Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział II

Opowieści z Przeklętej Doliny:

Ucięta Mowa

 

Rozdział II

Był wyższy od Johna o głowę, a ubrany cały na czarno wyglądał na jeszcze wyższego. Popatrzył na stół i leżącą na nim otwartą książkę niby od niechcenia, potem ponownie przeniósł wzrok na Johna i Nikki.
– Biblioteka dzisiaj zamknięta – odezwała się ostro Nikki.
– Zdaje się, że mogę Wam w czymś pomóc a Wy mnie – odparł gość zupełnie nie zwracając uwagi na jej słowa, jakby jej w ogóle nie było w bibliotece.
John nie odezwał się ani słowem, zmrużył tylko oczy. Nikki stanęła na wprost intruza, a ten jakby dopiero teraz ją spostrzegł. Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głowy. Jego oczy zatrzymywały się tylko na ponętniejszych częściach ciała młodej kobiety. Nikki czuła jak jej nogi uginają się pod spojrzeniem jakby mieniących się różnymi kolorami, nieprzeniknionych, ale jakże czułych oczu gościa.
Może zapach jej perfum to sprawił a może dostrzegł, co się dzieje, John otrząsnął się z marazmu.
– W jaki sposób?
Cagliostro w milczeniu siadł naprzeciwko niego.
– Jak już wspominałem jestem Cagliostro, a właściwie Hrabia Cagliostro. Myślę, że Pan w swoim zawodzie spotkał się już z pewnymi informacjami na mój temat – dodał nieskromnie.
John próbował wrócić pamięcią do przeszłości. Faktycznie, raz czy dwa razy to nazwisko przewijało się w jego dokumentach. Nawet jakaś grubsza sprawa była z nim związana, ale teraz nie mógł sobie przypomnieć, o co w niej chodziło, może o jakieś oszustwa albo uprawianie czarnej magii. Najpewniej o to drugie – zawsze na koniec wieku ludzie wracali do niebezpiecznych praktyk. Postanowił baczniej przyjrzeć się Hrabiemu.
– Mogę się przyjrzeć księdze? – Cagliostro spytał dla formalności. Położył na niej dłoń i energicznie przysunął do siebie. W słabym oświetleniu komnaty Nikki dostrzegła sygnet, który odbijał się upiornym światłem. Nie wiedziała, czemu ale poczuła jakiś niedający się wytłumaczyć pociąg do tajemniczego gościa. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana, a serce chciało jej wyskoczyć z piersi. Wsłuchiwała się w każde wypowiadane przez niego słowo, jego czuły namiętny głos rozpalał młode zmysły, a oddech czuła na swoim ciele.
– To bardzo stare i prawie zupełnie już zapomniane pismo – Cagliostro przeciągał każdą sylabę. – Te symbole, zwane runami, były używane zarówno jako zwykły alfabet i jako tajemny język magii. Dla wzmocnienia ich mocy często barwiono je własną krwią. Widzę, że ktoś próbuje wskrzesić starą tradycję – spojrzał czujnie na Johna. Ich oczy się spotkały i przyglądali się sobie w milczeniu jakby się badali, jak rewolwerowcy tuż przed pojedynkiem. Napięcie niebezpiecznie wzrastało. Nikki chciała przerwać irytującą ciszę i zwrócić na siebie uwagę Cagliostra, ale Hrabia, jakby domyślając się jej zamiarów, zapytał nie spuszczając wzroku z przeciwnika.
– Skąd macie tę księgę?
– Dostaliśmy… – zaczęła swym kuszącym głosem Nikki, ale John natychmiast jej przerwał i sam dokończył:
– Dostaliśmy ją pomyłkowo. Listonosz nam dzisiaj przyniósł, ale pewnie pomylił adresatów – gładko skłamał.
– Widocznie musiał ją dostarczyć zanim go widziałem, bo mnie mijał wyjeżdżając z miasta. Bardzo się śpieszył – mówiąc to Cagliostro nawet nie zmrużył oczu. Spojrzał na okładkę.
Nikki chciała coś powiedzieć, ale John ponownie storpedował ją wzrokiem.
– Ciekawy zbieg okoliczności. Wygląda na to, że Mothman to dość popularne nazwisko. Rozumiem, że do tej książki był dołączony jakiś list. Mogę go zobaczyć? Choć pewno niejedna osoba Pańskiego nazwiska nosi także Pańskie imię – zastanawiał się głośno.
– Myślę, że w tej sytuacji nie powinna nas interesować treść listu, a tylko miejsce zamieszkania adresata. Co nas interesuje czyjaś korespondencja?
– Słusznie – przytaknął Cagliostro. – Ale w Pańskim zawodzie…
– Właśnie w moim zawodzie najważniejsza jest dyskrecja – uciął kategorycznie.
Wyjął z kieszeni zaadresowaną kopertę i położył ją tuż przed Hrabią. Ten tylko spojrzał na nią przelotem.
– Przeklęta Dolina – zamyślił się. – Kiedy chcieliby Państwo tam jechać? – Spojrzał znacząco na Nikki.
John szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Kątem oka dostrzegł jak w oczach Nikki zapaliły się ogniki i cała jej twarz oblała się rumieńcem. Dobrze znał dziewicze żądze, które w niej drzemały. Cagliostro miał ją na wyciągnięcie ręki.
– Pomyślałem, że najlepiej będzie osobiście przekazać tę księgę adresatowi. Nie możemy pozwolić, żeby znów trafiła w niepowołane ręce.
John miał dziwne przeczucie, co do siedzącego naprzeciw niego gościa, ale nie mógł nie przyznać mu racji – lepiej jak sam odda list. Poza tym coraz bardziej intrygowała go ta sprawa.
Cagliostro, jakby odgadując jego myśli rzekł, znów patrząc mu prosto w oczy:
– Takie przypadki raczej rzadko się zdarzają. Pan jest dość znaną osobistością i często można o Panu czytać w różnych gazetach. Nie sądzę, żeby to był przypadek, a jeśli mam rację to sprawa godna kogoś takiego jak Pan.
– Ale wystarczy nas dwóch.
– Ta biblioteka, z tego, co wiem z dobrych źródeł, jest Pańską własnością. Zgadza się?
– Ma Pan dobrych informatorów. Kim oni są?
– Nigdy nie zdradzam swoich mocodawców, ale mogę Pana zapewnić, że udzielą nam wszelkiej pomocy. A to najważniejsze. Zdaje mi się także, że ta młoda kobieta może nam pomóc.
Johnowi zdawało się, że dostrzegł dwuznaczny uśmieszek na twarzy rozmówcy.
– Nikki w żadnym wypadku z nami nie pojedzie.
– Niech Pan pomyśli rozsądnie. Ja mało wiem o tej sprawie – tylko znam to pismo, Pan ostatnio siedzi za biurkiem; z braku czasu to ona prowadzi bibliotekę. Jej wiedza na temat niektórych książek może nam się bardzo przydać.
– Wykluczone – powtórzył i tak spojrzał na Nikki, że spuściła wzrok i wolno wyszła do drugiej komnaty. Gdy zamknęła drzwi usłyszał jej cichy płacz. Też posmutniał. Żal mu jej było, ale już podjął decyzję i nie zamierzał jej zmieniać.
Cagliostro także patrzył w ślad za nią. Może miał nadzieję, że jej ognisty temperament weźmie górę. Że zbuntuje się, wróci i będzie walczyć, ale nic takiego się nie stało – zamknęła za sobą drzwi i płakała. Hrabia był zawiedziony, ale nie dał tego po sobie poznać.
– Myślę, że jutro moglibyśmy wyjechać – powiedział beznamiętnym głosem. – Spotkajmy się jutro w południe na stacji Jednego Szlaku. Odpowiada to Panu? Myślę, że zdąży się Pan spakować.
– Trzy dni urlopu dobrze mi zrobi.
Hrabia rzekł wolno, przeciągając każdy wyraz:
– Sprawa może wymagać od nas dłuższego pobytu w dolinie.
John chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Hrabia, zupełnie niespodziewanie, wstał od stołu i wyciągnął rękę na pożegnanie. John także się podniósł.
– A jaki Pan ma w tym interes? – Zapytał, gdy się żegnali.
– Powiedzmy, że jest mi Pan zapisany w gwiazdach.
Nim zdążył zadać kolejne pytanie, Cagliostro omiótł swym długim płaszczem podłogę i wyszedł z budynku. Przy wyjściu rzucił tylko przez ramię:
– Do jutra John.
Nie wiedział czy to świst wiatru czy głos Hrabiego, ale zdawało mu się, że słyszał jeszcze:
– Do zobaczenia wkrótce Nikki – ciarki przeszły mu po ciele. Ten głos wydawał mu się jakiś taki inny, jakby nie ludzki.
Siedział jeszcze chwilę w milczeniu. Może był przeczulony, ale Cagliostro mu się nie podobał. Ale nadal nie mógł sięgnąć pamięcią w przeszłość. Jakby ktoś wyciął z niego wiadomości tak jak kasuje się dane z komputera.
Wsłuchał się w odgłosy pokoju. Na zewnątrz ustawała już burza. Mógł spokojnie iść do domu, zastanowić się nad zaistniałą sytuacją i przygotować się do wyjazdu. Dziwna cisza dochodziła z komnaty, w której zamknęła się Nikki. Czyżby zasnęła? Drzwi nie były zamknięte, chociaż wcześniej – był tego pewien – słyszał jak przekręcała klucz w zamku. Ale nie to było najdziwniejsze, ale to, że dziewczyny nie było w pomieszczeniu. Przeszukał wszystkie zakamarki. Ta komnata była właściwą biblioteką – ogromna, z kilkudziesięcioma szafami i regałami od podłogi do sufitu wypełnionymi najrozmaitszymi książkami, często nawet jemu niewiadomego pochodzenia. Nie wiedział, jakie tajemnice kryją te alfabetycznie opisane półki, wiedział natomiast, co ma zrobić. Tylko dla uspokojenia własnego sumienia podniósł książkę leżącą na najbliższej półce. Spojrzał na tytuł: „Zapomniane Symbole i Rytuały w Magii”. Nazwiska autora nie był już w stanie odczytać. Odłożył ją na miejsce i dopiero teraz dostrzegł postrzępioną kartkę. Jej róg ledwo był widoczny z pod wiekowej okładki. Szybko rozłożył kartkę i podszedł z nią bliżej światła. Stanął pod samym żyrandolem. Na kartce były napisane tylko cztery słowa. Bez trudu rozpoznał pismo Nikki. Te cztery słowa wystarczyły, żeby kropelki potu wystąpiły mu na czoło i cały pobladł ze strachu. W jednej chwili stracił resztkę siły i ciężko opadł na krzesło. Kartkę położył na biurku i przyglądał się jej otępiały. Blask świec bijący z żyrandola tylko podkreślał, jakby patrzące na niego ironicznie litery. Przeczytał jeszcze raz wiadomość od Nikki.
– Jestem w Przeklętej Dolinie.
– Czy to możliwe, żeby pojechała sama? Ale jak? Kiedy? Musiała się wymknąć jak był zaprzątnięty rozmową z Hrabią. Ale przecież trwało to bardzo krótko. A może ta biblioteka ma jakieś drugie drzwi, o których nic nie wiedział. Ale skąd wiedziała gdzie jest ta dolina i jak się do niej dostać? To pewnie sprawka tego Cagliostra. Nikki na pewno jest już w drodze a ja muszę się dowiedzieć, z kim mam do czynienia.
Zapiął płaszcz, schował książkę, żeby nikt jej nie widział i wybiegł z budynku. Nawet nie pogasił świateł ani nie zamknął drzwi – najwyżej zawistni ludzie puszczą bibliotekę z dymem. Teraz najważniejsze było życie Nikki.
Wiedział, co ma robić.

Słońce wolno wychodziło zza chmur. Może, chociaż troszkę ogrzeje świat. John podszedł do rozmawiającego z kimś nieopodal jakiegoś woźnicy.
– Ma Pan teraz wolny kurs?
Tamten spojrzał na niego groźnie. Nie był zadowolony, że ktoś mu przerywa opowiadanie plotek.
– Mam – odparł sucho i ponownie zwrócił się do swego rozmówcy.
– Niech mnie Pan zawiezie na Guardian Street.
– Panie… – zaczął grubiańsko woźnica.
– Mothman – To jedno słowo wystarczyło, żeby zmienił swój stosunek do Johna. Widocznie skojarzył fakty: miasto, ulicę i nazwisko. Mógł nie rozpoznać Johna, szczególnie, że teraz wyglądał jak żebrak, a nie jak szanujący się stróż prawa – zresztą zawsze uchodził za ekscentryka. Przyzwyczaił się do tego. Nawet był zadowolony, że wyróżniał się jakoś z tłumu.
Nie oglądając się dłużej na woźnicę, wskoczył na zydel furmanki. Nie musiał długo czekać. Nim się obejrzał skonfundowany woźnica szybko pożegnał się ze swoim rozmówcą i energicznie chwycił lejce. Siadł przed Johnem i z miejsca ruszyli galopem. Woźnica próbował się wytłumaczyć, przed Johnem ze swojego zachowania, ale ten słyszał tylko, co któreś jego słowo. Zrozumiał, że tamten jest nowy w mieście i że tylko dorabia jako woźnica. Tak naprawdę jest lekarzem i ma własną praktykę. Reszty nie dosłyszał, ale nie pytał, bo już dotarli do miejsca podróży. John zeskoczył lekko z wozu, poślizgnął się na zamarzniętej kałuży, ale utrzymał równowagę.
– Ile płacę? – Zapytał sięgając do kieszeni płaszcza.
– Nic – woźnica uśmiechnął się przyjaźnie.
– Ale ja nie jestem żebrakiem.
– Wiem. Powiedzmy, że jest Pan moim honorowym klientem. Jeśli mi Pan zapłaci, będę czuł się zobowiązany osobiście zwrócić Panu pieniądze.
John wyjął z kieszeni ile uznał za stosowne i wręczył pieniądze woźnicy.
– Wspominał Pan, że jest lekarzem. To na praktykę.
Woźnica chciał coś powiedzieć, ale John machnął tylko ręką i dodał:
– Poza tym Pańska wiedza medyczna może mi się kiedyś przydać.
Odwrócił się i zaczął wchodzić po krętych schodach do budynku. Usłyszał za sobą oddalający się chrzęst końskich kopyt na śniegu.

Pokonał kilkanaście schodów i znalazł się na wysokości drugiego piętra budynku. Zawsze wchodził do swojego biura tylnym wyjściem – omijał w ten sposób liczne korytarze, biura zazdrosnych pracowników, docinki i zaczepki ze strony współpracowników. Cenił sobie swój czas.
Przekręcił klucz w zamku i wszedł do środka. Cicho zamknął za sobą drzwi – nie chciał, żeby ktoś wiedział, że jest w pracy, żeby ktoś mu przeszkadzał. Zanim oczy przyzwyczaiły mu się do ciemności potknął się o coś, jakby krzesło leżące na środku biura, ale nie przypominał sobie, żeby je przestawiał. Po paru krokach dotarł do okna i otworzył okiennice. O mało nie krzyknął z przerażenia, gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca ogarnęły pomieszczenie. Nie było go zaledwie dwa dni, a nie poznawał swojego biura. Dokumenty potargane, niektóre pomięte leżały prawie wszędzie, gdzie się rozejrzał. Meble połamane, nie miał nawet, na czym usiąść. Z każdym krokiem, gdy przemierzał biuro, słyszał pod butami chrzęst drzazg. Nawet metalowy sejf miał wyłamany zamek.
– Ktoś się nieźle natrudził. Ale czego szukał? Może tego, co ja – pomyślał i zaczął grzebać w papierach. Szukał jakichś gazet, wycinków prasowych albo notatek służbowych. Nie znalazł nic, co mogłoby go naprowadzić, chociaż na ślad Cagliostra.
Zawiedziony usiadł na podłodze i ukrył twarz w dłoniach. Nie miał już innego wyjścia, musiał jechać w ciemno i zaufać przeznaczeniu. Wszystkie możliwe dowody przemawiające przeciwko Hrabiemu przepadły. Podniósł z podłogi kawałek papieru i poszukał czegoś do pisania i do przytwierdzenia jej do drzwi. Znalazł ołówek, sam nie wiedział gdzie, jakby sam nawinął mu się pod rękę. Napisał kilka słów i przyczepił kartkę do futryny od strony korytarza. Ponownie zamknął okiennice i wyszedł z budynku tak jak wszedł. Nikogo nie zawiadomił o włamaniu – wolał wszystko załatwić osobiście.

Gdy zszedł po schodach, skierował się w stronę domu. Postanowił się przespacerować, może powiew świeżego powietrza podsunie mu jakiś pomysł do głowy.

* * *

Z drugiej strony Guardian Street do Budynku Straży, zaprzęgnięta w kilka koni zbliżała się furmanka. Siedzący w niej mężczyźni, co i raz poganiali woźnicę okrzykami.
– Obyśmy tylko zdążyli! – Basowy głos dochodził z jej środka.

Konrad Staszewski

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz