Kto powiedział „Aaargh” ?

Uciekłszy od rodziny, a zanim spotkaliśmy się w Górach Libanu, Ad-ari-ann z Sumerii chwytał się wielu zawodów: był najemnym żołnierzem w Babilonie, gladiatorem w Ugarit, rabusiem grobów w Kam-t, wykidajłą w nocnej karczmie Megiddo, połykaczem węży w Aszur, łowcą czarowników w Mari. Tym razem jednak los zaniósł go na zachód do stolicy Imperium Keftiu, gdzie w stołecznym Knossos, roztrwoniwszy resztki skarbu zbójców zaciągnął się był w rozpaczy do grupy awanturników, którzy pod wodzą pięknej pani kapitan rodem z Troi, umyślili płynąć na zachód, na krańce świata, w poszukiwaniu Wysp Cynowych…

Przechyliłem się przez burtę Delfina i rzygałem jak sto demonów piekieł.
–Lepiej? – spytał, gdy przerwałem na chwile.
–Chyba… trzymaj butelkę! – kolejna partia zielonkawych wymiocin powędrowała za burtę.
–Pierwszy raz widzę, żeby demon rzygał?
Nie odpowiedziałem, nie miałem nastroju. Jak do tej pory znosiłem podróż całkiem dobrze, aż dwa dni temu nadszedł sztorm. Dopadł nas nim zdążyliśmy dobić do brzegu i niemal rozszarpał statek na strzępy. Przez całą noc płynęliśmy niesieni wiatrem na zachód, aż wreszcie nad ranem gwałtowny podmuch zerwał wreszcie żagiel i od tej pory niosły nas tylko fale. Wreszcie koło południa wiatr osłabł na tyle, że dało się wylać wodę, wyciągnąć wiosła i rozejrzeć za jakimś brzegiem. Od tego czasu jednak regularnie składałem daninę Okeanosowi, niechybnie dała znać ciążąca nade mną klątwa, bo przecież od stuleci nic nie jadłem. Ad‑ari‑ann znosił to z godnym bogów spokojem.

Nagle zagrała muszla.
­–Kapitan wzywa – powiedział pocierając butelkę.
Wyprysnąłem na świeże powietrze, opadłem na deski przy dziobie pokładu patrząc jak mój pan Sumeryjczyk znika za resztkami żagla.

Kapitan stała na rufie, tuż przy sterniku, krzepkim, czarnogrzywym Dareusie z Cymerii.
–Nie wie wiem, gdzie jesteśmy. Wiatr zniósł nas daleko ze szlaku. Statek przecieka. – zaczęła bez ogródek. – Musimy co rychlej przybić do jakiegoś lądu. Płyniemy na południowy-zachód. – wskazała ręką na lewo od dziobu.
Ad‑ari-ann wiedział, co teraz nastąpi. Keftiańskim zwyczajem żeglarze mieli prawo wysłuchać decyzji kapitana i dorzucić kilka słów od siebie. Dziwni lud ci wyspiarze. Nawet ich króla, Minosa wybierała rada arystokratów. Zwykli dużo gadać, tam gdzie trzeba było działać, ale rządzili połową świata. Nelia i tak postawi na swoim, zwłaszcza, że sternik zawsze stał za nią murem, a w razie potrzeby potrafił sięgnąć po swój ciężki spiżowy labrys, by pokazać kto naprawdę rządzi na pokładzie. Pogadają, pojęczą, że chcieliby wracać do domu, a potem i tak popłyną na zachód ku nieznanym wybrzeżom. Wiatr nadal wiał ze wschodu, na powrót było za późno. Tydzień wiosłowania pod warunkiem, że Delfin wcześniej się nie rozleci szarpnięty większą falą, a oni nie pobłądzą. Skoro nawet on, syn pustyni to wiedział, to i żeglarze Neelii, twarde wygi, choć zbierane w różnych portach od Byblos przez Knossos po Troję, nie zaprzeczą. Pozostawała im tylko żegluga w nieznane w nadziei, że trafią na jakąś wyspę, albo wybrzeża Libii. Sztorm zresztą przetrzebił najmniej ostrożnych. W sumie stracili pięciu żeglarzy i prawie drugie tyle wojowników. Tylko kowala Hefajstona wraz z jego świtą Okeanos miłosiernie oszczędził. Kur jeden wie czemu, skoro i tak zagubili się z kretesem na bezmiarach Zachodniego Morza. Teraz mogli myśleć jedynie o przetrwaniu, a nie o poszukiwaniu cennych metali w zamorskich krajach.
–Już mi lepiej. – powiedziałem kładąc pazurzastą dłoń na ramieniu barbarzyńcy.

* * *

Nie licząc ptactwa i żółwi wyspa wydawała się nie zamieszkała. W oddali widać było stały ląd. Wyciągnęli statek na brzeg korzystając z przypływu i błogosławiąc matkę Gaję rozłożyli się byle gdzie na piasku, do cna wyczerpani po dwóch dniach nieustannego wiosłowania. Ad‑ari‑ann zabrał mnie na wydmy, z dala od obozowiska i odczopował bukłak z resztką wina.
–Bogom dziękować za stały ląd pod nogami – zacząłem, by zawiązać rozmowę. Nie miałem ochoty patrzeć, jak Ad-ari-ann w milczeniu upija się do księżyca. Tym bardziej, że w końcu mogły mu się pomylić butelki.
–Dziękować! – barbarzyńca wylał spory łyk spełniając dziękczynną ofiarę. Czerwony płyn szybko wsiąknął w piasek.
–Ponury jesteś Ad-ari-ann.
–Ano, jestem – potwierdził otulając się szczelniej lwią skórą. Noc zapowiadała się chłodna.
–Zabij go, jeśli ci przeszkadza.
–Dareusa? – spytał – Po co?
–Wrzucisz ciało do morza, pocieszysz Nielię i będziesz miał ją tylko dla siebie.
–Nie zależy mi aż tak bardzo.
–To czemu na nią łypiesz ślepiami?
–Bo ma zgrabną kibić, umie nią ruszać i jest jedyną kobietą, którą żem widział odkąd wypłynęliśmy z Ugarit. Nie zabiję dla niej dobrego sternika.
–Za dużo myślisz Ad-ari-ann, to jest twój problem. Dareus zabiłby cię bez wahania, gdybyś miał coś, czego on pożąda.
–On jest barbarzyńcą z urodzenia, ja z konieczności. Mnie dzieckiem uczono historii Sumeru i Akadu, a jego pewnie opowieści o dzielnych bohaterach, co sprytnie krowy kradną. Zresztą, ma swój urok nieokrzesanego dzikusa, inaczej nie kupiłaby go na targu w rodzinnej Vilusie. Dareus jest zadowolony z tego, co ma: kobieta, wino i rozróba. A ja teraz chcę teraz jakiejś korony. Choćby Vilusy. A do tego potrzebuję złota i oddanych towarzyszy, co pójdą za mną w ogień. Mordowanie najbardziej zdatnego z nich i przywłaszczanie sobie jedynej kobiety na pokładzie mi nie posłuży. Zresztą Nelia nie jest z tych, co by się łatwo dały omotać. To morska lwica Re-gan-disz, gotowa bez mrugnięcia okiem poderżnąć gardło każdemu, kto jej się sprzeciwi. Prawdziwa córka Isztar: wojna i miłość kotłują się w niej jak morska burza.

Zachlupotał dla podkreślenia swoich słów bukłakiem, a ja poczułem, ze znów robi mi się niedobrze. Czym prędzej uniosłem się w powietrze i popędziłem za skałę, by nie słyszeć rechotu Ad‑ari‑anna, którego moja choroba niewymownie weseliła. Wróciłem po dłuższej chwili. Z pustymi żołądkami, ale nie z pustymi rękami.
–Co? – spytał Sumeryjczyk, widząc, że lecę ku niemu jak na skrzydłach.
–Tam są jakieś ruiny! – zawołałem zwijając me opierzone skrzydła i lądując u jego boku.
–O Kur! – zaklął barbarzyńca imieniem przedwiecznego potwora kosmosu, aż skuliłem się odruchowo.
–Co złego?
–Opuszczone ruiny. Wątroba mi mówi, że to oznacza kłopoty. Wracamy na plażę.

–Ruiny, mówisz?
Niewielu ludzi lubi rozmawiać z demonem patrząc mu prosto w oczy, wchodzą tu w grę pewnie uprzedzenia rasowe. W każdym razie Trojanka patrzyła Ad-ari-anna, ale pytanie było w oczywisty sposób skierowane do mnie, więc odpowiedziałem:
–Wielki gmach z kamiennym dachem wspartym na ogromnych blokach skalnych, resztki wieży, kamiennych murów i jakieś pomniejsze budowle. Pałac albo świątynia.
–Mam złe przeczucia – wszedł mi w słowo barbarzyńca – Zwykle gdy trafiam na opuszczone ruiny, okazuje się, że albo mieszka tam jakiś potwór przedwieczny, albo szalony czarnoksiężnik, albo banda fanatycznych kapłanów zapomnianego boga marzących, żeby każdego przybysza złożyć w ofierze na jego ołtarzu.
–Na tym odludziu? – kowal Hefajston przysiadł obok na kamieniu i przysłuchiwał się rozmowie – Kto miałby wznieść coś takiego, pasterze kóz?
–To nie taka dzicz, jak ci się wydaje. Mój ojciec, który żeglował po tych morzach opowiadał, że gdy płynąć na zachód od kraju Feaków, na południe od wielkiej wyspy, po środku morza jest mały archipelag zwany przez żeglarzy Maltos, gdzie nasi żeglarze płynący do Libii uzupełniają czasem zapasy wody. Tamtejszy lud wznosi właśnie takie wielkie budowle z nieociosanego kamienia. Mówią, że to świątynie jakichś piekielnych bogów. W każdym razie nikt, kto zszedł na ląd poza portem, już nie wracał, a marynarze ze statków, które stały tam na kotwicy opowiadali podobno, że nocą ze świątyń słychać potworne krzyki. Jeszcze dalej na zachodzie, na wprost kraju Tusków jest podobno Wyspa Wież, zwana tak, bo jej mieszkańcy chronią się przed najeźdźcami w wysokich kamiennych wieżach. Gdzieś też jest kolonia wyklętych przez kapłanów Atlantos wyznawców proroka Atlasa. A smoki, sfinksy i pożerające ludzi na dobranoc minotaury kryją się pewnie za każdą skałą. – Nelia ziewnęła. – wystawiamy warty i pomyślimy rano.

* * *

„Weźcie paru wioślarzy i zbadajcie wyspę. Poszukajcie słodkiej wody, jakichś owoców, może uda wam się coś upolować. Ruiny omijajcie, jeśli można.”
„Boisz się moja królowo?”
„Dareusie, o włosach jak heban, jeśli nie wrócisz żywy własnoręcznie wypruję flaki każdemu, kto z tobą poszedł. Wróćcie jak najszybciej, by wyciągnąć Delfina na brzeg. Trzeba uszczelnić kadłub.”
„Ha! Przyniosę ci głowę każdego szalonego kapłana, który wychyli nosa z tych ruin, moja trojańska księżniczko!”
Zapamiętajcie te słowa, bo jeśli czegoś w swoim długim demonicznym życiu się o ludziach dowiedziałem, to tego, że jeśli kobieta powie mężczyźnie jedno, to on na pewno zrobi coś wręcz przeciwnego. Jednym słowem zmierzaliśmy wprost do kamiennych ruin, bo podobno Dareus usłyszał z tam tej strony szmer źródełka. Może miał wyczulony słuch, a może po prostu liczył, ze w opustoszałym kamiennym kikucie ni to świątyni, ni zamku, ni pałacu znajdzie porzucony przez właścicieli skarb.

–Sandał mi się rozwiązał. Nie czekajcie. Zaraz was dogonię! – zdobny minojskimi tatuażami wioślarz przysiadł na piasku. Ad‑ari-ann spojrzał pytająco, Dareus machał ręką. Od ruin dzieliło ich najwyżej pięćset kroków. Nie warto było czekać na jednego marudera. Jedna głowa do podziału mniej, jeśli coś znajdą.

Z bliska ruiny okazały się większe niż mi się zdały nocą. Za kamiennym pałacem z wielkich, choć ledwo ociosanych głazów, wił się labirynt na wpół zwalonych budynków z żółtawego piaskowca, opierający się o samotny masyw skalny, w którym niczym oczodoły giganta błyszczały czarne otwory jaskiń. Samotne pnie na wpół zeschniętych oliwek i pojedyncza kępa palm daktylowych dopełniały ponurego obrazu.

Cymeryjczyk pierwszy wszedł do środka za ścianę na osiem stóp może wysokiego, kamiennego muru przez dziurę powstałą w miejscu gdzie pień młodej oliwki rozsadził kamienie. Kimkolwiek byli ludzie, którzy wznieśli te budowle, musieli opuścić wyspę wiele lat temu. Mimo to stąpał cicho, ostrożnie, na ugiętych dłoniach z brązowym, podwójnym keftiańskim toporem w garści gotowym do odparcia nagłego ataku. Jak później zauważył Ad‑ari‑ann, w baśniach, które mieszkańcy Międzyrzecza opowiadają swoim dzieciom, teraz nagle zza skały wyskoczyłby na nich demon lub jakaś dwugłowa, skrzydlata bestia którą dzielny bohater pokonałby po heroicznej walce dzięki magicznej broni otrzymanej od bogów. Tak jak Gilgamesz Huwawę, czy Ninurta ptaka Anzu. W prawdziwym życiu jednak lepiej patrzeć pod nogi, uważając na węże i skorpiony. Złośliwe przeznaczenie zapisane na tabliczce losu, którą Marduk odebrał bogowi Kingu małżonkowi pramatki Tiamat jednak jak zwykle nas zaskoczyło.
–Aaargh! – krzyk mordowanego człowieka rozdarł cieszę pustyni, nim jednak zdążył wybrzmieć, urwał się, jak ucięty nożem.
Dareus, Ad-ari-ann oraz Tiram i Isu jak jeden mąż dopadli muru, po Nessosie, trzecim z wioślarzy, który został w tyle nie było już jednak ni śladu. Ostał tylko samotny sandał, porzucony na piasku po środku piaszczystej równiny.
–Kur! – zaklął Ad-ari-ann, a Cymeryjczyk zawtórował mu klnąc na swoich północnych bogów. Tiram z Byblos zmówił pod nosem szybką modlitwę do Baala, a Isu tylko pobladł.
–Przyniosę sandał. – powiedziałem i nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć uniosłem się w powietrze na moich opierzonych skrzydłach. Trudno rzec, czy uczyniłem tak wiedziony zwykłą demoniczną brawurą, czy może liczyłem, że cokolwiek zjadło Nessosa, będzie potrzebować chwili, by go strawić i nie uderzy w tym czasie ponownie. O takich sprawach myśli się dopiero po. W każdym razie miałem szczęście i już po chwili stałem z powrotem obok Ad‑ari‑anna, obwąchując starannie ocalały sandał.

Brązowooki Sumeryjczyk spojrzał na mnie pytająco. Skrzywiłem się paskudnie.
–Żadnej krwi, żadnych śladów, nic. Sandał też pachnie tylko Nessosem. – mówiąc to zadrżałem. Trzeba wam bowiem wiedzieć, że nawet demony, bogowie, czy przedwieczne potwory jak Lachamu mają swoje zapachy. Nawet Kur pachnie kosmosem. W jednej chwili zatęskniłem do ciepłego, rodzinnego piekła.

–Rech, rech, rech – starczy chichot, rozdarł ciszę. Na kamiennych stopniach świątyni siedział zasuszony, siwy człowieczek. Rzadka biała broda ledwo zasłaniała zapadłą klatkę piersiową. Spalonej słońcem skóry nie okrywało nic poza przepaską biodrową. Siedział skrzyżowawszy kościste nogi wpółodchylony do tyłu, lewą rękę wsparłszy na lasce, a właściwie na nieociosanym, oliwkowym kiju.
–Zostaniecie już tu na zawsze — zachichotał.
Musiał być szalony to, pewne. Powiedział to bowiem w klasycznym sumeryjskim, używanym już tylko w świątyniach Nadmorskiego Kraju. Kto na takim odludziu mógłby rozumieć sumeryjski? Chyba, że mówił tylko do mnie…
–Czemu? – zapytałem podlatując bliżej. – To Atlanci, powiedziałem, wskazując za siebie. Możesz mówić w ich języku?
–Ach, Atlanci! Tak, Keftiu! – powiedział przechodząc na atlantycki. Kapłanów w świątyniach interesowały tylko inne świątynie, stąd lud Keftiu nazywano Atlantami od głównego sanktuarium na wulkanicznej wyspie położonej prawie dokładnie na północ od stołecznego Knossos.
–Czemu? – powtórzyłem pytanie.
Znów się roześmiał.
–Zapraszam do mnie. – wskazał wnętrze zrujnowanej świątyni – Coś zjecie. Porozmawiamy. Zagramy w senet. Od lat z nikim nie rozmawiałem.

Ad‑ari‑ann skrzywił się w sposób zauważalny tylko dla mnie, ale ruszył za innymi, chowając miecz do pochwy. Zważywszy na jego dotychczasowe doświadczenia z opuszczonymi ruinami, nie dziwiłem mu się.

* * *

<>
Ongi, w czasach szczenięcej jeszcze młodości, gdy dopiero uczyłem się władania mocą i radośnie przemierzałem bezkresne pustkowia wewnętrznych piekieł, lubiłem marzyć.
Pamiętam, że gdy już będę na tyle silny, by móc bez obaw wyjść na powierzchnię do świata ludzi, to nie dam się tak po prostu spętać i wykorzystywać śmiertelnym magom do podrzędnych zadań.
–Zobaczysz, że urobię ich na swój sposób – przechwalałem się przed śliczną Illujanką, spoglądając z ukosa na jej powabne wężowe sploty, których słodkie falowanie mogłoby wzburzyć nawet lawę w wulkanie – ludzie to małe istoty, które zazwyczaj nie wiedzą czego chcą, pełne nerwic, urojonych żalów i kompleksów i łatwo ich okręcić sobie wokół palca pochlebstwem lub zręczną mową. Nie mają żadnego pojęcia o psychologii, filozofii, a ich teologia jest na poziomie… Lepiej nie mówić. Albo lepiej: nie będę ich zwodził, a zajmę się prostowaniem ich dusz i uczeniem ich, jak żyć. To całkiem niezła fucha.

Tymczasem trafiłem na Ad-ari-anna z Sumerii, barbarzyńcę w każdym calu. I okazało się, że na nic cała wiedza na temat ludzkiej natury przez stulecia spisywana mozolnie przez pokolenia demonicznych uczonych. Na nic lata studiów i wkuwania na pamięć mądrości spisanych pismem demonitycznym na bazaltowych tabliczkach. Jemu nie dało się niczego doradzić, bo był po kompletny. Nie dręczyły go żadne lęki i wątpliwości zatruwające życie zwykłym śmiertelnikom. Wiedział czego chciał, wiedział dokąd zmierza, co jest dlań w życiu ważne i na wszystko miał trzeźwy, zdroworozsądkowy pogląd. Wszelkie próby wiwisekcji jego barbarzyńskiej duszy zbywał jakimś soczystym sumeryjskim wulgaryzmem, albo ironicznym: „Jeśli koniecznie chcesz o tym porozmawiać…”. Jedyny plus, że przynajmniej nie siedział na tyłku w jednym miejscu jak co poniektórzy magowie, którym miałem okazję służyć, ani nie tyrał mną jak fenicki kupiec.

Z ciekawością więc przyglądałem się, jego reakcjom na opowieść starca. Znać, że długa samotność na skalistej wyspie z dala od ludzi i cywilizacji oraz lata wystawiania łysiny na południowe słońce poprzestawiały mu solidnie w głowie:
–Nie wydostaniecie się stad, to bestia zesłana przez bogów, aby uwięzić mnie z dala od ludzi, by nie poznali mego odkrycia! Sekretu który może wstrząsnąć podstawami świata i ich władzą nad ludźmi!
–Jakiego? – Dareus posilił się już nie co wypieczonymi przez starca plackami i zgodnie z Cymeryjskim zwyczajem uważał, że należy w podzięce wysłuchać opowieści gospodarza.
–Ziemia jest kulą, okrągłą jak pomarańcza! Wyspa Atlantów leży dokładnie na wprost wejścia, do świątyni Baala w Byblos, pary wielkich słupów zwanych Słupami Alcyda, od imienia bohatera-siłacza, który przyniósł je podobno na własnych barkach z gór Libanu. Jeśli popłynąć dalej w zachodnią stronę, to minąwszy wielką wyspę Scyllos dotrze się po wielu dniach żeglugi do znanej tylko wam, Atlantom skalnej bramy zwanej przez żeglarzy Zachodnimi Słupami Alcyda. Za nią, jak prawią wasi mędrcy, jest tylko bezkresna domena Okeanosa i kraniec świata. Ale są w błędzie! Jeśli pożeglować dalej przez otwarte morze, to po kilku dniach odważny żeglarz dotrze niechybnie do Meluhhy: wschodniego kraju, skąd żeglarze Babilonii sprowadzają bawełnę, klejnoty i kość słoniową!

Demon jeden wie, co ugryzło Ad-ari‑anna, że naskoczył na starca. Rozsądniej byłoby pozostawić go nie drażnić i sam na sam ze swoimi rojeniami.

–Kulą, jak pomarańcza? – Sumeryjczyk roześmiał się chrapliwie. Przemierzyłem ten świat z krańca w kraniec i jakoś nigdzie nie czułem, abym się zsuwał, albo gwiazdy miast nad głowa zaczęły mi świecić z boku!
Starzec tylko rozłożył ręce w geście rozpaczy. Widać jednak przez lata wygnania miał dość czasu, by rozważyć rzecz całą dogłębnie i musiał mieć w zanadrzu odpowiedź na każdą wątpliwość podważającą istotę jego szalonej teorii…
–Myślisz, ze bogowie uczynili świat takim, by się od razu rozleciał, czy takim, aby trwał przez eony? Nie ześlizgniesz się z brzegu kuli, ani nie zobaczysz gwiazd z boku. Świat jest tak uczyniony, że dół, ziemię, zawsze będziesz mieć pod stopami, a gwiazdy nad głową. W przeciwnym razie rychło cała woda spłynęła by z kuli i świat stałby się pustynią.
–Gadanie! – Sumeryjczyk nie ustępował, a ja przysłuchiwałem z ciekawością, bowiem zawsze bawiły mnie ludzkie wyobrażenia na temat geometrii. – Jeśli nie płaskim dyskiem lub zigguratem jak twierdzą babilońscy mędrcy, to czemu akurat pomarańczą, a nie cedrową szyszką, granatem, czy kozim bobkiem?
Myślałem, że starzec wybuchnie po słowie granat, ale nie, tylko spurpurowiał lekko, wziął głęboki oddech i kontynuował tymi słowy:
–Wy Atlanci, jako marynarze powinniście wiedzieć, że u statku nadpływającego z oddali widać zrazu tylko maszt i żagle, a dopiero gdy podpłynie bliżej dostrzec można sam kadłub i wiosła. Dzieje się tak dlatego, że wcześniej burty jego ukryte są za garbem ziemi i widoczne są tylko będące wyżej maszty, co niechybnie jest dowodem jej kulistego kształtu. Podobnie ma się rzecz, gdy dopływacie do górskiej wyspy: najpierw marynarz przypięty do masztu dostrzega szczyt skalistej góry, a dopiero później wyłania się z morza porośnięty drzewami brzeg wyspy.
–Toż, każdy kto wędruje przez pustynie wie, że to zwykły miraż. Ułuda zwodząca wzrok wędrowca, tak, że widzi on rzeczy znajdujące się daleko za horyzontem luboż takie, które sobie tylko uroił.
–Miraż widać tylko niekiedy, a zjawiska, o których prawię, za każdym razem!

Ad-ari-anna zamilkł. Przyjrzałem się mu uważniej. W jego brązowych barbarzyńskich oczach tliło się coś… iskierki wesołości? A więc podpuszczał starca, by wyciągnąć z niego jak najwięcej. W głębi duszy pewnie dyszał z żądzy poznania sekretu zachodniej drogi do wschodnich krain…

–W kraju Kam-t, na samej granicy z Kusz, przy katarakcie latem podobno jest dzień, kiedy słońce stoi pionowo nad głowami, a budynki, ani wbite pionowo w ziemię tyczki nie rzucają cienia. W tym samym dniu na północy, koło piramid tyczka tego samego rozmiaru rzuci cień długi na stopę. Nie da się tego wyjaśnić inaczej niż tym, że ziemia jest zakrzywiona niczym pomarańcz.

Starzec zaczął kreślić na piasku łuk ziemi, dwie tyczki i rzucany przez nie cień oraz linie od tyczek do słońca. Tiram z Byblos pochylił się nad rysunkiem, podobnie Dareus, drapiąc się w głowę. Geometria była dla niego po prostu inną odmianą magii i w normalnych okolicznościach człowieka kreślącego na piasku jakieś koła po prostu pchnąłby na wszelki wypadek mieczem między żebra, nim zdążyłby na niego rzucić urok, ten jednak wydawał się niegroźny, a nowa wiedza tajemna mogła się kiedyś przydać.

–Jeśli więc znamy długości tyczek, długość cienia i odległość między piramidami a kataraktą, to możemy policzyć, jak wielka jest kula. Z moich obliczeń wynika, że ledwie kilka dni żeglugi za Zachodnimi Słupami Alcyda powinien znajdować się wschodni kraj, do którego pływają Babliończycy.

Ad-ari-annie wystarczył rzut oka na rysunek, by zrozumieć w czym rzecz. Odsunął się pod ścianę, pozwalając pozostałym zabawiać starca.
–Myślisz, że świat naprawdę jest kulą i żeglując na zachód można dopłynąć do wschodnich krain? – szepnąłem.
–Może. O ile nie pomylił się w swoich obliczeniach. Ludzie w Kam-t liczą inaczej niż Akadyjczycy. W Baalbek opowiadają, że za wielkiego króla Hammurabiego wynajęto do rozbudowy świątyni architekta z Kam-t. Nakazano mu wyciąć w skale wielkie bloki kamienia, a ten pomylił miary i wyciął dziesięć razy większe. Do dziś leżą w kamieniołomach i pewnie leżeć tak będą do końca świata, bo są tak wielkie, że nawet stu Alcydów ich nie ruszy.

* * *

–Wciągniemy Delfina na brzeg, kapitanie. Przywiążemy liny do kadłuba i do tamtej skały. Marynarze nie będą ciągnąć w kierunku brzegu, tylko na boki. W ten sposób zwielokrotnimy ich siłę i powinno nam się udać wciągnąć statek na brzeg. Sposobem można poruszyć nawet bardzo wielki ciężar, nauczyłem się tego w Knossos. Gdyby użyć krążków, byłoby jeszcze łatwiej. Ale nie mam drewna.
–Rób jak mówisz Hefajstonie. – przerwała Nelia – Trzeba uszczelnić kadłub, bierzemy wodę jak stary worek.

Zaczynał się odpływ. Ciemne fale morza cofały się powoli, odsłaniając gładkie, piaszczyste dno, zupełnie nie przypominające żwirowych plaż z jej rodzinnych stron. Patrząc na ciężki kadłub Delfina zatęskniła nagle za mocarnymi ramionami Dareusa. Słońce prażyło coraz mocniej przypiekając leniwie nieliczne mewy, którym chciało się wznieść w powietrze. Ach jakże pragnęła teraz wilgotnymi wargami spijać słodycz z jego rąk. Niech wreszcie wróci i przyniesie tę wodę po, którą go posłała!

Statek leżał przechylony na burtę. Hefajstona czekało trudne zadanie, bowiem Delfin, tak jak inne Keftyjskie statki posiadał kil i wyciągnięty z wody nie mógł stać pionowo, jak gładkodenne łodzie innych nacji. Wspomniała, co mówił jej ojciec, stary żeglarz: „Mężczyznę córeczko trzeba przeciągnąć pod kilem, dopiero wtedy poznasz, czy jest ciebie wart.” Niestety Dareus, jak to barbarzyńca był twardy i trzeba by było chyba przewieźć go w ten sposób z sześć razy, żeby nauczył się słuchać kobiety. Zaklęła po marynarsku i zrobiła, to co należy.

* * *

Dareus bekał po gorzkawym placku z dodatkiem mięsa jakiegoś nieszczęsnego ptaka, którym uraczył nas gospodarz. starzec plótł nadal trzy po trzy, wioślarze udawali, że słuchają, a Ad‑ari-ann zajął się zwiedzaniem.
–To posąg boga, czy króla? – spytałem półszeptem, widząc, że zatrzymał się przed niezdarnie ciosaną, kamienną figurą.
–A Baal go wie. – odpowiedział ziewając.
–Wierzysz, w to co mówi.
–Bredzi. Może świat jest kulą jak pomarańcza. Może płynąc na zachód można dotrzeć do leżącego na wschodzie kraju Meluhha. Ale, że bogowie zesłali potwora, by go tu więzić?
Milczałem i słuchałem.
–Gdyby nie chcieli, żeby jego wiedza miała się dostać innym ludziom, po prostu raziliby go gromem. Szalony jest myśląc, że jedno odkrycie zmieni porządek tego świata. Nawet gdyby przywiózł do Knossos wszystek heban, kość słoniową i klejnoty Meluhhy, nie zmieni praw tego świata. Bogowie zawsze znajdą jakiś sposób, żeby rządzić ludźmi. Mogą mamić cudami, straszyć trzęsieniami ziemi, plagą szarańczy, zarazą, mieszać języki, czy skłócać ze sobą. – uśmiechnął się – nawet Keftiu, którzy są tak dumni, że kierują się rozumem, mogą łatwo strącić w otchłań szaleństwa i wojny, gdy zbytnio urosną w pychę. Nie dalej jak tuzin lat temu flota ówczesnego Minosa rozbiła u brzegów Natos rebeliantów z Sojuszu Półnonocnoatlantyckiego w zarodku tłumiąc wojnę domową. A wszystko przez to, że jakiś fanatyk podburzył mieszkańców wysp leżących na szlaku do Troi, prorokując, że jeśli nie oddadzą mu władzy i nie wprowadzą praw boskich, tak jak on je widzi, to nadejdzie dzień straszny i noc straszna, gdy morze pochłonie wszystkich Atlantów.
–Przewrotni, ci twoi bogowie. – wyszczerzyłem kły.
–Bo ja wiem. Może tylko przypisujemy im własne wady. A może jest tak, jak mi kiedyś przy piwie wyjawił Dareus. U nich, na północy, w Cymerii wierzą w tylko jednego boga gromu, co go Crymem zwą. To groźny i surowy pan, ale opiekun barbarzyńców. Mami inne ludy cudami podszywając się pod bóstwa wszelkich narodów, tylko po to, by naiwni budowali im świątynie i znosili do nich dary.
–Czemu?
–Jak prawił Dareus: bo gdy się zbrojną hordą kraj najeżdża, to łatwiej jedną świątynie złupić ze złota i kosztowności, niż od wsi do wsi łazić i szukać u wszystkich ludzi, co tam cennego po chałupach lub w ziemi poukrywali. Crym kocha swoje dzieci.
–Prosta wiara.
–Prosta. Nie sądzę więc, aby to był stwór nasłany przez bogów. Prędzej jakiś libijski potwór. Może champsaj o stu zębach.
Podrapałem się w róg.
–To coś nie miało żadnej woni, Ad-ari-anno, wcale. Champsaj nie pachnie?
–Nie wiem, nigdy nie byłem na tyle głupi by podchodzić do niego tak blisko.
Chciałem go jeszcze zapytać o zwyczaje tej stuzębnej bestii i o to, czy gustuje w demonach, lecz przerwał nam podniesiony głos gospodarza:
–Oj Isu, młode dusze macie wszyscy, nie ma starca między Atlantami. Wy najpierw myślicie, że świat zawsze idzie ku lepszemu, a wcześniej przecie wiele państw było, co wzrosły i upadły, a ich wiedza poszła w zapomnienie.
–Muszę wyjść. – powiedział Isu klepiąc się po lędźwiach. Znać było, starzec go denerwował. Dareus podał mu miecz i żeglarz z Itanos zniknął w drzwiach.

Już zamierzałem powrócić do ogniska przy drzwiach, by zająć jego miejsce u stóp starca, gdy nagle Ad-ari-anna klepnął mnie po ramieniu. Odwróciłem głowę. Sumeryjczyk wskazał palcem niewielką z pozoru niszę skrytą za kamienną kolumną na lewo od ołtarza zapomnianego boga, czy morze posągu króla (zapewne stulecia miną, a mędrcy zwiedzający ruiny tak samo jak my, zastanawiać się będą, która z odpowiedzi jest prawdziwa). Nisza była z pozoru niewielka, niemniej gdy podejść bliżej, można było dostrzec, że na granicy światła i ciemności, skręca gwałtownie w bok przechodząc w jakiś korytarz prowadzący chyba do trzewi góry, do której przytulała się tylna ściana budowli.
–Nie chcesz chyba tam wejść? – popatrzyłem niepewnie w otwór ciemny, jak czeluście piekielne.
–Idziemy obaj. – mruknął, tak żeby starzec nas nie usłyszał. Będziesz mi świecił oczami.
Westchnąłem cicho. Im więcej ta wyspa odkrywała przed nami tajemnic, tym mniej mi się to wszystko podobało. Ale Ad-ari-anna był w swoim żywiole. Kocim krokiem węszącej łup pantery zagłębił się w ciemny otwór. Rozjarzyłem gałki oczne i ruszyłem za nim starając się spoglądać w mrok ponad muskularnym ramieniem barbarzyńcy.

Rychło korytarz przeszedł w schody i musiałem spoglądać w dół, wprost przed sandały czarnogłowego, gdy krok za krokiem schodził w dół. Szliśmy naturalną jaskinią w podłodze której ktoś wykuł kamiennym toporem niezdarne stopnie. Ściany z czerwonego piaskowca były gładkie, nie pokryte żadnymi mistycznymi inskrypcjami ani też malowidłami, tylko ślady sadzy i intensywny zapach oliwy wskazywały, że jednak korytarz był w ciągłym użyciu.

Wreszcie Ad-ari-anna dotarł na dół, gdzie korytarz kończył się przed kotarą niezdarnie z koźlich skór zszytą, a zasłaniająca wejście do jakiejś podziemnej komnaty. Czubkiem brązowego miecza odsunął zasłonę na bok i wszedł do środka.

Zmrużyłem oczy. W mroku jaskini, niby żarzyły się upiornym światłem tajemne symbole z rodzaju tych, które znaleźć można tylko w najbardziej pradawnych grobowcach Kam-t, do których boją się zapuszczać nawet na codzień obcujący ze zmarłymi kapłani Anubisa. Z mojej krtani wyrwał się nerwowy warkot, coś na kształt gardłowego żabiego rechotu. Barbarzyńca odwrócił się gwałtownie.
–Przestań!
–Nie, mogę. – wycedziłem z trudem wskazując na stojące pod ścianami niewielki ołowiane dzbany, które również świeciły w ciemnościach. – To skamieniały pot Uranosa, rzadka, magiczna skała.
–Magiczna?
–Tak myślę, bo onegdaj pewien mag z Gomory kazał mi przynieść z piekieł tuzin min tej skały. Pół roku ją zbierałem.
–I co z nią zrobił?
–Nie wiem, bo potem kupił sobie w pobliskiej Sodomie gładkiego niewolnika i wysłał mnie na południe po sproszkowany róg jednorożca, a gdy wróciłem, obu miast już nie było.
–Ta garstka skały zniszczyła miasto? – spytał, a ja nagle w przerażeniu uświadomiłem sobie, co też takiego może się roić w głowie barbarzyńcy.
–Nie, wiem. – odpowiedziałem szybko, zbyt szybko – Ale na pewno szkodzi ludziom. Zaraża trądem.

Ad-ari-ann roześmiał się tylko i klepnął mnie po ramieniu:

–Nie trzęś chwostem Re-gan-disz. Nie będę tym rozsadzać murów Babilonu. Co za pożytek z broni, która rozwala nie mury, a niszczy całe miasto tak że nawet ślad po nim nie pozostaje? Nie ma nad kim panować, nie ma kogo łupić. Nie jestem jak ten Ardżuna z aryjskich legend, co najpierw używa broni, a potem myśli.

Popatrzył w zamyśleniu na ołowiane amfory, które same musiały starca kosztować fortunę. Kapłan coraz mniej wyglądał na przypadkowego rozbitka.
–­Po co mu tyle tej skały? Chce zniszczyć świat? Wypowiedzieć wojnę bogom?
–Chyba wdepnęliśmy w kawał wielkiego, byczego gówna. – wyraziłem swoja opinię.
–Ty powiedziałeś. Zajrzyjmy, co jeszcze przed nami ukrywa…

To mówiąc odchylił czubkiem brązowego miecza koźlą skórę skrywającą przejście do kolejnej pieczary. Zajrzałem w skalny otwór węsząc niecierpliwie.

Wtem jakiś ciemny kształt wyskoczył niczym strzała z mrocznej czeluści i nim zdążyłem mrugnąć spadł na mnie z demonicznym wyciem. Piekielnym krzykiem, ni to piskiem, ni to rechotem, odbijanym echem przez ściany jaskini i dzwoniącym w uszach tak jakby za chwilę miały rozsadzić mózg. Chciałem wołać o pomoc, ale nie mogłem bo lepkie, błoniaste skrzydła stwora okryły mą twarz tłumiąc oddech i odbierając wzrok. Ostre pazury wczepiły się w me barki szukając drogi do gardła. Wiedziałem, że jeszcze chwila i gorący język istoty wyszarpie mi oczy i wsuwając się pod czaszkę wyssie mą nieśmiertelną duszę, tak jak kapłani z Kam-t wysysają po śmierci mózgi z ciał umarłych.

Wszystko skończyło się jednak tak nagle, jak się zaczęło. Chwytałem ciężko oddech patrząc, jak Ad-ari-ann metodycznie szatkuje stwora na strzępy, dźgając czarne mięso raz za razem ugaryckim mieczem.

–To tylko nietoperz. – powiedział wreszcie, gdy przebrzmiał ostatni, przedśmiertny pisk stwora i długie na ponad dwa łokcie skrzydlate ciało dziecięcia mroku skonało w drgawkach u naszych stóp. – Nic tu nie ma, wracamy na górę. Narobiłeś tyle wrzasku, że pewnie za chwilę staruszek przybiegnie z góry ze swoim kijem. W zimnych jak hartowany brąz oczach barbarzyńcy nie dostrzegłem nic, tak więc i nic nie odrzekłem i zająłem się wylizywaniem ran, tam gdzie moja czarna krew stygła powoli, rozsiewając naokoło słodkawą woń siarki. Barbarzyńca, jak zwykle miał rację. Za zasłoną była tylko miedziana siekierka i naczynie wypełnione do połowy…

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz