Nieumarli. Rozdział I

[30 LUTEGO 1725 ROKU ERY ODKRYĆ][KONTYNENT DRUGI Z TRZECH – SHATARA]

Szybciej – krzyczał mózg. – Jeżeli cię dopadną, czeka cię ciężki los!

Zwolnij – błagały nogi. – Za chwilę padniesz ze zmęczenia!

Siedemnastoletni Keithel Night biegł przed siebie, przemierzając Ciernisty Las. Musiał uciekać i zostawić za sobą przeszłość. Zrobił coś, za co nie było odkupienia. Mimo młodego wieku stał się grzesznikiem, a na ludzi takich jak on polowali Łowcy.

Choć spotykał ich już od dłuższego czasu, nie miał pojęcia, kim właściwie są ani jakie przyświecają im cele. Wiedział tylko, że go szukali. Był jedynie zwierzyną, a oni upartymi myśliwymi, którzy nigdy się nie męczyli. Nigdy nie jedli ani nie spali. Tylko wciąż podążali za nim. A wszystko to po to, aby go złapać.

***

Chodź do mnie, chłopcze. Jesteś coraz bliżej.

Podążaj za głosem swojego przeznaczenia…

***

– MISTRZUUUU! – przeraźliwy krzyk rozszedł się po całym domu, docierając do ciasnego, oświetlonego lampą naftową pokoiku. Wśród rozłożonych na podłodze pomieszczenia ksiąg siedział drobny, brodaty staruszek ubrany w szarą szatę. Gdy wrzask dotarł do jego uszu, wyprostował się i zaczął czekać.

Wtem do pokoju wbiegła uśmiechnięta od ucha do ucha piegowata dziewczyna o długich rudych włosach, ubrana w zieloną sukienkę. Jej ciemne oczy błyszczały z podniecenia i przejęcia.

– UDAŁO MI SIĘ! UDAAAAAŁO SIĘ! – krzyczała uradowana.

Staruszek popatrzył na nią ze zdziwieniem.

– Udało się? Chyba żartujesz!

– A jednak! Udało się! Naprawdę się udało! – Rudowłosa położyła na biurku dużą ceramiczną donicę. Z nasypanej doń ziemi wystawał fioletowy liść, którego wyhodowanie przeciętnemu zielarzowi zajęłoby ponad ćwierć wieku. Ta oto piętnastoletnia dziewczyna zrobiła to w ciągu tygodnia.

***

Już od najmłodszych lat Melissa Leaf musiała nauczyć się samodzielności. Kiedy rodzice dziewczyny zostali zamordowani, jej dzieciństwo drastycznie dobiegło końca. Ponieważ sama nie miała najmniejszych szans na przeżycie w świecie zamieszkałym przez różnorakie stwory, znalazła pomoc u pewnego człowieka. Był on potężnym czarodziejem, Czołowym Magiem drugiego z trzech kontynentów – Shatary. Zaopiekował się on dziewczynką i pozwolił, by zamieszkała wraz z nim jako jego osobista asystentka i uczennica.

Zielarstwo, do którego Melissa poczuła powołanie, było odłamem magii zajmującym się zastosowaniem różnego rodzaju roślin oraz sporządzaniem magicznych napojów, co zahaczało o inną dziedzinę – eliksirologię.

***

– Niesamowite! – Staruszek z podziwem wpatrywał się w małą roślinkę. – Przecież zasadziłaś go siedem dni temu! Masz wrodzony talent, dziewucho, nie ma co…

– A więc… – zaczęła nieśmiało dziewczyna. – Skoro mi się udało… Czy da mi mistrz… No wie mistrz… Przecież była umowa, że je dostanę! Proszę, tak bardzo proszę!

Stary czarodziej uśmiechnął się dobrotliwie.

– Obietnic trzeba dotrzymywać. Powiedziałem, że dam, kiedy liść wieczności wykiełkuje, więc to zrobię… Choć nigdy bym nie przypuszczał, że uda ci się go wyhodować w jeden tydzień!

Z ust Melissy wyrwał się okrzyk radości i rzuciła się przytulić nauczyciela.

– Ej! Daj spokój! Bo mi kości połamiesz, babo nieznośna – zaśmiał się staruszek, próbując wyswobodzić się z jej uścisku. – Idę je przygotować. A ty… Skocz no do lasu pozbierać trochę muchomorów… Zrobimy sobie dziś na obiad trupią zupę!

Idąc Ciernistym Lasem, Melissa starała się zachować jak najciszej. Nie miała zamiaru przeżywać bliższego spotkania z mieszkającymi na drzewach Fobiami, które od zawsze wzbudzały w niej lęk.

Przez czerwoną kurteczkę i wiklinowy koszyczek przypominała nieco Czerwonego Kapturka, który zbierał muchomory, by podstępnie zamordować swoją starą babcię.

U boku dziewczyny dreptało stare, spasione zwierzątko czarodzieja, zwące się Opiekunem. Stworzenie to – mimo swojej „kotowatej” powłoki – było mieszaniną genetyczną kilku różnych istot, dysponującą gamą niezwykłych umiejętności bojowych, sporo wykraczających poza zdolności domowego kotka.

Opiekun nie został wysłany z Melissą bez przyczyny – był gotów jej bronić, gdyby w czasie wędrówki natrafiła na jakąś nieprzyjemną kreaturę.

W pewnym momencie – gdy dziewczyna schyliła się, by wsadzić do koszyka znalezionego grzyba z czerwonym kapeluszem – do jej uszu dobiegł szelest pobliskich krzaków. Wyprostowała się ostrożnie i cofnęła kilka kroków do tyłu.

Sierść Opiekuna momentalnie zesztywniała, a końcówki włosów napełniły się trucizną. Jego ogon uniósł się ku górze, gotów zaatakować. Tak, tak – zaatakować.

Wówczas krzaki rozstąpiły się, a Melissa ujrzała przed sobą wysokiego, trochę starszego od niej chłopca. Miał krótkie ciemne włosy i zaczerwienione zielone oczy, jakby od kilku tygodni nie zmrużył oka. Ubrany był w granatową bluzę z kapturem, a w ręku trzymał sztylet.

– Coś ty za jedna? – zapytał nieznajomy, na chwilę się zatrzymując. Ciężko dyszał, a jego twarz była zalana potem.

– Ja… Eee… Tego… – Zawstydzona dziewczyna nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa, bowiem rzadko zdarzało jej się rozmawiać z młodzieńcem w podobnym wieku. – Mieszkam tu niedaleko – wykrztusiła wreszcie. – Razem z mistrzem.

Chłopak uśmiechnął się lekko, a gdy spróbował wykonać krok, nogi całkowicie odmówiły mu posłuszeństwa. Upadł na ziemię i nie miał już siły wstać.

– Zostaw mnie tu. I tak mnie znajdą – szepnął i zamknął oczy. Zaczął czekać na to, co prędzej czy później miało nadejść.

– MISTRZU! – krzyknęła Melissa, gdy znalazła się przed malutką, niepozornie wyglądającą chatką swojego nauczyciela, mieszczącą się gdzieś pośrodku Ciernistego Lasu. Cały ten teren otoczony był magicznymi kolumnami, odstraszającymi dzikie bestie zbliżające się do posiadłości.

– MISTRZU! – zawołała po raz kolejny dziewczyna. W jej głosie można było usłyszeć nutkę przerażenia. Twarz młodej zielarki była czerwona z wysiłku – w końcu przez kilkaset metrów ciągnęła za sobą nieprzytomnego chłopca.

Gdy drzwi domku otworzyły się, staruszek wybiegł jej na pomoc.

– Co to za zwłoki mi tu sprowadzasz? Gdzie go znalazłaś? Żyje? – mistrz zasypywał Melissę pytaniami.

– Znalazłam go w lesie… Chyba żyje. – Zastanowiła się jeszcze chwilkę. – Mówił, że ktoś go szuka.

– No dobra… Wezmę go do domu. A ty przygotuj szybko kilka płatków rannego kwiecia. To pomoże złagodzić ból.

– Ból? – zapytała zlękniona dziewczyna.

– Niewykluczone, że jest ranny. Bardzo ciężko ranny.

Melissa pobiegła na tyły domu, gdzie mieścił się „magazyn” – drewniana stodoła, w której przetrzymywali różnego rodzaju rośliny i zioła. Kiedy już zabrała to, po co przyszła, pędem udała się z powrotem w stronę chatki.

Serce dziewczyny biło mocniej. Wciąż zastanawiała się, kim był tajemniczy chłopak, którego znalazła w lesie. Czy dobrze zrobiła, sprowadzając go do mistrza? A co, jeśli ściągnie na nich kłopoty? Jej wątpliwości miały się za chwilę rozwiać.

Kiedy Melissa wróciła do domku, szybko odnalazła pokój, w którym stary czarodziej położył nieprzytomnego chłopca. Zastała swojego nauczyciela z przerażeniem na twarzy.

– Musimy się go pozbyć – wyszeptał, wskazując palcem prawe ramię nieznajomego. – Czym prędzej, tym lepiej.

Pierwszą rzeczą, jaką dostrzegły oczy dziewczyny, była głęboka rana cięta, z której obficie sączyła się krew. Dopiero później zauważyła tatuaż przedstawiający pięcioramienną gwiazdę wpisaną w okrąg, odwróconą jednym wierzchołkiem ku dołowi. Pentagram czarny. Znak Szatana.

– Och! W takim razie… On jest…

– Grzesznikiem – dokończył czarodziej. – Został naznaczony przez Łowców. Pamiętasz, jak ci o nich opowiadałem?

Melissa głośno przełknęła ślinę.

– To sekta, która za główny cel wyznaczyła sobie stworzenie nowego, lepszego świata… Zajmują się odnajdywaniem grzeszników i odsyłaniem ich dusz do Piekieł… Przynajmniej, sami tak sądzą. Są niesamowicie potężni i teoretycznie niezniszczalni. Sam Wszechwładca Trzech Kontynentów, mimo wszelkich starań, nie był w stanie ich powstrzymać.

– A co my mamy z tym wszystkim wspólnego? – pytał dalej czarodziej.

– My… Zajmujemy się magią – wyszeptała dziewczyna. – Magia jest zakazana i tępiona przez Łowców! Jeżeli, poszukując tego chłopaka, odnajdą nas, my także zostaniemy przez nich zabici!

– Bo dla nich każdy, kto sprzeciwia się prawom ich boga, powinien zostać wyeliminowany! A wierz mi, Melisso, nie raz już z nimi walczyłem. Za każdym razem ledwo uchodziłem z życiem i ledwo udawało mi się uniknąć „naznaczenia”, dzięki któremu są w stanie bez problemów odszukiwać uciekinierów. Nie ma takiej magii, która przebije ich ciała. Nie da się ich podpalić ani utopić. Nie potrzebują odpoczynku ani jedzenia, by prawidłowo funkcjonować. Są niezniszczalni. A wiesz, dlaczego…?

Dziewczyna milczała. Czuła się winna, że pomogła człowiekowi, który wkrótce miał sprowadzić na nich kłopoty.

– CZY WIESZ, DLACZEGO NIE DA SIĘ ICH POKONAĆ?! – powtórzył z wściekłością czarodziej.

– Nie wiem – pisnęła cichutko Melissa.

– BO TO, DO CHOLERY, NIE SĄ LUDZIE!

I wówczas do uszu mistrza i jego uczennicy dotarł dźwięk, który wydawał się rozsadzać im głowy od środka. Dźwięk, który zwiastował tylko jedno.

– Nadchodzą – szepnął starzec. – Musimy zabezpieczyć dom! Już za późno na jakiekolwiek próby ucieczki. Zostaniemy zniszczeni i nikt nie będzie mógł nic na to poradzić.

Melissa podbiegła do stojącej na parapecie donicy i wsadziła do niej malutkie ziarenko, z którego natychmiast wyrosło zielone pnącze i zabarykadowało ostatnie już w domu okno.

– Zrobione, mistrzu – powiedziała dziewczyna, odnajdując swojego nauczyciela przy wejściu do chatki, kreślącego kredą jakieś znaki na drzwiach. – Co to takiego…?

– Chronione potężną magią – powiedział mag, wstając.

– Zaraz… – Dziewczyna zastanowiła się przez chwilę. – Czy to czasami nie znaki runiczne? Takie same, jakimi zdobiony jest Ataren!

Nauczyciel skarcił ją wzrokiem, lecz powoli zbliżył się do wiszącej na ścianie gablotki, za szybą której wisiał wielki, zdobiony tysiącami symboli miecz. Krwawy Ataren – najpotężniejszy ze wszystkich Runicznych Mieczy, dający dzierżącemu go człowiekowi nieograniczoną siłę.

– Skoro sam mistrz mówił, że jest w nim ukryta tak wielka moc, dlaczego boi się mistrz go używać?

– Nie mogę go aktywować – odparł stary mag. – Miecz sam wybiera sobie posiadacza. Nie może być inaczej. Dostałem go na przechowanie. Do czasu, aż narodzi się następca jego prawowitego właściciela.

– Czemu mistrz chociaż nie spróbuje?! Przecież to może się udać!

– Nawet, gdybym potrafił go użyć, nie zrobiłbym tego. Ten miecz jest przeklęty.

– Przeklęty…?

– Został stworzony do zabijania i tylko do zabijania można go wykorzystać. Pochłonął już miliony istnień, z każdą ofiarą stając się coraz silniejszy… Sam jego widok napawa mnie trwogą.

Dziwny, przeszywający dźwięk wciąż dochodził z zewnątrz domu. Łowcy byli blisko i nikt nie miał pojęcia, jak się przed nimi chronić. Pozostawało tylko czekać, aż zdarzy się cud.

***

Osiemnastoletni Crossen Tokei biegł przez Ciernisty Las z ponadludzką prędkością.

W jego błękitnych oczach – ukrytych za szkłami okularów przeciwsłonecznych – widniał strach.

Jak mogłem być taki nieuważny! – myślał panicznie. – Znów go zgubiłem… Jeśli Łowcy odnajdą Night’a, będę miał poważne kłopoty. Chyba nie obejdzie się bez ingerencji w plany szefa… Tym razem nie będę miał wyboru. Jeżeli teraz zawiodę… ZGINĘ.

***

Mistrz wszedł do pokoju, w którym leżał wciąż nieprzytomny chłopak. Nad łóżkiem pochylała się Melissa, od czasu do czasu zmieniając opatrunki z leczniczych ziół i rannego kwiecia.

– Ciekawe, po co Łowcy ścigają tego dzieciaka. Nie wygląda na specjalnie groźnego… – ocenił staruszek, po czym wręczył swej uczennicy skórzaną sakiewkę. Przyklejona nań etykietka informowała: „Uwaga! Wersja kamikaze!”. – Zgodnie z umową, Melisso. Daję ci to teraz, aby nie było, że wielki Ureen Vesses z Shatary nie dotrzymał danego słowa.

Dziewczyna z uśmiechem przyjęła podarunek i wycałowała swojego mistrza. Dopiero po chwili zastanowienia stwierdziła, że niezwykle rzadko zdarzało jej się słyszeć imię nauczyciela.

– Mistrzu… – zaczęła nagle – Czy ty wierzysz w to, że uda się nam przeżyć…?

– Musiałby się zdarzyć prawdziwy cud. Nie możemy jednak tracić nadziei, bo tylko to nam teraz zostało. Obiecuję jednak, że będę cię bronił do ostatniej kropli krwi. Dopóki żyję, nie pozwolę, by stała ci się jakakolwiek krzywda.

W tym właśnie momencie leżący na łóżku chłopak poderwał się do pozycji siedzącej i tępo rozejrzał po pomieszczeniu.

– Gdzie… Gdzie ja… Jestem? – zapytał, powoli dochodząc do świadomości. – Co to za miejsce…?

– Nie powinno cię to teraz interesować – rzekł mistrz, podchodząc do łóżka.

– A wy? Kim jesteście? Nie wyglądacie mi na Łowców…

– Ta dziewczyna – zaczął wyjaśniać staruszek, wskazując kciukiem Melissę – znalazła cię w lesie i sprowadziła do mojego domu. Chcąc ratować twoje życie, sami naraziliśmy własne. Teraz powiedz nam, jak możemy powstrzymać Łowców.

– Nie prosiłem o ratunek… – jęknął chłopak. – Wszyscy zginiemy.

Nastąpiła cisza, którą zakłócał jedynie dziwny dźwięk dochodzący z zewnątrz chatki.

– Uciekam od nich już od jakichś ośmiu lat, ale ani razu nie odważyłem się nawet, by z nimi walczyć.

Melissa i mistrz Ureen wymienili zdziwione spojrzenia, powoli analizując każde słowo wydobywające się z ust nieznajomego.

– Osiem lat… – powtórzył powoli stary mag. – Nie! Przecież to niemożliwe! Normalny człowiek…

– Zacznijmy od tego – przerwał mu chłopak – że raczej nie jestem „normalnym człowiekiem”. Nazywam się Keithel Night i od najmłodszych lat jestem poszukiwany listem gończym na wszystkich trzech kontynentach…

Ureen Vesses dobrze wiedział, kim był Keithel Night. Słyszał o nim. Media nazywały go „Bestią z Karien”. Zresztą, nie bez powodu – jego czyny sprawiały, że bezsprzecznie zasługiwał na ten przydomek.

Potężna siła uderzyła w drzwi, próbując przełamać magię Czołowego Maga Shatary.

– Nie wytrzymają zbyt długo – stwierdził staruszek i zwrócił się do Keithela. – Opowiadaj! O wszystkim! Muszę wiedzieć więcej!

***

Wszystko zaczęło się jakieś jedenaście lat wcześniej, późną jesienią, podczas Święta Spadających Liści, gdy do miasteczka Karien zawitał bezwzględny zabójca.

To, co się tam wówczas rozegrało, zostało uznane za jeden z najbardziej brutalnych masowych mordów w historii ludzkości.

Tajemniczy przybysz wydawał się nie być zwykłym człowiekiem, lecz bestią, pozbawioną uczuć maszyną do zabijania. Łzy i błagania nic nie pomogły – morderca nie okazywał litości. Bez względu na wiek i płeć.

A kiedy już wszyscy nieszczęśnicy ponieśli śmierć, zamknął ich dusze w metalowej szkatułce i odszedł równie szybko, jak się pojawił.

Jakiś czas później, stary mag Eathiel odnalazł pięcioletniego Keithela, leżącego w kałuży zakrzepłej krwi swoich rodziców. Chłopiec także już nie żył; przynajmniej teoretycznie. Mimo ran i upływu krwi, jego dusza rozpaczliwie trzymała się ciała. To była jednak kwestia kilku godzin.

Czarodziej wiedział, że jest szansa na uratowanie chłopca. Od dłuższego czasu pracował bowiem nad pewnym „wynalazkiem”, który – udoskonalony do końca – mógł całkowicie zrewolucjonizować świat. To, co pragnął stworzyć, postawiłoby człowieka na równi z Bogiem.

Mag zajmował się badaniami nad nieśmiertelnością, a prototyp jego wynalazku nazwanego „Kryształowym Sercem” mógł przynieść mu wielkie uznanie na wszystkich trzech kontynentach. Właściwie, to liczył na usunięcie Ureena Vesses’a z funkcji Czołowego Maga Shatary, gdyż sam od jakiegoś czasu czaił się na to stanowisko.

Stary czarodziej miał jednak zbyt miękkie serce, by patrzeć na śmierć niewinnego dziecka i z tego właśnie powodu oddał chłopcu Kryształowe Serce, tym samym czyniąc z niego jedynego nieśmiertelnego człowieka na Ziemi.

Niestety, nie wszystko poszło doskonale. Po jakimś czasie okazało się, że Serce nie jest niezawodne – do jego działania potrzebne było „paliwo” w postaci ludzkiej energii życiowej.

Keithel wiedział, że jeżeli sam nie stanie się mordercą, Kryształowe Serce przestanie pracować. Nie wahał się jednak ani przez chwilę – nie miał zamiaru zabijać. Był świadomy, że wkrótce zginie.

Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. Eathiel zachorował. Umierał i nic nie mogło temu zaradzić. W ostatnich chwilach swojego życia, stary czarodziej doświadczył wizji i – wraz z ostatnim tchnieniem – wyjawił Keithelowi imię człowieka, który zamordował jego rodziców.

I wtedy chłopak postanowił zrobić wszystko, aby odnaleźć mordercę. Wszystko, choćby nawet sam musiał zabijać. Nawet, jeśli miałby być nazywany przez ludzi bestią i demonem. Postanowił zemścić się, nie zważając na resztę świata.

Znalazł sobie nowego mistrza. Wciąż doskonalił się, uczył sztuk walki oraz posługiwania się mieczem. Aż wreszcie wyruszył w podróż. Wędrował bez chwili wytchnienia, z każdą ofiarą coraz bardziej upodabniając się do tajemniczego przybysza, który pewnego dnia zawitał do Karien. Przy życiu trzymała go tylko pewność, że człowiek ten wciąż żyje. Był pewien, że odnajdzie go i zabije, choćby to miała być ostatnia rzecz w jego życiu.

Wkrótce jednak pojawili się Łowcy. Pragnąc całkowicie oczyścić świat z grzeszników, za główny cel przyjęli sobie złapanie Keithela Night’a.

Początkowo chłopak nie miał większych trudności z wymykaniem się przeciwnikom, ale wszystko uległo zmianie, gdy został naznaczony. Dzięki magicznej pieczęci – którą umieścili na jego ramieniu – mogli wytropić go, dokądkolwiek by się udał.

Tak właśnie zaczęła się ucieczka, w której nie było czasu na odpoczynek.

***

Gdy Keithel Night zakończył opowiadać historię swojego życia, nastąpiła cisza. Melissa i mistrz Ureen wpatrywali się z trwogą na stojącego przed nimi chłopaka. Żadne z nich nie wiedziało, co powiedzieć.

Nagle rozległ się potężny huk. Już tylko sekundy dzieliły wroga od przełamanie magii starego czarodzieja.

– Melisso… – odezwał się wreszcie mistrz. – Możliwe, że uda nam się przeżyć… Mamy na to niewielką szansę, ale jednak jakaś jest. Ty – zwrócił się do Keithela – wpakowałeś nas w te tarapaty, więc nas teraz z nich wyciągniesz.

– Mówiłem już, że…

– Zamknij się i słuchaj uważnie – przerwał mu Ureen. – Przed wieloma laty miejsce miała straszliwa wojna, w której wykorzystano najpotężniejszą broń, jaką kiedykolwiek widział świat.

– Krwawy Ataren… – szepnął chłopak, przypominając sobie słyszane w dzieciństwie opowieści.

Staruszek skinął tylko głową i kontynuował:

– Kiedy bitwa dobiegła końca, właściciel miecza zginął. Wówczas Ataren trafił pod moją opiekę, gdzie miał pozostać do czasu, aż narodzi się następca jego prawowitego posiadacza i przybędzie tu, by odzyskać swoją własność… Myślę, Keithelu Night, że nie trafiłeś tu bez przyczyny. To przeznaczenie sprowadziło cię do mojego domu!

W tym właśnie momencie drzwi chatki eksplodowały. Łowcy wtargnęli do środka.

– Ofiaruję ci Krwawego Atarena – mówił dalej Ureen – a ty wykorzystasz go, by uratować nas wszystkich. Najpierw jednak musisz mi coś obiecać. Gdyby coś mi się stało… Gdybym zginął… Zabierzesz stąd moją uczennicę i będziesz jej strzegł, choćby od tego miało zależeć twoje życie.

Keithel skinął głową. Nie wahał się ani przez chwilę.

– Niech tak będzie. Dziewczyna wyruszy wraz ze mną, a ja zapewnię jej najlepszą możliwą ochronę.

– Zawarliśmy umowę – powiedział Czołowy Mag Shatary. – Mam nadzieję, że dotrzymasz danego mi słowa. Teraz jednak nie mamy już więcej czasu. Melisso, zaprowadź go do miecza.

Młoda zielarka skinęła głową i już miała odejść, lecz coś ją powstrzymało.

– Mistrzu… A ty? Co będzie z tobą?

– Ja powstrzymam Łowców, jak długo tylko będzie się dało.

– Ale przecież… Nie dasz im rady….

– IDŹCIE JUŻ – warknął ostro staruszek. – Robię to, co do mnie należy. Chronię swoje dziecko.

Mistrz przygotował swoją różdżkę i ruszył na spotkanie z nieprzyjaciółmi.

Było ich trzech; każdy ubrany w biały garnitur – „służbowy strój” Łowców – i trzymający w ręku olbrzymią kosę. W skład grupy wchodziła niewiarygodnie wysoka kobieta o bladej cerze i długich, sięgających do pasa ciemnych włosach oraz dwaj identyczni mężczyźni – najprawdopodobniej bracia bliźniacy – o krótkich jasnych włosach i piwnych oczach.

– Nie przyszliśmy po ciebie, starcze! Jesteśmy tu z powodu Keithela Night’a – oznajmiła Łowczyni, od razu przechodząc do sedna sprawy. – Wiemy, że ukrywa się w tym domu. Wydaj go nam, a odejdziemy, nie czyniąc nikomu krzywdy.

Mistrz nic się nie odezwał. Wyciągnął przed siebie różdżkę, celując w przeciwników.

– Chcesz walki? – zapytali chórem bracia-ksero. – Jesteś tego pewien?

– Zaczekajcie! – powstrzymała ich kobieta, mierząc wzrokiem stojącego przed sobą człowieka. – Czy to nie czasami Ureen Vesses? No tak, no tak… Jakże raduje się moje serce! Dziś przed sądem naszego pana staną dwie grzeszne dusze! Ureenie Vesses, skazuję cię na wieczne cierpienia w otchłaniach Piekieł! – Zaśmiała się szaleńczo i wykonała zamach kosą. Krew trysnęła na wszystkie strony.

Jednakże nie była to krew Czołowego Maga Shatary. Minęło kilka sekund, nim Łowcy spostrzegli, że na podłodze – zamiast staruszka – leżał spasiony kot, który własnym ciałem uchronił swojego właściciela.

Mistrz Ureen odskoczył zwinnie do tyłu i wyszeptał potrzebne zaklęcie.

Łowczyni przekoziołkowała w powietrzu i uderzyła o ścianę. Normalny człowiek nie przeżyłby tego ataku, lecz ona się do takich nie zaliczała.

– Teraz to mnie zdenerwowałeś, dziadku. – Kobieta podniosła się z podłogi. – Panie mój, stwórco wszechrzeczy! Daj mi cząstkę swej mocy, bym mogła ukarać tego grzesznika!

Keithel odebrał od Melissy Krwawego Atarena, ostrożnie chwytając za pokrytą znakami runicznymi rękojeść miecza.

– Robi wrażenie – mruknął chłopak, oglądając broń. – Tylko jakoś nie potrafię wyczuć tej jego „wielkiej mocy”…

– Keithel… – zaczęła nieśmiało młoda zielarka. – Nie pozwól im skrzywdzić mojego mistrza, dobrze?

– Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by spełnić twoją prośbę.

Wtedy rozległ się donośny huk.

Keithel i Melissa wymienili przerażone spojrzenia. Żadne z nich nie było w stanie się poruszyć. Bali się tego, co mieli wkrótce ujrzeć.

– Chodźmy – szepnęła dziewczyna.

I poszli, by stawić czoła wrogom.

– MISTRZU! – krzyknęła Melissa, rzucając się w kierunku rannego nauczyciela. – Mistrzu… Błagam, nie umieraj! Nie możesz teraz umrzeć!

Leżący w kałuży krwi staruszek spojrzał na nią pustym wzrokiem.

– To wszystko moja wina! – szepnęła dziewczyna łamiącym się głosem. – Nie chciałam, żeby to wszystko tak się skończyło! Mistrzu… Proszę, zostań ze mną!

Tuż obok szlochającej Melissy, na wprost dzierżącego legendarny miecz Keithela Night’a stanął trzyosobowy oddział Łowców.

– Witaj, chłopcze – rzekła blada kobieta. – Wreszcie się spotykamy. Szkoda tylko, że za chwilę będę musiała cię zabić.

– Nie działajmy pochopnie – odezwali chórem mężczyźni wyglądający na braci bliźniaków. – Znalazł się w posiadaniu Krwawego Atarena. Może pozabijać nas wszystkich!

Niewiele myśląc, Keithel rzucił się w kierunku przeciwników.

Łowcy złapali się za ręce i odmówili krótką modlitwę ochronną.

Keithel odbił się od wytworzonego wokół przeciwników pola siłowego, przeleciał przez pokój, uderzył głową o ścianę i osunął się na podłogę, pół metra od mistrza Ureena.

– Hej… – szepnął czarodziej, ostatkiem sił odwracając głowę w kierunku młodzieńca. – Weź resztki mojego życia i zniszcz ich…

Keithel wiedział, jak wygląda sytuacja i nie dał się więcej namawiać. Chwycił staruszka za twarz i przymknął oczy, rozpoczynając proces pochłaniania energii. Ciało mężczyzny z wolna rozsypało się w proch.

– Regeneruje się! – warknęła kobieta. – ZABIJCIE GO! TERAZ!

Mężczyźni wyciągnęli przed siebie kosy i skoczyli w kierunku Keithela.

Chłopak, bez wystarczającej ilości energii życiowej, nie miał najmniejszych szans przeżyć atak. Zamknął oczy i czekał na śmierć.

Jednakże nic się nie wydarzyło. Mijały sekundy, a on nadal żył.

Keithel rozejrzał się i ze zdumieniem odkrył, że wszyscy Łowcy zastygli w bezruchu, jakby zatrzymani przy użyciu magii. Wyjątkowo potężnej magii, którą nie dysponował nawet Czołowy Mag Shatary.

– Ale jazda! – rozległ się głos stojącego na progu chatki chłopaka. – Zdążyłem w ostatniej chwili!

Miał może osiemnaście lat; krótkie siwe włosy i błękitne oczy, ukryte za szkłami okularów przeciwsłonecznych. Ubrany był w białą koszulę z długim rękawem i czarne spodnie sztruksowe.

– Nazywam się Crossen Tokei. Jestem zegarmistrzem – wyjaśnił, uśmiechając się promiennie, po czym uniósł w górę podpięty do szlufki spodni kieszonkowy zegarek.

Melissa zamarła. Słyszała kiedyś o zegarmistrzach i ich zdolnościach. Podobno zajmowali się manipulacją czasoprzestrzeni, a powodowane przez nich zaburzenia rzeczywistości stanowili wielkie zagrożenie dla całego wszechświata.

– Czemu nam pomagasz? – zapytał nieufnie Keithel.

– Głupio by było, gdybyś teraz zginął – odparł Crossen. – Mój pan ma co do ciebie wielkie plany… Dlatego musisz żyć. Przynajmniej na razie. Macie pięć dni na ucieczkę. – Odwrócił się na pięcie w stronę wyjścia i odszedł.

Keithel i Melissa bez słowa przygotowali niezbędny ekwipunek i opuścili dom starego maga, by ruszyć w stronę najbliższego miasta – Esardii.

Melissa wzięła ze sobą prowiant, latarkę, podręczną księgę zaklęć, kilka gatunków ziół leczniczych oraz sakiewkę, którą podarował jej mistrz na kilka minut przed śmiercią.

Keithel zabrał jedynie Krwawego Atarena, którego moc dalej pozostawała nieznana…

***

Wędrowali przez las już od kilku godzin, nie zatrzymując się ani na chwilę.

Musieli czym prędzej znaleźć schronienie. Kiedy zajdzie słońce, zbudzą się złe moce.

– Mówiłeś – odezwała się niespodziewanie Melissa – że twoi rodzice zostali zamordowani…

– Prawda – przytaknął jej towarzysz.

– Moi także. Ja sama cudem uniknęłam śmierci. Więc… Chcesz odnaleźć tego człowieka, tak?

Chłopak skinął głową.

– A skąd wiesz, gdzie go szukać?

– Nie wiem. Ale znajdę go. Obiecałem sobie, że pomszczę śmierć moich rodziców i tak zrobię. Bez względu na wszystko.

Dziewczyna nie odezwała się. Nie miała pojęcia, co powiedzieć.

– Wciąż pamiętam tamten dzień – rzekł Keithel. – I ten śmiech, który do dziś prześladuje mnie w snach… – Chłopak zacisnął pięści. – Nienawidzę tego człowieka i z niecierpliwością wyczekuję dnia, w którym stanę z nim twarzą w twarz… A wtedy… Asel Slay zniknie z tego świata…

Melissa zatrzymała się. Na jej twarzy malowały się różne uczucia – strach, smutek, zdziwienie i wściekłość.

– Powiedz mi, Keithel… – zaczęła powoli młoda zielarka. – Wierzysz w to, że naszym życiem kieruje jakaś wyższa siła?

– Chodzi o „przeznaczenie”? Czemu pytasz?

– Mistrz Ureen chyba miał rację… Nie trafiłeś do naszego domu przez przypadek. Moi rodzice zostali zamordowani przez tę samą osobę. Los chciał, abyśmy połączyli nasze siły. Wiedz, że zrobię wszystko, by pomóc ci odnaleźć tego człowieka.

***

[1 MARCA 1725 ROKU ERY ODKRYĆ]

[GDZIEŚ]

Crossen Tokei wkroczył do wielkiego pomieszczenia i stanął na wprost gigantycznego posągu kozła o trzech rogach.

– Wybacz panie, byłem zmuszony ingerować… – powiedział zegarmistrz.

Co z chłopakiem? – zapytał głos dochodzący ze wszystkich stron jednocześnie.

– Żyje.

Doskonale. Pozostałe obiekty?

– Bez zmian – wciąż przebywają w ukryciu. Możemy się jednak spodziewać, że spróbują dotrzeć do Night’a.

W takim razie – trzeba działać szybko. Gdzie on teraz jest?

– Wyruszył w podróż z pewną dziewczyną. Młodą zielarką, uczennicą Ureena Vesses’a z Shatary. Jeśli wierzyć słowom jasnowidza, chłopak złożył obietnicę, że się nią zaopiekuje. A człowiek taki jak on pokłada dane słowo ponad własne życie.

Czyżbyś coś sugerował, Crossen…?

– Owszem, panie. Melissa Leaf jest jego jedyną słabością. Pójdzie za nią choćby do Piekła. A my możemy to wykorzystać.

Wspaniale, Crossen. Wyślemy Hayato, on sprowadzi dziewczynę. A za nią, przybędzie tu Keithel Night… Wtedy zdobędę nieśmiertelność i… STANĘ SIĘ BOGIEM TEGO ŚWIATA!

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz