Matka Herezji – Prolog

Matka Herezji

Prolog:

Przepowiednia

Nikt nie pamiętał jak miała na imię ani skąd pochodziła. Pojawiła się znikąd pośrodku Targu. Kupcy i sprzedawcy z najrozmaitszych miast oferowali swoje wyroby. Wśród tłumu przewijali się też drobni rabusie i mordercy. A ona szła przez sam środek. Usuwali się jej z drogi zarówno zamożni i ubodzy i to bynajmniej nie dlatego, że była silna czy miała broń. Wręcz przeciwnie. Ci, którzy z daleka już słyszeli jej głos ostrzegali pozostałych. Ale nawet najtwardsi uciekali gdy tylko ją zobaczyli. Kiedyś chcieli ją spalić na stosie, uważali ją bowiem za czarownicę ale Rycerze Watykanu wyraźnie tego zabronili – zakazali grożąc mękami piekielnymi w lochach Wielkiej Świątyni i po śmierci.
A wygląd? Wyglądem rzeczywiście mogłaby wystraszyć nawet samego Papieża a ten ponoć samego diabła się nie bał.
– Ona przybędzie i zniszczy Was wszystkich! Nikogo nie oszczędzi! Ten czas już nadchodzi! Podepcze Wasze ołtarze, będzie tańczyła na Waszych stołach i będzie piła krew z Waszych czaszek, psy! Zapamiętajcie moje słowa, – Podbiegła do jednego ze straganów, zerwała z wystawy czerwony szal i rzuciła go na ziemię przed swoimi stopami. – bo to będzie linia Jej królestwa! Rzeka krwi, która się potoczy po Waszym Plugawym Mieście! – Zaśmiała się szyderczo. Kawałek dalej, udając, że jej nie słyszą, kupcy upychali na siłę swoje produkty komu się dało.
– Obniżę Jaśnie Panu cenę. – Sprzedawca uśmiechał się przymilnie. Patrzył na stojącego rycerza a jego oczy aż się uśmiechały, żeby jeszcze wyciągnąć od niego parę monet. Rzadko przychodziły do niego tak ważne osoby. Oszacował go wzrokiem. Musiał być majętny. Zbroja ze szczerego złota, długi miecz w wysadzanej klejnotami pochwie. Sam koń musiał kosztować majątek. – Dołożę Panu jeszcze to sukno, po obniżonej cenie. Połowa ceny. Najlepszy gatunek. Lepszego nie znajdziesz Ja?nie Panie.
– Lepiej mi powiedz co to za kobieta. – Jego oczy spoważniały i cień przetoczył się po jego twarzy. Teraz już nie był uśmiechniętym czterdziestolatkiem ale mężem gotowym na wszystko. Zauważył to także sprzedawca.
– Która Panie? – Zapytał z przerażeniem w oczach. Przed sobą miał mordercę o bezlitosnym spojrzeniu.
– Ta która ośmieliła się nazwać Święte Miasto Plugawym Miastem?
– A ta. – Odpowiedział lekceważąco sprzedawca. – Nie zwracaj na nią uwagi, Panie. To szalona kobieta. – W momencie gdy wypowiedział ostatnie słowo splunął z obrzydzeniem na ziemię. – To wiedźma przeklęta. – Nikt nie usłyszał jego ostatnich słów bo kobieta znów zaczęła krzyczeć.
– Bądźcie przeklęci wszyscy rycerze, Wy, którzy nazywacie się Sługami Pana. Niech Was piekło pochłonie. Tego już nie mógł znieść. Odwrócił się w stronę dobiegającego go krzyku. Teraz przed nim rozstępował się tłum. Szedł majestatycznym, dostojnym krokiem a jego krwista peleryna miękko odbijała się od okutych żelazem butów. Stanął naprzeciwko niej z ręką na rękojeści miecza.
Nawet na niego nie spojrzała. Stała do niego tyłem i drewnianą laską kreśliła jakieś znaki na ziemi.
– Nie życzę sobie więcej takich herezji na tej Świętej ziemi! – Zagrzmiał rycerz.
– Odezwał się jeden z psów.
Nawet się nie odwróciła. W odpowiedzi usłyszała zgrzyt wyjmowanego miecza. Dopiero teraz się odwróciła ale tylko bokiem. Spojrzała na niego a jemu nogi się ugięły pod jej widokiem. Spojrzał i utonął w jej niebieskich jak ocean oczach. Miał przed sobą piękną, młodą kobietę. Mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Nie potrafił oderwać wzroku od jej gibkiego ciała, od pełnej, falującej piersi. Długie, jasne włosy lśniły w promieniach wschodzącego słońca. Miał przed sobą księżniczkę ubraną w długą, białą suknię z niebieskimi falbanami i bufiastymi rękawami. Stał przed nim ideał kobiety, nie rozumiał dlaczego wszyscy przed nią uciekali. Przecież chropowaty głos starej kobiety, który ją charakteryzował nie mógł być powodem takiego zachowania ludzi.
Stał jak sparaliżowany. Zerwał się silny wiatr i odsłonił zbrojne ramię do tej pory ukryte pod płaszczem.
Wszyscy ujrzeli czerwony krzyż z zaostrzonymi końcami. Na krzyżu były jakie? Litery w nieznanym im języku. Ramiona były owinięte cierniową koroną.
Wszyscy w milczeniu patrzyli jak wyjął swój miecz i ukląkł przed nią na prawe kolano. Oręż spoczął na metalowym nagolenniku. – Zauroczyła go. – Krzyknął jeden z mieszczan i podbiegł do rycerza. Chwycił go za rękę i chciał odciągnąć ale rycerz odepchnął go z taką siłą, że tamten wzbił się w powietrze i upadł na ziemię niczym kamień. Leżąc trzy metry dalej Zwijał się z bólu, niezdolny podnieść się z ziemi. Nagle niebo się zachmurzyło i nie wiadomo skąd uderzył piorun prosto w mieszczanina. Płomienie objęły biedaka i po paru sekundach pozostał z niego tylko popiół. Gapie cofnęli się z przerażeniem. O tej porze roku, w środku lata od kilku stuleci nie było żadnej burzy.
Ale ani rycerz ani kobieta nawet nie drgnęli.
– Przyjmij mnie na swojego sługę, o Pani. Chcę być na każde Twoje wezwanie. Przyjmij moje serce i rządź nim. – Chwycił jej dłoń i przyłożył do ust.
Teraz dopiero się odwróciła i stanęła przed nim w pełnej okazałości. Nadal klęczał z opuszczą głową.
– Wiedziałam, że przybędziesz, Werterhauserze.
Podniósł wzrok i dopiero teraz zrozumiał dlaczego wszyscy przed nią uciekali. To nie była kobieta, to była hybryda. Doleciał go smród gnijącego mięsa. Stała przed nim kobieta – demon. Jedna jej połowa była ciałem anioła ale druga szatana. Wystające kości. Twarz zaropiała i owrzodzona. Zamiast oka miała pusty dół toczony przez robactwo. Płaty poszarpanego mięsa zwisały jej z żeber. Na głowie miała resztki włosów. Uśmiechnęła się i zobaczył ostatniego zęba czarnego jak czeluści piekła. Miała na sobie tylko połowę sukni więc dopiero teraz zobaczył całą jej „urodę”. Dreszcz przebiegł po całym jej Ciele ale już nie mógł cofnąć rycerskiej przysięgi.
– Ty weźmiesz pod swoja opiekę Przeznaczenie całej ludzkości. – Zaśmiała się szyderczo.
Nic nie odpowiedział.
– Wstań i zabierz mnie do domu.
W milczeniu wstał. Podprowadził konia i posadził ją w siodle. Sam szedł obok prowadząc zwierzę za uzdę. Wszyscy ustępowali mu z drogi. Nigdy jeszcze nie mieli takiego widowiska. Po ich odejściu długo jeszcze stali w milczeniu i dopiero po kilkunastu minutach otrząsnęli się z wrażenia i, jak gdyby nigdy nic, wrócili do swoich straganów.


Konrad Staszewski, Morgan Claire Le Fay

 

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz