Obserwator

Wyobraź sobie wielką, latającą gałkę oczną obrośniętą dziesiątkami macek, każda zakończona osobnym okiem. Bod nią szeroka paszcza z ostrymi jak brzytwa zębiskami. Skórę ma twardszą niż dębowa kora, a szybki i zwinny  jak kot! Tak właśnie wygląda Obserwator. Istota pradawna, potężna i cholernie brzydka.  Każda z nich jest z natury zła, potrafi kusić potęgą, bogactwami… jej spojrzenie omamiło wielu! Oddali jej swe dusze, skuszeni obietnicami. Głupcy! Obserwator nie dba o ludzi, dla nich jesteśmy jak pluskwy, czasami użyteczne, przydajemy im się… ale jesteśmy tylko zwykłymi pluskwami! Wielu chciało ich pokonać, wizja bogactw i sławy kusi. Głupcy! Nikt, powtarzam nikt nie wygra w starciu z tymi potworami, ze tak powiem, oko w oko! Trzeba podstępu, sprytu i magii. Słyszycie? Magii!!! I to nie byle jakiej. Tylko zaklęta broń i potężne czary mogą je zranić. Nie zaskoczysz ich w nocy bo nigdy nie śpią, wyczuwają żywych na sto kroków a na magię reagują  jak ja na gołe kobitki! – spojrzał wymownie na gospodynie i rozmarzył się. Na twarzy wykwitł mu obleśny uśmiech. Po chwili odchrząknął i kontynuował. – Można jednak je oszukać. Wojownik może spróbować blokować ataki lub rozproszyć jego koncentracje. Albo oślepić! Wzrok to ich najmocniejszy i najsłabszy zarazem punkt. Pozbawiony wzroku straci swoją największą przewagę. Ale to nie takie proste, o nie.

– Jak więc mam go pokonać? Powiedz mi. – Słowa te należały do Alexiego, młodzieńca słynącego w mieście z odwagi, siły, zwinności, umiejętności walki… Mówiąc krótko:  lokalny wojownik. Samodzielnie wyprawiał się na polowania, potrafił w pojedynkę powalić niedźwiedzia! Starzec spojrzał na niego z politowaniem i oddał się kontemplowaniu wnętrza pustego kufla.

– Ty? Nie rozśmieszaj mnie…

– Sam mówiłeś, że są sposoby, że trzeba sprytu żeby go…

– Głupi! Nie słuchałeś, co mówiłem! Trzeba sprytu i mocy, magii, oręża! A ty co? Chucherko z kawałkiem metalu. Nie dojdziesz żywy nawet do krypty. Nawet wszyscy razem, kupą, jesteście bez szans. Powybija was co do jednego, a ciała zeżre na kolacje – popatrzył wkoło na zgromadzonych, klepnął w tyłek dziewkę, która przyniosła mu piwo, złapał kufel wymamrotał coś w stylu „wioskowe tępaki” i zanurzył usta w gęstej pianie. Gdy tylko skończył pić, padło wiszące w powietrzu od paru długich chwil pytanie, odpowiedzi na które wszyscy oczekiwali.

– To co mamy robić?

– Nic. – odpowiedział ze stoickim spokojem. – Możecie jedynie czekać i modlić się do Bogów, żeby sobie poszedł. Albo odleciał, zniknął, zapadł pod ziemie czy cokolwiek oni robią. Bo nawet jak zbierzecie mieszek srebra, to nie znajdziecie idioty, który z własnej woli…

– Gdzie on jest? – Rozległ się cichy, lecz potężny głos. Starzec  zamarł wpół słowa i spojrzał na nieznajomego. Dotąd siedzący w kącie sali, teraz podszedł. Długi płaszcz opinał  pokaźną sylwetkę a kaptur głęboko zarzucony na głowę skutecznie ukrywał jego twarz.

– Chcesz tam iść i go zabić – stwierdził, nie pytając  – Co cie ciągnie, sława czy bogactwo? A może ciekawość lub…  a zresztą na jedno wychodzi.  Jeżeli chcesz tam iść, to jesteś głupi.  Zaspokój tyko przedtem moją ciekawość i powiedz, jak chcesz go pokonać?

– Powiedz tylko gdzie jest, a o resztę się nie martw.

-Katakumby w starym kościele, na północ od ratusza. – starzec przyjrzał się obcemu uważnie. – Nie jesteś stąd. Wartherdeep? Almastar? A może północne równiny?

– Do zobaczenia, starcze. – Podniósł dłoń w geście pożegnania i ruszył w stronę wyjścia.

– Powiedz chociaż swoje imię, ” bohaterze”. Chcemy wiedzieć, kogo w pieśniach opłakiwać.

Zakapturzony przybysz nie zatrzymał się ani nie odpowiedział. Dopiero gdy był przy drzwiach, wyszeptał:

– Nie mam imienia…