Morrigan: Posłanka Bogów – Rozdział II

MorriganPosłanka Bogów

Rozdział II


Iluminacja różnokolorowych świateł przyprawiała Maggie o zawrót głowy. Do tego dochodziły przekraczające dopuszczalną normę decybele muzyki, a raczej hałasu. Maggie nie słyszała swoich myśli i nie potrafiła ich na niczym skupić. I nie tylko na jej uczucia wpływała nadmierna ilość wypitego alkoholu.
– Chciałabym już jechać do domu – zwróciła się do siedzącego obok niej młodego mężczyzny. Ale on był zajęty rozmową z kolegami. Musieli głośno krzyczeć żeby się wzajemnie usłyszeć. Maggie szturchnęła go lekko łokciem a gdy się do niej odwrócił powtórzyła:
– Jestem zmęczona. Jedźmy już.
Johann uśmiechnął się delikatnie. Chociaż miał w swoich żyłach tyle alkoholu, że nie jeden wprawiony mężczyzna odsypiałby już pod stołem, ale po nim prawie niczego nie było widać. I za to go kochała – za młodość, siłę i witalność w każdej dziedzinie życia.
– A jak wytłumaczymy to Michell’owi? – zapytał.
– To twój kolega. Wymyśl coś – odpowiedziała mu wprost do ucha i uśmiechnęła się kusząco. Delikatnie pogłaskała go po dłoni.
Johann przeprosił swoich konwersujących znajomych, wstał od stolika i poszedł szukać Michell’a. Znalazł go tańczącego na parkiecie. Koło niego tańczyła długonoga, długowłosa blondynka. Nie widział jej twarzy ale cała jej figura była bardzo pociągająca. Johann położył rękę na ramieniu przyjaciela. Ten odwrócił się zaskoczony ale nadal nie przestał tańczyć.
– Dzięki za zaproszenie! My będziemy się już zbierać ale inni chyba jeszcze zostaną! – krzyczał mu do ucha. – Jeszcze raz wszystkiego najlepszego i powodzenia. – Przy ostatnich słowach Johann poklepał łagodnie przyjaciela po plecach. Ten puścił mu porozumiewawczo oko i uśmiechnął się dwuznacznie. Johann odwrócił się i wolnym krokiem zbliżył się do stolika, przy którym siedzieli jego koledzy i Maggie. Pożegnał się z nimi i skinął na dziewczynę. Maggie ożywiła się już nieco na samą myśl opuszczenia dyskoteki i udania się do domu. Wyszli na świeże powietrze trzymając się czule za ręce.
Gdy już znaleźli się na parkingu dziewczyna zatrzymała się znienacka. Johann chciał się zapytać co się stało ale ubiegła go zarzucając mu ręce na szyję i całując prosto w usta. Ich języki spotkały się na chwilę. Pragnął ją objąć, czuł jak wzbiera w nim niepohamowana żądza i już wyciągnął dłonie, żeby ją do siebie przytulić ale zwinnie wyślizgnęła mu się prawie z samych objęć. Przeklął sam siebie w myślach za swoją opieszałość i niezdecydowanie. Zły na samego siebie nie odezwał się ani słowem do Maggie, tylko odwrócił się na pięcie i podszedł do swojego samochodu. Dziewczyna pobiegła za nim. Wyłączył przyciskiem przy kluczach alarm i otworzył drzwi, najpierw swojej towarzyszce a potem sobie jak prawdziwy gentelman. Maggie bez zastanowienia wskoczyła na przednie siedzenie pasażera i zatopiła się w aksamitnym pokrowcu. Chłopak zamknął za nią drzwi i dopiero usiadł za kierownicą.
– Gdzie chcesz jechać? – zapytał zapinając pasy.
– Moich rodziców dzisiaj nie ma w domu. Pomyślałam, że moglibyśmy to jakoś wykorzystać i zrobić sobie jakieś prywatne przyjęcie. Co ty na to? – jej głos był miękki i kuszący niczym śpiew słowika. – Poza tym… – zaczęła szeptać.
Johann nie słyszał jej słów i musiał się ku niej nachylić. Poczuł jej ciepły oddech na policzku i język wnikający w ucho. Bez zbędnych słów zapalił silnik samochodu a Maggie włączyła radio. Z piskiem opon wyjechali z parkingu.
– Możesz poszukać innej stacji, ta mnie męczy? – zapytała kusząco.
Johann poprzyciskał kilka przycisków na konsoli i z głośników zamiast ogłuszającego techno zaczęła płynąć cicha ballada.
– Kiedy kupiłeś nowy samochód?
– Kilka dni temu dostałem go od mamy, jeszcze nawet nie miałem kiedy go ochrzcić.
Maggie uśmiechnęła się do swoich myśli. Johann widział jej reakcję kątem oka i zapytał podejrzliwie:
– To ty znowu kombinujesz?
– Nic. – Odpowiedziała niewinnym głosem. – Pomyślałam tylko, że dzisiaj byłaby świetna okazja żeby go jakoś ochrzcić.
Przy tych słowach położyła lekko dłoń na kolanie Johanna. Chłopak nie patrzył na rudowłosą, kuszącą piękność siedzącą obok niego. Skupiony był na prowadzeniu samochodu. Za chwilę mieli zjechać ze spokojnej autostrady na bardziej zatłoczoną ulicę. Johann bał się, że w każdej chwili może stracić panowanie nad kierownicą. Ale Maggie nie dawała za wygraną.
– Przestań. – powiedział stanowczo gdy poczuł jak jej dłonie zaczynają głaskać jego jądra. Jedną ręką puścił kierownicę i próbował zrzucić dłonie dziewczyny. Jej głowa co raz bardziej pochylała się nad jego brzuchem. Ręce zaczęły mu się pocić i nagle kierownica wyślizgnęła mu się z dłoni.
– PRZESTAŃ! – krzyknął jednocześnie naciskając z całej siły pedał hamulca. Pisk opon na wilgotnej jezdni był nie do wytrzymania. Na ułamek sekundy odwrócił głowę i spojrzał na Maggie. Ale ta chwila wystarczyła żeby doprowadzić do tragedii. Zobaczył coś kątem oka. Coś mu mignęło czarnego jakby ptak. Ponownie stracił panowanie nad kierownicą. Spróbował ją chwycić. Udało mu się ale nie wyprowadzić samochodu z poślizgu. Zacisnął zęby z wysiłku i złości, żeby nie krzyknąć na dającą mu nad uchem upust swemu przerażeniu dziewczynę.
Nagle odczuli uderzenie, silny wstrząs i samochód zatrzymał się uderzając w barierkę. Zobaczyli jeszcze jak załamane drzewo spada na nich rozbijając przednią szybę. W tej samej chwili ogłuszył ich zgrzyt zgniatanego dachu i Johann poczuł jeszcze silne uderzenie w bok samochodu od strony kierowcy. Więcej już niczego nie usłyszeli. Nie zobaczyli także wielkiego, czarnego kruka, który nagle pojawił się nie wiadomo skąd i kracząc głośno, jakby ogłaszał wszystkim swoje zwycięstwo, siadł na zmiażdżonym dachu samochodu, tuż nad głową kierowcy.

*

Przed oczami migotały jej różnokolorowe światła jakby nadal była w dyskotece. Ale nie słyszała żadnej muzyki tylko jakiś dziwny dźwięk. Pomyślała, że śni się jej jakiś western bo wyraźnie rozróżniała rżenie konia. Chciała się obudzić, otworzyć oczy ale za bardzo ją bolały. Tańczące kolory były zbyt jaskrawe. Nie wiedziała co było ich przyczyną ani dlaczego powoli zaczynały zwalniać swój szaleńczy taniec, rozmywać się i znikać. Po chwili otaczała ją tylko pustka i ciemność. Ból oczu także stawał się coraz mniejszy.

Modliła się, żeby być u boku ukochanego gdy otworzy oczy. Nie wierzyła swoim myślom. Ukochanemu, dziwne ale do tej pory nigdy tak o Johannie nie myślała. Była jeszcze młoda, pragnęła zagarniać życie rękami a teraz? Przystojny był, to prawda. Mądry, miły i, co dla nie było najważniejsze, bardzo bogaty. Spełniał każdą jej zachciankę za odrobinę pieszczot a dla niej to był tylko czysty interes. Czasem ją pytał czy coś do niego czuje ale często obywał się milczeniem zamiast odpowiedzi. Teraz jednak, w obliczu zbliżającej się śmierci wszystko nagle traciło na wartości. Maggie dopiero teraz, w tak dramatycznych okolicznościach uświadomiła sobie, że czuje do Johanna coś znacznie głębszego niż do tej pory myślała. Nadal jednak nie umiała nazwać tego uczucia.

Po chwili zdołała otworzyć oczy. Nadal siedziała w samochodzie a na sobie dostrzegła kawałki szkła z rozbitej szyby. Całe jej ubranie było poprzecinane i zakrwawione. Nie odczuwała jeszcze bólu ale wiedziała, że ten ból niedługo przyjdzie.
Dziewczyna spróbowała odpiąć trzymające jej ciało pasy bezpieczeństwa ale nie mogła ruszyć ręką. Całe ciało miała jak sparaliżowane. Mogła jedynie obracać głową. Odwróciła ją w kierunku kierowcy i łzy popłynęły jej z oczu z bezsilności. Johann leżał nieprzytomny i nie dawał żadnych oznak życia. Jego klatka piersiowa, z której wystawał wbity kawałek szkła także nie unosiła się i nie opadała.
– Johann, kochanie. Johann – mimowolnie wyrwało się jej z ust. Ale chłopak nawet się nie poruszył.
Maggie zaczynała odczuwać ból i dziwny ucisk na głowie – jakby coś nią podtrzymywała. Domyśliła się, że podtrzymuje zgnieciony dach. Nagle poczuła tak silny ból w skroniach, że musiała zamknąć oczy. Zanim straciła przytomność zdawało się jej, że słyszy jakieś ludzkie głosy na zewnątrz samochodu i jakby krakanie kruka. Po chwili utonęła w mroku.

Rżenie konia – odgłos, którego zupełnie nie spodziewałaby się w niebie ani w piekle. Na dłoni poczuła coś wilgotnego, letniego i mięsistego zarazem. To coś systematycznie uderzało ją lekko jakby chciało żeby otworzyła oczy. Z tego samego źródła dochodziło do jej uszu także końskie rżenie. Maggie była lekko zdezorientowana nieznaną sytuacją. Była pewna, że przekroczyła już granicę między życiem a śmiercią i że jest już w niebie. Potwierdzało ją w tym uczucie błogiej lekkości, jakby unosiła się w powietrzu. Poza tym nie odczuwała żadnego bólu i nic nie ograniczało jej ruchów. Siedziała na czymś i przypomniała sobie pewien mit. Nie pamiętała z której religii pochodził ale wiedziała, że pojawiał się w nim most prowadzący do bramy bogów. Co prawda czuła jakiś dziwny ciężar przytwierdzony do pleców ale wiedziała, że to tylko skrzydła.
Nie miała się już czego obawiać. Koń, który teraz ocierał się nozdrzami o jej dłoń musiał należeć do jednego z herosów – pięknego, młodego, który zapewne po nią przyjechał. Chciała na niego spojrzeć, uśmiechnąć się i jakoś mu podziękować. Zrobiłaby dla niego wszystko czego by tylko sobie zażyczył. Otworzyła oczy ale uśmiech zamarł jej na ustach. Na pewno nie była w raju. Znajdowała się na ogromnej polanie, na której niby w ogrodzie z baśni rosły najpiękniejsze kwiaty. Maggie chciałaby je zerwać, rozkoszować się ich zapachem. Ale jak mogła to zrobić skoro siedziała w końskim siodle. Łeb zwierzęcia odwrócony w jej stronę był jak najbardziej rzeczywisty. Wpatrzone wymownie w nią oczy były pełne troski o swoją panią.
– Spokojnie – jej głos był obcy, głębszy i doroślejszy. Maggie nie wiedziała gdzie się znajduje, co robi z mieczem przytroczonym do pleców i tarczą przy łęku siodła.
Przyglądała się jak urzeczona białym, wysokim murom, basztom i różnorodnym flagom powiewającym na potężnym zamku. Do jego właścicieli zapewne należał ogród, w którym się teraz znajdowała i do głównej bramy prowadził brukowany trakt wiodący przez środek ogrodu. Maggie z wysokości widziała grupki ludzi krzątających się wokół zamczyska. Z odległości nie rozróżniała kolorów szat i płci zebranych ludzi.
Jej wierzchowiec zastrzygł niespokojnie uszami ale nadal nie spuszczał z niej oczu, jakby chciał jej coś powiedzieć. Dziewczyna wyciągnęła z lekkim wahaniem rękę i dotknęła nią łba zwierzęcia. Zwierzę jakby się uspokoiło, zmrużyło oczy i położyło uszy po sobie gdy je pogłaskała. Koń poddawał się jej pieszczotom. Jego sierść była ciepła i przyjemna.
Do uszu Maggie doleciały z wiatrem jakieś pojedyncze słowa i krzyki. Zobaczyła poruszenie wśród ludzi zebranych pod murami zamku. Wierzchowiec także widocznie je usłyszał bo ponownie nastawił pionowo uszy i parsknął zniecierpliwiony. Maggie zawsze miała bujną wyobraźnię i marzyła o przygodach, o życiu u boku księcia, turniejach rycerskich. Teraz jej marzenia się urzeczywistniały choć wiedziała, że tak naprawdę tylko straciła kontakt z rzeczywistością.
– Sprawdźmy co ich tak poruszyło – powiedziała na wpół do siebie a na wpół do wierzchowca i ścisnęła mocno piętami jego boki.
Koń jakby zrozumiał co do niego powiedziała. Zarżał w odpowiedzi, odwrócił łeb w stronę zamku i ruszył galopem przed siebie. Maggie bała się, że przy pierwszym ruchu konia wypadnie z siodła i na wszelki wypadek chwyciła się go mocno rękami ale nic takiego się nie stało. Wręcz przeciwnie, zdała sobie sprawę z tego jak wyśmienicie współgra z ruchem zwierzęcia – zupełnie jakby urodziła się w siodle. Bez strachu puściła siodło i dała się ponieść wierzchowcowi. Razem gnali niemal z szybkością błyskawicy i po chwili zatrzymali się pod murami zamczyska.
Wrzawa i krzyki nagle ucichły i wśród zgromadzonych ludzi zaległa konsternacja. Wszyscy ustąpili z drogi ognistowłosej, uzbrojonej wojowniczce w zbroi.
– Co się tutaj stało? – zapytała Maggie lekko zeskakując z siodła na ziemię. Wśród tłumu rozległy się szepty i niektórzy spoglądali na stojące wokół siebie kobiety, mężczyzn i dzieci nie wiedząc co powinni robić.
Maggie widziała ich stroje, różnobarwne, bogate i najpiękniejsze jakie można zobaczyć tylko u aktorów grających w filmach kostiumowych. Złote naszyjniki, obrączki, kolczyki i drogie kamienie, za które zabiłby niejeden człowiek aż kapały z tych ludzi.
Nieoczekiwanie wszyscy: i młodzi i starzy, i najprzystojniejsi młodzieńcy i najpiękniejsze niewiasty w całym królestwie padły przed nią na kolana. Dziewczyna także nie bardzo wiedziała jak powinna się zachować w takiej sytuacji.
– Wstańcie – powiedziała zawstydzona choć w głębi duszy jej się to podobało.
– Nie godzi się, Pani. – starszy, około siedemdziesięcioletni mężczyzna spojrzał na nią pokornie i nieśmiało. – Nasze i króla modlitwy zostały wysłuchane. Tylko ty możesz uratować nasze królestwo i księcia Jonatana.
Z każdym jego słowem wśród zebranych podnosił się coraz głośniejszy pomruk aprobaty.
– Pomóż nam, o potężna Morrigan – ostatnim słowom starca towarzyszył niemal krzyk tłumu.
A więc tym dla nich była. Była boginią Morrigan. Maggie uśmiechnęła się do swoich myśli.
– Ale czego ode mnie oczekujecie?
– Jeśli książę Jonatan umrze tron Youngshire obejmie jego kuzynka i ciemność zapanuje nad światem. Jesteś naszą ostatnią nadzieją.
Dziewczyna spojrzała mu głęboko w oczy i zrobiło się jej żal tych wszystkich zgromadzonych przed zamkiem ludzi. Chociaż nie wierzyła w to, że może im w jakikolwiek sposób pomóc postanowiła chociaż zobaczyć tego księcia. Maggie odwróciła się w milczeniu i lekko wskoczyła na siodło. Wierzchowiec bez rozkazu ruszył stępa i dostojnie zbliżali się do głównej bramy zamczyska. Była zamknięta ale wystarczyło kilka potężnych uderzeń masywną rękojeścią miecza by zza opustoszałych na pierwszy rzut oka murów ukazała się głowa wartownika.
– Z rozkazu następczyni tronu nakazuję wam rozejść się do domów! W przeciwnym razie będziemy zmuszeni rozpędzić was siłą! – strażnik krzyknął z murów nawet nie spoglądając w dół i już miał odejść gdy niespodziewanie usłyszał butną odpowiedź:
– Otwórz bramę albo sama wejdę.
Maggie nie patrzyła w górę i strażnik nie mógł dostrzec jej twarzy. Zaśmiał się tylko widząc młodą dziewczynę.
– Może się troszkę zabawimy? Co dasz mi w zamian? – zaśmiał się obleśnie.
– Darowałabym ci życie ale sprzeciwiłeś się bogini i straciłeś swoją szansę.
Podniosła głowę i zobaczyła paniczny strach w oczach wartownika, który dopiero teraz poznał siedzącą na koniu kobietę.
– Otwierać bramę! Otwierać bo łby poucinam! – rozległo się na murach.
Za późno, pomyślała Maggie. Twoja i tak spadnie.
– To bogini Morgu! Otwierać!
Hałas i harmider opanował cały dziedziniec. Tupot nóg, zgrzyt podnoszonej bramy i otwieranych mosiężnych wrót dobiegł do uszu dziewczyny a ona tylko uśmiechnęła się złośliwie. Zebrani nieopodal mieszkańcy królestwa w milczeniu przyglądali się jak mocniej zacisnęła palce na rękojeści obusiecznego miecza a wolną ręką odczepiła od łęku siodła żelazną, okrągłą tarczę.
Przygotowaniom bogini nie towarzyszył żaden dźwięk zwiastujący zbliżające się wydarzenia. Bez ostrzeżenia wpadła niczym burza na plac zamkowy. Niespodziewający się niczego rycerze zostali zupełnie zaskoczeni atakiem bogini.
Maggie opanował morderczy szał, którego nie była w stanie opanować. Najbliżej niej stojący wojownik zdążył tylko otworzyć szeroko oczy ze zdumienia ale nie wydał z siebie żadnego jęku – jego odcięta głowa wykonała krwawy półokrąg w powietrzu i upadła pod nogi innego wojownika w momencie gdy miał zaatakować dziewczynę. Maggie uśmiechnęła się złośliwie gdy napastnik poślizgnął się na przeszkodzie i jak kłoda runął na ziemię. Bogini nie zsiadając z konia bez namysłu przebiła mieczem serce ofiary. Utworzony wokół niej krąg napastników zacieśniał się coraz bardziej. Morrigan nie wyciągając oręża z ciała rycerza rzuciła tarczę na ziemię, oparła się na nim i jak o tyczce wyskoczyła z siodła. Wylądowała przed mieczami trzech wojowników ale zanim ci zdążyli zorientować się co się dzieje, potężnym cięciem pozbawiła ich głów. Usłyszała świst ostrza przecinającego powietrze tuż za swoimi plecami ale było już za późno aby mogła uniknąć ciosu. Poczuła zimne ostrze na swojej szyi ale po chwili jej szyderczy śmiech rozległ się złowrogo po całym placu zamkowym. Ostrze nawet nie przecięło skóry bogini. Odwróciła się przodem do napastników i cięła mieczem szybciej od błyskawicy. Przykucnęła i przyglądała się z satysfakcją jak jej ofiary padły na ziemię – kilku nie miało kończyn i paru miało na pół poprzecinane tułowia. Pozostali napastnicy stanęli w miejscu nie wiedząc co czynić i przyglądali się przykucniętej bogini. Maggie uznała, że nic złego już jej nie grozi. Podniosła się, dostojnym krokiem podeszła do leżącej nieopodal tarczy i podniosła ją z ziemi. Wierzchowiec stał spokojnie w miejscu, w którym ognistowłosa bogini zeskoczyła z siodła jakby na nią czekał. Wyostrzony słuch dziewczyny ostrzegł ją przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Uniosła tarczę na wysokość swojej szyi i odwróciła się na pięcie. Tarcza zatrzymała się na szczęce rycerza, w którym Maggie bez trudu rozpoznała wartownika z murów.
– Dobrze się bawisz? – zapytała ironicznie.
Mężczyzna nie odpowiedział. W powietrzu dał się słyszeć suchy trzask jakby ktoś łamał drzewo. Wartownik wypuścił oręż i rękami złapał się za wypadające, krwawiące zęby.
– Su… – zaczął ale nie zdążył dokończyć przekleństwa. Morrigan ostrzem miecza przebiła mu krtań w pół słowa. Strażnik padł martwy u jej stóp. W jego oczach malowało się bezgraniczne zdumienie. Pozostałym rycerzom jakby odeszła chęć do walki z ognistowłosą wojowniczką.
Maggie nie kontrolowała swego umysłu ani ciała – miała wrażenie, że ktoś obcy w nim zamieszkał. Podświadomie także wiedziała co ma robić i mówić.
– Od tej chwili ja przejmuję ten zamek – ogłosiła wyniośle spoglądając na skonfundowanych obrońców. – Bez mojej zgody nikt nie może wejść ani opuścić placu zamkowego dopóki nie zobaczę się z księciem Jonatanem albo królem Ethelredem.
– Ciekawe jak nas powstrzymasz.
Jeden z obrońców hardo podniósł głowę. Wśród pozostałych rycerzy rozległy się ledwo słyszalne żarty. W tej samej chwili, jakby na potwierdzenie decyzji bogini ziemia się zatrzęsła, popękała i rozstąpiła w wielu miejscach ukazując piekielne otchłanie. Na oczach obrońców zamku ze szpar powstałych w ziemi zaczęły wychodzić ubrani w żelazne zbroje zastępy wojowników. Obrońcy zaczęli cofać się widząc ich śmiertelnie blade oblicza i nieruchome, jarzące się upiornym blaskiem oczy.
– Oni będą pilnować porządku. – Po tych słowach Maggie skierowała swe kroki do bramy prowadzącej do zamku a jej armia szczelnie otoczyła załogę twierdzy.

Kruk nagle poderwał się do lotu. Zgromadzeni na ślubie goście, którzy po wypadku odprowadzili rodzinę królewską prawie do komnat i ustawili się w oczekiwaniu pod drzwiami, usłyszeli krzyk przeklętego ptaszydła. Co niektórzy bardziej mściwi mężczyźni mieli zamiar chociaż przegonić kruka gdyby nie udało im się go tym zabić tym razem. Ale czarny posłaniec nie leciał w ich stronę tylko spokojnie siadł na ramieniu ognistowłosej dziewczyny stojącej po drugiej stronie korytarza. Patrzyła przez chwilę na zgromadzonych jakby była zaskoczona ich widokiem.
– Opuść to miejsce. Twój podopieczny nie jest tu mile widziany – odezwał się w imieniu zgromadzonych gości jeden z mężczyzn. Dziewczyna po bogactwie jego stroju domyśliła się, że jest on jakąś ważną osobistością w królestwie.
– Słyszałam, że teraz w imieniu króla Ethelreda ktoś inny wydaje polecenia. – dziewczyna wolno ruszyła w stronę zgromadzonego kwiatu rycerstwa Youngshire.
– Jak śmiesz mi się sprzeciwiać dziewko! – szlachcic poczerwieniał ze złości.
Dziewczyna stanęła tuż przed nim.
– Rozstąpcie się.
Zaśmiał się nerwowo słysząc jej słowa. Kruk siedzący na jej ramieniu zaskrzeczał jakby ostrzegając weselnych gości. Dziewczyna w tym samym momencie położyła dłoń na głowni miecza.
– Nie chciałaś po dobroci. To przeklęte ptaszydło udławi się twoimi długimi, rudymi kudłami! – mężczyzna także sięgnął po swój oręż.
Dziewczyna jednak okazała się szybsza. Nikt nie zauważył kiedy dobyła miecza, zadała cios i ponownie schowała oręż do pochwy. Usłyszeli tylko przeraźliwy krzyk bólu i dłoń nieszczęśnika upadła mu pod nogi. Kruk nawet na ułamek sekundy nie ruszył się z miejsca.
– Moi wojownicy opanowali już dziedziniec.
Jakby na potwierdzenie jej słów w korytarzu pojawił się rycerz, którego widok przeraził zebranych. Jego oczy były martwe a czaszka i dłonie obdarte ze skóry.
– W imieniu Morrigan rozejdźcie się – jego głos dochodził z najgłębszych zakamarków piekieł. Przerażeni goście rozstąpili się i Maggie mogła już bez przeszkód wejść do królewskich komnat.

**

Książę Jonatan leżał nadal nieprzytomny. Wokół jego łoża poukładano mnóstwo kwiatów i podarków ale nawet para królewska z wolna traciła już nadzieję. Królowa Kathrina cały czas płakała siedząc na łożu syna i trzymając księcia za rękę. Król natomiast postanowił błagać bogów o pomoc. W tym celu udał się też do swojej komnaty. Nie mógł jednak skupić myśli. Nie umiał sobie przypomnieć żadnych modlitw ani innych bogów prócz jednej. Na usta cisnęła mu się tylko bogini wojny, Morrigan.
– Modlitwy nic tutaj nie pomogą. Tutaj potrzeba czarów.
Królowa spojrzała wściekle na Uriel.
– Nie potrzebujemy twoich rad, wiedźmo – syknęła przez zęby.
– Gdyby nie ja w ogóle by nie żył – Uriel zaśmiała się sarkastycznie.
Niestety królowa Kathrina dobrze o tym wiedziała. Gdyby nie te czary, na których wspomnienie czuła obrzydzenie to… Ostrze z rany mógł wyjąć każdy ale nie każdy potrafił sprawić, żeby martwy człowiek ponownie zaczął oddychać. Królowa nigdy nie zgodziłaby się na pomoc Uriel, mimo tego, że zgodę na to wyraził jej królewski małżonek, gdyby nie to, że ta wiedźma należała do ich najbliższej rodziny.
– I co z tego skoro jest w śpiączce! – królowa nie panowała już nad swoimi nerwami.
– Obudzi się ale pod kilkoma warunkami. – odparła spokojnie Uriel.
Królowa szeroko otworzyła oczy z przerażenia.
– O czym ty mówisz?!
Zerwała się z łoża księcia i rzuciła się na wiedźmę. Razem upadły na podłogę. Dłonie Kathriny zacisnęły się na szyi Uriel tak mocno, że czarownica nie mogła złapać oddechu. Drzwi do sąsiedniej komnaty rozwarły się energicznie i w progu stanął król Ethelred.
– Klątwy i tak nie zdejmiecie – głos Uriel był już ledwo słyszalny.
Król widząc co się dziele podbiegł do walczących kobiet i siłą odciągnął żonę od czarownicy. Uriel wolno wymasowała szyję, na której jednak pozostały ślady i krwawe zadrapania po palcach królowej. Po chwili podniosła się z ziemi i dumnie spojrzała w oczy króla. Kathrina w między czasie ponownie usiadła na łożu księcia Jonatana.
– O co poszło? – król zapytał żony. Z jego głosu emanowała wściekłość. – Ona uratowała Jonatanowi życie.
– I rzuciła na niego klątwę. Też mi pomoc.
– To prawda? Co to za klątwa?
Uriel stała przy kominku tak jak przedtem, zanim zaatakowała ją Kathrina i nawet nie odwróciła głowy w stronę Ethelreda.
– Wybranka księcia, jego przeznaczenie musi zdobyć złote serce Jonatana i przynieść je na zamek.
– Przecież to… – król tak bardzo się przeraził, że słowa zamarły mu w gardle.
– Jej miłość musi być silniejsza od śmierci.
– Wiesz przecież, że może tego dokonać tylko ktoś, kto jest obeznany w magii. Dlaczego to zrobiłaś? Przecież wybranką Jonatana i tak jest twoja córka.
– Mam swoje powody – odparła tajemniczo nadal przyglądając się ogniowi płonącemu w kominku.
– Bądź przeklęta.
– Przeklęty jest ten kruk, który zniszczył uroczystość.
Odwróciła się i spojrzała królowi prosto w oczy.
– Wynoś się stąd.
– Dobrze, i tak tu wrócę. – czarownica spojrzała jeszcze tylko dumnie na królową i wyszła z komnaty. Gdy tylko przekroczyła jej próg poczuła jak nogi się pod nią uginają. Naprzeciwko niej stała bogini Morrigan.


C.D.N.
Konrad Staszewski

 

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz