Koloman: Księga Przeznaczenia

Koloman: Księga Przeznaczenia

 Prolog

Wkrótce walki przenoszą się na terytoria Euve. Koloman staje się obrońcą swego państwa, ale przede wszystkim ukochanej księżniczki. Po paru latach walk ze zmiennym szczęściem państwo Kolomana I stoi na skraju ruiny. Lecz król się nie poddaje – postanowił walczyć do końca. Nie mógł zawieść swojej miłości ani wiary poddanych. Nadal miał niezłomną nadzieję na zwycięstwo, choć królestwo stało już na skraju przepaści. Oto jak bezgraniczna miłość potrafi doprowadzić do destrukcji całe państwa, królestwa i czasami także narody. Ale przede wszystkim do zniszczenia życia wewnętrznego każdego człowieka, nawet króla. Bo ta miłość tragiczna, nieszczęśliwa razem ze swoją zawsze nieodłączną towarzyszką – kosą śmierci – już zaczęła zbierać swoje żniwo.

Tłumaczenie z: KOLOMAN: KSIĘGA PRZEZNACZENIA.

Wysoki, barczysty wojownik przepychał się między stolikami, wykrzykując, aby zejść mu z drogi. I mężczyźni ustępowali mu rzeczywiście – wyglądał bowiem groźnie. Muskularny, wyćwiczony tors okrywała błyszcząca kolczuga. Spod bryczesów wyłaniały się potężne nogi, nade wszystko zaś przyciągały wzrok niebieskie, aż mroźne jak lodowce oczy. Zatrzymał się na środku tawerny, odrzucił do tyłu czarną jak smoła grzywę i rozejrzał się powoli dokoła. Jego wzrok prześlizgiwał się po twarzach siedzących pod ścianami gości – lecz na żadnej nie zatrzymał się dłużej. Widocznie nie było tego, kogo oczekiwał. Nie chciał chyba pytać, gdyż ponownie omiótł spojrzeniem salę i skierował się ku wyjściu. Zatrzymał się przed tawerną, spojrzał w górę, jakby upewniając się, że jest we właściwym miejscu. Tak, szyld nad tawerną wprost krzyczał: „Krwawy Orzeł”. A więc to tutaj. Teraz należy tylko czekać. Właśnie zastanawiał się, jak powinien postąpić, kiedy tuż przed nim zatrzymał się ktoś i usłyszał słowa:
– Witaj, Majronie. Dawno się nie widzieliśmy.
– Witaj, Kolomanie. Domyślam się, że nie wezwałeś mnie dla samej przyjemności widzenia. Masz jakieś ciekawe wiadomości? Mężczyzna nazwany Kolomanem, nieco wyższy od Majrona, przypominał go wyglądem. Podobny ubiór, choć kolczuga mocno sfatygowana, a szyszak pognieciony, taż sama siła woli i nieugiętość spojrzenia. Oczy intensywnie zielone patrzyły jednak teraz przyjaźnie a dłoń uniosła się ku powitaniu.
– Przyjacielu. Zawsze miło Cię widzieć. Lecz do rzeczy. Doszły mnie słuchy, że bliski Ci Hrabia Brandt zaginął. Wracałem właśnie z Pogranicza Babilońskiego, postanowiłem więc wstąpić do Hermenii. Wysłałem Ci wiadomość i oto jestem.
– Opowiadaj więc – wszystko co ma związek z Brandtem bardzo mnie interesuje – Majron badawczo przyglądał się Kolomanowi.
– Niewiele tego. Hrabia przechowywał podobno dla Ciebie jakąś księgę, niezwykle cenną – tak sądzono – która zaginęła wraz z nim. Żołnierze opowiadają, że widzieli zjawę, która porwała go i uniosła ze sobą. Byli tak przerażeni, że wprawdzie poznali hrabiego, ale oprócz słowa „zjawa” nie umieli nic powiedzieć. Nie widzieli jej nigdy wcześniej, z nikim im się nie kojarzyła. Ale ja domyślam się, gdzie może mieszkać. Jest tylko jedno takie miejsce. To Wyspa Śpiących na Jeziorze Gahra.
– Nie znam tego regionu – odrzekł Maj.
– Nie przejmuj się, Majronie. Tak się składa, że znam ten teren. To w środkowej części Krain Agawy. Nie tak daleko stąd.
– Ustalmy więc strategię i do dzieła.

* * *

Ranek zastał wojowników w drodze. Konie wypoczęte parskały raźno i minęło dobrych kilkanaście godzin, gdy jeźdźcy i wierzchowce poczuli zmęczenie.
– Majronie, poszukajmy jakiejś karczmy. Chętnie zjadłbym coś i przespał się porządnie.
– Ja też, ledwo trzymam się w siodle. Myślę, że niedługo ujrzymy mury Naski i tam znajdziemy odpowiednie miejsce.
– Już wyłaniają się z mroku. Widzę wieżę wartowniczą i mury.
Brama była już zamknięta. Na głośną interwencję przybyszy w otworze muru ukazała się głowa wartownika.
– Kto tam?
Majron w odpowiedzi błysnął pierścieniem. Głowa zniknęła, a po chwili otworzyły się w bramie małe drzwiczki, umieszczone na wysokości dorosłego człowieka. Majron podsunął rękę z pierścieniem do otworu. Wartownik widocznie poznał znak, ponieważ wydał rozkaz:
– To Majron – otwierać!
Maj nie zwracał uwagi na ukłony żołnierzy. Prowadził Kolomana za sobą wąską uliczką, wiodącą do centrum. Gdzieś niedaleko rozlegały się odgłosy walki. Zanim dotarli na miejsce okazało się, że po walce pozostały jedynie niewielkie ślady – tak jakby ktoś spłoszył walczących. Zastanowiło to Kolomana, lecz Majron zbagatelizował sprawę:
– Powód był pewno prosty – wino lub dziewczyna – i wywietrzał im z głowy wraz z pierwszymi ciosami.
– Pewnie masz rację – odpowiedział Koloman.
Ruszyli dalej i po kilku minutach dotarli do karczmy. Po spożyciu soczystej pieczeni popijanej tęgim winem, wojownicy zatroszczyli się o wierzchowce, a następnie ułożyli do snu. Noc przeszła spokojnie i Koloman budząc się, pomyślał, że to chyba pierwszy posiłek, jaki zjadł w tawernie spokojnie, bez burdy.
– Na brodę Barda, to dziwne.
Następnego dnia ruszyli o świecie i bez przeszkód przebyli pustynne połacie Zardonii. Zatrzymali się dopiero nad Jeziorem Gahra. – Potrzymasz przez chwilę? – zapytał Majron, zsiadając z konia i rzucając jego uzdę Kolomanowi.
– Oczywiście – Koloman chwycił w locie uzdę ogiera i z zaciekawieniem zwrócił się do towarzysza – Dokąd idziesz?
– Zaraz wracam, dam tylko znak moim ludziom – odpowiedział Maj i zniknął za najbliższym wzniesieniem.
Z tego miejsca dokładnie widział zakotwiczone opodal statki. Były to galery, w większości dwudziestoczterowiosłowe dwustutonowce. Na takich statkach, ożaglowanie osadzone na niskich masztach, służyło tylko do pomocy. Statki poruszane były siłą mięśni i ich prędkość zależna była od tempa wiosłujących. Wśród kilku galer wyróżniała się jedna o wyższych burtach i osłoniętym dziobie. Z daleka nie było tego widać, ale znawca od razu mógł się zorientować, że to statek wojenny, przeznaczony do dalekich wypraw. Dwa rzędy wioseł oraz trapezowe ożaglowanie rejowe zapewniały większą szybkość. Przy doświadczonym kapitanie i załodze statek ten był bardzo groźnym przeciwnikiem. Na maszcie nie powiewała żadna flaga, a sam okręt wyglądał jak wymarły. Okazało się jednak, że gdy tylko Majron zatrzymał się i wykonał upierścieniowaną dłonią kilka powolnych, dla postronnego widza dziwnych ruchów, statek ożył. Rozległ się głos komendy i po chwili spuszczono szalupę. Czterech ludzi z załogi statku – Tyberyjczyków – szybko popychało łódź do przodu. Majron nie czekał, aż szalupa dopłynie do brzegu. Odwrócił się i skierował w miejsce, w którym pozostawił przyjaciela.
– Wszystko w porządku – stwierdził. – Statek Panthery oczekuje nas w pełnej gotowości. Łódź płynie po nas i za chwilę obejrzysz moje „wodne królestwo”.
– Z ochotą – odpowiedział Koloman. – Czas byłby odpocząć. Tylko co zrobimy z wierzchowcami?
– Nie martw się o nie, moi ludzie będą wiedzieli, gdzie je ukryć. Ruszajmy.
Wojownicy skierowali się ku łodzi. Tyberyjczycy powitali okrzykiem swego kapitana i wstrzemięźliwie – z ciekawością – jego towarzysza. Majron odpowiedział na okrzyki i wsiadł pierwszy do łodzi. Koloman zajął miejsce naprzeciwko. W milczeniu dopłynęli do statku i wdrapali się na pokład. Z gromady marynarzy wysunął się młody mężczyzna, cały w zbroi, i ukłonił się przybyłym.
– Witam, Kapitanie – odezwał się do Majrona. – Jesteśmy na Twoje wezwanie, każdej chwili gotowi do odpływu.
– Dobrze, Wolar. Poznaj Ty, i Wy wszyscy, mojego starego przyjaciela z „Łobuza”. To Kapitan Skull – powiedział głośno Majron.
W oczach Wolara ukazał się błysk, jednak w chwilę później, gdy podawał rękę Celtowi, głos jego brzmiał szacunkiem.
– Miło mi poznać Cię, Kapitanie – powiedział. – Cieszysz się wśród nas głębokim szacunkiem i ogromną popularnością.
– Dziękuję Ci – odparł Koloman.
Wolar zwrócił się teraz do Majrona:
– Dokąd ruszamy i kiedy?
– Natychmiast – brzmiała odpowiedź. – Na Wyspę Śpiących. Koloman wami pokieruje.

* * *

Wyspa Śpiących, zlokalizowana na północy jeziora, powstała przez wynurzenie części dna morskiego. Pojawiła się nagle, wzbudzając wśród ludzi przestrach i przeświadczenie, że jej powstanie wiąże się z czarodziejskimi mocami. Potwierdzeniu tego przysłużył się także wygląd wyspy. Wielu żeglarzy próbowało już dostać się na nią – jedni z ciekawości, inni w nadziei zdobyci bogactwa, jeszcze inni dla poszerzenia wiedzy – opływali ją dookoła, nie znajdując miejsca, do którego można byłoby przybić. Ogromne głazy, przypominające opierających się o siebie, śpiących rycerzy i demonów, otaczały dokładnie brzegi wyspy. Wyglądało to tak, jakby dostać się na nią można było tylko z powietrza.
Koloman wiele słyszał o tej wyspie. Płynąc w jej kierunku, zastanawiał się, ile prawdy było w opowiadaniach wieśniaków o krzykach mrożących krew w żyłach, rozlegających się po nocach, odrażającym nieludzkim śmiechu i masowym odlocie ptaków w pewnych dniach roku. Odsuwając się od obrazów, które podsuwała mu wyobraźnia, zaczął zastanawiać się, jak dostać się na brzeg. Okrzyk „Ziemia!” zbudził go z zamyślenia. Obok niego pojawił się Majron, marynarze powybiegali spod pokładu i wszyscy w milczeniu patrzyli na wynurzającą się na horyzoncie wyspę. Jeszcze trochę czasu minęło i padł rozkaz Panthery:
– Spuścić szalupę! Sześciu ludzi do łodzi. Wolar, obejmujesz dowództwo statku!
Szalupa wioząca kapitanów, poruszana silnymi rękami wioślarzy, szybko zbliżała się do brzegu. Oczy wypatrywały wąskiego choćby przesmyku, którym można byłoby się dostać do środka. Po długim poszukiwaniu brzegu, kiedy galera znikła im z oczu, za którymś występem skalnym zatrzymali się nagle. Zobaczyli wyraźnie postać człowieka stojącego w przesmyku między skałami. Z odległości wyglądało to tak, jakby skały rozsunęły się dając dostęp do wnętrza wyspy.
Na polecenie kapitana łódź dobiła do brzegu. Czterech marynarzy pozostało na straży, a dwóch wraz z Majronem i Kolomanem udało się wolnym krokiem w kierunku mężczyzny. Ten stał nieporuszony, czekając.
Jakież było zdziwienie kapitanów, gdy przekonali się, że mężczyzną był Hrabia Brandt. Po pierwszych okrzykach i powitaniu hrabia poprowadził gości w głąb wyspy. Po drodze jednak milczał, co zdziwiło Majrona, znającego go z uprzejmości i wręcz gadatliwości. W ciszy dotarli do domostwa, które wyłoniło się nagle zza bujnej zieleni. Kiedy wchodzili po schodach, okazało się, że są sami – Brandt i dwaj marynarze zniknęli. Kierując się odgłosami dochodzącymi z głębi domu, dotarli do wielkiej sali. Bez sprzętów i ozdób robiła ponure wrażenie. Pod ścianami umieszczono luźno kilka ław, a po środku tron. Zdumieni wojownicy zauważyli, że były to umieszczone obok siebie rzeźby wymarłych – jakby demonów, ułożonych na kształt tronu. Rozejrzeli się jeszcze raz po sali i stwierdzili, że tych rzeźb jest dużo więcej – pomiędzy nimi właśnie stały ławy, które zauważyli wcześniej. Nieokreślone uczucie niepokoju wtargnęło w serca wojowników.
Nagle usłyszeli słaby odgłos dochodzący zza pleców. Machinalnie odwrócili się i ujrzeli wyłaniającego się z cienia starca. Ciało jego okryte zielonym aksamitem, płynęło jakby w powietrzu. Zbliżył się na odległość kilku kroków i wbił wzrok w rycerzy. Koloman i Majron równocześnie chwycili za miecze. Mężczyzna uniósł dłoń i wymamrotał coś szeptem. Ręce obydwu wojowników zdrętwiały i wypuściły broń, która z chrzęstem upadła na posadzkę.
– Kim jesteś i czego chcesz? – zdenerwował się Majron.
– Jestem pewien, że nie słyszałeś o mnie. Niech Ci wystarczy, że jestem jednym z Wyższych Magów. To, co pokazałem przed chwilą, jest tylko kroplą moich umiejętności.
– Ale czego chcesz? – wmieszał się Koloman. – Gdzie jest Brandt i nasi ludzie?
– Hrabia Brandt nie jest mi już potrzebny. Spełnił swoje zadanie – mag zaśmiał się piskliwie.
– Zadanie? Jakie zadanie? – dopytywał się Koloman.
Mag podszedł do tronu i powoli usiadł na nim. Chwilę milczał, a potem odrzekł:
– Chyba muszę wyjaśnić to od początku. Wszystko zaczęło się wiele, wiele lat temu. Mój ojciec, wielki czarnoksiężnik, wymyślił „Księgę Przeznaczenia”. Dzięki odpowiednim zaklęciom, zwyczajna księga zapisywała życie i przygody wybranej osoby, wyprzedzając je czasowo. Żaden śmiertelnik nie mógł wiedzieć, że jego los jest zapisany z góry przez maga, że nie ma ona na nie żadnego wpływu. I, oczywiście, nie mógł widzieć księgi i zmienić swego przeznaczenia. Był jedną z nitek poruszanych przez maga. Dzięki takim działaniom można było wywoływać wojny, zwyciężać wrogów i zdobywać królestwa. Ale można było także pokonać innych czarnoksiężników i rosnąć we władzę i siłę. Ciebie, Majronie, mój ojciec wybrał na tego, który ostatecznie podniesie jego władzę. To nie ty zwyciężałeś wrogów, zdobyłeś królestwo i miłość poddanych – to zapisał mój ojciec w twojej księdze przeznaczenia. Spełniłeś wszystko, czego on sobie życzył. Oto ta księga – to mówiąc, wskazał na księgę, która nagle pojawiła się w jego rękach i skinął na Majrona, by się zbliżył. Maj powoli podszedł do tronu i wziął do rąk księgę oprawioną w skórę. Kartkował stronę po stronie, aż zatrzymał się w połowie i po namyśle rzekł:
– Czyżby to miała być moja ostatnia przygoda?
– Tak – odrzekł Maj.
– Myślę, że wyjaśnisz mi, dlaczego zapis w księdze urywa się i nie ma w niej zapisanej mojej śmierci.
Mag milczał przez chwilę. Zdawało się, że myśli jego błądzą gdzieś daleko w przeszłości. Następnie odezwał się silnym, władczym tonem.
– Mój ojciec miał ucznia, który był zbyt gorliwy w nauce rzemiosła i nie zdając sobie sprawy z wartości księgi, którą przypadkowo odkrył, zabrał ją z zamku, wyjeżdżając z jakimś poleceniem Maga. Po drodze spotkało go nieszczęście i księga zniknęła. Oto dlaczego nie zapisano w niej twoich kilku przygód, w czasie których zdobyłeś przyjaźń Kolomana, a przede wszystkim nie zapisano twego ostatniego zadania i śmierci.
– Czy to znaczy, że zmieniłem częściowo przeznaczenie, poznając Kolomana i Hrabiego Brandta i przybywając tutaj? – zapytał Majron.
– Niezupełnie – mag zmarszczył brwi, jakby lekko zaniepokojony. – Rzeczywiście, postać Kolomana nie była przewidziana w Twoim życiorysie, jak i poznanie Hrabiego. Ale wykorzystałem te fakty, aby ściągnąć cię tutaj – przez tych właśnie ludzi.
– To znaczy – Koloman myślał intensywnie – że Brandt znalazł księgę, poznał się na niej i chciał oddać ją Majronowi. Myślę, że wtedy straciłaby swą moc.
– To prawda – mag zerwał się z tronu, lecz Majron był szybszy. Ochraniając księgę rzucił się z nią do ucieczki.
– Nic z tego – zaśmiał się Mag. – Mogę ją odzyskać w każdej chwili dzięki zaklęciu. Lecz ona na nic ci się nie przyda. Jesteście wszyscy zgubieni.
– Mamy jeszcze przyjaciół – dobitnie rzekł Koloman – a ty widocznie nie potrafisz dopisać nic do księgi. Ojciec nie przekazał ci swoich zaklęć.
– Milcz, zuchwalcze – mag zaperzył się i wyciągnął przed siebie dłonie. – W jednej chwili mógłbym zmienić cię w proch lub głaz. Lecz chcę nacieszyć się tą chwilą i odebrać wam ostatnią nadzieję. Myślisz, że nie znam twoich przyjaciół, że nie pokierowałem wszystkim jak należy?
Mag ponownie zasiadł na tronie, mówił teraz spokojnie, jakby relacjonował zdarzenia dawno przeżyte:
– Porwałem Hrabiego Brandta i odebrałem mu księgę. Wykorzystałem Twoją obecność, Kolomanie, abyś powiadomił o tym Majrona. Wstrzymałem burdę, która wisiała w powietrzu, gdy tych kilku wojowników na ulicach Naski zaczaiło się na was. Doprowadziłem także spokojnie i statek Panthery na miejsce spotkania. Postarałem się także o to, by Wolar przypomniał sobie, kto wykrył i udaremnił jego spisek przeciwko królowi Staryjskiemu. Nie wiedziałeś, że to on stał na jego czele. Jest Ci teraz niewymownie wdzięczny – zaśmiał się Mag. – Nie myślisz chyba, że otrzyma Wam wierności?
– Nie wierzę – krzyknął Koloman – że to Wolar! Jest na to za młody!
– Tak, jest młody, ale żądny władzy. Jest także pamiętliwy i nie przebacza wrogom.
– O co chodzi z tym spiskiem? – zapytał Majron.
– Musisz wiedzieć – odpowiedział Mag – że przez wiele lat Starią rządził król San Tuon II. Był potężnym władcą, zaskarbił sobie szacunek podwładnych, był bowiem sprawiedliwy i nie nadużywał czarnej magii. Płacili chętnie daniny, wiedząc, że pójdą nie tylko do skarbca króla, lecz także na potrzeby kraju. Jednakże, jak się często zdarza, nie wszystkim odpowiadały takie rządy. Zawiązano spisek i wybrano przywódcę – Wolara – który, choć młody, pochodzi ze szlachetnego rodu i jest wspaniałym żołnierzem. W ciągu roku doprowadził do rozłamu w państwie. Gdyby udało im się obalić władzę, to Staria z czasem przestałaby istnieć. Na szczęście w porę pojawił się wojownik, urodzony przywódca, który zorientował się w sytuacji i zaoferował swe usługi królowi San Tuonowi. Ten człowiek bez plemienia, o imieniu Koloman, został najemnikiem i stanął na czele całego wojska, aby stłumić bunt. Przez ponad rok udaremniał spiski, aż w końcu doprowadził do otwartej walki, w której prawie wszyscy spiskowcy zginęli. Uratował się jedynie ich przywódca – Wolar. Wkrótce po bitwie zaginęły o nim wszelkie wieści. Koloman odebrał nagrodę od samego San Tuona II i ruszył dalej w świat, a mściwy Wolar czekał na odpowiednia chwilę, by się zemścić. I ta chwila nadeszła.
– Wolar wiele mi zawdzięcza – odrzekł Majron. – Na pewno nas nie opuści.
– Już się to stało, zgodnie z moim poleceniem odpłynął na spokojniejsze wody.
– Nie wierzę! – krzyknął Majron.
– Więc patrz.
Mag nakreślił w powietrzu prostokąt. Pojawił się biały ekran, na którym po chwili można było rozpoznać jakieś kontury. Stopniowo obraz stawał się wyraźniejszy i wojownicy ujrzeli dwie galery walczące ze sobą. Na jednej wyraźnie widzieli Wolara dowodzącego marynarzami Panthery. Po dłuższej obserwacji Koloman zorientował się, że drugim statkiem był „Łobuz”, należący do Mrocznego Stowarzyszenia.
– Chyba nie to chciałeś nam pokazać – Koloman zaśmiał się szyderczo. – Mroczne Stowarzyszenie na pewno zwycięży.
– To niemożliwe – Mag stał zaskoczony i nie poruszał się.
Koloman wyciągnął zza pasa sztylet i rzucił nim w sam środek obrazu. Prostokąt rozprysnął się w powietrzu, a nóż przeleciał przez salę i wbił się w pierś siedzącego maga. Ten wrzasnął przeraźliwie i próbował wyciągnąć stalowe ostrze, które wbiło się aż po rękojeść. Kolejne, coraz słabsze wysiłki nie przyniosły rezultatu i przy ostatnim ruchu krzyknął przeraźliwie i skonał. W jednej chwili ziemia poczęła drżeć, a ściany trzeszczeć.
– Wynośmy się stąd! – krzyknął Koloman.
– A Brandt? – Majron nadal trzymał kurczowo księgę i z niedowierzaniem wpatrywał się w tron.
– Jego nie ma! – zawołał. – I tych głazów pomiędzy ławami też nie. Szybciej – ponaglał Koloman. – Szukajmy wyjścia.

Biegli teraz przed siebie kolejnymi korytarzami raz w górę, raz w dół, tak jak prowadziły schody. Wydawało im się, że są w labiryncie bez wyjścia. Sale wyglądały jednakowo – puste przestrzenie zakończone drzwiami lub tylko otworami w ścianach. Zdyszani zatrzymali się w kolejnej komnacie.
– Jest coraz gorzej! – krzyknął Majron. – Jeśli nie znajdziemy wyjścia, zginiemy! Czuję coraz większe ruchy ziemi i niedługo ten cały kram zwali się na nas.
– Tam są jeszcze chyba jedne schody! – krzyknął Koloman, kierując się w róg komnaty, w którym dostrzegł niewielki otwór.
Pobiegł ku niemu. Okazało się, że są to lekko uchylone drzwi. Zaraz za nimi przestrzeń urywała się. Koloman spojrzał w dół i wydawało mu się, że widzi schody. Powoli wymacał nogą kawałek podłoża i postawił na nim stopę, potem drugą. Powtórzył ruch nogą i znalazł kolejny stopień.
– Tak, schody w dół! – zawołał Koloman. – Może tam jest wyjście.
– Zwariowałeś? – odpowiedział Majron. – To na pewno lochy. Tam nie będzie wyjścia.
– A może. Nie mamy innej możliwości.
Koloman pokonał już znaczną część schodów, kiedy usłyszał słaby odgłos – jak gdyby uderzenia o kamień.
– Coś słyszę! – zawołał do Majrona. – Choć za mną.
Majron nadal nie przekonany, zaczął spuszczać się w ciemność. Powoli oczy przyzwyczajały się i można było rozróżnić kontury ścian i schodów. Koloman poczekał na przyjaciela i razem kierowali się ku słabym uderzeniom dochodzącym z dołu. Nad nim słychać było niepokojące odgłosy trzeszczenia ścian. Zeszli jeszcze kilkanaście stopni w dół i Koloman krzyknął:
– Jest tu ktoś?
Gdzieś z boku zadźwięczały łańcuchy i odezwał się słaby głos:
– Tutaj, w celi.
Koloman sprawdził nogą grunt. Okazało się, że schody się skończyły i można było się poruszać po równej przestrzeni. Nadal kierując się wyraźnym już chrzęstem łańcuchów, dotarł do drzwi celi. Za nim stanął Maj. Cela nie była zamknięta na klucz, drzwi otworzyły się skrzypiąc i wojownicy stanęli w progu. Majron wymacał na ścianie pochodnię, lecz nie było czym zapalić.
– Kto tu jest? – zawołał Koloman.
– Brandt – brzmiała słaba odpowiedź.
– Hrabia Brandt? – Majron wszedł do środka i zbliżył się do cienia przy ścianie. – Trudno to będzie sprawdzić. Już raz daliśmy się nabrać.
– Czy to ty, Majronie? – zapytał mężczyzna. – Zapewniam Cię, że jestem Brandt. Przyniósł mnie tu Mag i zakuł w kajdany. Nie wiem, co się dzieje, ale całe mury drżą i pewnie niedługo nas zasypie.
– Zdaje się, że nic nie poradzimy. Szukaliśmy już wyjścia. – odparł Majron. – Lecz na próżno. Ten wstrętny czarnoksiężnik wyprowadził nas w pole.
– Ja wiem, jak się stąd wydostać – zawołał Brandt – ale jestem przykuty, pomóżcie mi się uwolnić.
– Ty, Ty wiesz, jak się stąd wydostać? Wiesz, gdzie jest wyjście? – zapytał z niedowierzaniem Koloman. – Chcesz powiedzieć, że Mag pokazał Ci je?
– Oj, tak. Naigrawał się ze mnie, że patrzę na wyjście i nie mogę z niego skorzystać. To miała być największa tortura – odpowiedział Brandt. – Poza tym przy drzwiach na ziemi leżą klucze do kajdan. Zawsze je tam zostawiał, kiedy wychodził po kolejnych psychicznych torturach.
Majron schylił się i przez chwilę macał ziemię, po czym uniósł się dźwięcząc kluczami.
– Myślę, że musimy mu zaufać – powiedział. – Nie mamy innego wyjścia. Koloman w milczeniu skinął głową. Majron podszedł do więźnia i powoli, z rozwagą otwierał kolejne kajdany. Kiedy więzień był wolny, opadł na ziemię i chwilę odpoczywał. Majron chwycił go pod ręce i pociągnął do przodu.
– Nie czas na słabość – powiedział. – Gdzie jest wyjście?
– Tutaj, trzeba zdjąć pochodnię i wcisnąć kamienny głaz – odparł hrabia i próbował nacisnąć kamień, ale bez skutku.
– Pozwól – rzekł Koloman i mocno uderzył we wskazany kamień.
Czekali w milczeniu. Po chwili nastąpił zgrzyt, mężczyźni odskoczyli i patrzyli, jak ściana rozsuwa się i do piwnicy wpada światło słoneczne. Nie zwlekając, wziąwszy hrabiego pod ręce, wojownicy wyszli z lochu i poczęli wspinać się na zielony pagórek naprzeciwko. Brandt ledwie powłóczył nogami, tak, że Majron i Koloman musieli go prawie nieść. Kiedy znaleźli się kilkanaście kroków od zamku nastąpił głośny huk, ziemia zatrzęsła się pod ich stopami. Silny wstrząs wyrzucił ich do góry.

* * *

Pierwszy ocknął się Koloman, wstał i rozejrzał się dookoła. Za sobą zobaczył jedynie gruzy, a przed sobą w oddali wstęgę morza. Otrząsnął się z ziemi i począł cucić przyjaciół. Majron szybko wrócił do siebie, natomiast Brandt otworzył wprawdzie oczy i próbował wstać, lecz nie udało mu się to. Był zbyt wyczerpany. Silne dłonie przyjaciół podniosły go do góry i podtrzymały.
– To chyba Koniec Maga – mruknął Koloman.
– Prawdopodobnie – odrzekł Majron. – Lecz dla nas to nie koniec problemów. Jak wydostaniemy się z wyspy?
– Przede wszystkim, czy jest ten przesmyk między skałami, którym weszliśmy – stwierdził Koloman – bo jeśli chodzi o statek, to może nie będzie problemów. Liczę na Mroczne Stowarzyszenie.
– A właściwie jak się tutaj dostaliście? – zapytał Brandt. – Przecież tu nie ma dojścia od morza.
Wojownicy popatrzyli na siebie, potem na hrabiego.
– To długa historia – odpowiedział Majron – a my nie mamy zbyt wiele czasu. Wydaje mi się, że z tą wyspą dzieje się coś dziwnego.
– To prawda – rzekł Koloman. – Ruszajmy!

Trójka przyjaciół powoli posuwała się przed siebie. Szli bez szlaku pewni, że dojdą do skał odgradzających ich od morza. Jakież było ich zdziwienie, gdy dotarli wreszcie do pierwszych głazów. Nie były to zwykłe kamienie, lecz ludzie. Rycerze w zbrojach, w pełnym bojowym rynsztunku, w pozach stojących lub leżących, opierających się o siebie tak, że tworzyli mur o różnej wysokości. Koloman podszedł do jednego ze stojących rycerzy i dotknął go. To, co się potem stało, zaskoczyło ich jeszcze bardziej. Ciało rozsypało się w proch, a zbroja z chrzęstem upadła na leżące obok ciało. Przez następne kilkanaście chwil słychać było jedynie odgłos chrzęszczących zbroi i padających mieczy, a potem nastąpiła cisza. Opadł pył i powoli wojownicy torowali sobie drogę na zewnątrz, odsuwając zbroje i depcząc po mieczach. Kiedy przeszli już za mur, Koloman odwrócił się, schylił i wybrał dwa miecze. Jeden z nich wręczył Majronowi, a drugi przypasał sobie. Następnie znalazł jeszcze sztylet, podniósł go ku górze, jakby oceniając i schował w zanadrzu.
– Myślę, że musimy postarać się o jakąś łajbę – rzekł Koloman. – Inaczej nie wydostaniemy się stąd.
– To może być trudne – odpowiedział Majron – chyba, że Wolar powiedział o naszych planach.
– Miejmy więc nadzieję, że „Łobuz” przypłynie. Chodźmy na brzeg. Wojownicy ruszyli przed siebie, pozostawiając za sobą mur prochu i zbroi – pozostałość siedziby Maga. Mieli nadzieję, że wyspa zachowa pamięć o tych wszystkich, którzy tutaj zginęli i w pamięci potomnych pozostanie jako Wyspa Śpiących.
Zatrzymali się nad samym brzegiem. Brandt, zmęczony padł na piach, a kapitanowie przeszukiwali wzrokiem horyzont. Nic nie pojawiło się jednak w promieniu wzroku. Może „Łobuz” przegrał bitwę, może marynarze zwyciężyli i odpłynęli upojeni zwycięstwem. Jeśli tak, to nieciekawie przedstawiała się ich przyszłość.
Tak zastała ich noc – chłodna, przejmująca wiatrem. Skulili się razem, dając sobie trochę ciepła i przespali się dwie lub trzy godziny. Potem Koloman i Majron dla rozgrzewki maszerowali wzdłuż brzegu, wracając ciągle do miejsca, gdzie leżał Brandt. Przyjaciele martwili się o niego. Przy jego wyczerpaniu pobyt na wyspie mógł być śmiertelny. Noc dłużyła im się bardzo, ale świt powitali z nadzieją.
Tknięty przeczuciem Majron zaczął przeglądać Księgę Przeznaczenia. Zatrzymał się na jej ostatnich stronach zaskoczony.
– Co się stało? – zapytał Koloman.
– To niesamowite! – odrzekł Majron. – Księga się sama zapisała. Nie wiem, jak.
Koloman nie rozumiejąc o czym przyjaciel mówi, zbliżył się i także zaczął oglądać Księgę. Ujrzał dokładnie zapisaną ich ostatnią przygodę – ratunek Brandta i spotkanie z Magiem. Także Koloman nie krył swego zaskoczenia ale zauważył coś jeszcze.
– Nie jest tu opisany nasz powrót.
– To prawda, ale Księga też nie jest ukończona. Ostatnie zdanie urywa się w połowie. Ponadto jest opisane nasze spotkanie i poprzednie przygody, jakie przeżyliśmy razem, a to oznacza, że w pewien sposób sami tworzymy tę Księgę. – Mówiąc to, Majron nagle wypuścił Księgę z rąk z krzykiem. – Co się z nią dzieje?! Sparzyła mnie!
Księga spadła na ziemię i zaczęła fosforyzować zielonym światłem. Wojownicy cofnęli się i zaczęli się jej przyglądać z zaciekawieniem. A Księga nagle otworzyła się, rozerwała w połowie i z jednej nagle zrobiły się dwie. Po chwili przestała fosforyzować i wyglądała tak jak poprzednio, z tą tylko różnica, że teraz były dwie. Koloman zbliżył się do nich ostrożnie, obawiając się magii. Wziął je do rąk, a widząc, że nic się więcej nie dzieje, podał jedną przyjacielowi. Majron przejrzał dokładnie Księgę podpisaną jego imieniem.
– Nic się nie zmieniło – rzekł z rozczarowaniem w głosie. – Nadal jest tu opisane całe moje życie, od narodzin, aż do tego momentu. I nadal nie jest opisany nasz powrót, a ostatnie zdanie jest niedokończone. A może w tej części, którą Ty trzymasz jest coś więcej? Koloman nie odpowiedział. Był całkowicie pochłonięty przeglądaniem Księgi. Odezwał się dopiero, gdy skończył:
– Ta część Księgi opowiada moją historię, mojego życia. Nie jest o Tobie. Ale kończy się tak samo jak Twoja. Nadal nic nie wiemy – to powiedziawszy, odwrócił Księgę i Majron zobaczył na niej wygrawerowany napis: „Księga Przeznaczenia Kolomana”, Koloman dokończył. – Teraz obaj mamy jakieś przeznaczenie, którego nie znamy.
W tym czasie Brandt się obudził i wszyscy siedli na ziemi, czekając i nie wiedząc, co ich jeszcze czeka.

Jakieś dwie godziny po wschodzie słońca ujrzeli zbliżającą się galerę. Znacznie mniejsza od statku Panthery, zwinna i zwrotna, prezentowała się wspaniale w promieniach słońca. Na bocianim gnieździe marynarz penetrował oczami wyspę. Nie przeoczył machających, gdyż po chwili spuszczono małą szalupę i trzech marynarzy podpłynęło do brzegu. Jednym z nich był kapitan.
– Zapewne czekaliście na nas! – wykrzyknął, uśmiechając się szeroko. – Witaj, kapitanie Skull.
– Dziękujemy, kapitanie – mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. – Jesteśmy Twoimi dłużnikami.
Nareszcie wojownicy mogli odpocząć. Na statku we wspólnej kajucie Koloman zapytał przyjaciela:
– Chyba nie martwisz się już o Księgę Przeznaczenia. Sam ją będziesz dalej tworzył.
– Masz rację, zastanawiam się tylko, do czego byłem potrzebny Magowi i jak miał zamiar wykorzystać mnie i moją Księgę.
– Tego, przyjacielu, nie dowiesz się już nigdy. I dobrze.
Koloman uśmiechnął się cicho. Majron rozmyślał jeszcze przez chwilę, po czym zmorzył go sen. Uśmiechał się przez sen – może wspominał dobre czasy, a może marzył o jeszcze wspanialszej przyszłości. Koloman przyglądał mu się przez chwilę, a potem sięgnął po swoją Księgę i zaczął ją po cichu studiować od pierwszego do ostatniego, nadal nie dokończonego zdania.

Epilog

r…lecz to nie był koniec przygód Kolomana. Po rozstaniu z przyjacielem przemierza cały Świat Zapomniany w poszukiwaniu nowych niesamowitych przygód. Tknięty, jak zawsze, swym niezawodnym przeczuciem kierując się wciąż w stronę morza, dociera do państwa Euve. Tam wkrótce zasiada na tronie jako ostatni potomek panującego tam rodu królewskiego. Za jego rządów państwo przeżywa rozwój finansowy, zdobywa nowe terytoria i wzrasta w dobrobyt. Ale nie trwa to długo. Piątego roku panowania Kolomana I przybywa do niego, w poszukiwaniu schronienia, następczyni tronu sąsiedniego państwa, w którym doszło do buntu.

Konrad Staszewski

You are not authorized to see this part
Please, insert a valid App IDotherwise your plugin won't work.

Dodaj komentarz