Gierki Anioła

Piękny się zaczął dzień, wszystko się wydawało takie łatwe, lecz tak też nie było.

-Obudź się Stanisławie! – Krzyknęła nauczycielka matematyki. Staś posłusznie podniósł się z ławki, podpierając się prawą ręką, a lewą wyciągając do góry w kwestii rozciągnięcia się. Prawa ręka obślizgła się ze stołu i z hukiem uderzył w stół głową. Marta, która siedziała obok w ławce odskoczyła i spadła z krzesła, a nauczycielka puściła kredę i się obróciła szybkim zwrotem tułowiu.
-Ała… – Jęknął Stasiek cicho chrypiącym głosem.
-Stasiu wyjdź z klasy! Natychmiast!… – Pani Markowska chciała jeszcze coś powiedzieć ale zadzwonił dzwonek na przerwę. Nawet jeśli coś powiedziała to zagłuszył to dzwonek. Jasiu wstał, wziął torbę, przechodząc obok Staśka popchnął go barkiem.
-Szykuj się przed szkołą! – krzyknął z udawaną złością, ale nie wytrzymał, roześmiał się. Dziewiętnastolatek wstał, podniósł plecak i założył go na plecy, po czym wyszedł z klasy.
Marta która rozmawiała z Małgosią przystanęła przy Stasiu i powiedziała:
-Przestraszyłeś mnie Stasiu! Zrobiłeś to specjalnie? – Uśmiechnęła się. Stasiek zrozumiał że to żart.
-Niestety nie tym razem – Staś uśmiechnął się tak głupkowato że Małgosia aż roześmiała się zza Marty. Staś zastał uderzony w ramie, lekko otwartą dłonią.
-Oddaj, oddaj, oddaj jej! – Usłyszał męsko-damski głos w głowie.
-Co? – Powiedział z zdziwieniem, nadzwyczaj głośno.
-Uderz, uderz ją! Mocniej! – Stanisław znów usłyszał ten sam głos. Nie wiedział co się z nim dzieje.
-Nie! Nie! Nie! – Wykrzyczał, wszyscy spojrzeli na niego z zdziwieniem. Zdobył się na uśmiech.
-To tylko żart. – Powiedział z spokojem i ruszył w stronę wyjścia.
Wyszedł z szkoły. Co to było? Za dużo kawy?. Staś uśmiechnął się do swoich myśli, choć to nie było śmieszne. Zrobiło mu się słabo.
-Podejdź! Uderz! Zabij! Niech zginie! Bij! Niech krwawi! Zmiażdż go! Utnij mu palec! Stopę! Dłoń! Głowęęęęęęęęę!- Dotychczas Staś miał zamknięte oczy i niedowład nóg, przynajmniej tak mu się zdawało. Głos w jego głowie stawał się tak głośny… nie wytrzymał. Chwycił się za głowę i otworzył oczy. Upadł na plecy. Popatrzył na swoje ręce, całe w krwi. Podniósł się do siadu, zobaczył. Spojrzał wprost w oczy głowy… samej głowy. Rozejrzał się, ujrzał palec, stopę, głowę, zmiażdżoną klatkę piersiową.
-Nie, nie, nie, nie! Nie! Nie!… – Zaczął cicho, ale krzyczał coraz głośniej – Nie! Nie! Nie! – Teraz krzyczał tak głośno, że przy każdym kolejnym krzyku, bolało jakby gardło wybuchało. Bolało go tak mocno, nawet za bardzo, ale krzyczał.

***

Otwarł oczy. Patrzył w niebo z jakiejś dziury. Zapadał się coraz niżej i niżej…. Dotarł na sam dół grobu. Rozejrzał się gdzie leży. Był w trumnie. Chciał wstać, ale zobaczył jak ktoś zrzucał pokrywę. Spadła idealnie, robotnicy się ucieszyli, nie musieli jej poprawiać.

***

Znów poczuł się jak przedtem, jakby zbudził się z snu. Nie chciał otwierać oczu, ale zrobił to ktoś za niego. Nie miał władzy nad ciałem. Zobaczył swoje miasto z góry, jakby z samolotu. Spadał, lecz nie czuł oporu powietrza. Wpadł w budynek, jakby przeszył sufit pokoju nie robiąc w nim dziury. Zupełnie jak duch. Zobaczył pokój. Wszedł tam mężczyzna cały na czarno, Z czarną czapką? Nie to kominiarka! Pomyślał Stasiek. Złodziej… bandyta, rabuś, jakkolwiek go nazwać, po prostu mężczyzna łamiący prawo szedł tyłem z wyprostowaną ręką, w której trzymał pistolet. Z drzwi z których wyszedł rabuś wyszła kobieta. Aneta!
-Aneta! Uciekaj! – Krzyknął Staś. Chciał rzucić się na złodzieja, nie mógł. Aneta nie słyszała go. Kochał ją ponad życie, oddał by je by ją uratować, gdyby mógł. Padł strzał.

***

Siedział na krześle. Czuł to. Nie chciał otwierać oczu, długo walczył. Nie chciał już cierpieć! Znów otwarły mu się oczy, lecz nie czuł się jak pobudka z zwykłego snu, bardziej jak pobudka z koszmaru. W oczy raziła go jasność, Kształtował się stół, waga, ludzie, jakby ustawiał ostrość. Gdy wszystko było idealne wszystko się ściemniało, stawało czarne, i wrócił do punktu wyjścia, tylko w kontrastowym kolorze. Przed nim zabłysnęła biała postać. Umięśniony, wysoki mężczyzna. W prawej ręce trzymał bardzo długi, zdobiony miecz. W lewej małą złotą tarcze. Nie widział dość wyraźnie, ale wszystko się poprawiało, tylko że dużo wolniej niż przedtem. I było coś za nim… jakby skrzydła?
-Czy wiesz co robisz śmiertelniku? Czy wiesz czy kochasz teraz? Czy nienawidzisz!? – Mówiła osoba zaczynając krążyć wokół Stasia. – Czy wiesz co czujesz? Czy wiesz co myślisz? Czy wiesz co się dzieje? Teraz wszystko dzieje się inaczej tak? Czujesz jakbyś przenosił się w czasie? Znam to uczucie człowieku, znam dobrze! Tak jak złość, nienawiść, ale odczuwam też miłość, współczucie, lecz nie. Nie do takich jak Ty! Niech to zmieni twoje życie na zawsze! Bedę czuwał, a jeśli nie będziesz szukał odpowiedzi…

***

Staś podniósł powieki, ujrzał znów niebo. Pielęgniarkę trzymającą nogi w górze i gapiącym się uczniom. Uśmiechnął się. Wszystko już było w porządku.

***

Cztery lat później…
Siedział już tak od dwóch dni. Było widać że ma obsesje.
-”Znam to uczucie człowieku, znam dobrze!” – Pozwiedzał Staś bawiąc się długopisem. – Zgłodniałem… w końcu. – ostatnie słowo powiedział jakby chciał obrazić samego siebie. Wyszedł z swojego mieszkania, tak jak był ubrany. Miał czerwoną bluzę zapinaną na zamek, z kapucą. Spodnie z jeansu. Ubrał na siebie dodatkowo tylko buty, lecz wrócił się po płaszcz, zapomniał że jest zima. Szedł prosto nadal zamyślony, lecz tym razem gdzie dobrze zjeść. Był zdziwiony ruchem ulicznym, jak i pieszym. Nikogo o tej porze? o 12:17? Zbliżał się do pasów, gdy nagle uderzył w coś barkiem, lecz tam nic nie było, zdawało mu się że kogoś potrącił ramieniem, lecz nikogo tu nie było. Zignorował to i ruszył dalej. Przystanął na końcu chodnika. Spojrzał w lewo, później w prawo, i ruszył przed siebie. Żadnego samochodu w polu widzenia. Był na środku pasów, gdy rozległ się ryk silnika. Znikąd pojawiły się samochody, piesi na chodniku. Gdy spojrzał za siebie ujrzał dziewczynę, która zbierał jakieś papiery z ziemi klnąc pod nosem. Uderzył w niego samochód.

***

Obudził się na krześle, tym samym co przed laty, wszystko białe, te same złudzenie optyczne, jakby ktoś bawił się ostrością w telewizorze. Lecz gdy ostrość była dobra, nie zapadła ciemność.
-Anioł? – Zapytał mężczyzna z lewej strony wagi.
-Niemożliwe w tych czasach nie ma nowych Aniołów! – Prawie wykrzyczał mężczyzna z prawej strony wagi. – Chyba że to cud – dokończył spokojniej.
-Cisza – Rozległ się głos żeński. Osoba zapewne stała za złotą wagą. – To Anioł! – Zwróciła się do towarzyszy, przyniosła wzrok na Staśka. – Wyciągnij zwój miecz z pochwy, zdejmij swą tarcze z pleców i uchwyć ją w ręce, rozwiń swe skrzydła i pilnuj ładu! – Powiedziała kobieta.
Stanisław wstał z krzesła o własnych siłach, to co było – bezwładność i złe sny już nie wrócą. Spojrzał na pasek gdzie była przywieszona do niego pochwa. Wyciągnął Piękny szeroki, ale krótki miecz. Trzymał go w prawej ręce. Poczuł ciężar na plecach. Lewą ręką zdjął go, tarcza – dość duża, masywna, złota. Staś poczuł się dobrze. Wyobraził sobie że rozwija swe skrzydła, ale to nie były tylko wyobrażenia, zrobił to naprawdę. Teraz zrozumiał, został zwerbowany, tak jak Anioł który mu się objawił. Podniósł swój miecz w górę i odleciał…

Dolar

Alicja

Radosław Tomala

Alicja

– Czy chciałbyś wiedzieć, kiedy umrzesz?

– Głupie pytanie.

– Chciałbyś?

– Jasne, że nie. Przecież, gdybym wiedział, kiedy umrę, dalsze życie nie miałoby najmniejszego sensu.

– Tak myślisz. Hmm? A wiesz, kiedy ja umrę?

– Nie mam pojęcia. Kiedy?

– W dwa dni po tym, jak przestaniesz mnie podlewać.

Zerwałem się z łóżka, odsłoniłem firankę i spojrzałem na Alicję. Jej liście były zwiotczałe, a kwiaty obumarłe. Zupełnie nie wiedziałem, jak mogłem o niej zapomnieć. W pędy rzuciłem się po butelkę z rozcieńczonym nawozem i obficie podlałem nim ziemie w doniczce. W podstawce pojawiła się woda i z wolna zaczęła skapywać na parapet.

– Cholera, dlaczego mi nie przypomniałaś?

– Nie chciałam ci przeszkadzać. Oglądałeś telewizję.

Uchyliłem okno i z powrotem położyłem się na łóżku. Alicję dostałem od mamy w wieku siedmiu lat. Była moim jedynym przyjacielem; potrafiła mówić, pomagała mi w lekcjach i wspierała jak brata. Po śmierci rodziców to właśnie w niej znalazłem oparcie. Zebrałem siły, skończyłem szkołę i zdałem maturę. Mając lat dwadzieścia trafiłem szóstkę w totolotku. Teraz myślę, że było to dla mnie bardziej przekleństwem niż ocaleniem od trudnej przyszłości. Ludzie zamiast traktować mnie z politowaniem, zaczęli się nieufnie odnosić, a Alicja z każdym dniem robiła się coraz słabsza. Już nie wystarczało cotygodniowe podlewanie kranówą. Używałem najdroższych nawozów, co miesiąc zmieniałem ziemię na nową, ale nic to nie pomogło. Z każdym dniem Alicja miała coraz mniej liści i kwiatów.

– Przecież dobrze wiesz, że za kilka dni zostanie ze mnie tylko sucha łodyga – powiedziała Alicja, kiedy próbowałem uleczyć ją kolejnym, gazeciarskim sposobem.

– Nie mów tak.

– Nie oszukujmy się. Mam piętnaście lat. Nie będę żyć wiecznie.

– Będziesz, bo jesteś wyjątkową rośliną.

Delikatnie połaskotałem ją pod liściem, ale ona już chyba tego nie czuła, bo wcale nie zareagowała. Dawniej wybuchała żywym, radosnym śmiechem.

– Możesz mi coś obiecać? – zapytała.

– Tak?

– Kiedy mnie już tu nie będzie, to… to znajdź sobie kogoś. Przyjaciela. Tylko niech nie będzie to kolejny kwiat. Obiecasz?

Pokręciłem głową, spojrzałem w sufit i ciężko odetchnąłem.

– Proszę, obiecaj.

– Ty nie umrzesz.

Odwróciłem się i cicho zapłakałem.

***

Koniec Alicji był już bliski. Jej okropnie chuda łodyżka wraz z kilkoma listkami bezwiednie opadły na krawędź doniczki i opuściły się do samego parapetu. W świetle lampki bezmyślnie wpatrywałem się w jej sczerniałe pędy, czekając aż wreszcie wyda z siebie ostatnie tchnienie, rozpadając się w drobny pył.

Ta chwila w końcu nadeszła. Alicja drgnęła wyczuwalnie i resztkami energii zalśniła tak pięknie, jak nigdy jeszcze nie zajaśniała żadna z usianych gęsto na niebie gwiazd.

***

Nie wiem, jak wiele czasu minęło od śmierci Alicji. Pamiętam tylko, że ostatnie dni spędziłem nieustannie pijąc wódkę. Musiało to tak trwać od bardzo dawna, skoro kompletnie straciłem rachubę czasu, a mieszkanie wyglądało, jak po przejściu tornada albo czegoś jeszcze gorszego.

Ważne, że doszedłem do siebie. Ogoliłem się, ściąłem włosy i zainwestowałem w nowe koszule. Codziennie wieczorem chodziłem do parku, by tam relaksować się, czytać książkę lub po prostu patrzeć na to, co robią inni.

Pewnego razu zabrałem ze sobą odłamki starej, porcelanowej doniczki, właśnie tej, w której przez wiele lat kwitła Alicja. Każdy kawałek oddzielnie obracałem w palcach i dokładnie oglądałem. Wierzyłem, że to w nich żyje nadal jakaś cząstka mojego jedynego i prawdziwego przyjaciela.

Byłem tak bardzo pochłonięty oglądaniem odłamków, że prawie bym nie zauważył, jak obok mnie przysiadła się schludnie ubrana kobieta w podobnym do mnie wieku. Popatrzyłem chwilę na nią, ale szybko opuściłem wzrok.

– Kwiat? – zapytała.

Nie odpowiedziałem. Właściwie to nie wiem, czy w ogóle potrafię jeszcze rozmawiać. Przecież od tak dawna tego nie robiłem.

– A wie pan czemu ludzie są jak rośliny?

Wzruszyłem niewyraźnie ramionami.

– Bo gdy są samotni to umierają.

Mitologis

Środkiem ciemnej, pustej ulicy wiatr przewiał z nieprzyjemnym szelestem kilka zaschniętych liści. Neon, który reklamował knajpę serwującą wątpliwej jakości trunki, zamigotał i zgasł. W krąg światła najbliższej latarni wszedł jakiś człowiek. Młody, na oko dwudziestoletni. Jego ciężkie buty głośno stukały o bruk przy każdym kroku. Mężczyzna opatulił się szczelniej kurtką, wbił zaciśnięte pięści w kieszenie. Szybko wyszedł z żółtawego, ciepłego kręgu światła i ponownie zanurzył w ciemności. Wtem zza zakrętu ktoś wyszedł mu naprzeciw. Staruszka, wykrzywiając pooraną zmarszczkami twarz w dziwacznym grymasie, w paru susach, zadziwiająco energicznych, jak na jej wiek, dopadła swej ofiary.

– Bogowie mają dla Ciebie prezent, mój mały – wysyczała mężczyźnie do ucha, chwytając go za łokieć. Wyrwał się jej bez słowa i przyspieszył kroku. Po chwili zaczął biec, ogarnięty dziwnym lękiem. Obejrzał się nerwowo za siebie. Upiornej babcinki nigdzie nie było widać.

– Szukasz kogoś? – usłyszał ułamek sekundy przed bolesnym zderzeniem. Zachwiał się i klapnął ciężko na wilgotną jezdnię.

– Nie wierzę w bogów. – burknął do staruszki, stojącej nad nim i szczerzącej zepsute zęby w sardonicznym uśmiechu.

– Ale oni wierzą w Ciebie. I mają dla Ciebie prezent. – zachichotała jak wiedźma.

Wyciągnęła do niego rękę. Spojrzał na nią z lekkim obrzydzeniem i wstał bez pomocy.

– Mają dla Ciebie niespodziankę! – zawołała za nim, gdy zagłębiał się w ciemny labirynt uliczek.

***

Prawie biegł, chcąc jak najszybciej oddalić się od dziwacznej staruszki. Skręcił w prawo, potem w lewo i znowu w lewo, przeszedł przez na wpół zrujnowane podwórko i… zgubił się. Nazwy uliczek nic mu nie mówiły, wszystkie domu wyglądały tak samo obco i niezachęcająco.

„Szkoda, że nie mam nici Ariadny” przemknęło mu przez głowę, gdy błąkał się, bezsilny, pomiędzy budynkami. Zdziwił się. Skąd u niego takie myśli? Wtem usłyszał za sobą szybkie kroki. Obrócił się, ale zdążył zauważyć tylko znikającą w ciemności sylwetkę. Czy to złudzenie, czy tamten ktoś, mimo postury człowieka, miał nieproporcjonalnie dużą głowę o dziwnym, wydłużonym kształcie i… rogi? Nie, to na pewno wyobraźnia płata mu figle! Zawołał za nim, chcąc zapytać o drogę, ale zamiast tego niemal wpadł na jakąś kobietę. Brązowe, jak kasztany, szeroko otwarte oczy wpatrywały się w niego z błaganiem. – Czyś widział moją córkę?! – wykrzyknęła – Widziałeś ją?

Pokręcił przecząco głową.

Zabrał ją, zabrał… – zajęczała nieszczęsna matka – Moją biedną, kochaną córeczkę, moje dziecko… Bawiła się, a on ją porwał! Moje drogie dziecko…

– Gdybyś ja zobaczył. – oczy nagle zajaśniały nową nadzieją – Powiadom mnie szybko, jak najprędzej. Nazywam się Demeter. Demeter, zapamiętasz?!

Skinął bezwiednie głową. Kobieta oddaliła się biegiem, zanim zdążył spytać o drogę. Wzruszył ramionami, wznawiając marsz.

***

– Cześć, kotku… – słowa te, wypowiedziane miękkim, zmysłowym głosem, wyrwały go z zamyślenia. Obejrzał się. W świetle latarni stała dziewczyna. Krótka, obcisła spódniczka, wyzywająco wydekoltowana bluzka i ostry makijaż nie pozostawiały wątpliwości, co do jej profesji.

– Chcesz zaznać bogini miłości i pożądania? – spytała, zachęcająco poruszając biodrami.

– Afrodyta! – rzucił, tknięty nagłą myślą.

– Znasz mnie? – zmrużyła wymalowane oczy, zatrzepotała rzęsami.

Pokręcił gwałtownie głową, oddalając się szybko.

***

Idąc, miał coraz większy mętlik w głowie. Co to wszystko ma znaczyć?! W ciemności zauważył siedzącą pod murem grupkę młodych ludzi.

– Chcesz się napić z Rzeki Zapomnienia? – spytał jeden z nich

– Wody z rzeki Lety… – dopowiedział drugi

Rzeka Zapomnienia, Leta? – nic z tego nie rozumiał. Aż do chwili, gdy zobaczył, jak któraś z dziewczyn podwija rękaw, wbija w ramię strzykawkę i wstrzykuje jej zawartość. Po chwili twarz dziewczyny rozluźniła się, ułożyła w pełen błogości grymas.

***

Zaczynał rozumieć. Człowiek z głowa byka, Demeter i zaginiona córka, Afrodyta, Rzeka Zapomnienia i wszyscy inni, których spotkał później. O, Boże… Czy może lepiej: o, bogowie… Prezent od bogów!

***

– Tak nie wydostaniesz się z labiryntu. – usłyszał męski głos.

Zatrzymał się gwałtownie.

– Krążysz wciąż w kółko. Wciąż te same drogi. Tak się nie da wyjść.

Rozejrzał się wokoło, szukając wzrokiem mówiącego.

– Tak nie wyjdziesz – powtórzył głos.

Z ciemności wynurzył się młody, jasnowłosy chłopak z potężnymi skrzydłami u pleców. Białe pióra ostro odcinały się od półmroku wokoło.

– Tylko tam jest ucieczka – mruknął, wskazując dłonią niebo. – Daj mi rękę.

Posłusznie wypełnił polecenie. Ciężko, z wysiłkiem oderwali się od ziemi. Lecieli nad miastem, tam na dole został Minotaur, Afrodyta i wszyscy inni. Prezent od bogów. Nagle, tknięty przeczuciem spojrzał w górę, na twarz Ikara. Stara, kobieca twarz, pocięta siecią zmarszczek. Cienkie wargi, wygięte w okrutnej parodii uśmiechu, odsłaniają zęby jak spróchniałe pieńki. Wrzasnął, zobaczywszy tamtą upiorną babinkę i puścił podtrzymujące go ręce Ikara. Spadał.

***

– Nadal nie wierzysz w bogów? – zabrzmiał cierpki głos, przesycony ironią.

Przed oczyma zamajaczyła mu czyjaś ciemna, przygarbiona sylwetka. Rozejrzał się. Na ulicy, poza nim, nie było żywej duszy. Stał w ciepłym kręgu światła latarni, nad jego głową mrugał zepsuty neon, a jezdnią płynęły niesione wiatrem suche liście. Owinął się cieplej kurtką. Chłodna dziś noc.

Zamieć

Szedł nocą przez zamieć. Płatki śniegu wirowały wokół w ciemnościach, przylepiały sie do rzęs. Mróz niemiłosiernie ciął po młodej twarzy.  Otulony brązowym wełnianym płaszczem przedzierał się przez zaspy, ale szło mu się dziwnie lekko. W mroku zdawało się niemal, że szedł po ich grzbietach, nie zapadając się prawie wcale. Może dlatego, że śnieg był tu już ubity, nie to, co w gęstwinie między drzewami.
 Był na skraju lasu i wychodził z jego zacisza. Po kolejnym kroku uderzył w niego lodowaty podmuch wiatru znad pól. Nie poczuł specjalnie zimna. Może to już idzie odwilż, a może przyzwyczaił się do mrozu. Dziwne, bo w lesie nie wiało, a było mu tam znacznie zimniej. A teraz na polu, nie czuł już nic- ani zimna, ani gorąca… Tylko ten wiatr tak mocno dmie i ścieżkę wciąż zasypuje.
 Jeszcze chwila i dojrzał w zamieci migające żółte światełko. Zbliżał się do skraju wsi. To znaczy, że nie zgubił w ciemności drogi, choć czarno wokół i śnieg sypie. Jeszcze parę kroków i światło przestało migotać. Zrobiło się większe, pomarańczowe. I było kwadratowe, od kształtu maleńkiego okienka, przez które się wydostawało. A potem tuż obok pojawiła się pionowa kreska, żarząca się tą samą barwą. Szczelina w niedokładnie zbitych z desek drzwiach.
 Zbliżał się do kuźni stojącej na skraju wsi. Powoli podszedł do szpary w drzwiach i zajrzał ostrożnie jednym okiem do środka. Wysoki, silny kowal krzątał się przy dogasającym palenisku. Czerwony żar nadawał drewnianemu wnętrzu iście piekielny wygląd. W krwawym blasku wszystkie te młotki, obcęgi i inne metalowe przedmioty jawiły się niczym narzędzia tortur.
 – Diabli nadali- mruczał pod nosem rosły kowal, odkładając na półkę ciężki młot i zgarniając metalowe odłamki ze stołu.- Wieje od południa, do jutra  śniegu nawali…
 Odsunął się od szczeliny w drzwiach. Znów otoczyła go gęsta ciemność nocy. Odwrócił głowę. Po prawej stronie zobaczył kilka świateł. Jest już prawie we wsi. Jeszce parę kroków i będzie w domu. Ciekawe, czy matula jeszcze czeka na niego, czy już poszła spać. Ucieszył się w duchu, że wreszcie odpocznie, chociaż teraz już nie czuł zmęczenia, a i szło mu się tak jakoś łatwo.
 Ruszył w stronę zabudowań na skraju. Z pierwszej lichej zagrody dobiegły go jęki i jakieś trzaski i hałasy. Pewnie Grzyb znowu tłucze swoją żonę. Jutro biedna kobiecina będzie chować przed ludźmi swoje sińce, a oni będą udawać, że ich nie widzą, jak zwykle. A potem będzie w domu potulnie usługiwać mężowi, aż do następnego wieczora, kiedy ten wróci pijany i znów ją spierze. Czyli niedługo.
 Z trudem już dostrzegał zarysy chat. Śnieg padał coraz gęstszy i wiatr wiał mocniej. Szedł środkiem wsi, nie zdając sobie sprawy, że nie zostawia za sobą śladów na drodze. A może to śnieg od razu je przysypywał…
 Następny ciemny kształt wyłonił się z mroku, po lewej stronie. Duży, prostokątny- kolejna chata. W środku ciemno, wszyscy juz poszli spać. A może nie śpią jeszcze, tylko leżą niespokojnie, nasłuchując wycia zimowego wiatru za oknem i martwiąc się zawieją.
 Nagle śród szumu dobiegł go jakiś słaby głosik. Ktoś śpiewał kołysankę. Ostrożnie zakradł się do następnej zagrody i zajrzał przez małe okno. Wewnątrz tylko jedna świeczka oświetlała pokój. Na krześle siedziała młynarzowa z małym dzieckiem na ręku. Stary chrapał w łóżku, nakryty cały pierzyną, a ona tuliła maleństwo, które nie chciało zasnąć.
 -Juści, śpij… spij maleńki…
 Popatrzył na nią i uśmiechnął się lekko, łagodnie. Tak u nich cicho i spokojnie. A tu, na dworze, mróz i zamieć.
 Ale to jeszcze nie jego chata. Odsunął się od ściany i wrócił na środek wsi. Droga biegła prosto. Już niedaleko. Jeszcze trochę i będzie… Gdzie? Dokąd zmierza tak sam ciemną nocą? Już sam nie wiedział, co było celem jego wędrówki. Ruszył wolno przed siebie, gdzie nogi poniosą. Przed sobą nic już nie miał, za sobą zostawiał pustkę i ciemność, wszystko znikało.
 Rozpłynął się wśród wirującego śniegu…

 Jutro na skraju lasu, przed wsią, znajdą jego zamarznięte ciało. Ciekawe, czy sprawią mu ładny pogrzeb…
 

Łaska Bogów

Nad wioską powoli zapadała noc. Słońce już tylko częściowo wychylało się zza ściany pobliskiego lasu. W chacie, na skraju wioski siedział samotnie jej mieszkaniec, nerwowo spoglądając na drzwi. Wiedział, że wraz z nadejściem świtu zakończy swoje życie. Okazał się być kolejnym Modlącym, któremu nie udało się uprosić bogów o spełnienie Przepowiedni.
    Dokładnie przez tysiąc dni Alem był najważniejszym człowiekiem na świecie, miał wszystko, co najlepsze. Nie musiał polować, należały do niego najpiękniejsze kobiety, choć akurat z tego ostatniego przywileju starał się korzystać jak najrzadziej. Chciał, by zapamiętano go jako dobrego człowieka. Zdawał sobie sprawę, że wielu jego poprzedników za bardzo wykorzystywało swoją pozycję. Uważał, że zrobił wszystko, co było w jego mocy, by bogowie zechcieli wysłuchać jego próśb. Jednak mimo wielkiego zaangażowania, on również poniósł porażkę, a jej konsekwencje miały nadejść wraz z pierwszymi promieniami słońca…
    Tej nocy w wiosce nikt nie zamierzał spać, nawet najbardziej schorowani opuścili swe łóżka, by zobaczyć najważniejsze wydarzenie w ich życiu. Niewielu miało okazję obejrzeć na własne oczy ceremonię wybierania nowego Modlącego. Tradycją było, że uroczystość odbywała się zawsze w wiosce ustępującego wybrańca bogów.
    Ognisko już powoli zaczynało płonąć. Wieczór był dość chłodny jak na tą porę roku. Alem otulił się futrem i ostatni raz przekroczył próg swego domostwa, by stawić czoła nieodwołalnemu przeznaczeniu…
    Ludzie gromadzili się wokół ogniska, by wysłuchać jego ostatniej mowy. Większość z nich była dla niego obca, wszak od kilku dni do wioski wciąż przybywali mieszkańcy najodleglejszych nawet wiosek. Każde plemię liczyło, że to ich przedstawiciel okaże się tym, który zwycięsko przetrwa Próbę i przyniesie chwałę swoim ludziom.
    Alem westchnął. Tysiąc dni temu to właśnie jego wskazali bogowie, by mógł w imieniu wszystkich modlić się do nich o ich łaskę. Zawiódł wszystkich. Zarówno tych, którzy oczekiwali na spełnienie przepowiedni, jak i samych bogów. Spojrzał na swoje dłonie, były one świadectwem wyjątkowego hartu ducha. Pierwszy raz od lat zaczął żałować, że był aż tak wytrwały. Aż do dziś wierzył, że to on poprowadzi ludzkość do chwały, choć z każdym dniem jego wiara słabła. Dziś nicjuż z niej nie pozostało.
    Jakiś człowiek szybkim krokiem zbliżał się w jego kierunku, dopiero po chwili rozpoznał w nim Vakę, Pierwszego Łowcę zarówno wioski jak i całego plemienia.
    – Alem… – zaczął niepewnie Vaka – Przykro mi, że to się tak skończy.
    Były to szczere słowa. Obaj przyjaźnili się od dzieciństwa. Byli zawsze mądrzejsi od swoich rówieśników, co w późniejszym okresie zaowocowało awansem społecznym.
    – Trudno, nic na to nie poradzisz, ale przecież zdawałem sobie sprawę, że to może się tak skończyć. Zawiodłem i muszę ponieść konsekwencje…
    – Odkąd zostałeś Modlącym zawsze bałem się, że ta chwila może nadejść. Sam gorąco modliłem się do bogów, by przyjęli twoje modły, bym nie musiał unieść miecza przeciwko tobie. Nawet nie wiem, czy będę potrafił to uczynić.
    – Musisz, Vaka, musisz… Tak każe nasze prawo, to Pierwszy Łowca wioski, z której pochodzi Modlący musi wykonać wyrok, wiesz o tym… Więc nie wolno ci ściągnąć na siebie gniewu ludzi, bo i swoją głową mógłbyś go przypłacić. A mnie to i tak nie pomoże. To koniec, Vaka.
    – Alem… Wybacz mi więc…
    Vaka odwrócił wzrok, nie chcąc patrzeć w twarz przyjaciela.
    – Wybaczam. Zresztą wolę zginąć z ręki przyjaciela, wiem, że zrobisz to szybko i nic nie poczuję.
    – Tak będzie… – odparł Vaka i pośpiesznym krokiem ruszył w kierunku ogniska.
   

    ***
   
    ,,Jeszcze kilka godzin w kosmosie i będzie po mnie” pomyślał nerwowo Lenny.
    Jego statek pozbawiony był już torped próżniowych, a goniący go ludzie nie wystrzelili jeszcze całego swojego arsenału. Nie miał też już czym mylić rakiet wrogów, a jego tarcza słabła. Pozostała mu jedynie umiejętność pilotażu, w której to dziedzinie był mistrzem. Jednak po trzech dobach za sterami, środki stymulujące nie dawały już pożądanych efektów. Pierwszy raz w życiu poczuł się prawdziwie zagrożony.
    Większość ludzi na jego miejscu już dawno by się poddała, ale nie on. Od lat był postrachem wszechświata. Był terrorystą, który nie działał ani dla idei, ani dla pieniędzy. Zabijanie sprawiało mu czystą przyjemność.
    Ktoś kiedyś policzył, że po jego akcjach zginęło około półtora miliona ludzi. Jednakże z jego prywatnych wyliczeń wynikało, że była to liczba wielokrotnie wyższa. Po prostu niekiedy inni przypisywali sobie jego osiągnięcia, a czasem winę zrzucano na naturę, której niszczącą siłę Lenny także wykorzystywał dla sprawienia sobie radości. I choć władze wiedziały kto za tym stał, nie odważyły się poinformować o tym opinii publicznej.
    Rozmarzył się przez chwilę, jednak szybko wrócił do rzeczywistości, jako, że statek policji znów go namierzył, a w jego kierunku leciał kolejny pocisk.
    Wziął głęboki oddech. Zamierzał zastosować manewr trudny w warunkach atmosferycznych, a wręcz niewykonalny w przestrzeni kosmicznej. Przeciętnemu człowiekowi potrzebne do niego obliczenia zajęłyby kilka minut, jednak jego umysł uporał się z nimi w kilka sekund. Wyhamował całkowicie i czekał. Kiedy rakieta była tuż za nim, wykorzystując pola grawitacyjne najbliższych obiektów, precyzyjnym ruchem wykonał zwrot i usiadł na ogonie pocisku, który w tej chwili traktował go jako przedłużenie samego siebie. Teraz wystarczyło podążać za nim z jego prędkością aż do wyczerpania energii rakiety. Lenny odsapnął z ulgą. Jednak jego radość trwała krótko, zorientował się bowiem, że leciał ku niemu następny pocisk. Powtórzenie manewru nie wchodziło w rachubę, ponieważ wpadłby w pole widzenia pierwszej torpedy. Jednak i teraz wiedział, co zrobić. Pozwolił, by pocisk zbliżył się do niego, po czym zmienił kierunek na prostopadły do toru rakiet. Obie zareagowały natychmiast zmierzając ku niemu pod, wydawało się, identycznym kątem i będąc w podobnej odległości od niego. Od tego jak bardzo te parametry były zbliżone zależało jego życie.
    Kiedy już został wzięty w kleszcze, po kolejnych błyskawicznych obliczeniach zmienił ciąg na wsteczny. Było to tym razem tak drastyczne, że z nozdrzy Lenny’ego trysnęła krew. Pociski zawróciły za nim wpadając na siebie i eksplodując z całą siłą.
    Tarcza ochronna z trudem przyjęła na siebie liczne odłamki. Komputer poinformował, że jej siła spadła do pół procenta. Dokładnie tyle, ile potrzebował do wejścia w atmosferę, tyle, że najbliższe gwiazdy nie posiadały planet zagospodarowanych przez ludzi, a Lenny posiadał już broń działającą jedynie w atmosferze.
    Ktoś go zdradził. Tyle wiedział, choć nie miał pojęcia, który z jego ludzi okazał się być Judaszem. Żywego wyceniano go na 400 milionów uniwersów, co było rocznym budżetem średnio zamożnej planety. Za martwego Unia dawała połowę tej kwoty. A mimo to był przekonany, że garstka ludzi, z którymi przebywał na co dzień, była podobna do niego. Wydawało mu się, że wyselekcjonował ich doskonale, zapewnił im życie w luksusie, ale widać i to nie wszystkim wystarczało. ,,Człowieka trudniej zrozumieć niż zabić” przemknęło mu przez głowę.
    Kiedy kilka dni temu wyruszył na rekonesans przed kolejnym zadaniem, ukryta za asteroidem, czekała na niego cała armada. Jego statek był jednak jednym wielkim zautomatyzowanym magazynem broni. Lenny zdziesiątkował wrogów i zdołał wyrwać się z zasadzki, pozbawił się jednak przy tym całego przydatnego do walki w przestrzeni arsenału.
    W obecnej chwili pozostało mu więc jedno – ucieczka w nadprzestrzeń. Nie mógł skoczyć do żadnego ze znanych układów, bo jak przypuszczał wszystkie były gotowe na przyjęcie go. Musiał uciekać poza znany kosmos, ale przy jego mocno już wyczerpanych pokładach energii, była to podróż w jedną stronę. Było to jednak lepsze niż porażka.
    Obliczenia znów przeprowadził w pamięci, by zminimalizować czas, w którym jego własny komputer będzie przetwarzał dane. Był przekonany, że ten, kto go wydał nie zapomniał podłączyć pluskwy pod układ sterujący.
    Nie mylił się. Kiedy wrócił do przestrzeni rzeczywistej na ogonie miał jeszcze dwa statki policyjne. W duchu przyznał, że byli dobrzy. Musieli zareagować natychmiast po nim, nie mogli zdawać sobie sprawy, że ten skok będzie jedynym, jaki może wykonać.
    Komputer pokładowy z trudem ustalił aktualne położenie na podstawie gwiazd. Lenny jednak odetchnął z ulgą. Układ w jakim się znalazł posiadał planety. Była więc szansa, że któraś z nich będzie posiadać w miarę przyjazną jego celowi atmosferę. Statek Lenny’ego był zaopatrzony w sporą ilość sond zwiadowczych, więc wysyłał je po kolei, jednak te nie wysyłały korzystnych wiadomości. Gdy dotarł do trzeciej planety od tutejszej gwiazdy nie mógł uwierzyć w to, co ujrzał. Jej wielkość i barwy do złudzenia przypominały Ziemię. Sonda potwierdziła, że atmosfera ma wręcz identyczny skład, do tej, którą mógł oddychać. Gdyby wierzył w siły nadprzyrodzone uznałby to za cud, bo to było pierwsze takie znalezisko we wszechświecie, ale nie miał czasu ani ochoty, by dłużej się nad tym zastanowić. Nie myślał także o powodach dla których od jakiegoś czasu go nie atakowano. Uznał, że pościg zastanawia się, jakby złapać go żywcem.
    Wiedział, że jeśli dobrze to rozegra, to wyjdzie z tego cało, wszedł w górne warstwy atmosfery, co kosztowało go utratę reszty tarczy. Jednak w pułapkę dał się wciągnąć tylko jeden statek policji, drugi został na orbicie. Najwyraźniej nie chcieli ryzykować starcia obaj, drugi w razie niepowodzenia miał polecieć po posiłki. Lenny zabluźnił siarczyście, szybko jednak koncentrując się na najbliższej bitwie.
    Policjant usiadł Lenny’emu na ogonie, ale po kilku sprytnych manewrach role się odwróciły. Przeciwnik przez chwilę próbował miotać się, by nie dopuścić do namierzenia, jednak zaprawiony w takich sytuacjach Lenny nie dał mu szans. Spokojnie poczekał na jeden mały błąd i w odpowiedniej chwili wysłał dwie rakiety, które chwilę później eksplodowały przy zderzeniu z wrogim statkiem. Na twarzy Lenny’ego zagościł promienny uśmiech.
    Po cichu liczył, że drugi z policjantów okaże się chciwy i zapragnie zgarnąć wszystko dla siebie. Niestety, po chwili statek zniknął z orbity. To oznaczało, że na naprawę tarczy i wymianę akumulatorów zostały Lennemu może ze dwie godziny. Musiał także zlokalizować pluskwę. Uznał, że tyle powinno mu wystarczyć. Nie zastanawiając się więc długo zaczął lądować.
    Kiedy osadził statek na ziemi, od razu zabrał się do wymiany rdzenia akumulatorów. Następnie wyszedł na zewnątrz, by zająć się tarczą.
    Analiza biologiczna powietrza sprawiła, że coraz mniej wierzył w zbieg okoliczności. Mikroorganizmy zawarte w atmosferze były wręcz identyczne z tymi, z którymi spotkał się na Ziemi. Ta wiedza pozwoliła mu zdjąć hełm. Bez kombinezonu mógł być bardziej wydajny.
    Zanim jednak zabrał się do pracy zaniepokoił go jakiś ruch wokół niego…
   

    ***
   
    Alem stanął na podwyższeniu zbudowanym z bloków skalnych. Dziś miał przemawiać z tego miejsca po raz ostatni. Uciszył gawiedź ruchem ręki. Po kilku chwilach nastąpiła całkowita cisza, nawet dzieci zamilkły.
    – Wiele lat temu, gdy po ziemi chodzili dziadowie dziadów naszych dziadów wszystkie ludy żyły ze sobą w nienawiści, tocząc ze sobą wciąż krwawe walki. Nie podobało się to bogom, którzy ciągle zsyłali na nas liczne plagi. Trzęsła się ziemia, góry pluły ogniem, a my umieraliśmy na straszliwe zarazy. Wtedy to w plemieniu Ure urodził się wielki prorok, który zaczął uczyć nas jak sprawić, by bogowie stali się dla nas przychylniejsi. Bogowie kochali go, zsyłając mu w czasie snu wizje, które później przekazywał nam. Potrafił on zjednoczyć nas wszystkich w wielką rodzinę, nauczył wielu cennych rzeczy, które sprawiają, że nasze życie stało się łatwiejsze. Miał też wiele takich wizji, których nie potrafił nawet on pojąć, ale dwie najważniejsze dla nas przekazał bardzo dokładnie…
    Alem wziął głębszy oddech, wiedział, że każde kolejne słowo przybliżało go do nieuchronnej śmierci. I choć wydawało mu się, że już się z tym pogodził, to jednak jakaś siła ściskała mu krtań.
    – Bogowie przekazali Hometowi słowa które wszyscy dobrze znacie, a jednak musimy je powtarzać bez końca, by nigdy nie zostały one zapomniane. Kiedy wyzbędziemy się ostatniej myśli pełnej nienawiści, kiedy nasze serca staną się czyste, wtedy bogowie uznają, że jesteśmy godni ich przebaczenia. Podejmą oni walkę ze złym bogiem Enonem i w ludzkiej postaci zepchną go na ziemię, byśmy wydali na niego wyrok. Homet nie powiedział nam, co mamy uczynić, ale wielokrotnie wspominał, że musi on być mądry i rozważny. Jeśli uczynimy słusznie, wówczas spłynie na nas łaska bogów. Nie będziemy musieli już polować, będziemy mogli pływać pod wodą niczym ryby, latać w powietrzu jak ptacy, będziemy równi bogom. Homet modlił się, by uprosić tą łaskę, nadaliśmy mu tytuł Modlącego, lecz równo po tysiącu dniach od tej uroczystości został zdradliwie zabity mieczem głupca, którego imię miało zostać zapomniane. Rada Łowców ustaliła wówczas, że potrzebujemy nowego Modlącego, który zgodnie z uświęconą tradycją przez tysiąc dni jest następcą Hometa. Człowiek ów, jeśli w tym czasie nie wybłaga bogów o zesłanie nam Enona, też zgodnie z tradycją zostaje stracony na cześć proroka. Dziś mija tysiąc dni, odkąd ja zostałem wybrany Modlącym, a moje modły nie były widać miłe bogom. I choć starałem się ze wszystkich sił jutro ktoś inny będzie starał się o spełnienie Pierwszej Przepowiedni Hometa. Bogowie za chwilę wskażą nam nowego Modlącego. Zaczynajmy więc Próbę.
    Alem zszedł z podium i stanął przy ognisku. Po chwili dołączyło do niego trzydziestu dwóch mężczyzn ze wszystkich plemion prócz jego własnego. Żeby uniknąć nieporozumień, Rada Łowców ustaliła, że następujący po sobie Modlący nie będą nigdy z tego samego plemienia.
    Mężczyźni stanęli wokół ogniska w którym od początku uroczystości znajdowały się Kamienie Prawdy.
    – Zaczynajcie więc. – nakazał Alem.
    Każdy z potencjalnych Modlących wziął do prawej ręki po jednym kamieniu i uniósł wysoko nad głowę. Po chwili pierwszy z nich nie wytrzymał bólu. Za nim rezygnowali następni. Alem spojrzał mimowolnie na swoją dłoń, na której widniały blizny po jego Próbie.
    Dwaj ostatni walczyli z bólem najwytrwalej. Żaden z nich nie chciał być ostatnim przegranym. Wszyscy patrzyli na ten pokaz męstwa z nieukrywanym podziwem, nawet najstarsi z Rady Łowców nie pamiętali tak zaciekłej walki. Alem ponownie wspomniał swoją Próbę. Gdyby wówczas nie był na tyle silny, dziś nie musiałby umierać, ale wierzył, że będzie godnym następcą Hometa. Teraz już wiedział, że nie był.
    Wyższy z walczących w końcu osunął się na ziemię, ból był na tyle silny, że stracił przytomność. Niższy – Ekke z plemienia Ure stał jednak dalej ze swym Kamieniem Prawdy. Mimo, iż oświetlał go jedynie płomień ogniska, na jego twarzy wyraźnie widać było bladość. Po publice przeszedł poszum zdziwienia i uznania.
    W końcu Ekke rzucił swój kamień na ziemię i drżącym głosem poprosił, by ktoś opatrzył mu ranę.
    Alem ponownie wstąpił na podest, by oficjalnie ogłosić werdykt bogów.
    – Bogowie wybrali! O świcie, kiedy oddam im swą duszę, Ekke który otrzymał ich wsparcie będzie kontynuował moja misję. Ekke pokazał nam swój wspaniały hart ducha, pokazał, ze godzien jest tytułu Modlącego. Musimy wierzyć, że to jemu uda się poprowadzić was ku lepszej przyszłości. Teraz dajmy mu odpocząć, a my wspólnie modląc się, oczekujmy świtu…
    – Nie!!! – przerwał tyradę Alema Ekke – Pozwól Modlący, że przemówię do naszego ludu.
    Alem skinął głową i ustąpił miejsca młodszemu od siebie Ureńczykowi.
    – Kochani! – zaczął Ekke, głos wciąż mu jeszcze drżał – Moje plemię od czasu Hometa nigdy nie miało żadnego Modlącego. Pewnie nawet nie zdawaliście sobie z tego sprawy. Nie wiecie też o tym, że to, czego uczył nas Homet zostało przez was wypaczone. W naszym plemieniu, jego plemieniu słowa te przetrwały w najczystszej formie i dlatego wiem, że Homet uczył nas przede wszystkim tego, byśmy nie przelewali własnej krwi! Czyż nie tak było?
    Zgromadzeni potwierdzili całkowicie jednomyślnie.
    – Czyż nie to było warunkiem, byśmy stali się bliżsi bogom?
    Znów wyrażono poparcie dla słów Ekke.
    – Więc czemu zabijamy kolejnych Modlących? Dlaczego wciąż utrzymujemy ten barbarzyński zwyczaj? Przecież właśnie z tego powodu bogowie wciąż się od nas odwracają, wciąż uważają nas za niegodnych, musimy z tym skończyć raz na zawsze! Przecież własnie o tym mówił Homet!!! Czyż nie?!
    Jednak tym razem rozgorzała głośna dyskusja.
    – Tchórz, boisz się że nie przebłagasz bogów i skończysz jak poprzednicy!
    – To uświęcona tradycja!
    – Ekke dobrze gada, Homet nie chciał zabijania!
    Zaczęto przekrzykiwać się wzajemnie, jednak wyraźnie przeważali konserwatyści, nie chcący żadnych zmian. Ekke próbował uciszyć gawiedź, ale udało mu się to dopiero przy pomocy Alema i Vaki.
    – Nie rozumiecie niczego, głupcy! – kontynuował Ekke – Żądza krwi wciąż drzemie w waszych sercach. Alem był godnym wysłuchania przez bogów, ale ani jemu, ani nikomu innemu nie uda się ich przebłagać, dopóki chęć zabijania wciąż będzie kierować waszymi umysłami. Myślicie, że jestem tchórzem? Nie, nie jestem, nie boję się śmierci, to gorsze od życia w świadomości, że bez względu na wysiłek, jaki włożę w modły i tak niczego nie osiągnę. Mój lud to wie i dlatego zawsze nasi ludzie szybko odrzucali Kamień Prawdy. Ja jednak chciałem przemówić wam do rozumów. Rada Łowców plemienia Ure odradzała mi podjęcie walki, ale ja wierzyłem, że moje słowa przekonają was w jakiej ślepocie żyjecie. Lecz skoro uważacie, że przemawia przeze mnie obawa o życie, to teraz dam wam dowód, jak bardzo się mylicie!
    Ekke wyciągnął zza pasa zdrową ręką sztylet i wbił go sobie w serce zanim Alem i Vaka zdążyli zareagować.
    Wszyscy zamarli. Znów nastała cisza.
    Przerwał ja Alem, znów zabrawszy głos.
    – Ja też nie boję się śmierci. Gotów jestem oddać swoje życie, jeśli taka jest wasza wola, ale czyż Ekke nie miał racji? Homet zakazał zabijać, a Ekke udowodnił, że to nie strach przez niego przemawiał, tylko pragnienie wypełnienia proroctwa jego wielkiego rodaka. Ekke złożył w ofierze samego siebie, czy to poświęcenie ma pójść na marne? Nadszedł czas by Rada Łowców zebrała się teraz i zdecydowała o zaniechaniu mordów, być może Ekke miał rację i to właśnie dlatego nigdy dotąd Modlący nie byli w stanie przebłagać bogów.
    Łowcy plemion w większości niechętnie, ale zebrali się w chacie Vaki. Dyskusja jaka tym razem rozgorzała była burzliwa, ale zaskakująco krótka. Chwilę później Vaka jako gospodarz przedstawił ich decyzję publicznie.
    – Jak już powiedział Alem, Ekke dokonał odważnego i wielkiego czynu, poświęcił swoje życie, by otworzyć nam oczy na nasze błędy. Dziś Rada Łowców zdecydowała, że od teraz nie będziemy już zabijać Modlących. Modlący po tysiącu dni staną się na powrót zwykłymi członkami swojego plemienia. Nowym Modlącym zostanie zaś Perre z plemienia Ler, który tak dzielnie dotrzymywał kroku Ekke podczas Próby. Alem – zwrócił się głośno do przyjaciela – prowadź więc dzisiejsze modły… I cieszę się, że nie będę musiał… wiesz… – dodał znacznie ciszej.
    – Wiem… – szepnął Alem.
    Nim jednak Modlący zdążył znów wejść na podium, na nocnym niebie pojawiły się dwie świecące plamy, poruszające się jedna za drugą. Dostrzegł to ktoś w tłumie. Wszystkie oczy uniosły się ku górze. Nagle jeden z ogników rozbłysnął jasnym światłem, a drugi zbliżał się ku ziemi. Z każdą chwilą punkt stawał się coraz większy, aż w końcu obiekt opadł całkiem. Upadek miał miejsce nie więcej jak dwa tysiące kroków od zgromadzonych. Nikt też nie miał wątpliwości, co to wszystko oznaczało. Ekke miał rację, a teraz przepowiednia miała się właśnie wypełnić.
    Uzbrojoną gromadą pod przewodnictwem Vaki i Alema, wciąż jeszcze piastującego funkcję Modlącego, ruszono na poszukiwania Enona.
    Wkrótce dotarli na miejsce. Na polanie z której wyraźnie dochodził swąd spalenizny stała ogromna skała, choć z pewnością nie była z kamienia, przypominała raczej metal. Po chwili coś się poruszyło i ukazało się wejście do jaskini, z której wyszedł Enon. Był wielkości człowieka, ale posiadał ogromną głowę bez ust, nosa i oczu. Łowcy wstrzymali oddech. Musiało minąć trochę czasu, nim przełamali całkiem swój lęk.
    Enon zszedł na ziemię. Przez chwilę spacerował i oglądał ową skałę. W końcu zdjął to, co wszyscy w pierwszej chwili uznali za głowę, a co okazało się jedynie jakąś rytualną maską. Był to sygnał do ataku.
    Pierwsi atakujący natychmiast padli martwi pod wpływem promieni rzucanych przez Enona. Zły bóg okazał się być też doskonały w walce wręcz, do której doszło po chwili. Wielu zginęło, a kilkunastu zostało ranionych, nim nieprzytomny Enon został unieruchomiony sznurem.
    Vaka, trzymający się za złamane ramię pierwszy przerwał ciszę, która nagle zapadła.
    – I co teraz, Alem? Zabić go? Zresztą ty to zrób, wciąż jeszcze jesteś Modlącym.
    Alem przyznał przed sobą, że jeszcze nigdy poważnie nie zastanawiał się co zrobiłby z Enonem. Ale tym razem olśnienie przyszło natychmiast.
    – Pamiętacie słowa Hometa? Pamiętacie, co mówił o mądrym wymierzeniu mu kary?
    Wśród łowców przeszedł zniecierpliwiony jęk oczekiwania.
    – Pomyślcie, bogowie są nieśmiertelni, czyż nie? Enon też jest bogiem. Jeśli teraz go zabijemy, uwolnimy jego ducha z ludzkiej powłoki i znów wróci do gwiazd, by dalej zsyłać na nas swoje plagi. Musimy więc uwięzić go. Póki żył będzie, nie będzie w stanie nas krzywdzić!
    – Zaprawdę głupcami, jak mówił Ekke, byliśmy chcąc zgładzić tak mądrego Modlącego, jakim jest Alem. – przyznał Pierwszy Łowca plemienia Klu.
    Za nim pozostali przy życiu łowcy wyrażali swoją aprobatę dla mądrości Alema. Sam modlący był szczęśliwy. Przecież o nim, jak o Homecie będzie się mówić jeszcze przez długie lata. Będzie tym, który uwięził Enona. Jednak Alem obiecał sobie solennie, że o Ekke też nigdy nie powinno się zapomnieć, gdyby nie jego odwaga bogowie nigdy by im nie pomogli…
   

    ***
   
    Klatka była zbudowana bardzo solidnie, Lenny nie mógł uwierzyć, że po tym jak udało mu się uciec flocie policyjnej, dał się podejść jakiejś bandzie dzikusów, wymachującej wciąż wokół jego więzienia oszczepami…
    Intensywnie obmyślał plan ucieczki, w końcu górował nad tymi prostakami intelektem. To było kwestią czasu. Czasu, którego nie miał.
    Zanim zdążył wprowadzić swój pierwszy rozsądny plan w życie, na rozświetlonym blaskiem, wschodzącej gwiazdy niebie, pojawiły się pierwsze statki policyjne. Wiedział, że gdyby nie miejscowi, spokojnie zdążyłby usunąć wszelkie uszkodzenia statku, ale oni byli czynnikiem, którego nie był w stanie przewidzieć. Żałował tylko, że skończył w tak głupi sposób…
   

    ***
   
    Poole spoglądał na główny ekran widokowy frachtowca bez specjalnego entuzjazmu. Zdawał sobie sprawę, że wyzwanie jest bardzo trudne, a zaufanie jakim go obdarzono w Radzie Unii Planet jest wynikiem uznania dla jego dotychczasowych osiągnięć.
    – Ambasadorze… – zwrócił się do niego Markowski.
    – Tak, profesorze?
    – Proszę się nie martwić, w krótkim czasie zbudujemy tu cywilizację do której jak widzę już pan tęskni.
    – Rozgryzł mnie pan, Adamie.
    – Dla nas, antropologów też jest masa pracy, tyle, że my o czymś takim marzyliśmy. Proszę spojrzeć… Czysta, nie skażona naszym wpływem cywilizacja. Nawet nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy ich istnienie zawdzięczamy jakiejś dawno zapomnianej misji zasiedleńczej, czy są, co jest już prawdziwą fantastyką, wynikiem równorzędnego toku ewolucji, jak na Ziemi… W to ostatnie trudno co prawda uwierzyć, ale ich DNA różni się od naszego na tyle, że genetycy nie są pewni, jak jest z nimi w rzeczywistości…
    – Wiem, wiem… Dla was, naukowców to prawdziwa gratka, ale dla mnie… proszę mnie zrozumieć, to jak wygnanie w nagrodę za moje zasługi…
    – Mimo wszystko powinien pan być dumny, że to właśnie pan będzie świadkiem przemian, jakie nastąpią na tej dziewiczej planecie, poza tym są jeszcze przepowiednie ich guru – Hometa. To chyba elektryzuje wszystkich najbardziej. Z tego, co wiem, był jak dotychczas bezbłędny. Był lepszy nawet od naszego Nostradamusa, ponieważ swoje wizje przekazywał bardzo czytelnie. Ta, o ich złym bogu Enonie była rewelacyjna. Prócz standardowych dotacji dla słabo rozwiniętych planet, kiepskich zresztą, dostali pokaźna nagrodę za schwytanie żywcem tego terrorysty. Homet mówił, że dzięki temu staną się jak bogowie. I tak rzeczywiście będzie, średnia ich życia, zresztą niebywale wysoka jak na ich rozwój, nie przekraczała pięćdziesięciu lat, dzięki naszej medycynie wydłuży się więc blisko pięciokrotnie. Dla nich to jak nieśmiertelność… Ale jest jeszcze coś… Zresztą wie pan, ambasadorze… Druga z wielkich przepowiedni Hometa odnosi się do nas. Platon już tysiące lat temu wspminał coś o poszukiwaniu drugiej połowy jabłka. Według słów Hometa oni są naszą drugą połówką…
    – Wiem, Adamie… To chyba właśnie dla tych słów zgodziłem się piastować swoją funkcję tutaj… Jak to szło? „A kiedy już bogowie zstąpią na ziemię i dadzą nam wszystkie swoje dary, my damy im wspanialszy, nasze wspólne potomstwo posiądzie większą moc, niż bogowie mają teraz, będzie potrafiło mówić myślą, myślą będzie umiało przenosić góry i co najważniejsze będzie miało zdolność sięgnięcia do świata przodków, nasi ojcowie znów do nas przemówią swoją mądrością.” Telepatia, telekineza i kontakt ze światem umarłych? Trudno w to uwierzyć, ale czyż nie o tym marzyliśmy? Zdobyliśmy wszechświat, ale nie byliśmy nigdy w stanie wykorzystać potencjału, który jak sądziliśmy drzemie w nas od zawsze…
    – I jeśli to będzie prawda, wówczas staniemy się w rzeczywistości równi Bogom…