Kres Elfów cz. 1

Coś małego i białego mignęło mu przed oczami. Zerwał się i skoczył w tamtym kierunku. W kilka susów zgrabnie pokonał kilkanaście metrów w zaroślach. Cholerny królik – pomyślał. Odkąd ostatni raz był na tropie Gonoby minęło już wiele godzin. Znów zamiast magicznego zwierzęcia ścigał zwykłego puszystego królika. Zły na siebie przysiadł na gałęzi najbliższego drzewa. Był tak pewny swoich umiejętności, przecież w wyczuwaniu ka’in nie miał sobie równych wśród kandydatów, sam Mistrz go chwalił. Cóż najwyraźniej przecenił swoje możliwości. To, że on wyczuwa ka’in nie oznacza jeszcze, że ka’in zechce wyczuć jego. Z uśmiechem przyglądał się niczego nie rozumiejącemu królikowi, który właśnie zauważył, że jego prześladowca rozpłynął się w powietrzu. Zwierzę okazało się być na tyle lekkomyślne by wyjść na ścieżkę i stanąć na dwóch tylnych łapach nadsłuchując i rozglądając się na wszystkie strony.
– No no, masz dziś szczęście. Nikt nie zamierza polować na króliki w dniu Ostatniej Inicjacji – powiedział i roześmiał się, siedząc na drzewie wesoło wymachiwał nogami w powietrzu. Na dźwięk głosu zwierzę co prędzej czmychnęło do norki. Z gracją skoczył na ziemię i zastrzygł uszami wciąż się uśmiechając. Jeśli dopisze mi szczęście to może niedługo nikt nie będzie miał mnie za wariata gdy zachce mi się porozmawiać z zwierzęciem – zauważył z ironią w myślach. Ale szczęście zdawało się go dziś opuścić na dobre. Słońce zbliżyło się do srebrzystej toni wielkiej wody na horyzoncie. Niebo zaczęło przybierać purpurową barwę. Czasu zostało już niewiele, a mimo to Gonoba nie wybrał jeszcze nowego Mistrza. Pocieszywszy się tym faktem ruszył w kierunku góry Obu’ni. Zwolnił tempo i pogrążył się w myślach o wydarzeniach ostatnich tygodni. Jako pierwszy w historii swojej rodziny został kandydatem na nowego Mistrza Osady. Członkowie jego rodu nigdy nawet nie zasiadali w Radzie. Gdy tylko przypomniał sobie twarz matki gdy Mistrz wybrał go na ucznia, zrobiło mu się ciepło na sercu i znów się do siebie uśmiechnął. Była taka dumna i szczęśliwa. Jako Mistrz Osady mógłby nie tylko zasiadać w Radzie, ba to on przewodniczyłby jej zebraniom i komunikował się z Mistrzami w innych wioskach. Westchnął. Chyba te kilka tygodni ciężkiej pracy spełzną na niczym. W ciągu ostatnich dni zdał wszystkie testy Mistrza celująco. Wraz z nim zdało je tylko trzech kandydatów z całej dziesiątki. Dziś miało okazać się kto zostanie nowym wtajemniczonym w osadzie, tym który zajmie miejsce sędziwego już Yor’ela. Złapanie Gonoby było ostatnią konkurencją. Złapanie – prychnął, przecież to sam Gonoba wybierał sobie osobę która odpowiadała mu na to stanowisko. Zwierzę wedle podań Najstarszych zostało stworzone przez pierwszych Mistrzów, za czasów Jednego Plemienia z czystej mocy ka’in. Jako uosobienie ka’in wybierało sobie tego, komu miała być posłuszna prastara moc. Inne podania twierdziły, że zanim powstał świat, Gonoba już istniał i, że to on zapoczątkował proces stwarzania. Zauważył ruch między liśćmi i natychmiast wyrwał się z rozmyśleń. Z maksymalną czujnością zaczął obserwować otoczenie. Bezwiednie wykorzystał zdolności, których nauczył go Mistrz Yor’el. Błyskawicznie odprężył ciało i umysł, wciągnął nosem powietrze jednocześnie strzygąc uszami i zamykając na ułamek sekundy oczy. Kiedy je otworzył był już pewien – Gonoba, nikt inny nie posługiwał się dziś mocą w promieniu wielu kilometrów. W tym samym momencie zwierzę zmaterializowało się, a jego białe uszy przez chwilę były doskonale widoczne w zaroślach. Nie czekał ani chwili. Natychmiast ruszył za upragnioną zdobyczą. Małe, puchate stworzonko wyglądało bardzo niepozornie i rzeczywiście z daleka mogło przypominać królika. Uszy miało równie długie ale tułów bardziej przypominał coś z myszy bądź szczura, rozmiarami jednak przewyższając oba gryzonie. Gonoba ruszył przez las z prędkością niepasującą do budowy jego ciała. Jasne było, że przemieszcza się z pomocą ka’in. Moc była teraz wyraźniej wyczuwalna. Zupełnie poddał się instynktowi. Jego stopy ledwo co dotykały ziemi, nie zostawiając na niej żadnych śladów. Białe futro Gonoby lśniło w promieniach przedzierającego się przez listowie słońca wszystkimi kolorami tęczy. Zauważył, że ma przyspieszony oddech. Natychmiast go wyrównał i nadal biegnąc wszedł w trans który pozwalał mu najwydajniej wykorzystywać wszystkie zdolności, właśnie tak jak uczył ich Yor’el. Energia wychodząca z jego ciała delikatnie popłynęła ku energii ciała Gonoby i uczepiła się jej. Wzrok miał skupiony tylko i wyłącznie na celu, uszy położył ku tyłowi głowy by nabrała bardziej opływowego kształtu i zmniejszyła opór powietrza. Obaj dla postronnego obserwatora byliby tylko niczym przemykające między drzewami cienie. Zniknął? – pomyślał, zatrzymując się na brzegu wzburzonego potoku. Powoli obracał głowę z uwagą lustrując wzrokiem otoczenie. Nagle kąciki ust uniósł nieznacznie w górę i runął naprzód, prosto w fale rozjuszonego potoku. Nie był głęboki ale to nie umiejętność pływania była mu w tej chwili potrzebna. Z wysiłkiem stawił opór napierającej wodzie, powoli posuwając się w stronę drugiego brzegu. Mokry i zdyszany wdrapał się na płaski kamień. Gonoba przyglądał mu się z uwagą. Pewnie myślał, że mnie tak spowolni. Pozwolił sobie tylko na kilka głębokich wdechów i zerwał się do biegu, resztę rwącej wody pokonując skacząc z kamienia na kamień. Pęd powietrza w kilka minut wysuszył mu ubranie. Wybiegł z lasu i zatrzymał się wdychając powietrze nosem w poszukiwaniu tropu. Gonoba zniknął tak jak się tego spodziewał. W końcu sprawdzał jego umiejętności fizyczne zanim dopuści go do pogłębiania wiedzy o mocy którą dysponuje w głębi swojego umysłu. Przez chwilę stał nieruchomo rozpoznając znajome zapachy i szukając w nich delikatnej nuty ka’in. Zauważył jak bardzo pogoń za Gonobą zbliżyła go do szczytu góry Obu’ni. Góra wznosiła się łagodnie, prawie niezauważalnie przez wiele setek metrów, by nagle wystrzelić stromym skalistym szczytem. Wraz z jej łagodnym stokiem kończył się las i wszelka roślinność. Wiele legend opowiadano w wiosce o powstaniu szczytu Obu’ni. Jedne mówiły o jakimś pradawnym konflikcie między Mistrzami gdy Jedno Plemię zostało rozbite i powstały pomniejsze osady, inne o ogniu z nieba który wypalił roślinność na szczycie. Jakkolwiek nie było, nikt nie zdecydował się nigdy na zamieszkanie w pobliżu wierzchołka Obu’ni, stare wierzenia dotyczące przekleństwa tej góry pozostawały wciąż żywe w podświadomości społeczeństwa. Nic dziwnego, że Gonoba go tu ściągnął. Prawie pionowa skalna ściana nie wyglądała zachęcająco, ale też nie była przeszkodą. Przez chwilę zapomniał po co się tu znalazł, w zachwycie przyglądając się górze i lasom na horyzoncie pięknie oświetlonych pomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca. W ciągu najbliższej godziny wielka ognista kula zatonie w odmętach wody na horyzoncie. Woda… cudownie iskrzyła się o tej porze dnia. Na szczycie skał także coś błyszczało. Hm, cwaniaczek – mruknął do siebie i ruszył naprzód wyrywając się z odrętwienia. Polana oddzielająca las od skał była idealna by mógł się dostatecznie rozpędzić. Wzbił się w górę i szybko wdrapał na kolejną półkę. Słońce zmusiło go do zmrużenia oczu. Kolejna półka nie była tak prosta do osiągnięcia. Mieściła się kilka metrów wyżej i nie było miejsca do rozbiegu. Musiał zaufać swojej równowadze i sile mięśni rąk. Chwilami wisząc na tylko jednej ręce podciągał na niej całe ciało by chwycić wyższą krawędź. Ka’in także tu była pomocna. W skupieniu odpychał energię przyciągania ziemi napierając na nią własną energią zgromadzoną w ciele. Robił to tak wprawnie, że pewnie i sam Yor’el by go w tej chwili pochwalił… No nie, i na dodatek rozmyślam przy używaniu ka’in, Yor’el złapałby się za głowę – zaśmiał się w duszy. Gdy dosięgnął palcami ostatniej półki, poczuł jak opuszcza go cała siła i coś ciągnie go w dół. Zbytnia pewność siebie przyćmiła w nim skupienie. Ka’in przestała słuchać jego głosu, ziemia domagała się ściągnięcia w dół jego ciała. Palce ześlizgiwały się z krawędzi skały. Napiął wszystkie mięśnie i zaczął szukać czegoś do podparcia stóp. Skała pod nim zaczęła się kruszyć i sypać gdy w krótkiej chwili paniki wymachiwał nogami pocierając nimi o skałę. Widząc swój błąd natychmiast wyciszył umysł i skupił się na zgromadzeniu energii pod sobą. Nadal nieubłaganie palce zsuwały mu się ze skały, ka’in nie nadchodziła. Zacisnął powieki i z całej siły podciągnął ciało w górę chwytając się krawędzi obiema rękami. Wciąż nie czuł ka’in, za to potworny ból rąk dawał się we znaki. Normalnie dałby sobie radę, lecz gdy otwarcie przeciwstawił się mocy ziemi ta widząc go bezbronnego chciała się zrewanżować, nasilając moc przyciągania. Wisząc na krawędzi z napiętymi mięśniami rąk, szukał w umyśle ka’in by móc ją zgromadzić. Ta jednak jakby go opuściła. Nagle przypomniał sobie lekcję Yor’ela i słowa Mistrza: „Nigdy nie starajcie się wpływać na prawa natury bez uprzedniej prośby do żywiołu, chyba, że sam Gonoba udzieli wam na to pozwolenia”. Po czym runął w dół na ostatnią skalną półkę.
Potworny ból przywrócił go do świadomości. Tył głowy niepokojąco pulsował. Delikatnie otworzył oczy i zobaczył miliony białych wirujących punkcików na ciemnym tle. Wydawały się tańczyć jakiś tylko im znany układ czy może odprawiać rytuał ku czci swoich bóstw kręcąc się wkoło siebie. A może… a może były czymś bardziej znajomym? Zamknął oczy ból był już prawie znośny. Delikatnie pokręcił głową i usiadł równocześnie otwierając oczy. Tak, gwiazdy. Już noc. Po prostu kręciło mu się w głowie. Przegrał. Ta myśl uderzyła niespodziewanie i spowodowała kolejną falę bólu w tyle głowy. Więc nie spodobałem się Gonobie? A może to wina użycia ka’in przeciwko ziemi? Myśli kłębiły się w jego głowie nie pozwalając się zignorować. Powoli wstał i gładko zeskoczył na ziemię. Głowa wciąż bolała, jednak nie mniej niż złamana duma. Ruszył w kierunku ściany lasu. Nagle coś stanęło mu na drodze, tuż u stóp zmaterializowało się małe puchate stworzenie. Potknął się i upadł staczając się na przeszkodę. Niedawne uderzenie w głowę wpłynęło znacząco na równowagę. Zwrócił się w stronę zwierzęcia a ono rozbłysło wszelkimi kolorami tęczy, biały snop światła wzbił się w ciemne, nocne niebo. Wilki w lesie zaczęły wyć, sowy huczeć a mieszkańcy osady natychmiast rozpalili wcześniej przygotowane ogniska, rozpoczynając śpiewy i tańce. Świat wirował mu przed oczami, ale sam nie wiedział czy to wina uderzenia czy może działanie jakiejś energii. Gonoba wybrał sobie nowego Mistrza.

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz