Kroniki Falko

 Kroniki Franco z Balldevill

Autorstwa Konrada Szatkowskiego

Część 1:

 

Już więcej nie pije, nie nigdy więcej”, zdanie powtarzane podczas każdej biesiady w karczmie zdawały się niczym, gdy przyszło mi przypominać sobie stare czasy i wydarzenia, które odwiodły go od życia pełnego przygód. Wspomnienia tamtych dni są dla mnie takie bolesne, ech za dużo myślę, ale głowa mnie tak łupi, jak to mówił Derin?, hmm, na kaca najlepsza dobra baba albo kufel mocniejszego, tak chyba nie jest jeszcze zbyt wcześnie na 1 czy 2 kufle, a niech tam z postanowieniami, muszę czymś zająć myśli. Droga do karczmy nie jest trudna, ludzi jakoś mniej, z karczmy dochodzi mniejszy hałas niż wczoraj, pod jej zewnętrznymi ścianami nie ma też śpiących pijaków jak w nocy, czasami aż nadto rozumiem ludzi, którzy tyle piją. W tych niespokojnych czasach każdy dzień może być ostatnim. Kiedy kilka tygodni temu bestie porwały dzieci w pobliskich lasach nawet ja, który walczył z nimi przez lata zląkłem się, nie o swoje życie, lecz bardziej o spokój w wiosce, który został zaburzony, dlaczego nie martwiłem się o dzieci? Gdyż wiem jak te bezrozumne bestie postępują i wiem że nie było nadziei dla tych, których porwą. Karczma o tej porze niezbyt zapełniona, prócz mnie jest tylko 2 wczorajszych gości, pewnie jak ja leczą wczorajszą biesiadę, zawsze mnie dziwiło jak to ludzie mimo niebezpieczeństwa wokół i ogólnego strachu, znajdą, co jakiś czas moment na biesiadę, pamiętając, co działo się wczoraj ludzie jednak bawią się i piją jakby jutro nie miało nadejść.

Tego dnia zamierzałem się napić 1 lub 2 kufle miejscowego przysmaku i po prostu nie martwić się o nic, jednak jak pokazał czas niedane mi to było. Czas płynął wydaje się powoli wręcz zwalniająco dla ludzi, którzy bywają częściej niż raz na jakiś czas w takich knajpach, nic nie zwiastowało mających nadejść wydarzeń.

Właśnie zauważyłem mimochodem, że 2 kufle piwa to jednak za mało na mojego kaca i myślałem czy nie zamówić kolejnego, gdy drzwi karczmy się otworzyły wpuszczając powiew świeżego powietrza, może nie zwróciłbym szczególnie uwagi, gdyby wraz z wkroczeniem nieznajomego nagle jak ręką odjął wszystkie rozmowy w gospodzie albo ucichły albo przeszły do szeptu. Zaciekawiony tym faktem obejrzałem się nie wstając ze stolika, nieznajomy nie wyglądał na pierwszy rzut oka jakoś szczególnie, ubrany w skórzany pancerz i grube futro, można go było niemal pomylić ze zwalistymi mieszkańcami północy, gdyż posturą przypomina trochę ten lud. Nienaturalna dla karczmy cisza trwała jeszcze kilka chwil po usadowieniu się nieznajomego przy stoliku. Po tym zdarzeniu życie w karczmie toczyło się już swoim powolnym spokojnym tempem. Wypiwszy 3 piwo i stwierdziwszy, że nie warto jednak kusić losu po wczorajszym piciu, opuściłem niespiesznie karczmę i lekko chwiejnym krokiem udałem się do swojego domu. Tego dnia nie miało się wydarzyć nic niezwykłego, przynajmniej tak wydawało się. Dotarłszy do domu z zamiarem przespania reszty dnia zastałem samotną postać stojącą w cieniu, lecz wcale niekryjącą się, co częściowo wykluczało niecne jej zamiary.

– Ty jesteś Falko pisarz i wojownik zarazem? (Spytał spokojnym głosem nieznajomy, jednak od razu czuć było w jego głosie nutkę zdecydowania i przeżytych lat)

-Tak, tak na mnie wołają ci, którzy znają me imię, a ty, kim jesteś nieznajomy?

-Moje imię nie jest najistotniejsze w tym wszystkim, może wejdziemy do środka, gdyż mam dla pana propozycję, która na pewno pana zainteresuje.

-Nie mam w zwyczaju wpuszczać do mojego domostwa osób, których nie znam nawet z imienia, a pan wygląda na takiego, przy którym można znaleźć tylko kłopoty

-Proszę proszę, i kto to mówi. Z tego, co wiem to podczas swojego życia sam pan nieźle narozrabiał, no nic a więc przestawię się, przecież tak wypada. Nazywam się Rannul Taversh i jestem najemnym poszukiwaczem przygód, przynajmniej na tą chwilę, mam dla ciebie propozycję związaną właśnie powiedzmy z tym zawodem, ale gwarantuje, że się pan nie zawiedzie, ale może skoro nie chcesz wpuścić do domu starego wojownika to możemy też porozmawiać na dworze (to powiedziawszy odwrócił się, zrobił kilka kroków i zajął miejsce na podwórzu przy stole jaki wystawiłem dawno temu i służył mi głównie do podparcia na moje notatki do zapisków)

Zuchwalec, pomyślałem w pierwszej chwili i już miałem go zganić za to, ale coś we wnętrzu mnie się odezwało, może duch poszukiwacza przygód, jakim kiedyś byłem może, co innego nie wiem, w każdym razie bez słowa zająłem miejsce przy stole na wolnym krześle i zaczęliśmy rozmowę.

 

Opowiedział mi, że długo już podróżuje po świecie z dosyć mało finezyjnego według wielu powodu, znalezienia swojego miejsca. Jak twierdzi walczył w wielu bitwach przeciwko siłom zła, ale żadna nie dała mu takiej satysfakcji, jaką chciałby poczuć np. dokonawszy czegoś heroicznego, dlaczego przybył do mnie?, jak mówił wie o tym od podróżnych, że przed laty służyłem, jako żołnierz w odziałach królestwa, Svanigia póki nie upadło pod naporem sił ciemności i zdrady miejscowej szlachty, i przybył tutaj wysłuchać dokładnie z 1 ręki tej historii, ale także po coś jeszcze, czego dowiedziałem się później.

-To były dawne czasy, ale pamiętam je doskonale jakby to wydarzyło się wczoraj, gdy broniliśmy ostatniej ostoi kraju, który spływał krwią od kilku miesięcy, a my ściśnięci między żołnierzy obrońców a coraz większą ilością przybywających uchodźców z całego kraju, nie było miejsca gdzie można samotnie posiedzieć, wszyscy wokół mieli nerwy w strzępach, ciągłe ataki stworów były z coraz większym trudem odpierane, broniliśmy się przez długie 3 miesiące i bronilibyśmy się dalej gdyby nie cios z najmniej spodziewanej strony. Kilku szlachetnie urodzonych zapewne ze zmąconymi umysłami ciemnością pomogło siłom wroga dostać się do środka miasta. Gdy rzesze wrogów wdarły się do miasta mogłem stanąć do nierównej niemal szaleńczej obrony lub zaszyć się w kącie i czekać jak małe dziecko, że gdy znowu wyjrzę z kryjówki wszystko będzie porządku. Wybrałem ten pierwszy wariant niemal przypłacając to życiem. Obrona miasta nie trwała nawet pełnego dnia, właśnie pod koniec tego feralnego dnia resztki przy życiu obrońców postanowili się poddać, to był koniec tego wspaniałego kraju słynącego z najlepszego piwa w krajach środka, ale odbiegam trochę od tematu. Po nierównej bitwie, trafiłem ciężko ranny do niewoli potworów, to były najcięższe 2 lata mojego życia, ciężka niewolnicza praca niemal przez cały dzień i noc, wyczerpały mnie niemal całkowicie, potwory próbowały też złamać moją wolę, tak mi się wydawało, ale ja się nie dałem, gdzieś tam w głębi mojej duszy tliła się mała iskierka nadziei, że mój los, los współwięźniów jakoś się odwróci, że może się coś takiego wydarzy, że odzyskam wolność i będę mógł powrócić do rodzinnych stron chociażby tylko po to by opłakiwać ich zniszczenie przez potwory. I tak się stało, mnie oraz grupkę współwięźniów przeniesiono tego dnia blisko dawnej granicy, ten dzień był spokojny, niemal taki jak zawsze, katorżnicza praca w upalny dzień, jednak moja wiara w ocalenie sprawdziła się. Najpierw zauważyłem coraz bardziej nerwowe i głośne rozmowy między pilnującymi nas strażnikami, a potem po paru godzinach nastąpił niespodziewany cud jak to teraz nazywam, obóz został zaatakowany przez niemałą armię ludzką, walki nie trwały długo, ze względu, że strażników nie było dużo. Ja i współwięźniowie mimo wyczerpania i wygłodzenia byliśmy wielce uszczęśliwieni z cudu jakim był ratunek z rąk królewskiej armii .Taka oto moja historia w dużym skrócie, ale nie wiem co w tym takiego wielkiego jak twierdzisz, byłem tylko jednym z setek obrońców i mówiąc szczerze daliśmy plamę pozwalając by zło wdarło się w szeregi obrońców.

-Hmmm, tak może i masz rację, ale ja wiem, że podczas tamtych dni wykazywałeś się wielką odwagą, mimo jak sam twierdzisz beznadziejnej sytuacji, oraz przysłużyłeś się obrońców do samego końca.

-A skądże takie rzeczy możesz wiedzieć poszukiwaczu przygód?

-Ano wiem to od osoby, która była tam razem z tobą podczas tego pamiętnego dnia.

-To znaczy?

-Mówię o twoim ojcu Felshinie.

 

Koniec cz. 1