Mgliste Lochy

…Tak, tak! Nie zmyśliłem tej historii. Naprawdę istnieją Mgliste lochy. Trzeba tylko uwierzyć, że się je odnajdzie, a wtedy odkrywcy nie ominie nagroda.
Stary bajarz przerwał na chwilę swą mowę, po czym podjął znowu.-Opowiadałem tę historię już wielu osobom, lecz żadnej o ile mi wiadomo, nie udało się odnaleźć tego miejsca. Mam nadzieję, że tobie się uda.
-Być może znalazłbym, te całe Mgliste lochy, gdybym miał na to czas i ochotę. Ale na co mi to? Jestem bogatym i wpływowym człowiekiem. Niepotrzebne mi żadne nagrody, ani wiara w te bajki. Ale dziękuję, za ciekawą opowieść. Masz tu starcze kilka srebrników.-To mówiąc zrobił gest, którego nigdy się nie dopuścił. Sypnął kilka monet na stół, nie po to aby wesprzeć bajarza, ale po to aby go upokorzyć. Potem opuścił domostwo, w którym aktualnie przebywał. Starzec pożegnał go jedynie cichym westchnieniem.
Po wyjściu od starca, mężczyzna skierował swe kroki na wschód, ku swej willi. Zapadł zmrok, jedynie, w niektórych oknach, w kamieniczkach można było dostrzec nikłe płomyki świec. Mirus Karos, bo tak nazywał się owy człowiek, był tęgiej budowy ciała. Zazwyczaj chodził ubrany w strój, którym najczęściej mogli pochwalić się ludzie należący do najwyższej warstwy społecznej. Dzisiaj w skład stroju weszły: czarne gustowne buty, eleganckie płócienne spodnie, oraz zdobiony jednoręczny miecz, który dumnie zwisał, przypięty do pasa. Na tors została nałożona biała koszula, zaś na nią czarna skórzana kurtka. Postać ma czarne włosy, piwne oczy oraz gładko ogoloną twarz.
Maszerował dalej, równym, spokojnym korkiem, gdy nagle poczuł silny ból z tyło głowy, stanął niepewnie w miejscu. Czuł spływającą mu po szyi, strużkę jakiejś cieczy. Nastąpiły gwałtowne zawroty głowy, po czym upadł na zimny bruk. Został napadnięty i ogłuszony.
***
Ocknął się w jakieś jamie. Był związany, półnagi, bez broni i wypchanej po brzegi złotem, sakwy. Na dodatek wciąż doskwierał mu nieznośny ból głowy. Wkoło niego nie było nikogo. Najwyraźniej po rabunki, zostawiono go tutaj na pastwę dzikiej zwierzyny. Był w nienajlepszej sytuacji. Znikąd pomocy, a Jego wołanie o pomoc odbijało się tylko głuchym echem, w głąb jaskini. Mirus nie omal nie rozpłakał się. Zawsze żył w luksusie, teraz był zdany tylko i wyłącznie na łaskę i niełaskę świata. Po chwili załamania, przyszedł czas na racjonalne myślenie. Na początku należało znaleźć ostre narzędzie, aby przeciąć wiążący go sznur. Znalazł! Znalazł kawałek szkła, leżący tuż przy nim. Po wielu próbach udało się. Był wolny. Wyszedł z jamy, znajdował się w niewielkim zagajniku. Wkoło rozciągały się tylko tereny leśnie i łąki. Ani jednej siedziby ludzkiej. Bogaty właściciel majątku ziemskiego, szanowany i wpływowy, w jednej chwili stracił wszystko. Stał się dosłownie nikim. Przypomniały mu się słowa bajarza, który wspominał coś o Mglistych lochach. Prawdopodobnie śmiałem, który się w nie zapuści, otrzyma nagrodę o jakiej marzył. Gdyby okazało się to prawdą, Jego kłopoty mogły by ustąpić miejsca dobrobytowi. Gdy był w położeniu przed napadem, nie zaprzątał sobie głowy, takimi bzdetami. Teraz gdy stoczył się i uderzył głową o samo dno i w dodatku zgubił się w nieznanym mu lesie, postanowić zawierzyć swemu szczęściu i ruszył przed siebie. Prędzej czy później, znajdzie te lochy, lub jakichś ludzi. Oba warianty są dla niego korzystne.
W tym okresie dni były ciepłe, to dobrze, bo inaczej zmarzłby w samych tylko spodniach. Problem nastąpi, gdy nadejdzie noc, wtedy może darzyć się przymrozek, ale o tym pomyśli później. Ruszył. Było południe, więc komary i inne plugastwo tych ziem, nie doskwierało mu zbytnio. Obawę stanowił fakt, że sam do końca nie wiedział, gdzie zmierza, oraz strach przed atakiem Muragów. Muragi to drapieżniki, wyglądem przypominające wilka, lecz znacznie od niego większe. Muragi mają odstające, szpiczaste usze, spłaszczony pysk, oraz zakręcony jak u świni ogon. Bawra ich sierści to brąz, przeplatany z jasną żółcią. Mogą śmieszyć swym wyglądem, lecz tak naprawdę są zmorą, dla samotnych wędrowców. Występuję niemal wszędzie.

 

Pozostanie w jaskini, byłoby rozsądniejszym wyjściem, jeśli chodzi o obronę przed bestiami, ale na jak długo? W końcu musiałby ją opuścić, a zdobyć pokarm, a wtedy byłby dla nich łatwym łupem. Przemieszczając się, ma szansę na ucieczkę, zdobycie pożywienia, oraz co najważniejsze, odnalezienie ludności. Tak, opuszczenie jamy było najmądrzejszym rozwiązaniem. Niestety wciąż pozostawał problem pożywienia, wody, oraz co najważniejsze ubrania i oręża. Nim dotrze do terenów zamieszkałych, lub lochów (o ile w ogóle tam dotrze), może minąć wiele dni. Przez ten czas będzie zdany wyłącznie na siebie. Natura nie wyposażyła człowieka, tak jak ptaków w kości pneumatyczne i skrzydła, ani jak ssaków drapieżnych w pazury i kły. Obdarzyła go jednak bardziej rozwiniętym mózgiem, dzięki któremu człowiek może przetrać. To właśnie ten narząd pozwoli przetrwać Mirusowi Karusowi.

 

***

 

Zapadł niechciany wieczór. Przez całą kilkugodzinną podróż szlachcic zdołał zdobyć jedynie kilka jagód i dość chrustu, by móc rozpalić ognisko, ponadto odnalazł odpowiednie miejsce na obóz. Był to kanion, otoczony stromym, wysokim zboczem, tylko od południa zabrakło skalnej ściany. To właśnie tam postanowił rozpalić ogień, aby być całkowicie bezpiecznym przed Muragami, które wyruszają na łowy głównie w nocy i o świcie. A powszechnie wiadomo, że zwierzęta boją się panicznie ognia. Iskrę zdołał zaprószyć, ale pozostały główne problemy: jedzenie i odzież. W celu zdobycia tych rzeczy, mężczyzna postanowił dokładnie przeszukać kanion. W skale nie było wykutych żadnych jaskiń, zaś na zewnątrz, nie wydać było żadnych kufrów ani skrzyń, w których można coś schować. Znudzony, dalszymi poszukiwaniami człowiek, począł wracać do ogniska, W drodze powrotnej potknął się o jakiś przedmiot wystający z podłoża. Okazała się nim być zakorkowana butelka, z małą figurką ludzika w środku. Postać ubrana była i wyglądała, jak Mirus przed napadem. Gdy mężczyzna pojął, kogo tak naprawdę ona przedstawia, odrzucił ją z krzykiem. Czuł strach, lecz po chwili go opanował. Podszedł do naczynie i podniósł je. Kolejną ciekawostką jaką odkrył, był wypalony napis na szyjce butelki, który odruchowo przeczytał na głos.:
-Amis, Detis, Kenis!
Korek wystrzelił, a przedmioty zaczął się wydalać dym, o zapachu siarki. Nastąpił oślepiający błysk. Gdy mężczyzna odzyskał wzrok, pył już ulotnił się, a przed nim dumnie stanęło Jego lustrzane odbicie, które przemówiło, dobrze znanym mu głosem.
-Witaj!- Barwa głosu była identyczna jak u Mirusa.
-Kim jesteś?- Odparł przerażony szlachcic.
-W pewnym sensie Tobą.
-Ale jakim cudem?- Padło kolejne pytanie, lecz zamiast odpowiedzi mężczyzna dostał „swoją” kurtkę.
-Masz, załóż to.
Karos posłusznie spełnił polecenie, było mu teraz cieplej.
-Może usiądziemy? Mam ze sobą pyszną kuropatwę, wystarczy upiec.- Zaproponowało lustrzane odbicie.
-Usiądźmy- Zgodził się tylko dlatego, że był potwornie głodny.
Po skończonym posiłku, z ust szlachcica padło kolejne pytanie:
-Jakim cudem jesteśmy tacy sami?
-Nie jesteśmy.-Odparł spokojnie tamten.- Ja jestem silniejszy. Ty jesteś jedynie pionkiem w grze, którą mam Ci pomóc wygrać.
-Nie rozumiem.
-Nie musisz, wiedz tylko, ze ty jak i inni mieszkańcy jesteście nikim, w porównaniu z waszym władcą.
-Co?
-Tak, tak! Już wiesz jakie to uczucie, mieć nad sobą kogoś silniejszego, komu nie można się przeciwstawić.
-Ale co…?
-Musisz odnaleźć Mgliste lochy. Tylko tyle musisz wiedzieć.
-A co jeśli tego nie zrobię? I o co Wam wszystkim chodzi, z tymi lochami?
-Wolałbyś nie wiedzieć, co Ci zrobię. Co do drugiego pytania, dowiesz się w swoim czasie, żegnaj.
Kolejny błysk, po którym lustrzane odbicie zniknęło. Z powodu nadmiaru wrażeń, szlachcic miał dziś ciężką noc.
Następnego ranka zbudziły go kropelki rosy, które delikatnie pieściły Jego policzek. W nocy dzięki kurtce, nie zmarzł, lecz na Jego ciele, komary urządziły sobie krwawą ucztę. Po przypomnieniu sobie wczorajszych wydarzeń, Mirus zabrał się za jedzenie wczorajszych resztek. Po posiłku, przyszedł czas na przemyślenie dalszych kroków. Mógł iść dalej szukać ludzi, bądź poszukiwać tych Mglistych lochów, albo zostać tutaj. Na dobry początek, lepiej zostać, zorganizować jakieś zapasy i zdobyć broń. Po pięciu dniach poszukiwań, udało się zebrać sporo jagód, które zaspokoją Jego głód i jednocześnie pragnienie.
Nadszedł dzień, w którym trzeba zdecydować, w jakim kierunku trzeba się udać. Pobyt w kanionie był bezpieczny, lecz pozostawały takie problemy, jakie zmusiły go do opuszczenie jamy. Metodą losowania padło na północ. Jego celem, było odnalezienie ludzi, bądź lochów.

 

Po kilkugodzinnej podróży, natknął się na jakiś otwór w ziemi, przykryty gałęziami. W głąb schodziło się po lekko opadającej ścieżce, więc problemów z dostaniem się tam nie było. Po wejściu do środka, mężczyzna szybko stwierdził, że są to legendarne Mgliste lochy,. Poznał je po unoszącej się w nich mgle. Prócz mgły, nie różniły się niczym innym, od innych tego typu instytucji. Mirus zaczął je przeczesywać, w poszukiwaniu wskazówek. W najdalej odsuniętym, od wejścia pomieszczeniu, znalazł tajemniczy przedmiot. Był nim mały, niebieski sześcian. Po Jego dotknięciu, wszystko wokół szlachcica zawirowało, straciło kształt i barwę.
Po chwili wszystko się uspokoiło, lecz nie znajdował się już w lochach. Znalazł się z powrotem w mieście i to w okresie, tuż przed napadem. Był w swoim ubraniu, ad o pasa ponownie miał przypięty miecz, Tym razem mężczyzna był przygotowany. Zrobił szybki obrót, jednocześnie wyjmując miecz z pochwy, po czym wykonał błyskawiczne cięcie wzdłuż brzucha napastnika. Atak był celny. Ostrze przeszło przez ciało, niczym nóż przez masło. Zostawił rannego zbója, który właśnie wykonywał manewr wycofania się i ruszył dalej ku swej willi, próbując to wszystko pojąć. Nie znalazł sensu, w tej historii, nie zmienił się. Nadal był egoistą i tyranem. Nadal dbał tylko o swój interes, lecz zapamiętał jedno. W każdej historii, musi być ziarnko prawdy.

 

 

Komentarze co do moich opowiadań, proszę zamieszczać na blogu. Adres podany jest w profilu.