słyszał, kiedy drzwi do pokoju się otworzyły. Nie interesowało go, co się wokół niego dzieje. Podniósł głowę i ujrzał ubraną w błękitną suknię Lady M. Biła od niej świeżość i pełnia energii.
Mothman, w innych okolicznościach rzuciłby się na nią i przygniótł do ściany albo do łóżka, ale teraz jedynie opuścił wzrok i wbił go w zdjęcie dziewczyny.
– Widzę, że masz już to zdjęcie – zaczęła zagadkowo, ale detektyw nie dał jej dokończyć.
W mgnieniu oka, niczym lew dopadł swą ofiarę. Chwycił ją za włosy i brutalnie przeciągnął przez pokój. Rzucił ją na łóżko i przygniótł swym ciałem. Szarpała się jak ranne zwierzę, ale silnym uściskiem trzymał jej przeguby rąk nad głową, a wolną ręką macał stojącą obok szafkę w poszukiwaniu czegoś ostrego. Znalazł jedynie nóż do otwierania listów. Przyłożył jego ostrze do gardła kobiety. Oddychała coraz trudniej, ale nie przestawała się szamotać. Nawet nie krzyczała.
– Co zrobiliście mojej siostrze? – pytał przez zaciśnięte zęby. – Skończysz gorzej niż ona.
Lady M. nawet mu nie odpowiedziała. Tylko patrzyła na niego wymownie.
– To nie jest… – zdążyła z siebie wykrztusić gdy nagle, zupełnie niespodziewanie poczuł mocne uderzenie w tył głowy. Jego ciało bezwładnie opadło na kobietę. Nim stracił całkowicie przytomność usłyszał jeszcze wściekłe słowa Hrabiego:
– Smiths wracają.
Nic więcej już nie usłyszał.

* * *

Nikki sama nie wiedziała gdzie idzie. Była jakby na wpół świadoma tego, co robi. W sercu czuła dziwne ciepło, jakby ktoś w nie wlał nową nadzieję. Coś mówiło jej, że powinna znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, chociaż sama nie bardzo wiedziała, przed czym ma się chronić.
Szła przed siebie omijając kawiarnie, głośne speluny i podejrzane uliczki, które, jak podejrzewała panienki z dobrych domów starały się omijać.
Z każdą chwilą stawało się coraz ciemniej i tylko latarnie rozświetlały mrok, choć i one z trudem przebijały się przez gęstą mgłę. Zwolniła kroku by nie potknąć się w ciemnościach o jakiś kamień.
W zasadzie to nawet nie zastanawiała się gdzie idzie. Nogi same ją prowadziły, a serce ciągnęło ku tylko jemu znanemu miejscu.
Właśnie mijała kolejną, straszącą ruiną posiadłość i dobudowaną do niej karczmę, gdy nieoczekiwanie jej drzwi otworzyły się na oścież. Wyszło z niej kilku ledwo trzymających się na nogach klientów. Nikki odruchowo przyśpieszyła kroku. Nie oglądała się w ich stronę – dobrze wiedziała, jakie szumowiny mogły zbierać się w takich miejscach.
Pamiętała pikantne opowiadania brata mające na celu ostrzeżenie i przestraszenie jej na przyszłość.
Chciała jak najszybciej ukryć się w ciemnościach nocy, ale, ku swemu przerażeniu zorientowała się, że grupka mocno podchmielonych mężczyzn ją dostrzegła.
– Panienko, gdzie się tak śpieszysz? – Usłyszała chrypiący głos.
– Zgubisz się sama. Poczekaj, odprowadzimy Cię! – Zaśmiał się złowieszczo inny pijany głos.
Mężczyźni widocznie postanowili nie dać łatwo za wygraną. Nikki słyszała ich wulgarne propozycje i, z gwałtownym biciem serca zaczęła biec.
Cały czas czuła na karku ich gorące, śmierdzące oddechy. W głębi serca ucieszyła się jak jeden ze ścigających ją mężczyzn potknął się o coś i upadł na ziemię. Na całą ulicę rozległy się wtedy jego obelżywe przekleństwa i „obietnice” pod adresem dziewczyny. Nikki bała się nawet myśleć, co by się z nią stało gdyby ją złapali.
Cały czas deptali jej po piętach. Skręciła za róg rozsypującej się kamienicy. Chciała jak najszybciej zgubić pościg. Jeden z napastników wcześniej wpadł na ten sam pomysł i skręcił we wcześniejszą przecznicę. Nikki dobrze wiedziała, że sama, w obcym miejscu ma nikłe szanse ucieczki, tym bardziej, że ścigający ją, mimo stanu odurzenia świetnie znali okolicę. Po chwili przekonała się jak bardzo.
Za następnym zakrętem wpadła w rozwarte ramiona jednego z napastników. Ten aż mlasnął z radości łapiąc długo oczekiwaną zdobycz. Krzyknął do swoich towarzyszy, a zapach z jego ust przyprawił ją o mdłości. Nikki próbowała się wyrwać z trzymających ją tłustych i spoconych rąk. Im bardziej się wyrywała tym mocniej oprawca ściskał ją ramionami. Wyszczerzył żółte zęby w uśmiechu i zaczął przybliżać swoje do jej ust. Dziewczyna z obrzydzeniem splunęła mu prosto w twarz i kopnęła kolanem w jądra. Napastnik wydał z siebie ryk śmiertelnie ranionego bawoła, puścił Nikki i złapał się za obolałe miejsce. Odetchnęła z ulgą.
– Przeklęte miejsce – pomyślała.
Mimo odżegnania niebezpieczeństwa nadal nie czuła się zbyt bezpiecznie. Cofała się krok po kroku i aż krzyknęła, gdy poczuła parę rąk obłapiających jej piersi. Ze strachu serce podeszło jej aż do gardła.
Napastnik brudną od sadzy dłonią zatkał jej usta. Nikki nie miała już nawet siły, żeby się szamotać.

– Mam przeczucie, że wkrótce nasze sprawy przybiorą szybszy obrót – Gvidon siedział z zamkniętymi oczami na krześle.
Samuel patrzył na ojca w milczeniu. Liczył na to, że może dowie się czegoś więcej, ale Gvidon umilkł. Nie chciał zdradzać swoich myśli. Samuel musiał się dowiedzieć, co ojciec miał na myśli, co przed nim ukrywał. Młody prawnik nerwowo spacerował po spartańsko umeblowanym pokoju. Gvidon zawsze był oszczędny, skąpy nawet, a bogactwo rodziny miało być tylko na pokaz. Samuel zatrzymał się tuż przed krzesłem, na którym siedział jego ojciec, a jego cień złowrogo padł na starszego prawnika. Ten jednakże nawet nie otworzył oczu, żeby na niego spojrzeć. Siedział z opuszczoną głową, podpartą dłońmi. Jego łokcie wbijały się mocno w blat stołu.
– To znaczy?
– Odbieram dziwny przekaz. Ktoś próbuje się z nami skontaktować – Gvidon nadal nie otwierał oczu.
– Nie pierwszy raz – Samuel machnął lekceważąco ręką. – To nic nie znaczy.
Odetchnął z ulgą.
– Wręcz przeciwnie – Samuel aż przystanął z wrażenia. To nie był głos jego ojca. Zdawało mu się, że słyszy kogoś ze swej przeszłości; kogoś tak potężnego jak on sam. Ale czy to możliwe, żeby po tym wszystkim, co nastąpiło od ich ostatniego spotkania. To niemożliwe, żeby ten człowiek mógł jeszcze nawiązywać jakikolwiek kontakt mentalny.
Gdy Samuel widział go po raz ostatni, jego największy wróg wyglądał jak człowiek, co najmniej w wieku dziewięćdziesięciu lat, a jego dziwne oczy sugerowały, że mógłby być jeszcze o wiele starszy. Od tego czasu do dnia dzisiejszego minęło kilka lat. Samuel był pewien, że ten starzec już dawno sczezł w lochach tartaru. Ale odkąd dowiedział się, że to zombie, jak go często nazywał, nadal żyje i próbuje pomagać Mothmanowi czuł, że powoli traci grunt pod nogami. Ale to, że jeszcze miał na tyle siły psychicznej, żeby się z kimś kontaktować jak z medium przeraziło go.
– Cieszę się, że mnie poznajesz.
Samuel wszędzie rozpoznałby głos Cagliostra.
– Czego chcesz? – Zapytał grubiańsko, gdy otrząsnął się z pierwszego wrażenia.
– Mam dla Was interesującą propozycję.
W głosie Hrabiego nie dało się wyczuć żadnych emocji.
– Ani ja ani mój ojciec…
– Wiem, czym się zajmujesz. Mogę Ci pomóc albo Cię zniszczyć. Twój wybór. Czekam na odpowiedź po Waszym powrocie do Doliny.
Samuel chciał jeszcze coś powiedzieć, ale połączenie z Hrabią zostało przerwane. Gvidon powoli znów stawał się sobą. Oddychał powoli, ale miarowo jakby obudził się długiego snu.
Młody prawnik nerwowo chodził po pokoju.
– Musimy pierwszym pociągiem dotrzeć do Przeklętej Doliny. Nastąpił przekaz – powiedział nie przestając krążyć po spleśniałej podłodze.
– Od kogo? – Gvidon był całkowicie zaskoczony.
Wyraźnie się ożywił. Samuel był przyzwyczajony do tego, że jego ojciec zawsze zapominał szczegółów tuż po zakończeniu kontaktu.
– Od Cagliostra.
Ta krótka odpowiedź sprawiła, że starszy prawnik machinalnie się przeżegnał. Samuel nawet nie zwrócił uwagi na ten odruch dewocji ojca. Obaj milczeli zatopieni we własnych myślach. Ciszę przerwało nieśmiałe pukanie do drzwi. Samuel miał nadzieję, że gość się jednak rozmyśli i odejdzie, ale po kilku sekundach ciche, przerywane pukanie rozległo się ponownie. Młody prawnik podszedł i wolno otworzył drzwi.
Obaj domyślali się, kim może być wieczorny gość – zostawili wyraźne wskazówki recepcjoniście na parterze, kogo ma im szukać, ale takiego widoku się nie spodziewali. Nawet Gvidon wstał i otworzył usta w niemym podziwie ujrzawszy stojącą w progu kobietę. Mimo chłodnej, wieczornej pory ubrana była niemalże tak jakby dopiero zeszła z plaży.
Pewnie mieszka w tym hotelu, pomyślał Gvidon. Jego wzrok zatrzymał się na czarnej, połyskującej bluzeczce ściśle przylegającej do ciała. Przez siateczkę można było dostrzec nagie, pełne piersi. Jak zaczarowany patrzył na jej głęboki dekolt. Samuel natomiast zamknął za nią drzwi, gdy weszła do pokoju. Przyjrzał się jej szczupłym udom ukrytym pod czarną spódniczką. Długie nogi dziewczyny były gładkie jak polerowane ostrze.
– Jak masz na imię?
– Jackie – głos miała jeszcze dziewczęcy. Ta rudowłosa piękność o modrych oczach i pełnych wargach mogła mieć zaledwie dwadzieścia lat, ale doświadczeniem zapewne mogła pokonać niejedną konkurentkę. Miała wszelkie walory, aby zostać gwiazdą. Na samą myśl o tym się uśmiechnął. Ona także odwzajemniła jego uśmiech.
Nie dała po sobie poznać, jakie na pierwszy rzut oka pokój zrobił na niej wrażenie. Najwyraźniej była przyzwyczajona do pracy w różnych miejscach. Nie okazała także zdziwienia, gdy Samuel położył dłonie na jej kształtnej pupie. Kolejny pociąg do Przeklętej Doliny odjeżdżał dopiero o brzasku, tam chcieli się z kimś spotkać i dopiero powiadomić Cagliostra, a więc mieli jeszcze około czterech godzin czasu.
– Nie bój się, Jackie – powiedział Gvidon zbliżając się do dziewczyny. – Wszystko zostanie w rodzinie. Będziesz naszą gwiazdą na jedną noc.

* * *

Pierwszym uczuciem, które przeniknęło jego ciało po odzyskaniu przytomności był przeszywający ból głowy. Na szczęście pamiętał, co się stało. Delikatnie dotknął potylicy i pod palcami poczuł zimny, wilgotny materiał. Domyślił się, że bandaże przesiąkły krwią. Miał wrażenie, że był nieprzytomny cały dzień. Znów leżał na łóżku. Wiedział, że nie powinien zabijać Lady M., ale nie panował nad swoimi uczuciami. Gdyby nie cios zadany przez Cagliostra ta kobieta nie siedziałby teraz tak spokojnie na fotelu naprzeciwko łóżka. Światło w pokoju było nieco przygaszone, ale wyraźnie widział swoją żonę. Siedziała i przyglądała mu się w milczeniu.
Detektyw z wysiłkiem i zaciśniętymi z bólu zębami usiadł na łóżku. Nigdzie nie dostrzegł hrabiego. Przez chwilę patrzyli na siebie nie wiedząc, co powiedzieć.
– Źle mnie oceniłeś. To nie jest zdjęcie Nikki, to Mary. Musisz mi pomóc ją odnaleźć, choćby po to, żeby ją pochować. Po to Cię wezwałam.
– Nikki może być następna r11; pomyślał.

Samuel i Gvidon czuli się zupełnie bezkarni, gdy opuszczali tandetny motel. Mimo, że byli jego jedynymi gośćmi nie przypuszczali, żeby ktoś ich słyszał. A gdyby nawet to i tak nikt nie mógłby ich odnaleźć.
Teraz, gdy siedzieli już spokojnie w pociągu i zbliżali się do Przeklętej Doliny, zastanawiali się ile czasu upłynie nim ktokolwiek znajdzie ciało Jackie. Nie spodziewali się, żeby specjalnie ktoś jej szukał. Z doświadczenia wiedzieli, że z reguły dziewczyny takiego pokroju jak ona nie miały rodzin ani znajomych. A gdyby nawet ktoś ją znalazł, to i tak nie mógłby rozpoznać jej zmasakrowanej twarzy.
I tak jak jej powiedzieli – wszystko zostało w rodzinie.

* * *

Zbliżał się poranek, ale na ulicach Przeklętej Doliny mgła szczelnie zasnuwała zaułki. Wiatr tańczący wśród liści drzew zagłuszał krzyk Nikki. Jej oprawcy dopiero teraz rozpoczynali swoją zabawę. Poczuła jak rozpinają jej spodnie. Znów zaczęła się szarpać, ale nadal bez rezultatu. Poczuła jak te dłonie, które jeszcze przed chwilą ledwo ją złapały, teraz bez trudu rozpinają jej spodnie i zdejmują je z niej. Po chwili, wśród obleśnego uśmiechu, odrzucającego zapachu i oddechu nieco już otrzeźwiałych napastników to samo uczynili z jej majteczkami. Teraz ich ruchy stawały się coraz bardziej skoordynowane, co oznaczało, że oprawcy zaczynali dochodzić do swego naturalnego stanu. Ich dłonie krążyły i zagłębiały się w coraz bardziej intymne miejsca jej ciała. Do napastujących ją mężczyzn dołączyło jeszcze kilka osób.
Jej przerażenie sięgnęło szczytu, gdy na wysokości pupy poczuła coś podłużnego i bardzo twardego. Nie mogła nawet krzyknąć, bo we mgle nie widziała, kto, ale ktoś ponownie zatkał jej usta i wsunął w nie palec.
Ale nic nie robili więcej i Nikki zupełnie nie wiedziała, co się stało.
– A może ze mną się zabawicie? – Usłyszała za swoimi plecami głos, który sprawił, że na chwilę odebrało jej mowę. Nie wiedziała, do kogo należał, ale po jego barwie zrozumiała, że choć ochrypły to jednak był to głos jakiejś kobiety. Nikki była pewna, że teraz obie zginą, ale wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała.
Jeden z oprawców z przeraźliwym krzykiem przyłożył dłonie do oczu. Nikki nie wiedziała, co się dzieje. W otaczającej ją mgle dostrzegła dziwną, zielonkawą kulę, która z sekundy na sekundę stawała się coraz większa i bardziej oślepiająca. Nikki także zaczęły boleć oczy, ale miała wrażenie, że dzięki tej kuli zaczynała coś widzieć, jakby ta dziwna poświata rozrzedzała mgłę. Na jej oczach przybrała kształt rąk i palców, które skoczyły do oczu napastnika i dziewczyna widziała jak mu je wydłubały. Oślepiony po omacku uciekł w mgłę. Pozostali oprawcy też nagle zniknęli. Nikki odwróciła się, aby podziękować tajemniczej kobiecie, ale gdy ją zobaczyła, słowa znów uwięzły jej w gardle. Patrzyła na osobę ubraną w mnisi habit. Bała się, że to ta kobieta z pociągu. Tylko jej kształty utwierdzały dziewczynę w przekonaniu, że jej wybawicielką była kobieta.
– Kim jesteś? – Zapytała, ale nie otrzymała odpowiedzi. – A jak mogę ci podziękować?
– Wystarczy, że tu przyjechaliście.
Kobieta tylko machnęła ręką. Nikki przypadkowo ujrzała zniekształconą dłoń wystającą z rękawa. Wydawało się jej, że dostrzegła palce połączone błoną, ale wolała się im nie przyglądać. Na samą myśl o tym odczuwała silne mdłości.
– Chodź ze mną – ten głos także wydawał się Nikki dość dziwny.
Do ogólnego wrażenia dołączył jeszcze jeden szczegół. Otóż tajemnicza kobieta ani na chwilę nie zdejmowała kaptura z głowy. Dziewczyna nie mogła nawet dostrzec jej twarzy. I myśląc o swoim wcześniejszym wrażeniu nie miała ochoty jej oglądać. Mimo to, z bijącym ze strachu sercem ubrała się i zdała się na jej przewodnictwo.

* * *

Detektyw dopiero po chwili otrząsnął się z ogarniającej go apatii. Chcąc nie chcąc musiał raz jeszcze zaufać siedzącej naprzeciwko niego kobiecie.
– Załóżmy, że to wszystko prawda – jego bezbarwny głos powinien dać jej do myślenia.
– Jest jakby bliźniaczką twojej siostry. Mogłeś się pomylić patrząc na wycięty kawałek gazety. Nie mam do ciebie o to żalu.
Mothman tylko machnął lekceważąco ręką jakby to nie miało dla niego znaczenia. W rzeczywistości jednak było zupełnie inaczej.
– Jeśli mamy współpracowaćr30; – zmienił temat i odwrócił wzrok od kobiety, kierując go na jeden z arrasów wiszących na ścianie. – To powinniśmy się zastanowić gdzie rozpocząć poszukiwania. Masz jakiś pomysł?
– Hrabia Cagliostro mógłby nam pomóc, ale zauważyłam, że niezbyt przyjaźnie się do siebie odnosicie.
Ciekawe spostrzeżenie, zauważył w duchu. Ale trudno wymagać od niego, żeby szczególnie lubił podejrzane indywidua.
– Myślę… Jest takie jedno miejsce, to Bloody Cemetery. Nie wiem skąd wzięła się nazwa tego cmentarza. Jedna z ofiar tych maniaków została na nim pochowana, ale tutejsi Strażnicy nie zezwolili na oględziny zwłok. Może ty, swoim zawodem jakoś ich przekonasz.
– Nie wiem. Guardianie zwykle mnie unikają – udał, że się nad tym zastanawia, ale tak na prawdę uderzyło go stwierdzenie Lady. Nie wiedział czy się przejęzyczyła czy wiedziała coś więcej o popełnianych w dolinie morderstwach. Czemu powiedziała o sprawcach a nie o sprawcy? Nie wierzył w jej intuicję. – Ale spróbuję.

Po kilkunastu minutach pożegnał się z Lady M. Nie chciał tracić czasu na niepotrzebne rozmowy. Wyjaśnienia kobiety mogły być całkowicie fałszywe, ale musiał sam się o tym przekonać. Dostał od niej mapę Przeklętej Doliny i kierując się nią ruszył w stronę cmentarza.
Dziwnie czuł się w urzędowym stroju, ale czasem okoliczności zmuszały go do jego noszenia. Bardzo go nie lubił.
Wiedział, kogo ma szukać. Ze słów Lady wynikało, że ofiarą była córka miejscowego prefekta. Była tak zmasakrowana, że ojciec ledwo ją rozpoznał. Detektyw domyślał się, że łatwo odnajdzie miejsce jej pochówku – rodziny księży przeważnie miały okazałe groby. A gdyby było inaczej to zna jej nazwisko. Mimo mało sprzyjającej nawet na spacer pogody, nie wezwał woźnicy i nie skorzystał z powozu czekającego w stajni. Pomyślał, że spacer i chłodny wiatr wstającego dnia wywieje mu z głowy myśli udręki. Zdawał sobie sprawę, że nadal walczy z cieniem. Liczył na to, że idąc ulicami Przeklętej Doliny natknie się na ślad Nikki. Przecież ktoś musiał ją widzieć.
Stanął pod latarnią i w jej nikłym świetle spojrzał na mapę. Musiał założyć okulary i mocno wytężyć wzrok, żeby coś na niej dostrzec. Na ulicach nie widać było żywej duszy i skazany był tylko na swoje zmysły. Dowiedział się od Lady, że cmentarz znajduje się w środku doliny i tym się kierował. Spojrzał na tabliczkę na ścianie na pobliskiej kamienicy: znajdował się na ulicy Gościniec Podróżnych. Z trudem odszukał ją na mapie i upewnił się, że idzie w dobrym kierunku – do centrum doliny. Lada chwila powinien dotrzeć do cmentarza. Złożył mapę i schował ją wraz z okularami do kieszeni, co i raz to oglądając się na boki.
Raźniejszym krokiem skręcił w najbliższą przecznicę i po chwili, wśród opadającej mgły ujrzał żelazne ogrodzenie cmentarza.

* * *

Gvidon pierwszy wysiadł z pociągu, tuż za nim wyskoczył Samuel. Nie musiał patrzeć na zegarek, żeby się zorientować, która jest godzina – w Przeklętej Dolinie nie było przeskoku czasu. Poza tym mało, który z jej mieszkańców mógł sobie pozwolić na luksus posiadania zegarka.
Prawnicy spojrzeli na niebo; chociaż noce prawie niczym nie różniły się od dni, i może właśnie, dlatego życie w dolinie toczyło się własnym tempem – obie pory były zachmurzone, dżdżyste i chłodne, a mgła rzadko się rozrzedzała, nauczył się rozróżniać bladą poświatę księżyca od ledwo przebijających się promieni słońca.
Teraz Gvidon rozglądał się uważnie wśród grupek ludzi czekających na peronie na swoje pociągi, wyraźnie kogoś wypatrując.
– Powinni już tu być – powiedział przyciszonym, niemal ledwo słyszalnym głosem Samuel. Jego czujne oczy też nikogo nie dostrzegły. Czyżby nikt na nich nie czekał?
Poczekali jeszcze chwilę i gdy już mieli odchodzić, z szarości świtu wyłoniło się kilku mężczyzn.
Wolnym krokiem podeszli do siebie.
– Nikt was nie śledził? – Zapytał Gvidon.
– Nie, ale nie tego powinniśmy się najbardziej obawiać – odparł jeden z mężczyzn. Jego twarz przypominała maskę, na której nie malowały się żadne uczucia. Odkąd Gvidon go pamiętał, a znali się kilka lat, nie okazywał swoich uczuć.
Samuel nie umiał powstrzymać swoich emocji i chwycił mężczyznę za kołnierz płaszcza.
– Mów ważniejsze rzeczy.
Znajomy Gvidona nawet nie spiorunował wzrokiem młodego prawnika.
– Przyjechali.
Samuel odetchnął głęboko. Z biciem serca czekał na potwierdzenie swego złego przeczucia i właśnie nastąpiło to, czego się tak obawiał. Osłabł z wrażenia, puścił mężczyznę i Gvidon musiał podtrzymać syna, żeby nie upadł.
– To przez zmiany powietrza – wytłumaczył Gvidon. – Biedaczek, zawsze mu się to zdarza, gdy wracamy z jakiejś podróży. – Zdawało mu się, że uwierzyli i oby tak było.
– Gdzie są? – Głos Samuela był cichy jak szum wiatru.
– Śledziliśmy ich, ale nic o tym nie wiedzą. John Mothman mieszka u Lady M.
Prawnicy spojrzeli na siebie z niepokojem. Przeszli wraz ze zwiadowcami w ustronne miejsce i ukryli się przed niepotrzebnymi świadkami ich rozmowy, w budynku stacji kolejowej.

Teraz, gdy już siedzieli w knajpce dla podróżnych i wolno sączyli piwo, mogli swobodnie rozmawiać. Mało w niej było trzeźwych ludzi i mało, kto odważyłby się zaczepić czy podsłuchiwać rozmowę jedenastu ludzi.
– Co on tam robi?
– Moi informatorzy twierdzą, że z nią mieszka, podobno jak mąż z żoną.
Gvidon nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
– Może właśnie to chce nam przekazać Cagliostro – powiedział słabym głosem Samuel, który długo nie mógł dojść do siebie.
– Możliwe – odparł inny ze zwiadowców. – On także mieszka w tym domu.
Gvidon, usłyszawszy to, zakrztusił się piwem.
– Muszą się nienawidzić. A co z dziewczyną?
– Uciekła nam. Żyje, ale ciężko będzie ją odnaleźć.
– Skoro ją zgubiliście to skąd pewność, że jeszcze żyje?
– Była napastowana przez grupkę pijanych mężczyzn. Nie zdążyli jej zgwałcić, bo uratowała ją… – nie wiedział jak to powiedzieć.
Prawnicy, z jednej strony odetchnęli z ulgą, że Nikki nic się nie stało, ale z drugiej strony wyczuwali jakieś nieokreślone niebezpieczeństwo.
– Kto? – Dopytywał się Gvidon. – I gdzie to miało miejsce?
– Niedaleko Klasztoru St. Mary.
Oczy Samuela rozszerzały się coraz bardziej.
– Kobieta – kontynuował ich rozmówca. – Ubrana w mnisi habit. I o bardzo dziwnym głosie.
– Widziałeś jej twarz?
– Nie, ale z jej całej postaci emanowała jakaś zielona poświata. Gdy dotknęła jednego z napastników poczułem swąd palonego mięsa i biedak uciekał z krzykiem, jakby go obdzierano ze skóry. Pozostali napastnicy także się rozpierzchli w popłochu.
– I nie widziałeś jej twarzy? – Jeszcze raz zapytał Samuel.
– Nie, stałem za daleko. Poza tym skryła ją pod kapturem.
Prawnicy spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Podziękowali swoim rozmówcom, zostawili kilka złotych monet na zapłacenie rachunku i wyszli z budynku stacji, zostawiając mężczyzn przy pełnych kuflach.
– Musimy spotkać się z Cagliostrem.
– Ojcze. Myślisz, że to ona mści się po tylu latach?
– Nie mam żadnych wątpliwości. Musimy znaleźć dziewczynę.
– Ale gdzie?
Gvidon milczał.

* * *

Miejsce było dość przygnębiające. Odczuł to, gdy tylko zbliżył się do marmurowej, zarośniętej bluszczem i powojem bramy. Lady M. Ostrzegała go przed Strażnikami, ale żadnego z nich jeszcze nie spotkał na swej drodze. Nikt nie zatrzymał go nawet wtedy, gdy bez pozwolenia przeciskał się przez zardzewiałą, na wpół otwartą kratę. Zresztą zdawało mu się, że tak na prawdę cały cmentarz był bez dozoru. No, może tylko czarny kot był stróżem.
Zwierzę uciekło z sykiem spod buta detektywa, gdy mijał krzaki rosnące w pobliżu zaniedbanych grobów. Mothman dostrzegł tylko wystające żebra i liniejące futro kota. Długo do jego uszu dobiegało jeszcze miauczenie zwierzęcia, ale sam kot zniknął gdzieś między grobami.
Mothman wiedział, że będzie musiał sprawdzić wszystkie mogiły nim znajdzie interesujący go grób. Cmentarz imponował mu wielkością i detektyw przygotował się na kilkugodzinne poszukiwania.

Zaczął od grobów znajdujących się wokół, gdzieniegdzie pękającego i rozsypującego się już ogrodzenia. Następnie spoglądał na groby, krzyże i figury przedstawiające anielskie postacie, ale na żadnym z nich nie znalazł szukanego imienia i nazwiska.
Stopniowo zbliżał się ku środkowi cmentarza mijając poniszczone, popękane i zdewastowane groby, i obawiał się, że jego poszukiwania okażą się daremne, gdy, przeciskając się pomiędzy sięgającymi mu aż do piersi grobowcami, i odsuwając dłonią zroszone liście topoli rosnącej między nimi dostrzegł coś, co wyraźnie przykuło jego uwagę. Po prawej stronie ścieżki znajdował się mały, zupełnie niewidoczny wśród gałęzi grobowiec. Mothman zapewne nie zwróciłby na niego uwagi, tym bardziej, że napis na nim był mało czytelny. Ale na płycie nagrobnej siedział czarny kot, który kilka godzin wcześniej uciekł detektywowi spod buta, i wpatrywał się w niego prowokująco.
Mothman podszedł powoli do grobu. Gdy stanął tuż przed nim, kot zamiauczał jakby chciał mu coś powiedzieć i czmychnął z płyty. John, nie zastanawiając się nad tym, co robi, machinalnie pochylił się nad grobem. Nie zważając na szkło, dłonią zepchnął na ziemię potłuczone znicze i zwiędłe kwiaty. Jego oczom ukazał się zalany miejscami napis. Paznokciami zdrapał parafinę i przeczytał: Julie James. Znalazł tą, której szukał.
– To święte miejsce. Bez pozwolenia nie wolno tu wchodzić.
Drgnął słysząc te słowa. Nie spodziewał się, że ktoś go śledzi. Odwrócił się i ujrzał, stojącego przed sobą i rzucającemu mu złowrogie spojrzenia, mężczyznę. Patrząc na niego detektyw poznał, że takich ludzi miała na myśli Lady M. mówiąc o strażnikach.
Zacięta twarz i zimne oczy świadczyły o charakterze tego człowieka, dla którego nic się nie liczyło oprócz służby. Tylko, że Mothman nie bardzo wiedział, komu ten człowiek służył.
– Jestem tu w celach służbowych – odparł i sięgnął do kieszeni uniformu po dokumenty.
Strażnik nic się nie odezwał, tylko zmarszczył szpakowate brwi i przyglądał mu się badawczo. Mothman wyjął legitymację i podał mężczyźnie mówiąc:
– Prowadzę dochodzenie w sprawie zaginięć i zabójstw młodych kobiet.
Guardian albo go nie słuchał, albo bardzo dobrze udawał brak zainteresowania. W milczeniu przeglądał książeczkę legitymacyjną. Wyraźnie zwęziły mu się oczy, gdy zobaczył nazwisko i zawód Mothmana. Nie uszło to uwagi detektywa, który postanowił podążać dalej obraną ścieżką.
– I chciałbym obejrzeć zwłoki Julie James.
Strażnik drgnął i spojrzał groźnie na Mothmana. Z oczu biły mu błyskawice. Detektyw jednak wytrzymał jego spojrzenie.
– Dzisiaj to niemożliwe, Panie Detektywie – powiedział ironicznie i podkreślając ostatnie wyrazy. Z niechęcią oddał mu legitymację.
Mothman nie odpowiedział, schował dokument i skierował się ku bramie cmentarza. Czuł jednak odprowadzający go wzrok strażnika. Na pożegnanie usłyszał jeszcze:
– Śledztwo może niczego nie wykazać. A jeśli wykaże to tym gorzej.
Gdy Mothman obrócił się, ujrzał tylko oddalającego się człowieka. W promieniach słońca, ledwo przebijającego mgłę dostrzegł znajomy symbol, wyszyty na plecach munduru strażnika. Była to prosta, gruba kreska, od której, po prawej stronie, ukośnie skierowane w dół, i symetrycznie odchodziły dwie linie równej długości, tworząc jakby pół dłuższej strzałki, i leżącej na niej pół krótszej. Widział go wśród krwistych znaków, znajdujących się na stronicach „Autobiografii” Mary Mothman.
Sprawdzi to po powrocie do domu.

Tu znajdziesz schronienie. Tu będziesz bezpieczna – kołatały jej w głowie słowa tajemniczej wybawicielki. I tak właśnie było.
Siedziała w specjalnym pokoju, Pokoju Zagubionych Dusz – jak go nazywały opiekujące się nią zakonnice. Klasztor St. Mary wydawał się być najspokojniejszym miejscem na świecie. Nikki kontemplowała jego piękno. Nie był to taki klasztor, o jakich słyszała w opowiadaniach matki. Był piękny, ale gustowny i skromny. Nie było w nim marmurów, drogich kamieni – wszystko było w drewnie. Obrazy, ryciny – naliczyła ich jedenaście. Na ołtarzu zauważyła tylko posąg w kształcie krzyża, ale nie dostrzegła figurki Chrystusa. Nigdzie też nie widziała miejsca ukrycia Hostii. Pomyślała, że pewnie ksiądz przynosi ją na początku mszy.
Tyle zdążyła zauważyć, gdy wraz ze swoją wybawicielką przemierzała klasztor i teraz zastanawiała się nad tym w Pokoju Zagubionych Dusz. W sąsiedniej komnacie tajemnicza kobieta rozmawiała z księdzem.

Minęło kilkanaście minut nim drzwi się otworzyły i weszli do pokoju. Zakonnice wyszły zabierając naczynia do kuchni.
– Smakowało? – Zapytał ksiądz. Miał może trzydzieści lat i łagodne rysy twarzy. Jego głos wlewał ukojenie w serce.
– Tak. Bardzo dziękuję, Ojcze – odpowiedziała wstając zza stołu.
– Siedź, moje dziecko – poczuła nienaturalną siłę uścisku jego dłoni na swoim ramieniu. Była tak brutalna, że Nikki musiała ponownie usiąść za stołem. Ta siła zupełnie nie pasowała do łagodnego oblicza księdza.
– To jest Ksiądz Hugon – powiedziała tajemnicza kobieta. – Jest proboszczem tego klasztoru. Będzie traktował cię jak ojciec.
– Nie bój się. To nie więzienie – po tych słowach zostawił kobiety same, wychodząc z pokoju.
– Pokażę ci twoją sypialnię.
Nikki wstała i, wraz ze swoją wybawicielką wyszły z pokoju.

Ciekawość nie pozwalała mu nawet na chwilę oderwać myśli od tajemniczego symbolu. Gdy tylko przekroczył próg domu, przebieg kilka pokoi w poszukiwaniu Lady M. Nie zamknął nawet drzwi wejściowych. Służba nie wiedziała, co się stało, i przezornie wolała zejść mu z drogi, a nawet nie wychodzić z pokoi.
Odgłos jego butów roznosił się po parkiecie.
Mothman myślał, że pierwszą osobą, jaką spotka będzie Cagliostro, ale tak się nie stało. Zamiast niego, nieomal na niego nie wpadając wyłoniła się pobliskiego pokoju młoda pomocnica kucharki. Na rękach niosła kilka dopiero, co umytych talerzy. Detektyw nie zważał na nic. Stanowczo zagrodził jej drogę. Mocno chwycił ją za ramiona, tak mocno, że wypuściła talerze z rąk. John jakby nie słyszał tłukących się naczyń. Młoda dziewczyna nie odważyła się nawet spojrzeć mu w oczy.

– Przepraszam – powiedziała tylko ledwo słyszalnym, wystraszonym głosem. – Nic nie zrobiłam.
Detektywowi zrobiło się jej żal. Skarcił sam siebie w duchu i powiedział już nieco łagodniejszym głosem:
– Nic się nie stało. Wystraszyłem Cię. Chciałem się tylko dowiedzieć gdzie jest Lady.
Zwolnił uścisk i dziewczyna odetchnęła z ulgą. Nadal nie miała odwagi podnieść na niego wzroku. Była od niego niższa, więc musiał patrzeć na nią z góry i wyraźnie widział jej pełne, unoszące się szybko piersi. Starał się odegnać od siebie sprośne myśli, ale nie potrafił oderwać wzroku od atrybutów kobiecości młodej dziewczyny.
– Pani jest w ogrodzie, ale prosiła, żeby jej nie przeszkadzać.
– Nie bój się. Wezmę odpowiedzialność na siebie – pogłaskał ją lekko po buzi. Dziewczyna przycisnęła swoją dłonią jego rękę do policzka.
– Dziękuję r11; wyszeptała.
John chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nagle puściła go i uciekła do drugiego pokoju. Mothman przez chwilę zastanawiał się nad jej zachowaniem, po czym przemierzył kilka korytarzy i wyszedł na balkon jednego z pokoi.
Schody prowadziły do ogrodu, który na oko mógł mieć kilka hektarów wielkości. Mothmanowi zdawało się, że w oddali widzi postać leżącą na trawie. Kształtem przypominała człowieka. Wolno zszedł po schodach i zagłębił się w krzaki i las, przetykany gdzieniegdzie polankami. Roślinność i drzewa miejscami tylko przepuszczały blade promienie słońca. Nie wyobrażał sobie ile potrzeba rąk ludzkich do zagospodarowania takiej połaci terenu.

Minęło kilkanaście minut nim wreszcie dotarł do leżącej pod jabłonią kobiety. Podniosła na niego wzrok, odrywając wzrok od czytanej książki. Zamknęła ją, gdy tylko zobaczyła, kto przed nią stoi, i wyciągnęła do niego rękę. Widziała jego groźne spojrzenie i zacięte wargi, ale nic nie powiedziała. Nadal trzymała tylko wyciągniętą przed siebie rękę. Ale jej oczy wyrażały miłość i błaganie, którym nie mógł się oprzeć.
– Dowiedziałeś się czegoś? – Zapytała kusząco miękkim głosem. Detektyw nie odpowiedział. Chwycił ją za rękę i usiadł koło niej na trawie. Wyraz jego twarzy się nie zmienił.
– Tak myślałam. Bałam się tego. Minie sporo czasu zanim Strażnicy przyzwyczają się do ciebie i zaczną z nami współpracować.
– Tak – odpowiedział niby od niechcenia.
Chciał sprawdzić jej reakcję. Nie pomylił się – Lady M. uniosła brwi z zaskoczenia.
– Tak, dowiedziałem się czegoś – nieco skłamał. – Co to jest? – Zapytał rysując patykiem tajemniczy znak na ziemi, ten sam, który ujrzał na płaszczu Guardiana i ten sam, który widniał na stronach Biografii Mary Mothman.
Kobieta przyjrzała mu się uważnie, po czym powiedziała, starannie dobierając każde słowo:
– To bardzo silny znak. Jeden z tajemnych, magicznych i alfabetycznych znaków ludów skandynawskich. Słyszałam, że ktoś w dolinie używał tych znaków, ale było to bardzo dawno temu. Rozumiem, że widziałeś ten znak w książce. Ja też go tam widziałam, jest w niej zapisany cały alfabet.
– Nie tylko w niej go widziałem. A co możesz mi powiedzieć o ludziach posługujących się tym symbolem w dniu dzisiejszym?
Kobieta milczała. Patrzyła tylko detektywowi prosto w oczy. Jej dłoń trzęsła się i nie wiedział czy ze strachu czy z wrażenia. Chciała coś powiedzieć, ale John ją ubiegł.
– Widziałem go na płaszczu strażnika.
Jej oczy rozszerzyły się ze strachu.
– Jesteś tego pewien? – Głos Lady wyraźnie się załamywał.
– Tak jak ciebie teraz.
– Myślałam, że… – zaczęła ale urwała w połowie zdania. Mothman chwycił ją mocno za ramiona i potrząsnął nią. Był już na dobrym tropie.
– Co myślałaś? – Niemal krzyknął
– Że Ansuzyjczycy już dawno nie istnieją. Przestało być o nich głośno 20 lat temu. To niebezpieczni ludzie. Jeśli dalej istnieją to będę zmuszona prosić cię o opuszczenie doliny, gdy tylko odnajdziesz Nikki.
– Ale kim oni są? – Nadal trzymał ją mocno w swoich dłoniach. Oczy mu się zwęziły i zaczęły ciskać złowieszcze błyski. – Widzę, że dużo o nich wiesz.
– Tylko z książek – próbowała się bronić. – Pokażę ci jedną z nich. Lepiej będzie jak sam o nich poczytasz.
Lady M. spojrzała na niebo, które zasnuły ciemne chmury. Lada moment znów zaczną się opady. Wiatr przybrał na sile i zamieniał się już w porywach w wicher. Nagle cały ogród zaczął żyć. Szum liści zagłuszał ich słowa. Nie mogli się porozumieć. Nawet jabłoń nie mogła oprzeć się jego sile i niechętnie się pod nim ugięła.
Dopiero na balkonie John usłyszał jej urywane słowa.
– Gdzie są te książki? – Zapytał, krzycząc jej prosto do ucha.
– W bibliotece Hrabiego.
Mothman miał nadzieję, że się przesłyszał, ale niestety tak nie było. Znowu ten Cagliostro, pomyślał ze złością. Może, chociaż raz mu się na coś przyda. Ale interesowało go skąd hrabia ma wiadomości o ansuzyjczykach i czemu się nimi interesuje.
– Zaprowadź mnie tam.
– Hrabia nie lubi, nikogo nie wpuszcza do swojej biblioteki, ale go nie ma dzisiaj.
– A gdzie jest? – Zapytał detektyw.
– Nie wiem. Powiedział, że ma jakieś ważne spotkanie i prosił, żebyśmy nie czekali na niego z obiadem, ani z kolacją.
Mothmanowi zdawało się, że wyczuł podkreślenie ostatniego wyrazu.

Przeszli przez pokój. Ledwo weszli do niego, pokojówka zamknęła drzwi balkonowe. Garderobiany odebrał od Mothmana wierzchni strój urzędowy – był tak mokry, że krople lały się po parkiecie i zaniósł do garderoby.
Detektyw miał okazję bliżej przyjrzeć się swojej posiadłości. Kobieta prowadziła go po różnych korytarzach, pokojach. Oglądał sprzęt i pracujących w domostwie ludzi.
– Z czego utrzymujemy ten dom?
– Hrabia nam pomaga – odpowiedziała. Szli po schodach prowadzących na drugie piętro. Mothman nawet nie wiedział, że jest drugie piętro. Musiały to być prywatne pokoje Cagliostra i chyba nie mniej tajemnicze niż on sam. Lady M. zapaliła świeczniki stojące w korytarzu, żeby nie potknęli się o stopnie. – To chyba jedyne miejsca nieoświetlane w tym domu.
– Dlaczego?
– Hrabia nie zgodził się podłączać elektryczności. Nie wiem, czemu. Często w nocy słyszałam jak chodzi po piętrze. Kiedyś nawet zakradłam się zobaczyć, co robi, ale drzwi były zamknięte od środka. W każdym razie nie widziałam nawet iskry, a co dopiero światła. Jakby wszystko robił po ciemku. Gdyby teraz był w domu to nie miałabym odwagi nawet oddychać w tych zakamarkach domu, ale teraz go nie ma i możemy śmiało rozmawiać.
– Hrabia ma bardzo dużo tajemnic – zastanawiał się Mothman. – Może nawet za dużo.
– Dużo się zmieniło odkąd wyjechałeś.
– Wyjechałem? Cały czas mam wrażenie, że mylicie mnie z kimś innym. Ja nie mieszkam w dolinie, przyjechałem tylko, dlatego, że listonoszowi pomyliły się listy. Ty wysłałaś do mnie przesyłkę i od początku mnie okłamujesz, tak samo Cagliostro. I lepiej powiedz mi, o co tu chodzi.
– Dobrze.
Lady M. odwróciła się na szczycie schodów i spojrzała mu prosto w oczy. Stali przed drzwiami, które prowadziły do pokojów hrabiego.
– To ja wysłałam list i książkę. Twoja matka urodziła się w Dolinie. To jej dom. Zapisała go w spadku mnie, ale pod warunkiem, że cię odnajdę i za ciebie wyjdę. Cagliostro miał być gwarantem małżeństwa. Ślub odbył się kilka lat temu. Potem wyjechałeś i ślad po tobie zaginął. Zabrałeś ze sobą Nikki i zostałam sama. Postanowiłam cię odnaleźć i wiedziałam, że jesteś detektywem. Najlepszym pretekstem mogła być tylko sprawa, która by cię zainteresowała. Lata czekałam aż coś się wydarzy w dolinie i się doczekałam. Teraz już wiesz wszystko.
Patrzyła na niego i wiedział, że w tej chwili nic więcej nie mógł już z niej wyciągnąć. Na wszystko przyjdzie czas.
– Wierzysz mi? – Zapytała słodkim głosem zbesztanej dziewczynki. – Nie martw się, z czasem wszystko ci się przypomni. To wszystko przez ten przeskok czasowy.
– Masz rację – powiedział. Wiedział, że albo w tej dolinie wszyscy są szaleni albo on wkrótce oszaleje. – Pokaż mi książkę. Muszę wiedzieć, z kim mam do czynienia, zanim ponownie spotkam się ze Strażnikami.
– Kiedy chcesz się z nimi spotkać?
Otworzyła drzwi. Nie wiedział skąd, ale miała klucz do zamka. Uśmiechnęła się widząc jego zaskoczenie.
– To jest nasz dom. Dla bezpieczeństwa musimy mieć zapasowe klucze do wszystkich pokoi – uśmiechnęła się kokieteryjnie. – Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
– Jutro – rzekł sucho, wchodząc do ciemnego pomieszczenia.
Przez chwilę stała bez ruchu. Teraz ona była wyraźnie zaskoczona. Odpaliła knot świecy od świecznika stojącego na schodach. Weszła za Johnem i odpaliła od niej świeczniki. Oczom detektywa ukazał się obszerny pokój. Na suficie nie dostrzegł żadnego żyrandola, tylko kilkanaście świeczników zamocowanych przy ścianach oświetlało pomieszczenie. W pokoju było jedno okno, ale tak małe, że przepuszczało niewiele światła. Cagliostro musi mieć świetny wzrok, pomyślał Mothman.
Pod ścianą stał drewniany segment cały wypełniony książkami. Zaiste, była to prawdziwa biblioteka. John tylko przelotnie oglądał oprawione w skórę, zapewne zwierzęcą, woluminy, papirusy o datach sprzed wieków. Ale nie dostrzegał między nimi zwykłej literatury tylko księgi znajdujące się do nie dawna na Indeksie Ksiąg Zakazanych. Niektóre z nich nadal jeszcze były do niego wpisane. Czyżby hrabia parał się czarną magią?
Lady M. w milczeniu przeglądała tytuły książek. Nie miała tak dobrego wzroku jak właściciel pokoju i podświetlała segment trzymanym w ręku świecznikiem. W pewnej chwili jej dłoń zatrzymała się na chwilę.
– Znalazłam – powiedziała. Wyjęła z półki książkę i podała Mothmanowi.
Detektyw rzucił na nią z ciekawością. Nie sądził, żeby znalazł w niej coś, co mogłoby zaważyć na prowadzonych przez niego poszukiwaniach, ale przez lata prowadzonej pracy nauczył się, chociaż pobieżnie studiować wszelkie dokumenty. Jednakże tytuł, który teraz miał przed oczami mógł go do czegoś doprowadzić. W milczeniu wziął z jej rąk zakurzony wolumin. Skórzana oprawa była szorstka w dotyku, dobrze zakonserwowana i na pewno była naturalna.
– Myślę, że powinniśmy się przyjrzeć tej książce. Za ile może wrócić hrabia? – Nie odrywał wzroku od książki.
– W każdej chwili. Co chcesz zrobić?
Nie odpowiedział. Podszedł do stolika ustawionego pod ścianą, naprzeciwko kredensu i położył książkę na blacie. Kobieta odprowadzała go wzrokiem.
– Postaw świecznik na stoliku, ale nie gaś go. I stań koło stolika skierowana w stronę drzwi.
W czasie, gdy to robiła, Mothman zaczął się przechadzać wolno wzdłuż każdej ściany.
– Czym zajmuje się hrabia w wolnych chwilach? Ma jakieś ulubione miejsce? Ma jakieś hobby?
– Nie wiem. Rzadko wychodzi z tego pokoju. Ale czasem go nie ma i… – zawahała się.
– I? – Zatrzymał się na chwilę. Przyglądał się jej z wyraźnym oczekiwaniem.
– Nie wiem, do czego zmierzasz? Podejrzewasz mnie o coś?
– Póki, co, każdy jest podejrzany – w zamyśleniu podrapał się po trzydniowym zaroście.
– Nikt nie wie gdzie on wtedy jest.
– Dziwne. Ja nie mógłbym wytrzymać w jednym pokoju, mając dyspozycji cały dom. Wspominałaś, że ma więcej pokoi.
– Tak, ale wejście do nich znajduje się w innej części domu. Zetrzesz sobie skórę – widziała, jak co jakiś czas dotykał dłonią ściany.
– Obejrzyjmy tę księgę.
– Tutaj? – Zapytała przerażona. – A jeśli nagle hrabia przyjdzie?
– Wtedy… – niby przypadkowo oparł się o ścianę dłonią i Lady M. usłyszała najpierw przeraźliwe skrzypienie, a potem jej oczom ukazało się ukryte za ścianą mroczne pomieszczenie. – Myślę, że zamyka się samoczynnie po wejściu do pokoju. – Podszedł do stolika, a ściana pozostała odsunięta.
W milczeniu siadł w fotelu i przysunął bliżej świecznik. Kobieta przysunęła drugi fotel i siadła obok Johna, żeby także widzieć książkę. Palcem przesunął po tłoczonym tytule jakby chciał się upewnić, że jest rzeczywisty. Odwrócił okładkę i w świetle świec płonących w świeczniku zobaczył namalowany taki sam znak, jaki widział na płaszczu Strażnika. Nad nim czerwone litery głosiły: Historia Zakonu Ansuzyjczyków.
– Domyślam się, że jest to jakaś sekta – powiedział półgłosem.
– Bardzo groźna.
– Zakładam, że czytałaś tę książkę – spojrzał pytająco na kobietę.
– Tak, ale bardzo dawno temu. Mimo to myślę, że uda mi znaleźć w niej coś, co może nam się przydać.
– To poszukaj, ja muszę chwilę pomyśleć.
Podał jej książkę, a ona z werwą zaczęła ją przeglądać.

Co chwilę zamykał oczy i otwierał je tylko gdy pokazywała mu pewne opisy. Analizował fakty. Co jakiś czas dochodziły nowe. Książka była ciekawa, a Lady M. umiała szybko znaleźć najważniejsze rzeczy. Wiedział już, kiedy powstał Zakon, z raczej sekta, kto stał na jego czele i jakie miał źródła pochodzenia. Mniej więcej też orientował się w regułach życia i zasadach postępowania. Ale to była historia. Nadal jednak nie wiedział, czym ansuzyjczycy zajmowali się obecnie.
– Nic więcej na razie nie znajdę.
– Myślę, że to chwilowo powinno nam wystarczyć. Jutro sprawdzę informacje. Chodźmy, zrobiło się późno. Książkę weźmiemy ze sobą – może się nam jeszcze przydać. Cagliostro ma tu tyle książek, że z pewnością nie zauważy jak sobie jedną od niego pożyczymy.
Lady M. nie protestowała. Odstawiła fotel na swoje miejsce, zabrała świecznik ze stolika, a pozostałe zgasiła.
– A co z ukrytym przejściem?
– Musi tak zostać – odpowiedział John wychodząc z pokoju. – Może się samo zamknie.
Kobieta podążyła za nim. Zamknęła drzwi i przekręciła klucz w zamku. W milczeniu zeszli po schodach. Na piętrze doleciał do nich zapach obiadu. Unosił się po całym domu.
– Chyba dzisiaj znowu zjemy sami – uśmiechnęła się. Detektyw nie miał nic przeciwko temu.

* * *

Cagliostro i prawnicy, wszyscy trzej domyślali się gdzie może przebywać Nikki Mothman i kto może jej pomagać. Każdy z nich chciał ją wydostać z ukrycia.
Ksiądz Hugon wszedł do bocznej kapliczki przy klasztorze i ukląkł na ziemi. Nie zważał na kałuże i błoto. W milczeniu pogrążył się w modlitwie. Postanowił zaopiekować się dziewczyną, ale potrzebował siły i wiary, oświecenia od Boga. Wierzył, że gorąca i szczera modlitwa pomoże mu. Może z czasem odnajdzie jakąś rodzinę Nikki. Na razie musi pomóc biedaczce. Jego przyjaciółka nie powiedziała mu, co jej grozi, ale nie miał wątpliwości, że chodziło o życie Nikki. A to było teraz dla niego najważniejsze.
Tak się zapomniał w modlitwie, że przestał całkowicie słyszeć, co się dzieje dookoła niego. Nie słyszał zbliżających się do niego kroków. Miał zamknięte oczy, żeby lepiej się skupić i nie widział nawet cienia rzucanego przez atakującego go napastnika.
Pierwszy cios pobawił go przytomności. Ksiądz nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Zabójca pochylił się nad nieprzytomnym ciałem i przyjrzał się wyraźnie jego twarzy.
– Ojczulku, złamałeś pewne zasady. Nie ma kary bez winy.
Złośliwy uśmiech rozjaśnił mu twarz, gdy spod płaszcza wyjął ostry jak brzytwa nóż i sprawnym ruchem podciął ofierze gardło. Przez chwilę z chorą fascynacją przyglądał się mieszającej się z kałużą krwi. Końcówką noża, na czole księdza wyciął tajemnicze symbole. Opłukał nóż w kałuży, schował pod płaszcz i w milczeniu opuścił teren klasztoru.

Konrad Staszewski

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz