Ogniem przez cień. Prolog

Nick cały czas zadawał sobie jedno i to samo pytanie, co ja tutaj robię?! Siedemnastoletni chłopak który zawsze marzył o pisaniu ballad, występach przed wielkimi panami, jednym słowem spokojnym życiu na dworze, znalazł się pomiędzy żołnierzami, którzy mieli przeciwstawić się armii cienia. Nick stał ubrany w kolczugę, dzierżąc w lewej ręce tarczę a w prawej krótki miecz, którymi nie potrafił się nawet posługiwać.

Równie dobrze mogli by mnie ściąć na miejscu- pomyślał.

Reszta armii wcale nie wyglądał lepiej, większość była nastolatkami którzy gdyby mieli wybór uciekli by z łzami w oczach z pola bitwy, pozostawiając swoich towarzyszów borni. Oczywiście nikt nie odważył się tego zrobić, ponieważ za ich plecami czekali dowódcy którzy byli gotowi odpowiednio ukarać każdego dezertera, aby dać przykład pozostałym.

Ucieczka w drugą stronę wcale nie była lepszym pomysłem, ich przeciwnikami niebyli zwykli ludzie którzy wezmą ich do niewoli. Mieli oni walczyć z potworami, które nie znały strachu, ich jedynym celem w życiu było sprawianie bólu, jeśli nawet w danym momencie nie było żadnych wrogów, zabijali siebie nawzajem, i to wcale nie z ważnych powodów, robili to dla przyjemności.

Właśnie dlatego niebyło odwrotu, jedyną możliwością była walka. Co prawda ich oddziały składały głównie z niedoświadczonych żółtodziobów, którzy pierwszy raz trzymali broń w ręce.

Nick pocieszał się tylko i wyłącznie tym że nie szli na czele. Jego oddział był jednostką wsparcia dla bardziej doświadczonych żołnierzy. Co prawda chłopak nie miał pojęcia jak mogą im pomóc, wydawało mu się że mogą im co najwyżej przeszkadzać, o wiele ciężej walczy się gdy pod nogami plącze ci się jakiś gówniarz. Jego przemyślenia przewał dźwięk rogu który dał sygnał do wymarszu.

Ruszyli. Chcieli zachować równy krok, lecz było to praktycznie niemożliwe, każdy chłopak trząsł się jakby go poraził piorun. Wszystko wyglądało przynajmniej komicznie.

Wokół panowała cisza jak na cmentarzu, przebijał się jedynie głos dowódcy który wykrzykiwał w ich kierunku niecenzuralne słowa. Nick sam nie wiedział czy ich dowódca chce ich zmotywować w niezrozumiały dla niego sposób, czy chodzi mu o odebranie im wszelkich powodów do życia aby nie bali się go tak bardzo stracić. Był pewien tylko jednego, krzyki generała na pewno mu w niczym nie pomagały, wręcz przeciwnie, miał ochotę zwinąć się w kulkę na ziemi i zacząć płakać jak pięcioletnia dziewczynka, jedyne co go przed tym powstrzymywał to fakt że wiedział jak to się dla niego skończy.

Posuwali się powoli do przodu, z uniesionymi tarczami, gdy nagle z na przeciwka usłyszeli okrzyki bojowe przeciwnika. Chorda dzikich potworów rozpoczęła swoją szarże. Na przedzie biegły najstraszniejsze potwory, w rękach miały lodowe miecze, ubrane były w czarną zbroję a na ich plecy opadała peleryna równie mroczna jak reszta ich ekwipunku. Byli to dowódcy, w armii przeciwnika panowała jedna zasada, władzę sprawuje najsilniejszy. Tylko silni umiał opanować chordy bestii walczących z samymi sobą, nie było to spowodowane szacunkiem, lecz strachem, a warto zauważyć że żołnierzy armii cienia niełatwo było zastraszyć.

Niżsi rangą wojownicy przeciwnika wyglądali mniej dostojnie, chociaż nie można im było zaprzeczyć że wyglądali równie przerażająca. Przypominali oni trochę świnie ubrane w niekompletną zbroję, większość z nich niemiała typowego miecza, najczęściej w rękach trzymali różnego rodzaju maczugi, włócznie bądź też siekiery które sami zrobili.

W końcu wojska spotkały się ze sobą. W pierwszym momencie armia światłości weszła w wrogów jak w masło, niestety była to tylko chwilowa przewaga, ponieważ już kilka chwil później, gdy armie zmieszały się ze sobą, ludzie przestali wiedzieć co się dzieje. Większość dobrze wyszkolonych wojowników zapomniała wszystko czego uczono ich od lat, a wszystkie żółtodzioby były w o tyle komfortowej sytuacji że nie miały czego zapominać.

Nick nawet nie próbował udawać bohatera, co prawda nie uciekał, chociaż nie było to spowodowane obawą o przyjaciół, lecz tym że w tak zbitej kupie ciężko było przebiec5 metrów. Chłopaka od śmierci dzieliła tak cienka granica jak gruba była jego tarcza, ponieważ jedyne na co się odważył to odbijanie ciosów przeciwników. Czasem co prawda zdarzyło mu się machnąć mieczem, jednak zdecydowanie nie udało mu się nikogo trafić.

Prawdopodobnie Nick powtarzał by swoją sekwencje obronną w nieskończoność gdyby nie stanął przed nim sam dowódca wrogów. Chłopaka sparaliżował strach, nie był on nawet w stanie podnieść tarczy, spojrzał pod hełm swojemu przeciwnikowi. To był jeden z jego największych błędów życia, dowódca nie wyglądał jak zwykłą świnia, była to jakaś inna rasa potwora, jego głowa przypominała kolorem jego miecz, była jak lód, monstrum nie miało nosa, jego twarz była gładka jak zamarznięta tafla jeziora, jedynym wyróżniającym się elementem jego twarzy były oczy, były one czarne jak smoła. Gdyby nie to że widział tylko część potwora którą ujawniał mu wycięty hełm, pewnie umarł by ze strachu na miejscu, dzięki czemu oszczędził by wrogowi i tak niewielkiego trudu, którym było zabicie go.

Napastnik już się zamachnął w celu wyprowadzenia ostatecznego ciosu, chłopak zebrał całą swą odwagę i podniósł tarczę. Miecz przeszedł przez nią jak gdyby nie wiedział że tarcza powinna go zatrzymać, jedyna ochrona jaką miał Nick rozpadła się na dwie części, a na domiar złego jego ręka też została rozcięta do kości, co prawda chłopak nie czuł bólu, prawdopodobnie było to spowodowane przez adrenalinę, o swojej ranie zorientował się dopiero gdy spojrzał na rękę.

Śmierć nadchodziła, Nick już nie dawał sobie żadnych szans na przeżycie, gdy nagle stało się coś czego nikt się nie spodziewał. Na tyły armii wroga z nieba spadły cztery ogromne, ogniste kule, które spaliły wszystkich przeciwników którzy stali w promieniu 50 metrów od nich. Wydawało się że to Armagedon, Nick nie widział ponieważ cała akcja toczyła się jakieś 500 metrów od niego, lecz wszystkie potwory z którymi walczyli zaczęły uciekać jak by goniła je sam śmierć. Nawet jeden z dowódców, który jeszcze przed chwilą tak pewny siebie miał skrócić o głowę chłopca, zaczął biec. Prawdopodobnie bestie podczas ewakuacji wyrządziły sobie więcej szkód tratując się nawzajem, niż udało się tego dokonać ludziom.

Gdy na polu bitwy nie było już żadnej bestii, wzrok wszystkich zebranych skierowały się na miejsca w których spadły ogniste kule. Stało tam czterech mężczyzn, ubrani byli w zbroję zdobioną świecącymi się na niebieską znakami, które ciężko było porównać do czegokolwiek. Każdy z nich miał dwa płonące miecze, jednak rzeczą która najbardziej dziwiła były skrzydła oraz włosy z ognia. Nick jeszcze nigdy nie widział kogoś takiego, mężczyźni ci wyglądali bardzo dostojnie, a wokoło nich leżały setki żołnierzy wrogiej armii.

Nikt nie widział co robić, czy należy się kłaniać, czy może lepiej uciekać, w końcu ludzie nie wiedzieli w jaki sposób są do nich nastawieni przybysze. Nim ktokolwiek zdążył podjąć jakąś rozsądną decyzje, ogniści wojownicy zaczęli cali płonąć, w przeciągu dosłownie kilku sekund już ich nie było, nikt nie wiedział czy spłonęli doszczętnie, czy może wyparowali.

Chłopak dalej stał zastanawiając się czy to sen, czy zaraz się obudzi w swoim łóżku, lecz jego towarzysze wyglądali jak by zadawali sobie to samo pytanie.

Nagle jakiś starszy mężczyzna w zbroi która wyglądała na naprawdę drogą, a na napierśniku miała czerwoną podobiznę ptaka przypominającego orła powiedział.- A jednak wrócili.