Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział III

 

Opowieści z Przeklętej Doliny:

Ucięta Mowa

Rozdział III
Furman nawet nie zdążył zatrzymać koni, gdy pierwszy mężczyzna wyskoczył na chodnik. Jego, do niedawna jeszcze lśniące, czarne buty rozchlapały kałużę na boki. Ubrany w długi, czarny płaszcz mężczyzna zaklął pod nosem i krzyknął do swoich towarzyszy, aby się pośpieszyli.
– A zapłata? – Zapytał bezceremonialnie furman.
Mężczyzna, który pierwszy wyskoczył na chodnik, odwrócił się do niego myśląc, że to pytanie było skierowane tylko do niego i odparł zaczepnie:
– Za chwilę wracamy. Chyba, że nie chce pan na nas czekać. A może ma pan coś na sumieniu i woli nie stać przed gmachem tej instytucji?
Przy tych słowach mężczyzna w płaszczu spojrzał wymownie na swego rozmówcę. Ten spojrzał tylko na drzwi wejściowe do budynku i nic się już nie odezwał. Nasunął tylko kaptur na głowę, jakby dla niepoznaki.
Mężczyzna w czerni uśmiechnął się pod wąsem i ruszył w stronę wejścia. W między czasie z furmanki wysiedli pozostali mężczyźni. Wszyscy wyglądali tak samo, tak samo byli ubrani – jakby należeli do jakiegoś stowarzyszenia. Ale furman wolał nie wiedzieć za dużo. Odetchnął z ulgą, gdy wysiedli.
Przyprawiali go o gęsią skórkę, chociaż sam nie wiedział, z jakiego powodu.

– A jeśli go już nie będzie? – Mężczyzna nie był tak pewny siebie jak ten, który rozmawiał z furmanem i teraz szedł tuż przed nim. Był młodszy, ale bardzo przypominał go nie tylko z wyglądu. Miał podobne, tylko nieco łagodniejsze rysy twarzy i tak samo zimne i przenikliwe oczy.
– I tak go znajdziemy, synu.
– Panowie do…? – Zagadnął ich strażnik pilnujący parteru. Mężczyźni spojrzeli na siebie równocześnie, po czym przenieśli wzrok na uniform młodego obrońcy prawa. Strażnik poczuł się bardzo nieswojo. Cofnął się o kilka kroków i znalazł się w pomieszczeniu, które służyło za recepcję, a z zewnątrz wyglądało jak dobrze zaopatrzony sklep z bronią. Sięgnął pod ladę jakby szukał pistoletu. W rzeczywistości jednak starał się wymacać dłonią dzwonek alarmowy.
– Nie chcieliśmy Pana przestraszyć tym najściem. Szukamy detektywa Mothmana. Wie o naszych odwiedzinach – gładko skłamał młodszy z mężczyzn. Gdy wypowiadał te słowa nawet powieka mu nie drgnęła. Sięgnął do kieszeni i wolno, ale zdecydowanie zbliżył się do „budki” strażniczej. Guardianowi, widocznie mało jeszcze doświadczonemu w pracy, kropelki potu wystąpiły na czoło i zaczęły trząść się ręce. Ubrany w płaszcz mężczyzna położył mu na biurku jakąś małą karteczkę. Strażnik spojrzał na nią i odetchnął nieco spokojniej. Mógł się domyśleć, że to prawnicy: świdrujące, zimne oczy i energiczny, zdecydowany chód, zimne rysy twarzy. Obrazu dopełniał ich ubiór – te buty z najlepszej skóry, bawełniane długie płaszcze, teraz rozpięte i śnieżnobiałe koszule musiały kosztować majątek. Jeden z nich miał jakąś teczkę, pewnie z dokumentami. Guardian uspokoił się nieco, przypomniał sobie plotki o Panie J.M., jak mówiono o detektywie Mothmanie, krążące wśród pracowników całej Guardian Street. Może nie powinien się dziwić jego gościom.
– To taka mała klitka na…
– Znajdziemy – przerwał mu „mężczyzna od wizytówki” i odwrócił się w stronę swoich towarzyszy. Wszyscy w milczeniu ruszyli ku schodom prowadzącym na piętra.
– „Smith ‚n’ Smiths Lawyer Co.” Mogą mi się jeszcze kiedyś przydać – pomyślał strażnik chowając wizytówkę do kieszeni spodni i spojrzał na zegarek stojący na biurku. Otworzył zeszyt i zanotował skrupulatnie godzinę odwiedzin prawników.

Minęli kilka korytarzy i pokoi nim dotarli do gabinetu detektywa. Mijani przez nich pracownicy nie zwracali na nich większej uwagi, widocznie mieli pełne zaufanie do strażnika na parterze, albo byli tak zadufani w sobie, że nikt nie ośmieli się zaatakować w jakikolwiek sposób siedziby stróżów prawa.
Przybysze stanęli przed drzwiami detektywa i spojrzeli po sobie zaskoczeni.
– A jednak się spóźniliśmy – pomyślał Gvidon patrząc na kawałek kartki przyczepiony tuż pod metalową plakietką z inicjałami detektywa.
– Kazał posprzątać gabinet? Może ktoś nas uprzedził, ale nie sądzę, żeby znalazł rękopis albo zdjęcie, ojcze. Może wejdziemy i sami poszukamy? – Zapytał młodszy z mężczyzn. Pozostali spojrzeli wyczekująco na Gvidona.
– Nie mamy na to czasu Samuelu. Musimy go znaleźć zanim wyjedzie do doliny. Mam dziwne przeczucie, że ktoś mu pomaga.
Zbiegli po schodach na parter i, nie zatrzymując się nawet przy strażniku, wybiegli z budynku. Furman czekał tam, gdzie go zostawili.
– Ruszaj! – Rzucił ostro Gvidon wskakując do furmanki jako ostatni.
– Jedziemy do jego posiadłości? – Stukot kopyt prawie zagłuszył pytanie.
– Nie. Złapiemy go na nabrzeżu.
Furman zrozumiał, że ma się kierować do portu.

Pierwszą myślą, jaka teraz krążyła mu po głowie było jak najszybciej spakować bagaże i odnaleźć Cagliostra. Nic nie zwróciło jego uwagi – ani uchylona furtka na podwórzu, ani ślady błota zostawione na klatce i schodach – a może nie chciał ich widzieć. Myślał tylko, co powinien spakować.
Wbiegł po schodach, przeskakując po dwa, trzy stopnie i stanął zaskoczony przed swoim gabinetem, nie mogąc złapać oddechu ani wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Jego wzrok wędrował z jednej zapakowanej i zamkniętej szczelnie skórzanej walizki, na której widniały wyszyte inicjały J.M. na drugą z inicjałami N.M. Pomiędzy nimi widział parę wypolerowanych butów. Ich właściciel stał wsparty o grawerowaną laskę ze złotą rączką i uśmiechał się najwyraźniej zadowolony i dumny z siebie.
Detektyw zebrał w sobie resztkę siły i rzucił się na niego i rękami chwycił za kołnierz. Stracili równowagę i wpadli do gabinetu. John przygniótł przeciwnika do ściany i uniósł do góry. Tamten poczerwieniał na twarzy, ale nie zmienił wyrazu oczu i nie wypuścił laski z ręki. Żaden wyraz skrzywienia, bólu, złości ani zaskoczenia nie przebiegł przez jego oblicze.
– Gdzie jest moja siostra?! – Wysapał detektyw. W jego oczach tliły się iskierki szaleństwa. – Mów, łajdaku!
– W Przeklętej Dolinie – wykrztusił z siebie Cagliostro.
– Zabiję Cię!
– Jeśli Ci się uda – na wargach hrabiego pojawił się ironiczny uśmiech. – Ale wątpię czy ją wtedy odnajdziesz.
Detektyw puścił Cagliostra, nie chciał popełnić morderstwa, poza tym tylko hrabia wiedział gdzie jest Nikki.
Hrabia poprawił płaszcz. John nie wiedział, co ma robić, złapał się za głowę.
– Pomyślałem, że lepiej będzie jak wyjedziemy jeszcze dzisiaj. Spakowałem nasze bagaże.
Słowa hrabiego nieco otrzeźwiły Johna.
– Ale tu jest tylko walizka Nikki i moja a…?
– Moja jest w przechowalni na dworcu. Pociąg mamy za godzinę.
– Ale nie mogę tak zostawić… – wahał się jeszcze detektyw.
– Tu chodzi o życie Nikki.
John w odpowiedzi chwycił walizki i zbiegł po schodach. Hrabia podążył tuż za nim. Zostawili domostwo na pastwę losu. Detektyw tylko pozamykał drzwi i furtkę. Gdy znaleźli się na ulicy krzykiem wezwali powóz. Wrzucili bagaże na sam tył i wsiedli do środka.
– Zawieź nas na dworzec! Co koń wyskoczy! – Krzyknął John siadając wygodniej. Gdy zamykał drzwiczki usłyszał świst bata i rżenie paru koni. Z miejsca ruszyli galopem.
– Pogoda nam sprzyja – rzekł niby od niechcenia Cagliostro. John wyjrzał przez okienko – nawet nie wiedział kiedy słońce zatrzymało się w zenicie.
Ulica w połowie była jeszcze zamarznięta, a w połowie już zabłocona.
John nic się nie odezwał. Postanowił milczeć całą drogę i przeanalizować zaistniałą sytuację. Nie wyglądała ona zbyt ciekawie: najpierw zaginięcie matki, potem tajemnicze przesyłki, zniknięcie Nikki, a teraz wyjazd z nieznajomym i podejrzanym. Ale John miał dużo czasu na refleksje, ponieważ stacja Jednego Szlaku znajdowała się na drugim końcu miasteczka.
Ukradkiem tylko zerkał na wyniosłego towarzysza podróży.
– Kim Ty naprawdę jesteś? – Nie umiał odpowiedzieć na to pytanie, ale wiedział, że najbliższe dni, a nawet godziny, mogą przynieść mu wiele niespodzianek nie bardzo przyjemnych. Nie wiedział czy hrabia zdaje sobie sprawę, że jest bacznie obserwowany.
Zdawało mu się, że Cagliostro specjalnie nie patrzy w jego stronę. Jakby tendencyjnie zamknął oczy i udawał, że śpi.

Cagliostro obudził się w momencie, gdy wjechali na brukowaną uliczkę prowadzącą na stację. Spojrzał na detektywa i uśmiechnął się jak gdyby cieszył się z jego widoku.
– Chyba dojeżdżamy – Mothman próbował odgonić od siebie złe myśli. W tej samej chwili woźnica zatrzymał konie.
– Jesteśmy na miejscu – detektyw rozpoznał głos młodego lekarza. – Dziwny zbieg okoliczności – pomyślał.
Wysiadł z powozu, a za nim lekko wyskoczył hrabia. Oparł się o swoją laskę i przyglądał się w milczeniu jak woźnica zdejmuje ich walizki i kładzie je na chodniku.
– Proszę zanieść je na peron – powiedział sucho hrabia.
– Myślę, że wystarczająco nam Pan już pomógł – odparł detektyw. Swoje słowa skierował do lekarza, ale wzroku nie spuszczał z Cagliostra. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem jak rewolwerowcy przed pojedynkiem. W między czasie młody mężczyzna podniósł walizki i skierował się na peron.
Cagliostro i detektyw patrzyli na siebie w milczeniu. Mothman odwrócił się od hrabiego i także poszedł na dworzec. Odchodząc krzyknął przez ramię:
– Albo zdążysz albo jadę sam!
– I tak sam nie pojedziesz!
– Zobaczymy – pomyślał.

* * *

– Przeklęta Dolina? – Marynarz był wyraźnie zdumiony. Patrzył na kilku mężczyzn stojących koło niego. Nie wiedział czy ich pytanie powinien traktować jako żart czy pytali poważnie. Inni marynarze, siedzący nieopodal i pijący piwo z kufli, usłyszawszy ich rozmowę nie mieli najmniejszych wątpliwości i śmiali się do rozpuku.
Jeden z nich, mimo tego, że ledwo mógł utrzymać się na nogach, podszedł do nich i oparł się o Samuela. Otoczył go ramieniem i chuchał mu prosto w twarz. Jego towarzysze śmiali się na całe gardła.
– Chcecie dopłynąć do Przeklętej Doliny? – Zagadnął. – To bardzo daleka podróż. Widzisz przyjacielu, właśnie stamtąd wróciłem i do tej pory cierpię na chorobę morską.
Marynarz pozieleniał na twarzy i zrobił taką minę jakby miał zamiar wypluć swoje wnętrzności wprost na Samuela. Ale jego twarz nagle zmieniła kolor z zielonej na trupio bladą i oczy rozszerzyły się ze strachu, gdy mężczyzna w czerni wyjął spod płaszcza rewolwer i przyłożył mu lufę do brzucha. Teraz nikt już nie odważył się uśmiechnąć. Przedstawienie przestało być zabawne.
Przyglądający się temu zdarzeniu marynarze, pomału, krok po kroku zaczęli podkradać się do stojących przed nimi mężczyzn w czerni. Ale któryś z nich widocznie zauważył kącikiem oka jakiś ruch, bo odwrócił się w stronę skradających się i jednoznacznie sięgnął ręką pod płaszcz. Marynarze nie zauważyli, że w czasie rozgrywającego się widowiska przyjechały jeszcze dwa powozy i wysiedli z nich inni, ubrani także na czarno mężczyźni. Teraz już nie było ich czterech, ale tuzin. Marynarze byli całkowicie zdezorientowani: niektórzy złapali się za głowy mniemając, że oszaleli, kilku uciekło, a pozostali wrócili do swoich kufli pozostawionych w kantynie.
– Do przeklętej Doliny nikt nie pływa dla przyjemności i mało, kto stamtąd powraca. Każdy, kto ma tam wypłynąć najpierw spisuje testament. Poza tym to daleka podróż – powiedział poważnie stary marynarz. – Nikt z Wami nie popłynie. A odpowiadając na Wasze pytanie: z tego portu, nie tylko dzisiaj, ale w ciągu kilku ostatnich dni nie wypłynął ani jeden statek do Przeklętej Doliny, o którym bym nie wiedział. A Wy się nie boicie? – Zapytał.
– Nie – odpowiedział twardo Gvidon, ten sam, którego rodzice kiedyś, przypadkiem znaleźli się w Przeklętej Dolinie i pozostali w niej już na zawsze; ten sam, który się w niej urodził i wychował. – A jak możemy się do niej dostać? – Zapytał, chociaż znał już odpowiedź.
– Balonem albo pociągiem.
Wsiedli do powozów nie odwracając się ani nie dziękując marynarzom. Gvidon dobrze wiedział gdzie jest dworzec. Z Samuelem i kilkoma innymi pojechał na stację Jednego Szlaku, a pozostałe furmanki porozjeżdżały się w przeciwnych kierunkach.

Młoda jasnowłosa dziewczyna wsiadła do wagonu. Pociąg był podstawiony – tak jakby tylko na nią czekał. Znalazła wolne miejsce koło jakiejś starszej kobiety, czytającej Wiejskie Wieści i usiadła nie pytając jej o pozwolenie. Nie zwracała uwagi na ciekawskie spojrzenia innych pasażerów, ale zdawała sobie sprawę z tego, że nie codziennie widzi się kogoś jadącego do Przeklętej Doliny bez jakiegokolwiek bagażu.
Siedząca naprzeciwko niej kobieta, ubrana nieco jak mniszka w czarny habit, nawet na nią nie spojrzała. Gazeta drżała jej w rękach, gdy przewracała kolejne strony. W pewnym momencie Nikki mignął przed oczami nagłówek gazety: „Bestialskie zabójstwo młodej dziewczyny”.

* * *

Wnieśli bagaże do pociągu w momencie, gdy już ruszał. John odwrócił się do lekarza, żeby mu podziękować, ale ten już zdążył wyskoczyć, w ostatniej chwili, gdy pociąg nabierał szybkości. Detektyw zobaczył go przelotem na stacji. Przeniósł bagaże do wolnego przedziału i usiadł przy oknie.
– A jednak nie zdążył” – uśmiechnął się na samą myśl o Cagliostrze. W wyobraźni widział go wybiegającego z bagażem z przechowalni i dobiegającego na stację w momencie, gdy pociąg już znikał na zakręcie.
– Teraz pewnie stoi oparty o tą swoją laskę i wyciera pot z czoła.
Mothman zamknął oczy i spróbował się wyciszyć. Może nawet udałoby mu się zasnąć gdyby nie usłyszał ogłuszającego niemalże dźwięku otwieranych drzwi. Jak z najgorszego koszmaru do przedziału wszedł lekkim krokiem Cagliostro. Na jego twarzy nie było widać żadnego śladu zmęczenia. Z uśmiechem na twarzy postawił swoją walizkę obok bagaży Johna.
– Zdążyłem – powiedział z taką beztroską w głosie jakby to było coś najzwyklejszego na świecie. Zdjął płaszcz i Mothman ze zdziwieniem stwierdził, że hrabia ma na sobie czyściutkie, świeże ubranie, jakby odebrane prosto od krawca. John nie wiedział kiedy jego towarzysz podróży zdążył się przebrać w krwistoczerwoną, szytą według najnowszej mody koszulę, ze złotymi zapinkami; spodnie tego samego koloru o rozszerzanych ku dołowi nogawkach, zakończonych falbanami i przykrywających wypolerowane trzewiki. Przy tym ubraniu nawet jego twarz wydawała się być jakby młodsza, a ostre rysy łagodniejsze. Tylko oczy nadal pozostawały tajemnicze i nieprzeniknione.
– Czeka nas ekscytująca podróż.
– Nie rozumiem – odparł, zaskoczony detektyw.
– Mamy okazję poznać miejsce, o którym krążą niesamowite opowieści.
– Z naszej wcześniejszej rozmowy zrozumiałem, że kiedyś już tam byłeś Hrabio.
– A ja, że nasze kontakty przestały już być takie oficjalne, Detektywie.
Mothman poczuł się jakby dostał w twarz, ale nic się nie odezwał. Cagliostro ze stoickim spokojem kontynuował:
– Nie przeczę, byłem tam nieraz, ale powiedzmy, że… – zamilkł jakby chciał odpowiednio dobrać słowa. – Moje podróże odbywały się na nieco innych zasadach.
– Czy w tym także pomagali Twoi mocodawcy?
– Poniekąd, ale nie zagłębiajmy się w szczegóły. Musimy mieć do siebie trochę zaufania, a i tak obaj mamy jakieś tajemnice i póki, co niech tak zostanie. Wkrótce poznasz moich przyjaciół.
John, nie wiedząc, czemu, jeszcze raz spojrzał głęboko w oczy swojemu rozmówcy – były inne i mimo woli go przyciągały, jakby chciały mu wyjawić jakąś tajemnicę skrywaną przed całym światem i przez całe lata. Poczuł się nagle bardzo znużony.
– Pewnie to ten monotonny dźwięk jazdy – pomyślał. Jego zmysły się przytępiły. Jak za sprawą zamkniętych szczelnie drzwi przestał cokolwiek słyszeć. Oczy same mu się zamknęły. Zmuszając się jeszcze do karkołomnego wysiłku, na chwilę otworzył je i ujrzał, siedzącego naprzeciwko siebie i patrzącego na niego wyrozumiale Cagliostra. Zdawało mu się, że ma swoiste deja vu, ale to wrażenie minęło tak szybko jak się pojawiło.
Niespodziewanie przed jego oczy napłynęły obrazy, które do tej pory starał się wyrzucić z pamięci.

Znów stał przed lustrem i przyglądał się swemu odbiciu. Nieraz zastanawiał się jak będzie wyglądał w przyszłości. W pokoju przylegającym do salonu, przebierała się jego młodsza siostra. Wiedział, że w przyszłości będzie musiał się nią zajmować, ale ta przyszłość wydawała się jeszcze taka daleka. Była między nimi różnica wieku kilku lat, ale patrząc w lustro nie widział już dziecka tylko dorastającego młodzieńca i był z tego dumny. Młody i silny pragnął złamać świat, ale nie wiedział jeszcze, że już niedługo to świat złamie jego.
Wrócił do swojego pokoju i wyjrzał przez okno. Jego matka biegała boso po ogrodzie i wchłaniała pierwsze zapachy wiosny. Ta kobieta była dumą całego rodu.
– John! – Zawołała dostrzegając go w oknie. Jej głos był tak dźwięczny jak śpiew słowika. – Niech Nikki pomoże mi zebrać kwiaty do wazonu!
Taki obrządek odbywał się u nich w domu, co roku. Gdy odszedł od okna ponownie usłyszał krzyk, ale nie był to już krzyk ich matki. Obudził się. Czuł, że drży z wrażenia.
– To tylko zły sen – tłumaczył sam sobie. Jakby w odpowiedzi usłyszał kolejny kobiecy krzyk. Dochodził z pociągu. Rozejrzał się, dokoła, ale nigdzie nie dostrzegł Cagliostra.

Nikki zupełnie nie wiedziała, co robić, pierwszy raz znalazła się w takiej sytuacji. Spoglądała raz po raz to na siedzącą naprzeciwko niej kobietę, a raz na mężczyznę, który przed chwilą otworzył drzwi do przedziału i był nie mniej niż ona zaskoczony reakcją kobiety. Patrzył na Nikki i widocznie zastanawiał się czy nie powinien siąść w innym wagonie, bo jedną nogą przekroczył próg, a drugą stał jeszcze za nim. Zdecydował się, gdy usłyszał kolejny, ogłuszający niemalże krzyk pasażerki. Nikki nadal nie odezwała się ani słowem, więc tylko uśmiechnął się nieco nieśmiało, ale wyrozumiale do dziewczyny i wyszedł z przedziału. Nikki wolała się nawet nie zastanawiać, co sobie o nich mógł pomyśleć.
„Niby mniszka” przy drugim krzyku wyraźnie wskazała Nikki palcem i zaczęła się trząść jakby nagle dostała ataku padaczki. Gazeta wypadła jej z rąk, ale to już nie interesowało dziewczyny. Podeszła do kobiety i chciała ją uspokoić, ale, z każdym krokiem Nikki, krzyczała coraz głośniej, jakby była opętana przez jakiegoś demona. W jej oczach malowało się paniczne przerażenie.
– Proszę się uspokoić. Pomogę Pani – Nikki ponownie zaproponowała nieznajomej. Ta na chwilę się uspokoiła i, jakby przyjmując pozycję obronną, mocniej przylgnęła do siedzenia.
Dziewczyna nie wiedziała, co ma o tym myśleć.
– Najbezpieczniej chyba będzie siąść naprzeciwko tej kobiety – pomyślała. Po chwili milczenia, która wprawiłaby w zakłopotanie każdego, rzekła najspokojniejszym głosem, na jaki w tej sytuacji mogła się tylko zdobyć. – Stało się Pani coś? Może uda mi się jakoś Pani pomóc – wyciągnęła ręce w kierunku kobiety.
Ta, zapamiętała w swoim przerażeniu zaczęła machać przed sobą rękami i krzyczeć:
– Ni…, Ni…
– Widocznie nie chce ode mnie pomocy – pomyślała Nikki. – Może nie jest stąd, bo nie mówi naszym językiem.
Z zamyślenia wyrwało ją nieoczekiwane zachowanie towarzyszki z przedziału.
Dziewczyna nic nie robiła, starała się zachowywać naturalnie, żeby nie denerwować ani nie niepokoić „niby mniszki”. Ta też w milczeniu przyglądała jej się chwilę bardzo badawczo. Zastanawiała się, co robić i analizowała zaistniałą sytuację i wtedy nastąpiło coś, czego Nikki nie zapomni do końca życia. Kobieta niespodziewanie poderwała się z miejsca, podbiegła do okna i otworzyła je. Dziewczyna siedziała i nie wiedziała, co ma robić. Była jak sparaliżowana, a kobieta wydała z siebie jeszcze jeden krzyk, ostatni, mrożący krew w żyłach i nie oglądając się za siebie wyskoczyła z pędzącego pociągu. Nikki zdawało się, że ten krzyk zawierał w sobie jej imię, ale nie była tego pewna.
Tak jakby słyszała drugi, wydany równocześnie z pierwszym, ale dobiegający z innej strony. A może jej się tylko tak wydawało; może „Ni…” wyskakującej zostało tylko nienaturalnie wydłużone przez świst wiatru i szum pociągu. Nie wiedziała. Nie wiedziała również, co stało się z samobójczynią, ale nie chciała tego sprawdzać. Nadal nie była w stanie nawet się poruszyć, a co dopiero zbliżyć się do okna.
Spojrzała tylko na drzwi do przedziału – były nadal zamknięte, tak jak zostawił je wcześniej podróżny, który zdecydował się znaleźć inny przedział. Teraz zdawało jej się, że w ich szybie widzi swego wybawiciela, kogoś, kogo tak bardzo pragnęła w tej chwili zobaczyć i się do niego przytulić, że już się czasem obawiała, że zaczyna mieć przywidzenia.
Wpatrzyła się w szybę jakby zobaczyła w niej ducha swej matki. Ale to nie była twarz Mary Mothman. I te oczy, nie Johna, ale tak miłe sercu.
– Hrabio – niemalże krzyknęła i wskazała ręką okno.
Cagliostro jednak zachowywał się jakby jej w ogóle nie widział.
– Hrabio! – Tym razem krzyknęła.
Nadal żadnej reakcji z jego strony. Przemogła odrętwienie i podeszła do drzwi. Energicznie pociągnęła za klamkę, ale były zamknięte, chociaż nie dostrzegła w nich żadnego zamka. Bezradnie spojrzała na Cagliostra. On patrzył niby na nią, ale Nikki miała wrażenie jakby jego wzrok utkwiony był gdzieś w oddali.
Dziewczyna z determinacją pociągnęła za drzwi, ale ponieważ nie dawało to żadnego rezultatu, ze łzami w oczach usiadła na podłodze i ukryła twarz w dłoniach. Jak dziecko zacisnęła pięści i przetarła nimi oczy.
Gazeta, którą wcześniej upuściła jej dziwna towarzyszka podróży, leżała teraz w zasięgu ręki dziewczyny.

John nie czekał aż usłyszy po raz trzeci tajemniczy krzyk. Już wychodził z przedziału, gdy w szybie drzwi zobaczył jakieś odbicie. Był pewny, że odbiło się coś, jakby ubranie i, że to odbicie się w szybie musiało pochodzić od okna. Zbliżył się do niego, otworzył i wyjrzał na zewnątrz pociągu. To, co zobaczył nawet jego przyprawiło o mdłości, detektywa, który był świadkiem już niejednej śmierci. Ale nie takiej.
Ciało jakiejś kobiety na jego oczach zostało rozjechane przez pociąg. Jeszcze widział zakrwawione torowisko. Miał nawet wrażenie, że słyszał chrzęst łamanych kości, może czaszki, i widział przez chwilę wleczoną, zaczepioną na kole zakrwawioną, oderwaną rękę. Ku jego zdziwieniu maszynista nawet nie zwolnił szybkości jazdy. Może nic nie wie, pociąg jest długi i głośny – pomyślał.
Był pewien, że w tym pociągu popełniono morderstwo. I miał już podejrzenia, kto mógł je popełnić. Na kolejnym zakręcie dostrzegł w którymś przedziale otwarte okno. Wszystkie pozostałe były pozamykane.
– Jeśli to nie tam popełniono morderstwo to może chociaż pasażerowie coś słyszeli – pomyślał. – Wszystko powinno się wyjaśnić jak odnajdę Hrabiego. Wybiegł z przedziału nie dbając o pozostawione bez opieki bagaże i poszedł wzdłuż pociągu. Ponieważ siedział w ostatnim przedziale, zaglądał do każdego mijanego, ale nie dostrzegał w nich niczego podejrzanego. To tylko utwierdzało go w przekonaniu, że morderca dokonał zabójstwa w przedziale z otwartym oknem. Poza tym nadal nie natknął się na Cagliostra, a minął już kilkanaście przedziałów i kilka wagonów, nie liczył nawet ile.
Otworzył drzwi oddzielające kolejne wagony i stanął zupełnie nie wiedząc, co powinien zrobić. Hrabia, którego ponoć żaden z podróżnych nie widział, gdy ten przemykał się koło ich przedziałów, stał teraz kilkanaście kroków przed detektywem, zwrócony do niego bokiem, a przodem do drzwi przedziału. Mothman domyślił się, że to w tym przedziale zostało popełnione morderstwo, a podejrzanym był oczywiście Hrabia. Detektyw miał ochotę rzucić się na niego i wycisnąć z niego wszystkie wiadomości, ale wiedział, że na razie nie mógł niczego podobnego uczynić. Potrzebował zebrać przeciwko niemu niezbite dowody, a póki, co miał tylko poszlaki i podejrzenia.
Ostrożnie zaczął zbliżać się do Hrabiego. Ten widocznie usłyszał jego kroki, bo odwrócił się w jego stronę a Mothman stanął i zaczął mu się dokładnie przyglądać.
Pierwsze, co przykuło jego uwagę to była jakaś zmiana, która zaszła w Hrabim. Najbardziej widać to było w jego oczach – były nadal nieprzystępne, ale teraz smutniejsze i jeszcze zimniejsze niż zwykle. Już nie widział w nich tej iskry życia, tak jakby ich właściciel w ciągu tej krótkiej podróży bardzo się postarzał. Znalazło to odbicie w całej jego twarzy: jej rysy stały się ostrzejsze i bardziej widoczne. Gdy tak stał oparłszy się mocno o swoją laskę bardziej teraz przypominał trawionego śmiertelną chorobą starca aniżeli pełnego prawie młodzieńczej energii mężczyznę, który kilka godzin wcześniej przyszedł do Mothmans Library. Johnowi, im dłużej na niego patrzył tym bardziej robiło mu się go żal. Może ma teraz wyrzuty sumienia po dokonanej zbrodni – pomyślał. – Mimo to jest jej winny. Z drugiej jednak strony czy świadomie odważyłby się popełnić morderstwo wiedząc, że jestem detektywem? Czy zaryzykowałby zdemaskowanie? Nie, głupi nie jest, jego inteligencja jest raczej równa przebiegłości. A może to rodzaj testu dla mnie, może mnie sprawdza. Jeśli tak to zagrajmy. Kąciki ust zadrgały mu w ledwo widocznym uśmiechu. Miał nadzieję, że Hrabia nie dostrzeże tego, co rozgrywa się teraz w jego myślach i duszy. I chyba tak było.
Mothman podszedł do niego zdecydowanie. Cagliostro dopiero jakby go wtedy zauważył, gdy ten stanął tuż przed nim.
– Stało się coś? – Zapytał detektyw jakby o niczym nie wiedział.
Hrabia patrzył na niego jakby nie rozumiał, co John do niego mówi. Dopiero po chwili odpowiedział, a każde jego słowo wbijało się w serce Mothmana niczym sztylet.
– Twoja siostra…
Te dwa słowa sprawiły, że krew zawrzała detektywowi w żyłach. Już przed oczami przesuwały mu się najstraszniejsze obrazy. Chwycił Cagliostra i zaczął go dusić i szarpać.
– Co z nią?! Gdzie ona jest?! Gadaj łajdaku! Zabiłeś ją! Powinienem zrobić z Tobą to samo! ? Krzyczał, a twarz Hrabiego stawała się coraz bardziej popielata z braku powietrza.
Urywanym, ledwo słyszalnym głosem wykrztusił:
– …popełniła morderstwo.
Mothman usłyszawszy to puścił go i cofnął się o parę kroków. Zachwiał się na nogach i musiał oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść.
– O czym Ty mówisz? Łżesz.

* * *

Samuel podciągnął rękaw płaszcza. Zawsze był dumny z tego, że jako jeden z nielicznych mieszkańców Doliny ma zegarek na ręce. Dla innych był to jedynie nieosiągalny cud techniki, ale nie dla niego, nie dla syna Wielkiego Gvidona jak często nazywali jego ojca. Święcące upiornym blaskiem wskazówki utwierdziły go tylko w tragicznym przeczuciu, ale wolał nie mówić o tym nikomu. Miał nadzieję, że Gvidon nie zapyta. Tak też się stało. Zapytał dopiero, gdy znaleźli się na stacji.
Podszedł do okienka i zastukał z niecierpliwością dłonią w blat drewnianej przybudówki. Dźwięk odbijającego się złotego sygnetu rozniósł się po całym pomieszczeniu Informacji. Dopiero po kilku minutach zjawił się ktoś, kto mógł udzielić mu potrzebnych informacji. Była to kobieta, w wieku może około czterdziestu lat. Jej ponętne kształty mogły przywodzić na myśl kobiety, które w Dolinie nieraz zaczepiały go składając niedwuznaczne propozycje. Zachowanie kobiety siedzącej teraz naprzeciwko niego mówiło samo za siebie. Uśmiechała się do niego zalotnie – widocznie chciała zatuszować tym złe wrażenie, które zrobiła na nim okazując pewnego rodzaju niesubordynację w pracy. Ale Gvidon nie zwracał nawet najmniejszej uwagi na okazywane mu zbyt nachalne zainteresowanie i może chęć przeprosin w sposób, na który nie miał teraz ochoty tracić czasu.
– Za ile minut odjeżdża stąd pociąg do Przeklętej Doliny? – Ponowił pytanie, którego widocznie kobieta przy okienku nie słyszała, gdy je zadał, przekraczając próg pomieszczenia, choć starał się je zadać jak najgłośniej.
– Odjechał – spojrzała na duży zegar wiszący na ścianie tuż za jej plecami i odwróciła się z tym samym wulgarnym uśmiechem w stronę przybyszów. – Dwadzieścia minut temu.
– Co?!
– To prawda, ojcze – Samuel zbliżył się kilka kroków. – Zapomnieliśmy o zmianie czasu pomiędzy… – zamilkł pod piorunującym wzrokiem Gvidona.
– Która jest teraz godzina?
To, prawie warknięcie przez zęby sprawiło, że nawet kobieta z informacji wyraźnie spoważniała. Teraz skierowała swój bardziej nieśmiały uśmiech w kierunku Samuela, ale ten nawet na nią nie spojrzał. Zerknął natomiast ukradkiem, tak, żeby nikt tego nie zauważył, na swój zegarek. Nie mógł wprost odpowiedzieć na pytanie ojca, aby nie narazić się na podejrzenia ze strony innych. Nie każdy uwierzyłby, że odziedziczył w genach talent do przepowiadania przyszłości od ojca, talent, który i tak, tak jak wszystkie pozostałe, w miarę pokoleń stawał się coraz słabszy i mniejszy i zanikał w pewnym wieku mężczyzny. Tylko mężczyźni go dziedziczyli z pokolenia na pokolenie, a kobiety tylko raz na ileś lat, ale i tak podejrzewał, że straci ten dar w wieku ojca, tak jak przytrafiło się to Gvidonowi.
– Ta kobieta – powiedział z wyraźnym akcentem na drugie słowo. – Niestety ma rację.
– A kiedy będzie następny? – Gvidon znów skierował wzrok na pracownicę stacji.
– Dopiero jutro rano.
Już się odwrócili i podeszli do drzwi wyjściowych ze stacji, gdy Gvidonowi coś przyszło do głowy. Odwrócił się na progu i zapytał głośno:
– A czy do tego pociągu wsiadał ktoś, kto w jakiś szczególny sposób przykuł Pani uwagę?
– Nie… – zawiesiła głos jakby się nad czymś zastanawiała albo próbowała coś sobie na siłę przypomnieć. – No, może oprócz jednego jegomościa, który miał niesamowite oczy i maniery. Także wyglądał na nietutejszego jak Panowie, dlatego pomyślałam, że Panowie są tacy sami jak on.
– Pomyliła się Pani – Samuel pierwszy raz na nią spojrzał ale w jego spojrzeniu nadal nie było nawet cienia zainteresowania nią.
– Wiem – westchnęła smutno.
– Czy może nam Pani coś bliżej opowiedzieć o wyglądzie tego, jak go Pani nazwała „jegomościa”?
– Nie sądzę. Nie znam Panów.
Stawała się coraz ostrożniejsza i Gvidon to zauważył. Szybkim krokiem wrócił do okienka. Kobieta chciała jakoś zareagować, ale nie zdążyła. Wyjął z kieszeni wizytówkę i położył ją na blacie. Kobieta nawet nie wyciągnęła po nią ręki, więc wsunął karteczkę w szparę pod szybą. Kobieta aż otworzyła usta z wrażenia.
– Może jednak przypomina sobie Pani jakieś szczegóły jego wyglądu?
– Wyglądał jak jakiś… – zaczęła już trochę bardziej rozluźniona, ale już nie próbowała się narzucać przybyszom. Z prawnikami nie ma żartów – pomyślała.

– Jestem pewny, że to Cagliostro.
Gvidon nic się nie odezwał. Traktował Samuela tak, jakby go w ogóle w pobliżu nie było.
– Prawie nas zdradziłeś – rzucił tylko, gdy wychodzili ze stacji.

* * *

Siedziała z podkulonymi nogami oparta o drzwi przedziału, a płacz, co chwilę targał jej ciałem. Otworzyła gazetę na stronie, którą czytała samobójczyni i przez łzy, jak przez mgłę zobaczyła nagłówek artykułu. Pod nim było prawdopodobnie zdjęcie zamordowanej dziewczyny, ale widocznie ktoś niespełna rozumu je wyciął. Nikki nie czytała artykułu tylko bezmyślnie wpatrywała się w dziurę po fotografii jakby ta przedstawiała jakiegoś jej znajomego. Łzy rozmazały jej litery druku i nie była w stanie przeczytać podpisu zamieszczonego pod miejscem po zdjęciu.
Odłożyła gazetę, gdy tylko usłyszała głosy. Przestała płakać i spróbowała się w nie wsłuchać. Była pewna, że dochodzą zza drzwi. Wolno wstała i starała się coś dostrzec przez szybę. Coraz wyraźniej słyszała rozmowę, kłótnię, która z każdym słowem stawała się ostrzejsza. Nie wiedziała, co stało się jej powodem, ale słyszała Johna i Cagliostra. Zaczęła krzyczeć i uderzać z całej siły pięściami w drzwi. Nagle rozmowa ucichła i dziewczyna zobaczyła upragnione oblicza. Przylgnęła do drzwi jak rozgnieciona mucha. Widocznie i oni ją zobaczyli albo usłyszeli, bo John najpierw zaczął szarpać, a potem napierać na drzwi – najwidoczniej chciał je wyważyć. Nikki na wszelki wypadek odsunęła się o kilka kroków i czekała w napięciu. Łzy jeszcze świeciły jej w oczach, ale w serce wstąpiła nowa nadzieja. Za chwilę ten koszmar się skończy – pomyślała.

John nadal nie mógł uwierzyć w słowa Hrabiego. Nawet teraz, gdy zobaczył Nikki w jedynym przedziale z otwartym oknem. Poza tym widział jej zapłakaną twarz i przerażenie w oczach. A wszystko jakby za mgłą, w oddali – zdawało mu się, że nie drzwi ich dzielą a wielka odległość.
Brutalnie odepchnął od siebie Cagliostra i próbował otworzyć drzwi. Gdy to nie dawało rezultatu krzyknął na całe gardło mając nadzieję, że siostra go usłyszy:
– Otwórz drzwi!
Ale ona nawet nie ruszyła się z miejsca.
John nadal szarpał za klamkę.
– Obawiam się, że to nic nie da. Tych drzwi nie otworzysz od zewnątrz – powiedział Hrabia i detektywowi zdawało się, że w jego głosie usłyszał nutkę szczerego smutku.
– Dlaczego sama nie otworzy tych drzwi? – John syknął przez zaciśnięte zęby.
– Może się zacięły.
John spojrzał na towarzysza spode łba i ponownie skierował wzrok na Nikki. Wydawało mu się, że trzyma coś w rękach, jakby gazetę. Z determinacją naparł całym ciałem na drzwi, ale te nie chciały ustąpić. Mothman zaczynał tracić siły.
– Będziesz tak stał i mi nie pomożesz? – Zapytał z wyrzutem Hrabiego.
– I tak ich nie otworzymy. Mam wrażenie, że działają tutaj siły potężniejsze od nas.
– Co masz na myśli?
– To, że zbliżamy się do celu naszej podróży. A z tego, co wiem to Przeklęta Dolina jest dość specyficznym miejscem.
John spojrzał na niego i chciał o coś jeszcze zapytać, ale Hrabia uprzedził go odpowiedzią:
– Za chwilę się dowiesz.

Mothman nie wiedział, co Hrabia miał na myśli.
– Stajesz się coraz bardziej tajemniczy. Myślę, że skoro już razem jedziemy to powinniśmy zacząć jakoś współpracować.
Cagliostro spojrzał na detektywa, ale nic mu nie odpowiedział. Wyraźnie natomiast cofnął się o kilka kroków, odsunął się od drzwi jakby chciał się odsunąć od Mothmana. John ruszył w jego kierunku, ale niespodziewanie poczuł tak mocne szarpnięcie jakby cały pociąg uderzył w jakąś niewidzialną przeszkodę z ogromną prędkością. Hrabia zdążył złapać się metalowej poręczy przytwierdzonej do ściany, ale Mothman nie zdołał utrzymać się na nogach – twardo wylądował na podwoziu, pojechał po nim jak zabawka i zatrzymał się dopiero uderzając w ścianę tuż pod stopami Cagliostra. Miał szczęście, że nie uderzył głową, bo wtedy, prawdopodobnie zginąłby na miejscu. Na chwilę zgasło światło w całym wagonie i zapanowała mrożąca krew w żyłach cisza. Detektyw nie słyszał nawet własnego oddechu ani bicia serca. Nie słyszał także niczego, co mogłoby wskazywać na czyjąkolwiek obecność w pobliżu. Mimo, iż wcześniej jego zmysły nie rejestrowały najmniejszego ruchu pociągu był pewien, że teraz się zatrzymał.
Światło zapaliło się samoczynnie i John zobaczył pochylającego się nad nim Hrabiego.
– Jesteśmy na miejscu – odezwał się uspokajającym głosem, ale Mothman był jakby otępiały. – Pomogę Ci wstać. Moi przyjaciele nie powinni Cię zobaczyć w takim stanie.
Pomógł mu się podnieść z podwozia i użyczył czasowo swojej laski, żeby detektyw nie upadł ponownie gdyby stracił czucie w nogach.
Mothman wodził mętnym wzrokiem dookoła i nawet nie słyszał jak drzwi do przedziału wcześniej się otworzyły. Dopiero, gdy jego wzrok przez krótką chwilę prześlizgnął się przez otwarty przedział w pełni wróciła mu pamięć i odzyskał siły. Odrzucił laskę Hrabiego i wbiegł do przedziału, ale nie znalazł w nim Nikki. Cagliostro otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Podniósł laskę i w milczeniu wszedł do przedziału. Nie odzywali się do siebie.

* * *

John przyglądał się drzwiom, ale nie mógł w nich znaleźć żadnego zamka. Cagliostro natomiast przeglądał zostawioną przez dziewczynę gazetę.
– Pomógłbyś mi.
– Myślę, że to jest ciekawsze – odparł Hrabia. – Obawiam się, że niczego nie znajdziesz w tych drzwiach natomiast to może Cię zainteresować – przy tych słowach podsunął mu przed oczy gazetę.
John spojrzał na artykuł i oczy nabiegły mu krwią z przerażenia i złości. Jeszcze nie wiedział, w jaki sposób, ale czuł, że jego siostrze grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. To, że jest osobą podejrzaną o popełnienie morderstwa wydawało mu się teraz mało ważne. Podszedł do okna, przez które wcześniej wypadła nieznajoma kobieta. Na zewnątrz pociągu panowała dziwna ciemność przemieszana z mgłą. Widział ludzi chodzących po stacji, biegających w różne strony, szukających bagaży i czekających na pociągi. Jego wzrok przykuła grupka ludzi. Niby wyglądali normalnie, ale w ich zachowaniu było coś nienaturalnego. Nawet ich ruchy wydawały mu się sztuczne. Nie widział ich twarzy, ale chyba nawet nie chciałby ich zobaczyć z bliska. Nagle zobaczył Nikki. Był pewien, że to ona. Chociaż była daleko rozpoznał ją bez trudu. Była w tym samym ubraniu, w którym widział ją uwięzioną w przedziale. Krzyknął na całe gardło jej imię, gdy przechodziła koło grupki podejrzanych mężczyzn, których nie spuszczał z oka. Widocznie nie dosłyszała jego krzyku, bowiem nie odwróciła się nawet w stronę pociągu a wręcz przeciwnie – odwróciła się plecami do grupki mężczyzn i odeszła w mrok.
– Przyjechali – John usłyszał wyraźnie jednego osobnika z podejrzanej grupy i miał wrażenie, że pochodzi on z najgłębszego piekła.
– Nikki! – Krzyknął ponownie i zaczął gramolić się przez okno. Gdy był już jedną nogą na zewnątrz złożył gazetę na kilka części i schował do kieszeni.
– John – ten spokojny, łagodny kobiecy głos sprawił, że detektyw nie umiał ruszyć się z miejsca. Poczuł także na ramieniu delikatną dłoń – dotknięcie, które tak dobrze pamiętał z dzieciństwa.
Machinalnie zszedł z okna i stanął twarzą w twarz z gośćmi.

* * *

– Domyślam się, że skoro tu przyjechałeś razem z Hrabią to otrzymałeś mój list.
Jej głos przyprawiał go o dreszcze. Nie śmiał się do niej odezwać ani oderwać od niej wzroku.
– Jest zawstydzony Twoją urodą, Pani – odpowiedział za niego Cagliostro.
John w milczeniu przyglądał się kobiecie. Jej wzrok palił jego serce. Był ciepły, zachęcający, a jednocześnie wywołujący ból wspomnień. Była tylko o parę lat starsza od niego, ale wyglądała jak obraz jego matki. Nigdy do końca nie wyleczył się z kompleksu Edypa.
Krępująca cisza przedłużała się niemiłosiernie.
– Pozwolę sobie Was przedstawić. Pani, to jest jeden z najlepszych detektywów, jakich kiedykolwiek spotkałem, John Mothman – Mothman nie zareagował na jego komplement. – John, przedstawiam Ci Lady M.
Po niej, po kolei przedstawił pozostałych przedstawicieli Delegacji, jak ich nazywał Cagliostro. Mothman zmusił się ledwo do przelotnego spojrzenia na nich i błyskawicznie wrócił do stojącej przed nim kobiety.
Wiedział, że i tak nie zapamięta ich nazwisk. Były wyszukane, obco brzmiące dla jego uszu, a tytuły delegatów reprezentowały tutejszą arystokrację – z niej najbardziej jednak interesowała go tajemnicza Lady. Wyróżniała się spośród pozostałych nawet ubiorem. Wszyscy ubrani byli w iście galowe stroje – modne koszule z bufiastymi rękawami, złotymi spinkami przy mankietach i szafirowymi guzikami. W ich butach mógłby się przejrzeć jak w lustrze. Ale ona i tak ich przyćmiewała. Piękna suknia obszyta cekinami i diamentami leżała na niej jakby była szyta na miarę. Nawet oczy miała inne od nich – łagodne, lśniące, ale przyjazne zarazem.
– Otrzymałeś mój list, prawda? – Zapytała i chwyciła go za rękę. Trzymała ją bardzo delikatnie. Za ten dotyk i ten wzrok w niego wpatrzony gotów byłby oddać życie. W tej chwili zapomniał nawet o ratowaniu swojej siostry. Lady M. magnetyzowała go wzrokiem. Jak we śnie wyjął list z kieszeni i podał kobiecie.
Uśmiechnęła się do niego, a pod nim ugięły się nogi ze szczęścia. Ośmielony jej czułym spojrzeniem powiedział:
– Dostałem także Pani książkę.
– Ale – zaczęła i spojrzała pytająco na stojących wokół niej przyjaciół, a gdy milczeli dokończyła. – Nie wysyłaliśmy żadnej książki.
Cagliostro był nie mniej zaskoczony od detektywa.
– W takim razie…
– A co to za książka? – Spytała kobieta.
– Ta – John otworzył swoją walizkę przyniesioną przez jednego z przyjaciół Hrabiego i wyjął z niej autobiografię.
Lady M. rozszerzyła oczy ze zdumienia widząc okładkę książki. Rozbłysły, gdy zobaczyła pierwsze znaki napisane na stronach.
– Czy wiecie, co to za symbole?
– To jakiś…
– Dość! – Ucięła ostro kobieta.
Hrabia nie był zadowolony, że się z nim nie liczyła. Ale już niedługo – pomyślał i już zacierał ręce w myślach.
– To runy – powiedziała dobitnie i spojrzała znacząco na Mothmana.
– Moja siostra kiedyś wspomniała… – i nagle przypomniał sobie o Nikki. Zerwał się z miejsca, chwycił walizkę i wybiegł z pociągu.
Cagliostro i Lady M. wybiegli tuż za nim. Delegaci zabrali pozostałe bagaże i także opuścili pociąg.
– Jego siostra Nikki zaginęła w tej Dolinie – kobieta usłyszała głos Hrabiego. Nagle stanęła jakby w nią piorun strzelił.
Spojrzała na Cagliostra a w jej oczach malowało się przerażenie.
– John! – Krzyknęła za biegnącym detektywem. – Ona żyje!
Mothman zatrzymał się w połowie drogi dzielącej go od grupy nienaturalnie wyglądających mężczyzn i odwrócił się w stronę kobiety. Wolno ruszył ku niej z zaciśniętymi do białości pięściami. Widząc jego desperację Hrabia zagrodził mu drogę.
– Uspokój się. W nocy i tak jej nie znajdziesz, a my możemy Ci pomóc. Zaginięcie Twojej siostry może mieć związek z wydarzeniami, które ostatnio mają tu miejsce. Sam nie pokonasz tych ludzi.
Mężczyźni, którzy wydawali mu się podejrzani nagle odeszli i detektyw nie wiedział gdzie, ale podejrzewał, że jeszcze ich spotka. Spojrzał błagalnie na kobietę. Ona patrzyła mu prosto w oczy. Pod tym spojrzeniem lód topnieje – pomyślał znowu zapominając o Nikki.
– Myślę, że po podróży należy Wam się porządny odpoczynek i posiłek – zwróciła się także do Cagliostra. – Zapraszam wszystkich do siebie.
Instynkt samozachowawczy nagle coś Mothmanowi przypomniał.
– W tej Dolinie mieszka ktoś, kto przez pomyłkę otrzymał adresowane na mnie przesyłki. Powinienem je jak najszybciej odzyskać. Dziękuję za kuszące zaproszenie, Pani, ale nie mogę z niego skorzystać.
– Twoje paczki są u mnie. I tak musisz ze mną jechać – przy tych słowach uśmiechnęła się zniewalająco ukazując szereg białych, równych zębów.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Mimo heroicznej walki z samym sobą nie umiał się jej oprzeć.

Nieopodal stacji czekało już kilka powozów zaprzęgniętych w najprzedniejsze konie. Lady M. zatrzymała się przed powozem, niemalże karetą obitą złotem i zaprzęgniętą w sześć Arabów.
– Pan detektyw pojedzie ze mną. Muszę mu wyjaśnić kilka rzeczy – zadecydowała. – Hrabia pojedzie tuż za nami i będzie trzymał pieczę nad bagażami – przy tych słowach nie raczyła nawet spojrzeć na Cagliostra.
Stangret nawet nie czekał na polecenia Lady, zeskoczył z karety i z ukłonem otworzył drzwiczki. Kobieta wsiadła pierwsza i podała rękę detektywowi. Gdy John usiadł wygodnie na wyłożonej aksamitem i suknem kanapie stangret nie zwlekając zamknął drzwiczki. Bagaże także zostały załadowane przez woźnicę stojącego obok nich wozu i, chcąc nie chcąc Hrabia zniknął w kabinie. Gdy tylko drzwiczki jego powozu się zamknęły opuścił czarne zasłony. Zazdrość zmieszała się z nienawiścią do Mothmana i zapłonęła żywym ogniem w jego oczach. Nie chciał, żeby ktoś widział targające nim emocje. Zacisnął pięści. Usłyszał stukot końskich kopyt – pierwsza kareta odjeżdżała, ale nie zamierzał nawet uchylić zasłon, wiedział, która zawsze jechała pierwsza.

Nie śpieszyli się jakby Lady specjalnie wypróbowywała jego cierpliwość. Słyszał jak we śnie rżenie koni, odgłos toczących się kół. Przez na wpół zasłonięte czerwone zasłony wpadały blade odblaski księżyca. Nie wiedział czy atmosfera panująca wewnątrz karety czy sama świadomość bliskości umiłowanej osoby sprawiła, że pot wystąpił mu na czoło. Kobieta widząc to wyciągnęła z jakiegoś schowka chusteczkę i przy świetle księżyca zaczęła mu wycierać pojawiające się kropelki potu. Zamknął oczy ze szczęścia. Jej delikatny dotyk, zapach lawendowych perfum i całego ciała, i gorący oddech, który poczuł przed swoimi ustami sprawiły, że nieświadomie wypowiedział imię matki.
– Mary – powtórzył półprzytomnie i nagle czar prysł.
Oddech zniknął i detektyw już nie czuł czułego dotyku. Otworzył oczy. Lady M. przyglądała mu się badawczo.
– Kim jest Mary?
Mothmanowi zrobiło się bardzo głupio i poczerwieniał jak mały chłopiec złapany na jakimś przestępstwie. Odwrócił wzrok od kobiety.
– Była moją matką. Zginęła, gdy ja i Nikki byliśmy jeszcze prawie dziećmi. Nigdy jej nie odnalazłem – mówił zduszonym głosem. Nie wiedział, czemu ale miał do siedzącej obok siebie kobiety więcej zaufania aniżeli do Hrabiego. – Nie mam dowodu, że nie żyje, dlatego gdy otrzymałem pocztą stąd jej autobiografię miałem nadzieję, że ją odnajdę.
– Domyślam się, że to ta książka, którą mi pokazałeś. A Nikki to Twoja siostra? Gdzie jest teraz?
– Nie wiem. Wiem tylko, że gdzieś w tej Dolinie i że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo.
– Nie jest jedyną zaginioną. Niedawno została zamordowana córka mojej przyjaciółki. Miała na imię Mary. Napisałam do Ciebie, bo jest ona już nie pierwszą ofiarą. Wszyscy nas zawiedli. Jesteś naszą ostatnią nadzieją.

Detektyw słuchał z uwagą opowieści o młodej, pełnej życia dziewczynie. Tym bardziej się denerwował, bo z tego, co mówiła Lady M. wynikało, że wszystkimi zaginionymi były dziewczyny i kobiety mniej więcej w jednym wieku, w wieku Nikki. Jeden szczegół mu nie pasował w jej opowieści.
– Opowiedziałaś mi, Pani, tylko o jednej dziewczynie, ale z Twojej opowieści wynika, że jest więcej przypuszczalnych ofiar.
– Tak. Zaginęły dwadzieścia cztery osoby. Twoja siostra może być dwudziestą piątą. Wszystkie pochodzą z dobrych, arystokratycznych domów.
– Oprócz Nikki – zauważył detektyw. W jego głosie dał się słyszeć żal. Lady ścisnęła nieco mocniej jego dłoń. Spojrzał w jej modre oczy.
– Wasza matka była bardzo szanowaną osobą w Przeklętej Dolinie.
– Co z tym wszystkim ma wspólnego jej autobiografia?
– Na pierwszy rzut oka nic, ale…
Nie dokończyła. John usłyszał świdrujący uszy świst. Powóz przechylił się niespodziewanie skręcając i detektyw wylądował w ramionach Lady. Poczuł się niezręcznie, gdy jego usta znalazły się między jej piersiami.
– Bardzo Panią przepraszam – zaczął zawstydzony i wrócił na swoje miejsce.
– To było bardzo przyjemne – uśmiechnęła się do niego życzliwie – ale na to będziemy mieli jeszcze dzisiaj czas. – Zawiesiła zagadkowo głos.
Drzwi karety otworzyły się i Mothman zobaczył uśmiech na twarzy stangreta.
– Jesteśmy na miejscu.

Przetarł oczy niedowierzając widokowi miejsca, w którym się znalazł. Urzekł go barokowy styl pałacyku. Mimo mgły i strug deszczu dostrzegał najmniejsze szczegóły dekoracji ogrodzenia. Stajenny wprowadzając powozy przez ogromną, zwieńczoną łukiem bramę wspominał o krwiożerczych psach strzegących posiadłości. Tuzin tych bestii był teraz zamknięty w specjalnie przystosowanym do tego celu budynku na tyłach posiadłości. Mothman słyszał tylko ich zacięte ujadanie. Stajnia znajdująca się kilka metrów od ściany budynku z łatwością mogła pomieścić kilkanaście koni. Ładny dworek ? pomyślał, ale dopiero, gdy detektyw przekroczył próg głównego hollu mógł ocenić go lepiej. Obrazy, gobeliny na czyściutkich ścianach, kilka jadalni i dwa saloniki sprawiły, że poczuł się jak członek wycieczki zwiedzającej zamek. Służba krzątała się po całym domostwie i nie wiedział gdzie się podziać, żeby nie przeszkadzać w porządkach. Wiedział, że posprzątać sam dom – salony, jadalnie, holle, kilkanaście pokoi, łazienki i ubikacje, sypialnie, których z pewnością było kilka, nie licząc przybudówek i pomniejszych budyneczków wraz ze stajnią i psiarnią było nie lada wyczynem nawet dla czterdziestu ludzi. Zastanawiał się, jaki ogród pasowałby do takiego domostwa. Chciał zapytać na przyjęcie, kogo trwają takie przygotowania, ale nigdzie nie widział pana domu a Lady M. zniknęła gdzieś wydając coraz to nowe polecenia.
Detektyw postanowił zaszyć się w jakimś cichym pomieszczeniu i przeanalizować obecną sytuację. Tym bardziej, że od momentu przyjazdu czuł na sobie czyjś wzrok. Komuś wyraźnie przeszkadzała jego obecność. Zaczął podejrzewać milczącego i stroniącego od niego od pewnego czasu Hrabiego.
John wszedł do pierwszego lepszego pokoju i stwierdził, że cały dworek jest przesiąknięty iście królewskim przepychem. Złote zastawy stołowe, pianino, arcydzieła malarstwa podpisane własnoręcznie przez mistrzów. Usiadł w hebanowym fotelu obitym czerwonym suknem. Złote poręcze lśniły czystością. Lady M. lubiła wykwintne życie i kolor krwi, który dostrzegał w całym jej otoczeniu. Na szklanym stoliczku przed fotelem stał inkrustowany złotem i drogimi kamieniami kałamarz. Leżące obok, na notatniku pióro było przygotowane do pisania. Mothman rzucił tylko okiem na nogi stoliczka. W oczach zaświeciło mu złoto, a pod blatem ujrzał chyba największy na świecie krwawnik. Nie namyślając się chwycił obłożony skórą notatnik, umoczył pióro w kałamarzu i zaczął spisywać swoje spostrzeżenia.

* * *

Nie ominął najmniejszego nawet szczegółu. Wypisał wszystkie pytania i wątpliwości. Narysował sobie nawet drzewko osób podejrzanych – ich krąg systematycznie się powiększał. Podejrzewał już nie tylko Cagliostra, do niego dołączyła grupka na stacji, kobieta z pociągu, Lady M. a nawet swoją własną siostrę. Kluczem do rozwiązania zagadki mogła być książka. Notatki zajęły mu kilka stron. Wstał na chwilę, żeby rozprostować nogi. Podszedł do okna, ale dżdżysta pogoda nie chciała ustąpić nieba zachodzącemu słońcu.
Z odrętwienia wyrwało go energiczne pukanie do drzwi. Szybko schował notatki do kieszeni i usiadł w fotelu. Udawał, że dopiero się budzi. Pukanie rozległo się ponownie.
– Proszę – powiedział niechętnie.
Drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich ubrany w czysty, prawie odświętny strój Cagliostro.
– Przepraszam, że Cię obudziłem. Lady M. zaprasza na posiłek – odezwał się z wymuszonym uśmiechem.
– Znajdę swój bagaż. Jak się przebiorę to przyjdę.
– Lady nie lubi czekać. Ubierz coś z szafy – Hrabia podszedł do stojącej pod ścianą szafy i otworzył ją. Johnowi stanął przed oczyma szereg najrozmaitszych męskich ubrań.
– Ale to stroje Pana domu. Nie mogę…
– Możesz. Nie widziałeś tabliczki na drzwiach wejściowych? – Zapytał ironicznie Hrabia. – Na bramie pisze to samo. I w dokumentach tego dworku też, zresztą powinny one być w Autobiografii, którą otrzymałeś. Myślałem, że już ją przeczytałeś.
– Ty mi ją wysłałeś?
– Ja tylko zredagowałem list na polecenie Lady M. Ona go przepisała i wysłała.
– Ale jak…?
– Mam dar odnajdywania ludzi. Poczekam na Ciebie w hollu – Cagliostro odwrócił się i wolno wyszedł z pokoju.
Detektyw nie był zadowolony, że ktoś pokroju Hrabiego wytknął mu brak spostrzegawczości. Wybiegł do hollu drugimi drzwiami. Po kilku minutach stał przed domem i z niedowierzaniem wpatrywał się w tabliczkę przytwierdzoną do drzwi. Drewniane zadaszenie chroniło go przed strugami ulewnego deszczu. Trzy razy przeczytał nim napis „John Mothman i Lady M.” dotarł do jego świadomości. Wrócił do pokoju tą samą drogą, którą się z niego wymknął.

Po kilku minutach był już umyty i przebrany. Gdy otworzyły się drzwi i wszedł przez nie Hrabia, Mothman przyglądał się sobie w lustrze. Smoking leżał na nim jakby był szyty na miarę.
– Możemy już iść, detektywie? – Usłyszał niecierpliwe pytanie.
– Tak – odwrócił się i w tym momencie w progu pojawiła się Lady M. Długa różowawa suknia z falbanami kusząco opinała jej wąską kibić. Pełne piersi falowały z każdym jej ruchem jakby nie były niczym hamowane. Usta niemalże błagały o pieszczoty. Delikatny łańcuszek podkreślał miękkość jej skóry. John pragnął wtulić się w te lśniące, brązowe włosy opadające kaskadą na ramiona.
Cagliostro także usłyszał jej pantofelki.
– Już schodzimy. Przepraszam, że… ? zaczął, ale kobieta nie dała mu skończyć. Podeszła do Johna i delikatnie ujęła go za rękę. Nie odwracając się w stronę Hrabiego zadecydowała:
– Kolacja jest już przygotowana. Wszyscy czekają na Ciebie, Hrabio, w jadalni. My zjemy w prywatnym pokoju – uśmiechnęła się do Mothmana.
Cagliostro bez słowa wyszedł z pokoju i trzasnął za sobą drzwiami. Jego przekleństwa dały się słyszeć w całym hollu.

Niezrażona zachowaniem Hrabiego Lady M. prowadziła detektywa wzdłuż szeregu pokoi, a zapach jej perfum unoszący się wokół niej przyćmiewał mu zmysły. W końcu zatrzymali się przed masywnymi drzwiami. Lady M. otworzyła wszystkie siedem zamków i schowała klucze w fałdach sukni.
– To jest moja Twierdza.
Po tych słowach wciągnęła Johna do pokoju. Tutaj też, tak jak w innych pomieszczeniach światło zapalało się automatycznie po otwarciu drzwi. Pierwsze, co rzuciło się Mothmanowi w oczy, oprócz suto zastawionego stolika, było dwuosobowe, zasłane łoże z baldachimem.
Jego kolacja zapowiadała się bardzo interesująco.

Konrad Staszewski

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz