Noce wampirów Cz. II

Śnieżnobiała koszula kontrastowała z czarnymi marynarką i krawatem. Drogi garnitur leżał na mniej jak druga skóra. Drogi. Czyli jestem bogaty? Większość wampirów jest bogata. Primo, nasze ofiary mają to i owo w portfelach. Secundo, oszczędzamy na jedzeniu. Terzo, lokaty długo terminowe. Co to znaczy dziesięć lat? Ja jestem synem rzymskiego senatora! Żywiłem się krwią gladiatorów, trupów, które pozostały po bitwie i torturowanych przez Święte Oficjum heretyków.

Wracając jednak do historii. Spacerowałem. Księżyc,  mój stary przyjaciel przyglądał się ziemi całą swoją białą jak kości twarzą. Spacer nie był polowaniem. Był bezcelowy. Moje tkanki były już nasycone krwią bezdomnego dziecka. Po co więcej polować? Nie jestem pisklęciem, żeby nie wytrzymać czterech godzin bez odnowy zapasów krwi! Jestem starym, bo tak się dzielimy. Przez pierwszy wiek swojego istnienia jesteśmy pisklętami, niedojrzałymi, wiecznie głodnymi i porywczymi pisklętami. Później rzeczy są już coraz bardziej prozaiczne. Mało, który wampir jest ode mnie starszy, bo wielu z nas popełnia samobójstwo.

Znowu! Znowu rozpisuję się nie wiadomo o czym. Ale to bardzo ludzki odruch. Ludzie lubią pisać. Jeśli chcecie byś nieśmiertelni dam wam rade. Są trzy sposoby na wieczność:

  1. Stać się wampirem.
  2. Robić rzeczy warte opisania.
  3. Pisać opisy warte przeczytania.

Znowu! A przecież na co dzień nie cierpię na słowotok.

Teraz powstrzymam już moją paplaninę i przejdę do opowieści.

Miliardy maleńkich kropelek zimnej wody spadły z chmur, które szybko zakryły niebo. Garnitur, przemknęło mi przez głowę, ale po chwili pojawiła się kolejna myśl. Czy to ważne? Po co przerywać rozkoszny spacer?

Szedłem, więc opustoszałymi ulicami. Kropelki uderzały w moją twardą jak skała, kredowobiałą skórę. Deszcz przestał padać tak szybko i nagle jak zaczął. Szedłem dalej.

Stare rozwalające się rudery, pustostany to często miejsca gdzie ukrywają się psychopaci w tanich dreszczowcach. Mnie osobiście często można tam spotkać pochylonego nad ciałem ofiary. Woń krwi, którą poczułem przechodząc obok tego budynku była szczególna.

Pisałem już, że opisywać wam picie krwi to jak opisywać prawiczką doświadczenia z dziewczyną. Jak opisać jednak te woń? Wyobraźcie sobie, że to jak zobaczyć szczególnie seksowna osobę. Tak seksowną, że aż nie można się powstrzymać, by nie rozebrać jej wzrokiem. Tak tez zrobiłem. Nie, nie rozebrałem wzrokiem! Stanąłem i wziąłem głęboki wdech. Aromat pieścił moje nozdrza, obróciłem się na pięcie w lewo i spojrzałem na budynek.

Podczas spaceru zawędrowałem do o wiele mniej reprezentacyjnych części miasta. Stary pustostan był dwupiętrowy, duże okna miały powybijane szyby. Drzwi leżały w środku.

Wziąłem kolejny wdech. Ta woń uderzyła mi do głowy. Byłem jak w transie. Instynkt zawładną moim ciałem. Instynkt mordercy.

Jak już wspominałem, w moim poprzednim opowiadaniu, my wampiry jesteśmy nadzwyczaj szybkie. Dzięki tej szybkości byłem na drugim piętrze pustostany, zanim wy, ludzie zdążylibyście mrugnąć. Dosłownie.

Nie a dymu bez ognia. Nie ma zapachu krwi bez krwi. Otóż ta krew wypływała z podciętych nadgarstków lewej i prawej ręki. Nuż leżał nieopodal głowy samobójczyni.

Ja, Nero Gaius Sulpicius, a obecnie Marek Heron, wampir od czasów Oktawiana Augusta widziałem wiele kobiet, ale w niej było coś niezwykłego. Długie aż do tali, złote włosy były brudne i pozbawione połysku jak sierść niedożywionego kota. Otwarte oczy były szaroniebieskie, ale ja mający przeszło dwa tysiące lat nigdy nie widziałem tak zimnego, a jednocześnie tak fascynującego odcieniu. Tak, ten kolor mnie w jakiś dziwny sposób fascynuje. Dziewczyna była blada jak trup i nic dziwnego zważywszy na krwistoczerwoną kałuże woku niej. Ciemnoniebieska, flanelowa koszula pasowała do spranych jeansów. Była drobna i mogła mieć około dwudziestki.

Widać było, że umiera. Ale mimo wszystko pozostała przytomna. Spojrzała na mnie i w jej oczach dostrzegłem rezygnacje.

Co robić? Pozwolić, by tak urodziwy kwiat zwiądł? Ocalić i pozwolić, żeby przekwitł? Te oczy, myślałem. Nie ona chce śmierci, pomogę jej.

Nachyliłem się nad nią. Jak kocie pazury z poduszek, tak wysunęły się moje kły. Przez chwilę zastygłem w bezruchu, wziąłem wdech i woń znowu mną zawładnęła. Wgryzłem się w jej szyje i pierś. Odruch ssania zadziałał i poczułem jej krew ustach.

Choć zapach był niezwykły, to smak i doznania już nie. Można powiedzieć, że była seksowna, ale średnia w łóżku. Bez obrazy.

Jej serce zwalniało, jej zamiar był bliski urzeczywistnienia, a moje pragnienie krwi zaspokojone. Co o mnie myślała? Kiedy teraz ją o to pytam odpowiada, że wzięła mnie za majak. Ja bym się wziął za Samaela, Anioła Śmierci.

Byłem zaspokojony, ale jej serce nadal biło, nadal żyła. Ponownie zadałem sobie pytanie czy dać jej umrzeć. Mój wzrok znowu padł na jej szaroniebieskie oczy. Teraz wiedziałem.

Szybki i gwałtowny ruch ręką i mój nadgarstek był tuz przy ustach. Wysunąłem kły. Przyłożyłem lewy ząb do kredowobiałej skóry. Nabiłem na niego nadgarstek i zacząłem przesuwać ręką. Powstawaniu krwawiącej rany nie towarzyszyło mnóstwo bólu.

Moja krew jest czarna jak smoła i trochę gęstsza od ludzkiej. Powoli wyciekała z rany na mojej przegubie. Przykucnąłem tuż obok głowy samobójczyni i podstawiłem jej nadgarstek pod sam nos.

-Pij – szepnąłem.

Krew wampira ma tą niezwykłą właściwość, że Wy, ludzie nie możecie się powstrzymać. Nie możecie się powstrzymać przed wypiciem jej. Jesteście w kontakcie z nią jak my, wampiry w kontakcie z waszą. Chłepczecie ją zachłannie nie mogąc się powstrzymać. Ona też chłeptała, ssała i zlizywała moją krew.

– Dość – powiedziałem i odsunąłem nadgarstek od jej ust.

Dopiero teraz zorientowałem się co zrobiłem. Stworzyłem nową nieśmiertelną, istotę, która chciała umrzeć, ale już nie będzie mogła, wampira z próbą samobójczą na kącie, ewenement! Jako jej stwórca ponoszę za nią odpowiedzialność, przemknęło mi przez głowę. Jeśli będzie wściekła i w napadzie gniewu rozniesie całą okolice? Jak to ukryje? Nie ukryje, wyda się! Ludzie dowiedzą się o nas i powrócą czasy polowań, ale tym razem będą mieli środki, dumałem dalej. Ale ma teraz nowe życie, przyszła mi do głowy całkiem nowa myśl. Wnioskując z jej stroju była bezdomną – sytuacja beznadziejna. Strach i rozpacz przezwyciężyły wole życia. Ale teraz, rozmyślałem. Teraz ma przed sobą perspektywę wiecznego życia. Wiecznego i dostatniego, bo mogę dać jej pożyczkę puki nie stanie na nogi.

Stałem taki i dumałem, tym czasem jej ciałem zawładnęły spazmy. Rany na nadgarstkach – moich i jej – zasklepiły się.

To nie jest odpowiednie miejsce na stanie się wampirzycą, pomyślałem biorąc ją na ręce.