Opowieści o Berthgarze. cz.1

I – Cała prawda.

Potężny barbarzyńca siedział skupiony na wysokiej grani. Z zamkniętymi oczyma zaglądał w głąb swojej duszy, by znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania, czy też może po to by zażyć uspokajającej medytacji. Wielkie ciało mierzące ponad dwa metry, z wyraźnie rysującymi się na nim potężnymi węźlastymi mięśniami stanowiło jego własną wizytówkę. Dumnie nosił imię swego pradziadka – Berthgar. Przed nim rozpościerała się głęboka dolina wypełniona po brzegi gęstym borem. Ptaki ćwierkały wesoło unosząc się na wietrze.

Wiatr huczał w poszczerbionych skałach doliny, napawając słuchaczy lękiem i strachem.

Jednakże przywykły do takich szumów z dawna obznajomiony z urokiem dziczy mężczyzna słuchał z uwagą i spokojem malującym się na twarzy. Była to bardzo młoda twarz.
W końcu wielki mężczyzna otworzył swe oczy. Przepiękne oczy, które mówiły same za ich właściciela. Gdyby ktoś teraz siedział patrząc w te oczy, ujrzałby w nich więcej smutku i pokory niż tak charakterystycznej dla hardego ludu zawziętości i akceptacji życia.
Samotny chłopiec często uciekał w to odosobnione miejsce, w którym czuł się swobodnie i mógł się na swój sposób zrelaksować. Berthgar był bardzo młodym mężczyzną nawet chłopcem, który co dopiero przekroczył osiemnasty rok życia. Mimo to zyskał w klanie należny szacunek. Od najmłodszych lat zaganiany do ciężkiej pracy oraz żyjąc pośród stresu i nieustannemu niebezpieczeństwu ze strony dzikich zwierząt oraz orków z gór i przełęczy wyrzeźbił swe ciało niemalże do perfekcji, a jego zmysły stały się bystre i czujne.
Nie znosił podporządkowywania się, dlatego też lepiej czuł się będąc sam w swej kryjówce nad ogromna przepaścią.
Często utożsamiał ową przepaść i przyjemny widok bezkresu przestrzeni z sobą, jako zagubiony w niej. Działo się tak ponieważ Berthgar był bardzo wyjątkowym dzieckiem. Już od najmłodszych lat wykazywał ciekawe znaki i zdolności, któ®e przemawiały za jego sukcesem w przyszłości. Ujęty przez miłość do chłopca Król klanu Romen, wziął go za syna oraz widomy znak od miłowanego bezgranicznie boga VITENA. Chłopiec wykorzystywany do ciężkich prac za młodu, odważnie i cicho znosił nieprzyjemne doświadczenia i przykrości. Jednak zawsze zachowywał je dla siebie. Nigdy też nie wybuchał niekontrolowanym gniewem. Kiedy był pośmiewiskiem innych chłopców tylko patrzył się groźnie i zaciskał małe piąstki. Raz gdy pewien chłopiec przesadził, rzucając bluźniercze hasło dotyczące jego przybranego ojca Romena, rzucił się gotów bronić mienia i honoru swego rodu. Przykry był tamten dzień, bowiem wtedy Berthgar po raz pierwszy przyjął odrzucanego do tej pory demona, który w nim żył. W przypływie nienawiści i gniewu skopał i pobił chłopca na śmierć. Co wiecej dziwne może wydawać się to, iż nie spotkała go żadna kara ani nawet najmniejsza uwaga ze strony starszyzny. Niestety rygor i dyscyplina tych dni były fundamentem społeczności. Istniały prawa które dziś nie mogły być zaakceptowane.

Ówczesne prawo mówiło wyraźnie, że bijący się sami ponoszą za się odpowiedzialność i w wypadku nieoczekiwanych wypadków, jak na przykład śmierci któregoś z nich, wygrywający dostąpił chwały zwycięzcy i należy zostawić go w spokoju. Wszyscy kiwali głowami, kobiety zanosiły się płaczem, a dzieci płakały nad straconym kolegą. Bethgara spotkał kolejny cios od losu. Odwrócili się od niego niemalże wszyscy. Chłopiec żył pośród cichym już szyderstw i powszechnego odtrącenia. Przy świadomości i życiu utrzymywały go jedynie miłość Ojca oraz pewnej dziewczynki Amelii. Była bardzo drobna. Kiedy uśmiechała swe piękne niebieskie oczy, topiła najtwardsze serca. Po pewnym czasie dziewczynka z racji spotykania się z coraz większym i doroślejszym chłopcem, również zaczęła doznawać szyderstw i wyzwisk. Nawet z mianem czarownicy. W wieku 13 lat oboje dzieci wiedziało o tym, że związali się liną miłości, i tylko śmierć zdoła ich rozłączyć. Rano gdy Berthgar wstawał nadspodziewanie mężnie do pracy, ona wraz z innymi dziewczętami warzyła strawy na kolacje myśląc o swym ukochanym.

Tak to właśnie toczyło się życie w pewnej wiosce daleko na północ od największych mocarstw ludzi, elfów i krasnoludów. Za wielkim łańcuchem górskim, gór śniegowych w kilka dni marszu na północ, wędrownik mógł zobaczyć uchodzące z małej kotlinki, ukrytej pośród połonin i wzgórz stepowych strumyki dymu. Nasza opowieść rozpoczyna się pewnego dnia, w którym cierpienia przeszłości wspomnienia i miłość doprowadziły do szaleństwa i innych niebotycznych wydarzeń, w cichej wiosce za górami.

Berthgar niespodziewanie usłyszał z tyłu cichy szmer, który jak określił mógł dochodzić z najwyżej dwudziestu metrów za nim. Czujnie napiął wszystkie mięśnie i przygotował się do ewentualnej obrony. Po drugim trzasku gałązki, uśmiechnął się, i rozluźnił całkowicie.
Wiedział bowiem ze taki ostrożny sposób chodzenia posiadała tylko jedna równie młoda jak on dziewczyna z ich klanu – Północnego Wiatru, Amelia. Amelia była bardzo wyjątkowa i lubił ją. Miała piękne niebieskie oczy, zawsze wesołe. Była jego drugą połówką serca, z którą mógł porozmawiać, pośmiać się i odkryć duszę.
Odwrócił od niechcenia głowę z uśmiechem na twarzy i zastał Amelię jakieś dziesięć metrów za nim, która stała jak wryta, w śmiesznej pozycji pośród gęstych gałęzi krzewów wyraźnie zbita z tropu.

-Znowu to robisz ! –krzyknęła oburzona dziewczyna.

-Za głośno chodzisz. – spokojnie odparł z uśmiechem.

-Nie możesz dać mi tej satysfakcji podkradnięcia się choć raz ? – spytała z udawanym błaganiem.

Barbarzyńca odwrócił głowę. Po chwili poczuł delikatne głaskanie dłoni Ameli po jego barkach a potem na policzku.

-Znowu coś Cię gnębi. – bardziej stwierdziła niż zapytała.

-I tak i nie.

-Daj spokój tym rozmyślaniom, specjalnie dla Ciebie urwałam się z obowiązków wieczornych, by choć trochę z Tobą porozmawiać.

-Specjalnie dla mnie ? – chytrze zapytał uśmiechając się przy tym diabelsko.

Jej uśmiech i spojrzenie pełne po brzegi radością i wrzącą miłością odpowiedziały mu więcej niż mógł usłyszeć. Rzucił się na nią drażniąc gryzł Amelię w ucho i szyję. Przetaczali się po jakichś zielonych stokach zupełnie skupiając na sobie. Cieszyli się chwilą. Ku zaskoczeniu ich obydwu zatrzymali się gwałtownie na pniu niezwykle grubego drzewa. Początkowy grymas ( bo to wielki mężczyzna zatrzymał ich na drzewie ) przeszedł w intensywny śmiech. Jej delikatny wznoszący się ponad kopułami drzew, a jego gardłowy rodzący się w brzuchu, a potem grzmiący echem w lesie.

– Wiesz, ja.. – jąkając się i robiąc zawstydzoną minę Amelia nie wiedziała wyraźnie czy chce skończyć zdanie.

– Tak ? – delikatnie zapytał mężczyzna otaczając dziewczynę ramieniem, które przyjęła z wielkim pełnym ulgi westchnięciem.

Podniosła odważnie głowę patrząc w te niesamowite oczy. Bardzo cicho lecz bardzo głośno w sercu Barbarzyńcy odbiły się jej dwa słowa.

– Kocham Cię.

****************

Gdzieś w ciemnym lesie, pośród tupotu śmierdzących stóp szybko biegły jakieś ciemne postacie. Miały czarną skórę, i wykrzywione pyski. Ubrani byli we wszystko co się dało nałożyć. Jedni biegli przepasani spodniami i koszulami, drudzy w hełmach, a trzeci w pięknych kolczugach i pancerzach. To były orki. Zmora każdego żywego stworzenia. Nieduże stwory mające prawie metr siedemdziesiąt wzrostu, odznaczające się niedużą inteligencją. Biegli w znacznej dzisiaj liczbie, około setki. Posuwali się szybko na północny-wschód.

W pewnym momencie wybiegli na odkryty wierzch wzgórza, a dowódca na szpicy uniósł rękę do góry. Wszyscy pozostali jak porażeni zatrzymali się cicho. Czerwone oczy szybko szukały czegoś, i w końcu znalazły. Parszywy pysk wykrzywiony tuzinem krzywych ostrych jak sztylety zębów uśmiechnął się, a ręka orka uniosła się i pochód biegł dalej. Biegł w stronę Małego światełka, i unoszącego się z nań dymu. Ptaki przestały ćwierkać, a zwierz chował się do legowisk. Nadchodziła zła noc.

*****************

W wielkim namiocie zbudowanym przez klan Północnego Wiatru z ogromnych skór Mamutów górskich i olbrzymich ptaków kiguri oraz krzepkich bali dębowych, podtrzymujących całą konstrukcję w całości, wrzało sto trzydzieści gromkich głosów. Wewnątrz w najlepsze trwała wielka uczta klanu Północnego Wiatru. Król – Romen, prawdopodobnie jeden z największych mężczyzn jakich wydała ziemia siedział uśmiechnięty na końcu długiego drewnianego stołu, który ciągnął się przez całą długość szerokiej sali. Owa Hala była nazywana Honigdoom, czyli miodową salą. Pomieszczenie wypełniały częste nocne pijatyki jak i obrzędy religijne, czyli składanie ofiar bogom czy podejmowanie nowych króli. Kiedyś gdy praprzodkowie barbarzyńskiego ludu zamieszkali na stałe ten skrawek ziemi i uroczyście zbudowali budynek pito piwo, jako że znali tylko ten rodzaj trunku i bardzo im smakował. Dopiero z długim biegiem czasu, nawet wieków zaczęto produkować miód pitny, z połączenia wody i miodu, który w tych prześwietnych, niemalże nigdy nie naruszonych lasach, był mnogo wyrabiany przez pszczoły. Jednak od początku budynek nazwano miodową salą, ponieważ pijanym wojownikom i ich brankom tamte chwile wydawały się błogie, słodkie i prawie nieziemskie. Po ścianach sczerniałych już od lat porozwieszane były dumnie wielkie poroża reniferów, jeleni i danielów. Na podłodze wszędy walały się piękne skóry niedźwiedzi, łosi i mamutów. Czasem natłoch materiału był tak gruby, że chodzący po nich odbijali się, jakby odrzuceni przez sprężynę. Pośrodku pomieszczenia, w stole wydrążona była ogromna dziura. W niej podczas uczty wlewano wszystek miodu pitnego, by biesiadnikom łatwiej było zaczerpnąć napitku. Tak więc pił każdy kto chciał ile chciał i nikt nikomu nie miał niczego za złe. Król Ogarnął wzrokiem najbliższych towarzyszy, z którymi walczył ramię w ramię od tak wielu lat. Po jego prawej siedział szanowany szaman barbarzyńców. Swym skrzeczącym głosem wywoływał ogólny śmiech, niezależnie od tonu jego wypowiedzi. Mało sto razy ratował każdemu życie. Wybitnie znał się w sztukach medycyny i wieszczenia. Nie raz wyratował białe od febry czy zmarznięcia dziecię, wojownikowi poukładał w środku flaki, a krążyły nawet pogłoski, że raz wskrzesił człowieka, którego niesprawiedliwie zabito. Podobno to sprawiło jego nagłą starość i zgrzybiałość.

Jednak nawet i to nie postarzało młodej duszy. Niespodziewanie wskoczył na środek stołu, zwracając powszechną uwagę. Wódz zaciekawiony sytuacją podniósł do ust kubek z gęstym miodem i obserwował. Przygarbiony stary szaman nagle wyciągnął przed siebie swoją niesamowicie kościstą rękę i zaczął przeraźliwie skrzeczeć. Po chwili obracał się szybko wokół własnej osi wykopując nogi przed siebie. Wywołało to niejeden sprzeciw wojowników gdyż szaman strącił trochę pucharów z trunkiem. Zatrzymał się w miejscu zatoczył rękoma wielkie koło i krzyknął głośno jednocześnie wyrzucając ręce od siebie jakby wyzwalał nieznane moce. Z jego rąk w migotaniu tysięcy małych płomyków wyskoczyło stado małych ptaszków, jednocześnie spotykając się ze śmiechem stu trzydziestu wojowników. Rozbawiony król wstał i wzniósł toast. Jak na rozkaz wszyscy podążyli za nim i wypili wielkimi haustami mocny płyn. Gdy skończyli król ryknął.

-Niech zabawa trwa dalej ! Chwała VITENOWI !

-Chwała mu! – odkrzyknęli wojownicy i z iskrami w oczach powrócili do uczty.

Gdzieś z tyłu stołu wielki człowiek, już mocno podpity postanowił pokrzepić swe samotne serce starą piosenką. Podniósł się i gromko zaśpiewał.

Hej, kraśna dziewczyno,

Jak by bez Ciebie mi się żyło,

Gdy Twe usta upajały winem,

A sercu się przykrzyło.

Wycałuję ręce, wycałuję nogi,

Ich nigdy nie zapomnę,

A gdy mię mróz ogarnie srogi,

Wspomnij kiedyś o mnie.

Pieśń wnet przyciągnęła wiele głosów, a zawstydzone dziewczyny pogrążyły się w szerokich piersiach swych ukochanych.

-Hej! Thonirze Twoja ukochana wygląda przy Tobie jak ptaszek przy niedźwiedziu. – wołał jeden do drugiego przez stół, co wywołało salwę śmiechu. – Ale słuchajcie mości panowie to jeszcze nie koniec! Niesłychane by to było, żeby niedźwiedź z ust takiej ptaszynki miodu czerpał. A grzebie tym jęzorem i grzebie, i wścieknij się! Ty niczego nim nie wygrzebiesz!

Śmiech wypełnił na chwilę całą atmosferę tak, że nie słyszałeś czytelniku już nic po za nim.

-Panowie tak mówicie, bo sami mu pewnie zazdroszczą, ot co jest! – wołała rozweselona dziewczyna do Panów po drugiej stronie ławy, i tym zacieklej poczęła się ze swoim wybrankiem całować.

Jedni się całowali, drudzy jedli a jeszcze inni wspominali z towarzyszami broni swe liczne przecież bitwy i starcia.

Na początku stołu te ostatnie były właśnie gorąco omawiane, przez starych weteranów, po przeszło osiemdziesiąt lat mający. Była to starszyzna, która rzeczywiście wiele bitew zaznała, a która jeszcze wiele zaznać chciała i miała. Ponad wiek silni i krzepcy, doświadczeni wiekiem i skupieni wyłącznie na wojnie. Tak więc mówił stary Halvec do Duklima.

-A wtedy gdy wyszliśmy z nad wzgórza naszym oczom ukazały się grube jak sadło zwierza zastępy wojsk Provencal. Jak żeś spojrzał od lewa do prawa, to i tak końca tych ludzi dojrzeć nie mogłeś. Nas było wtedy kilkanaście razy mniej. Służyliśmy na żołdzie starego króla Oregona, małego rybackiego kraju Ittur. Jednak nie miałeś lepszego wodza nad niego. W jego wojsku służyło około trzech setek naszych, a jego było dobrze nad piętnaście tysięcy. Mimo tego wielu mówiło, że gdy w gniew wpadniemy służymy im jak jeden mąż za kilka tysięcy.

Wielu młodych wojowników klanu przysłuchiwało się tej rozmowie z zapałem przekręcając oczyma i z bijącym coraz szybciej sercem. Wyobrażało sobie słynne wzgórze Gernelen gdzie starły się dawno temu wojska Ittur i Provencal. Słuchali tak zapamiętale dalej, a starzec mówił.

-Wtedy nasz wódz stary, lecz doświadczony wódz, sam król! Podniósł się na kulbakach swego wspaniałego konia i podniósł róg do wielkiej twarzy. –Staruszek zastrząsł się teraz w przypływie wspomnień. – Gdybyście słyszeli ten dźwięk moi mili. Rozległ się tak donośnie, leciał z wiatrem aż uderzył niczym obuch w pierwsze szeregi wroga. Nie uwierzycie mi, ale tamci cofnęli się właśnie jak gdyby uderzeni wielką siłą. Wtedy tez wielki cios zadaliśmy tamtym na duchu, i bić im się odechciało. Ale my widząc taką zmianę ról w tym starciu z krzykiem na ustach, niektórzy za wodza inni za boga VITENA jeszcze inni imiona swych broni, runęliśmy w dół zbocza. A przed nami dumnie szarżował król Oregon. Nasi bracia lecieli w pierwszych szeregach, z szalonym grymasem na ustach, i uniesieniem na duchu. Chodź zasłonięci murem pik i tarcz, wdarliśmy się impetem jak w masło. Siekliśmy na prawo i lewo, a krzyk nie schodził z naszych ust. Wtedy to niezwykłych dokazywał rzeczy król. Swoim wielkim toporzyskiem machał na prawo i lewo jak kosą, ale zbierał okrutne żniwo swej pracy. Ciął Provencalczyków po dwóch i trzech czasem na raz, a reszta widząc prawdziwego charakternika uciekali od niego w popłochu. Ja i Duklim tymczasem usiekliśmy strasznie dwóch synów króla Provencal – jego pułkowników. Byliśmy już na skraju wygranej, mimo tego że rozbiliśmy dopiero zaledwie setkę przeciwnika, a zostało tak wiele tysięcy. Jak wicher czasem niespodziewanie zmieni kierunek tak nasze zmieniło się szczęście. Mianowicie do boju ruszyła niezwyciężona jazda Provencalczyków. Zaatakowali nas żmije od tyłu, aby było nas łatwiej dopaść. Jechali ze wzgórza, więc ostatnie rzędy padły jak łany pod impetem koni. Jednakże gdy po paru minutach bitwy przedarli się do trzonu naszej armii uświadomili sobie za późno na szczęście swój błąd bo mogło być nam gorąco.

Wnet otoczyliśmy ów jazdę i siekąc, lecąc na łeb na szyję rozbiliśmy szereg koni.

Z kolej piechota wroga rzuciła się w przypływie odwagi ze zdwojoną furią. Ale nie na długo, a nasi bronili się mężnie i wytrwale. Każdy krok do tyłu okupywaliśmy trzema a nawet czterema zabitych wrogów. Gdy usłyszeli krzyki o pomoc i miłosierdzie w swoich parszywych językach, ich odwaga od razu struchlała. Dziwnym się też rzeczą stała, gdyż w tym samym momencie rozległ się odgłos rogu Oregona, który ostatecznie przechylił szalę na swoją stronę a Provencalska armia uciekła w popłochu…

Starzec odsapnął chwilę i popił miodu. Skończył a mimo to obrazy bitwy były jak żywe. Nie chciały odejść od upitych dymiących głów. Więc wielu kłóciło się dalej.

-Czy nie lepiej by było, gdybyśmy poczekali na armię sojuszników z Somet ? Wtedy nasze straty były by dużo mniejsze. Moglibyśmy osaczyć ich, a może nawet wziąć króla w niewolę!

Pomyślcie no jakże piękne to byłoby zwycięztwo.

-Głupi i młody jesteś. – ozwał się Duklim.- Gdybyśmy czekali te parę dni armia Przeciwnika okopałaby się i umocniła. Ponadto na pewno wierząc w swoją przewagę liczebną Tevlec, król Provencalu niezwłocznie by nas zaatakował. Co by było gdyby nie mężny król Ittur dokazał swoim rogiem, okazując napastnikom jedynie pogardę na śmierć?!

Zapadła przeciągająca się niemiła cisza, gdyż już niemal wszyscy obecni przysłuchiwali się jednej z najchwalebniejszych bitew z udziałem swego ludu.

-Odpowiedź jest prosta. – Ozwał się cicho Strald, członek przybocznej, czteroosobowej elitarnej gwardii króla Romena. – Nikt by was szelmy nie spłodził, bo nasi ojcowie zginęli by w chwale odchodząc do Vervender, a my nie gnilibyśmy teraz tutaj pijąc na umór!

Rozgoryczony i nie wiadomo czemu wściekły wojownik wyszedł energicznym krokiem i zamknął z rozmachem drzwi. Jednak ten często tak niekontrolowanie wybuchał, więc normalny gwar, i śmiechy automatycznie powrócił na usta biesiadników.

Zadowolony ze swojego klanu król zamknął oczy i odprężył się. Przed oczyma przebiegały mu dalej obrazy jego dumnych wojowników. Hardych niczym stal i wiernych ponad wszystko. Widział dziewczęta rumiane od miodu ogarnięte przez wielkie ramiona swych ukochanych. Romen był dobrym królem. Żyli spokojnie w zgodzie z naturą. Odizolowani od innych społeczeństw ciągle hartowani byli przez dosyć częste najazdy orczych plemion utrzymując ich w gotowości i nie pozwalając na nieuwagę. Zastanawiał się gdzie jest Berthgar. Kochał go jak własnego syna, mimo to, że nie był jego prawdziwym ojcem. Szczerze powiedziawszy król nie pamiętał już co tak naprawdę wydarzyło się tyle lat temu. Co sprowadziło tego niesamowitego młodzieńca do jego rodziny. To VITEN mi go dał – pomyślał o ich czczonym bogu walki. Uśmiechnął się i chwycił podświadomie puchar. Z za namiotu dobiegły jakieś krzyki. Jednak upojeni wojownicy traktowali to jako nawoływania strażników na zewnątrz. Nawoływania i krzyki nagle przerodziły się w rozpaczliwe wołania. Król otworzył oczy a gwar i śmiechy ucichły.

Do izby jak bomba wpadł blady Strald i wykrzyknął jedno słowo, poczym padł jak nieżywy. Ze zgrozą wszyscy zauważyli, że z jego pleców wystają dwie strzały o czarnym upierzeniu.

-Orki!
Teraz wyraźnie dobiegały ich dźwięki zarzynanych ludzi.
Wściekłość zagrała w grubych żyłach i Romen silną ręką chwycił wielki miecz.

-Do broni bracia! – ryknął !

Wybiegł pierwszy przez szeroką płachtę stanowiącą wejście do namiotu z drugiej strony.

Rozkojarzeni wojownicy wstali odważnie z królem, lecz ten wyraźnie najmniej pijany panował nad swoim ciałem. Pozostali a konkretnie ich większość po wstaniu od razu zwaliła się na ławy. Szaman krzyczał rozkazy by wyszli tyłem i zaatakowali z zaskoczenia, lecz w motłochu dostał w głowę mocno wyrzuconą pięścią. Zwalił się jak kłoda a pijany mężczyzna, który go uderzył wyruszył na spotkanie twardej ziemi. Jednak jak powiadają legendy i opowieści mało jest rzeczy, które mogą pokonać twardego barbarzyńcę. Tak było i teraz. Większość stanęła już pewniej na nogach i wyciągając miecze biegła w stronę wyjścia. Nie zrobili nawet kilku kroków, gdyż przez płachtę wtoczył się ich ukochany król. Romen trzymał się mocno za gardło, z którego drgając wystawała strzała o czarnym upierzeniu, pośród kaskady tryskającej krwi. Cała chwila, wybiegający król, pijani wojownicy starający się otrząsnąć, zorganizowanie i wtoczenie się ich dobrego króla trwała zaledwie kilka sekund. Ogarnięci furią z oczami zmrużonymi od gniewu wybiegli. A ich bieg był jak nadchodząca lawina, pochłaniająca wszystko na swojej drodze. Ze łzami w oczach pierwsze szeregi ugięły się pod nawałą strzał, jednak nic ich nie mogło powstrzymać biegli niczym stado Mamutów miażdżących i ryczących wywijając mieczami i toporami. Namiot położony był na wzgórzu, stanowił mieszkanie dla króla i jego najbliższych, więc względnie byli w lepszym położeniu niż mogliby przypuszczać. Orki zabijając ich najdroższego towarzysza rozbudziły okrutnego smoka ze snu.
Wojownicy spadli na orków niczym fala. Ich szeregi kierowane czystą wściekłością i frustracją nie patrzyły na pozycje wroga ich liczbę, po prostu pragnęli zemsty. Lynn, Orgiert, Keben oraz Strald stanowili elitarny skład wojowników. Ci w przeciwieństwie do reszty atakowali z wściekłością lecz uzupełniając się nawzajem. Topór orka z lewej nadciągał ukośnie zapewniając szybką śmierć. Keben, który stał naprzeciwko orka a zablokował mieczem uderzenie innego z prawej, praktycznie był bez szans na zatrzymanie ciężkiego ostrza. Jednak nie panikował, wiedział bowiem, że… Orgiert będący z lewej Kebena szybko wychwycił ostrze, i kopnął orka w genitalia. Żałosna bestia skrzywiła się z bólu i padła by zostać zdeptana przez ryczących wojowników. Takim sposobem stosunkowo szybko przedarli się przez pierwsze linie obrony a początkowy szok orków wywołany niesamowitą szarżą barbarzyńców przerodził się w intensywny opór. Trzeba pamiętać, że orki wcale zmyślne bestie były dosyć silne, a barbarzyńscy wojownicy trwali jeszcze wśród hulanki, upojeni pitnym miodem. Ork pomalowany na czerwono w złotym kolczyku w prawym uchu zaczął wykrzykiwać rozkazy wyraźnie będąc wodzem klanu. Keben największy z elitarnej jednostki z furią zaczął wyrąbywać sobie drogę do orka miażdżąc swym wielkim młotem bojowym stwory po lewej i prawej stronie. Nie słyszał już krzyków jego towarzyszy by poczekał, by stosunkowo powoli lecz skutecznie rozbijali szeregi nieprzyjaciela. Nie ! Zapanowała nad nim czysta ściana gniewu. Ork – dowódca wyraźnie się zdenerwował wizją spotkania ze straszliwym młotem bojowym mężczyzny. Dalej krzyczał rozkazy. Przestrzeń między Kebenem a jego towarzyszami gwałtownie się zamknęła odizolowując wojownika. Zdesperowany Barbarzyńca nie bacząc na niebezpieczeństwo zaczął zataczać wokół siebie niesamowicie wyglądające koła trzymając mocno swój młot oburącz. Wszyscy walczący choć na chwilę zaprzestali walki by popatrzeć na to niszczycielskie dzieło. Orki wyrzucane w powietrze z ogromną siłą leciały po dwa i trzy ze zmiażdżonymi ciałami. Szybko koło wokół wojownika się poszerzyło, a ta chwila nieuwagi pozwoliła Orgiertowi i Lynnowi zasiać panikę w szeregach napastników. Widząc nieudolność wojowników ork wódz skoczył z krzykiem na ustach… DO ODWROTU ! Pogrom był całkowity, uciekające orki nie mogły dorównać szybkości długim nogom wojowników i doganiane ginęły straszliwie miażdżeni i cięci. W obawie przed ewentualną pułapką doświadczeni wojownicy zaprzestali pościgu i z niewygasłą iskrą szaleństwa w oczach wrócili do obozu. Wielu płakało, każdy wiedział co zastaną. Z położonymi w ramionach głowami bohaterscy wojownicy zaczęli swą pieśń do VITENA – boga walki, by uczcić śmierć wielkiego wojownika, kochającego przywódcę oraz radosnego towarzysza – Romena. Gromkie głosy uniosły się ponad szczytami drzew i skalnych wierzchów, zbudziła ze snu wielkie wilki, napełniła strachem uciekające bestie i dodała odwagi i dumy kroczącym wojownikom. Stracili wielkiego bohatera, to pewne. Lecz jego śmierć nie będzie nadaremna, pomszczą go nie tylko zabijając ten głupi klan, lecz wszystkie inne w okolicy. I znów krew zagotowała się w silnych ramionach, a łzy odpędziła ściana gniewu. Wojownicy w końcu doszli do podstawy niewysokiego wzgórza i wolno poszli złożyć hołd swemu królowi. Po chwili otoczyli wejście do namiotu i Strald zamierzał wejść do środka przynieść zwłoki, lecz tak szybko jak postawił pierwszy krok cofnął się w tył i zachwiał niczym młoda olcha. Z Namioty wysunęła się znajoma dłoń. Potem aż nadto znajoma wielka ręka mogąca należeć tylko do jednego mężczyzny. Ktoś z tłumy poniżej zakrzyknął: VITEN zwrócił życie dobremu Romenowi ! Chwała Ci, Chwałą wam obu !

Wszyscy z czcią przykucnęli na jedno kolano przed zmartchwywstałym królem.

Okrzyki śmiałka, teraz powtarzane przez wielu barbarzyńców, zostały stłumione dziwnym niedowierzającym westchnieniem, gdy zza połaci wysunęła jeszcze jedna postać. Przygarbiony lecz krzepki ponad wiek szaman z uśmiechem stanął u boku króla i cisnął pod jego stopy drzewiec strzał, która powinna go zabić. Romen przyjaźnie poklepał szamana po plecach nie znajdując wyrazów uznania. Zdołał wydyszeć jedynie krótkie zdanie:

– Dzisiaj to on jest największym bohaterem.

Tłumem wiernych przyjaciół wstrząsnął szloch i wielki płacz, lecz przepełniony braterską miłością i cichą radością ze szczęścia w nieszczęściu.

Niedaleko Berthgar z wysokiej grani również obserwował tę sytuację. Przez twarz płynęły mu strugi błyszczących łez i z trudem wspierał się na towarzyszącej mu Amelii. Wziął ją na ręce i odszedł wolnym krokiem ku jego przystani.

Do kryjówki na wysokiej grani.

CIĄG DALSZY NASTĄPI,

Maciej Baniuch

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz