Noce wampirów Cz. III

Moi kochani, zanim przejdziemy do naszej historii muszę się przedstawić. Nie jestem Markiem, który o tym zapomniał i podał swoje imię „na marginesie” drugiej części.

Jestem Sonia, to znaczy Zofia, ale nikt tak się do mnie nie zwraca. Od kilku lat wampirzyca.

Poznaliście mój wygląd w drugiej części. Ale jako wampir trochę się zmieniłam. Nadal jestem niska i szczupła, ale moje, nazwijmy to kobiece walory się zaokrągliły. Poruszam się też z o wiele większa gracją i jestem jeszcze bledsza. Mam teraz cerę koloru kości. Włosy są długie aż do pośladków, proste i wyglądają jakby były złotymi nićmi. Usta są krwistoczerwone, a oczy… Marek twierdzi, że ich szaroniebieski odcień jest fascynujący. Zabawne. Mówi się, że nic się w życiu nie dostanie za piękne oczy. Ja dostałam nowe życie. Jestem piękna, tak mi przynajmniej mówią. Moim ulubionym kolorem jest niebieski i to w nim jest większość moich ubrań.

Moi Kochani, skoro już wiecie o mnie to i owo przejdźmy do opowieści.

Jak pamiętacie Marek mnie gdzieś zabrał. Otóż tym miejscem był jego apartament. Leżałam na jego kanapie. Spałam, a raczej byłam nieprzytomna. Marek twierdzi, że cały czas się trzęsłam. Nie ma sensu dłużej nad tym rozmyślać. Przejdę więc do opisu salonu Marka.

Nasz Rzymianin chyba lubi czuć się jak w domu. Fototapeta pokrywa wszystkie ściany i przedstawia krajobraz śródziemnomorski. Obita śnieżnobiałą skórą kanapa jest na przeciwko hebanowo-szklanego stolika do telewizora. Ten stoi przy ścianie, a za szybą znajduje się kolekcja filmów Marka, które w większości są przeznaczone dla osób pełnoletnich. Po obu stronach kanapy stoją obite śnieżnobiałą skórą fotele. Na środku pokoju, na jasnych, drewnianych panelach podłogowych spoczywa niebiesko-biały dywany. Szerokie drzwi znajdują się na środku ściany, na prawo od kanapy i foteli. Ta ścina jest obwieszona obrazami w antyramach, które przedstawiają antyczne – zapewne rzymskie – budowle. Trzy wysokie, ale wąskie okna na nieopisanej jeszcze ścianie, na lewo od kanapy były niedawno myte i przez czystą szybę do pokoju wpadały promienie porannego słońca.

Światło słoneczne bolało. Wydawało mi się, że oświetlana skóra płonie jakby spryskano ją benzynom i podpalono.

Skuliłam się, a zza moich zaciśniętych zębów dobył się cichy jęk.

„Gzie jestem?” to pytanie przemknęło mi przez głowę. Zaraz, próbowałam zebrać myśli, tam był jakiś facet… Nie to była zjawa. A może… Nie, pamiętam przecież, że on pił moja… a później ja jego krew. W głowie mi szumiało całe ciało było obolałe, a szczególnie nadgarstki, mimo to nie przestałam rozmyślać nad tym co się stał.

Tak, to musiała być jakaś fatamorgana. Kto by pil czyjąś krew? I wtedy usłyszałam! A raczej zaczęłam słyszeć.

Kilka pięter niżej, za oknem silniki licznych stojących w korku samochodów wydawały odgłosy świadczące o ich pracy. Większość kierowców słuchała radia, a jeden rozmawiał przez komórkę z kochanka. Słyszałam też jakieś dziwne dźwięki podobne do melodii wygrywanej na małych bębenkach. Ta muzyka była najbardziej niezwykła. Chciałam wstać, biec i dostać te bębenki w swoje ręce.

I wtedy usłyszałam kroki. Ciche, miarowe uderzenia podeszw bosych stup o podłogę.

Kto?, pomyślałam.

DO salonu wszedł mierzący sześć stóp mężczyzna. Kontrast jego krótkich, czarnych włosów z kredowobiałą skórą rzucił mi się w oczy jako pierwszy. Skoro już mowa o oczach to były ciemnobrązowe, prawie czarne. Miał krwistoczerwone usta i umięśnione ramiona, które mogłam podziwiać bo czarna koszulka miała krótki rękaw i dekolt w szpic. Nigdy, nigdy nie widziałam tak białej skóry, ale w tej chwili mój wzrok padł na moją rękę. Zawsze byłam blada, ale teraz kolor mojej cery przywodził na myśl kości.

Moi kochani, zapewne oczekujecie, że zaraz nawiązał się między nami dialog, z którego dowiedziałam się o wampirach i tak dalej. Zgadłam? Ale nie, bo przez dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w siebie. Ani ja, ani on nie wiedzieliśmy jak zacząć te oświecającą dla mnie rozmowę.

Może wobec pytań jak „Co mi zrobiłeś, skurwysynu?” czy „Gdzie ja u diabła jestem?” to pytanie wyda wam się prozaiczne, ale było pierwszym jakie zadałam:

– Która godzina?

Jego krwistoczerwone usta wygięły się w szeroki, sardoniczny uśmiech.

– Wpół do ósmej.

– Gdzie jestem?

– W moi salonie. Jestem Marek Heron – wyciągnął do mnie bladą rękę i dodał – Witaj wśród wampirów.

Otworzyłam usta i… nie wiedziałam co powiedzieć.

Moi kochani, jeśli któreś z was spróbuje popełnić samobójstwo, zobaczy, że obcy mężczyzna pije jego krew, obudzi się w salonie tego człowieka mogąc słyszeć rozmowy telefoniczne kilka pięter niżej i usłyszy słowa „witaj wśród wampirów” będzie wiedzieć co to mętlik w głowie. Jedynym co zdołałam z siebie wyrzucić było:

– Witaj?

– Tak, witaj. Od wczorajszej… ale w zasadzie było to dziś… nocy, jesteś wampirzym pisklęciem.

Złapałam się za głowę. Wampir to chyba jakiś niesmaczny żart?, spojrzałam na niego. Był to ten sam facet, który wcześniej pił moją krew, albo przynajmniej tak mi się wydawało. Później mój wzrok padł na moją rękę i jego „witaj..” stało się dla mnie bardziej prawdopodobne. Spojrzałam na drugi nadgarstek. Żadnego bandaża, żadnej blizny.

– Kim… ?

– Marek Heron, obecnie. Ale przez wieki miałem wiele imion…

-Dlaczego?

– Bo trudno by mi było w dzisiejszych czasach nazwać się Nero…

– Neron?

– Nero, ale znałem faceta.

Zapadła chwila ciszy a ja znowu wsłuchałam się w melodie wygrywaną przez małe bębenki. Wabiły mnie, kusiły, chciałam biec by je…

–  Co to za…

– Serca, ludzkie serca. Cudowny odgłos prawda? Pewnie jesteś głodna, ale musisz poczekać.

– Na picie…

– Tak, na picie krwi.

Więcej już nie rozmawialiśmy. On gdzieś wyszedł, a ja leżałam bez ruchu na jego kanapie i rozmyślałam. To dziwne, ale my wampiry możemy się nie ruszać nawet latami – tak przynajmniej twierdzi Marek.

Leżałam i rozmyślała. Wampiry, to szaleństwo, ale jeśli… A ja chciałam umrzeć! Co teraz, czy wampiry nie są nieśmiertelne? Jeśli tak to co dalej? Co ja zrobię z tą wiecznością? A co on robi? Cóż, ciągnęłam swój wywód w myślach. Jest bogaty. Ciekawe jaki zarabia? Rozejrzałam się po pokoju. Mój wzrok padł na obrazy. Mówił, że zna… znał Nerona. Jest z Włoch. Ze starożytnego Rzymu. Tak, pewnie tak. A te polowania? Boże! Będę musiała pić krew! Po co on…. Czego on ode mnie chcę?

Wzdrygnęłam się na pierwszą myśl, która przyszła mi do głowy. Spojrzałam na okna. Nie zorientowałam się, ale słońce już zaszło.

Usłyszałam szczęk kluczy w zamku. Wrócił, przemknęło mi przez głowę. I faktycznie wrócił i przyniósł do salonu jasnozieloną, papierową torbę z ciemnozielonym logo drogiego butiku.

– Co w zamian?

– Powiedzmy, że to za piękne oczy – jego krwistoczerwone usta wygięły się w szeroki uśmiech – Jutro kupimy więcej, ale jak na razie masz dość.

Strój jaki miałam włożyć na polowanie był cały czarny; kaszmirowy sweter i leginsy. Nie będę relacjonować naszej rozmowy „czy muszę zabijać” i jego odpowiedzi, że inaczej się nie da.

Udaliśmy się na polowanie. Noc była chłodna, a księżyc zaczął ubywać. Nadal jednak ten, jak mówi Marek „stary przyjaciel” był ledwo po pełni.

Panienka z pod latarni, którą wybrał na mój pierwszy raz Marek była w stereotypowym wdzianku z czarnego lateksu.

– A jeśli się czymś zarażę?

– Jak?

– Przez krew.

– To niemożliwe. No dalej!

– Jak?

– Udawaj klientkę…

– Ja?

– Większość obsługuje…

– A co potem?

– Uduś ją na przykład. Nikogo tu nie ma, masz czas.

Oszczędzę sobie opisywania rozmowy z nią i mojego zażenowania. Przejdźmy do rzeczy.

Moje ręce zacisnęły się na jej szyi. Z jej gardła dobył się pisk, próbowała mnie odepchnąć, ale to nic nie dało. Teraz kiedy to wspominam raz wydaje mi się, że dusiłam ja wieczność, innym razem, że tylko kilka sekund. W końcu jednak dokonałam dzieła. Puściłam, a jej martwe ciało bezwładnie padło na ziemie.

– No dalej – usłyszałam szept Marka.

– Jak?

– Zaufaj instynktowi.

Przyklękłam przy mojej ofierze. Poczułam, że moje kły się wysuwają. W głowie słyszałam słowa Marka „zaufaj instynktowi”. Otworzyłam usta i ukąsiłam ją w szyję.

Kiedy tylko pierwsza kropla krwi dostała się do moich ust, a jej smak dotarł do mojej świadomości znalazłam się w transie. Można powiedzieć, że krew uderzyła mi do głowy. Z pomocą kłów przecięłam całą aortę i zaczęłam pić jak opętana. Krew rozgrzewała mnie od środka, wsiąkała w moje tkanki, miała cudowny aromat i nieziemski smak. Stała się treścią mojego istnienia. Czułam jak ten cudowny, ciepły nektar, pokarm nieśmiertelnych, półbogów…. nie… bogów rozchodzi się po moim zimnym ciele! Nigdy czegoś takiego nie czułam. To wykracza poza możliwości języka, tego się nie opiszę.

Kiedy skończyłam Marek wyjął z kieszeni śnieżnobiałą chusteczkę z pieszczącego skórę materiały. Podał mi ją, a ja wytarłam nią usta.