Stwierdzenie, że szedł przed siebie byłoby chyba najlepszym określeniem, które przychodziło mi do głowy.
Wyglądał zupełnie normalnie, gdyby tylko móc pominąć fakt, że jego ubranie było całe poplamiona krwią, a wyraz twarzy wyrażał stuprocentowe zdezorientowanie i przerażenie. Widać było, że nie za bardzo zdaje sobie sprawę z tego gdzie jest i co tu w ogóle robi. Po paru minutach błąkania się i nieudolnym szukaniu czegokolwiek co mogłoby wydać mu się znajome, podszedł do słupa, oparł się o niego plecami i opadł na ziemi. Latarnia świecąca żółtym światłem była ostatnią już latarnią, która jeszcze się paliła i oświetlała ona tylko niewielki kawałek chodnika. Wszędzie dookoła panował półmrok i trudno było dojrzeć czegokolwiek. Chłopak wyglądał mi na jakieś siedemnaście lat, a przynajmniej takie wywoływał wrażenie, ale możliwe, że to światło po prostu go odmładzało. Opuścił głowę i sięgnął do kieszeni spodni, z której wyjął coś niesamowicie przykuwającego mój wzrok. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że to jakiś zwykły czerwony kamień, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że to jednak nie to, Musiało to być coś innego, cos cenniejszego. Nie wiem czemu, ale z sekundy na sekundę ten człowiek wydawał mi się coraz mniej przyjazny i bezbronny, a ja oglądając go zza drzewa stojącego pare metrów od niego przestawałam czuć się bezpiecznie pomimo tego, że przez ramię przewieszoną miałam katanę, a w ręce nóż. Chciałam się wycofać, zawrócić i zapomnieć, ale kiedy zrobiłam krok w tył coś trzasnęło. Dźwięk odbił się echem po pustej ulicy. Chłopak szybko stanął na równe nogi, a kamień w mgnieniu oka schował powrotem do kieszeni. Zaczął rozglądać się próbując wypatrzeć tego co wywołało ten dźwięk. Stałam jak wryta przez pare sekund. Wydawało mi się przez chwilę, że patrzy on prosto na mnie. Adrenalina skoczyła mi do tego stopnia, że nie potrafiłam racjonalnie myśleć. Instynkt kazał mi uciekać, ale nie mogłam się ruszyć. Po chwili zrobiłam kolejny krok w tył. W tym momencie chłopak naprawdę mnie spostrzegł. Ruszył w moją stronę dość szybkim krokiem, a ja jednak posłuchałam instynktu, odwróciłam się i zaczęłam uciekać. Las był ogromny, a drzewa stare, grube i połamane. Omijałam je tak szybko jak jeszcze nigdy, a za sobą słyszałam coraz to głośniejszy szelest liści. Nigdy jeszcze nie spotkałam kogoś szybszego ode mnie. Do teraz. Doganiał mnie. Nie musiałam się nawet odwracać, aby to wiedzieć. Nagle coś przeleciało mi koło głowy i ugodziło to coś za mną, bo człowiek to na pewno nie był. Wiedziałam, że już nic mnie nie goni, ale nie potrafiłam się od razu zatrzymać. Pobiegłam jeszcze dobre kilkanaście metrów i w końcu mogłam odetchnąć. Ucieczka nie jest moją dobrą stroną. Dopiero po chwili zorientowałam się, że coś jest nie tak. Spojrzałam na swoje ramię, wbite było w nie coś w rodzaju strzykawki. Obraz zaczął mi się rozmazywać. Zaczęłam kompletnie tracić siły. Poczułam jak ktoś wyrywa mi nóż i zabiera katanę. Nie byłam już w stanie nic zrobić, ani niczym ruszyć. Ogarnęła mnie przerażające ciemność. Ostatnie rzecz, którą odczułam to, to, że upadam. I już nic więcej… czytaj dalej »
Prolog
Każdy z nas ma swoje sekrety. Rzeczy, uczynki, bądź myśli, które pragnie zachować tylko dla siebie. Ukryć w czeluściach swojego serca tak głęboko, by nic i nikt ich nigdy nie odnalazło. To najzupełniej normalne. I tutaj odstępstwa od tej reguły nie ma. Chociaż pewnie wielu ludzi chciałoby powiedzieć, że w ich przypadku jest zgoła inaczej, że ich się to nie tyczy, to i tak tylko oszukują samych siebie. Od tej reguły nie ma wyjątków.
Ponieważ niektóre sekrety muszą pozostać schowane w cieniu. Muszą pozostać ukryte, gdyż potrafią być tak straszne, że na sam ich widok sama rzeczywistość zatrzęsłaby się ze strachu w posadach. Lub to, co każdy z nas zwykł nazywać rzeczywistością. Kto bowiem powiedział, że istnieje wokoło nas tylko jedna rzeczywistość, wszędzie i dla wszystkich? Co, jeśli każdy z nas widzi swoimi oczyma tylko taką rzeczywistość, jaką chce zobaczyć? Co, jeśli rzeczywistość jest tylko ulotną iluzją, utworzoną przez pragnienia i doświadczenia poszczególnej jednostki?
Właśnie dlatego pewne tajemnice winny zostać ukryte. Aby ta naiwna rzeczywistość mogła dalej toczyć się przed ludzkimi oczami swoim małym, zamkniętym kołem. Aby ludzie pewnego dnia po przebudzeniu się ze snu, nie odkryli swojej rzeczywistości potrzaskanej na tysiące drobnych kawałeczków. Aby nie załamali się pod wpływem brzemienia, jakim jest „rzeczywista” rzeczywistość. czytaj dalej »
1
To był jeden z tych grudniowych wieczorów, kiedy wyraźnie zaczyna się czuć nadejście prawdziwej zimy. Gdańsk ginął w korkach i mgle, a z nieba sypało się białe szaleństwo. Zachariasz wracał do domu ze szkoły. Najpierw musiał dostać się na dworzec kolejowy, skąd kolejką miał dojechać do siebie na wieś. Zazwyczaj dojeżdżał na dworzec autobusem, ale dzisiaj nie miał kasy na bilet. Brak pieniędzy i problemy w domu mocno go gnębiły, dlatego unikał myślenia o rzeczach takiego rodzaju.
Jeszcze przez jakiś czas Zachariasz widział stojący w korku autobus, którym dojechałby na dworzec, ale potem autobus odjechał i stracił go z oczu. To było dość uciążliwe, kiedy drżał z zimna i musiał się telepać na piechotę zamiast jechać ciepłym autobusem, ale nie ma zmiłuj. Raz pojechał na gapę bez biletu i złapał go kontroler biletów. Potem listonosz przyniósł rachunek do domu i mama płakała, a to mocno dotknęło Zachariasza i czuł się wtedy naprawdę żałośnie. Wiedział, że to była jego wina i od tamtej pory widok zapłakanej mamy ciągle siedział mu na sumieniu. czytaj dalej »
Spojrzała na zegarek. Co raz wcześniej zapadał zmrok. Wraz z nadejściem późnej jesieni dni stawały się co raz krótsze i teraz to wieczór był porą o której zamykała bibliotekę. Rozejrzała się po czytelni. Przy ostatnim stoliku w rzędzie przy oknie siedziała jej znajoma, Weronika. Aneta poprawiła wiszący na oparciu wygodnego, biurowego krzesła czarny sweter, po czym wstała zza biurka i podeszła do niej.
- Wera? – dziewczyna podniosła oczy znad książki i uśmiechnęła się.
- Musisz już zamykać?
- Niestety. Masz wolny wieczór? Wpadnij do mnie na kawę… – odpowiedziała Aneta.- Tak jakoś nie mam ochoty siedzieć dzisiaj w domu sama.
- Bardzo chętnie, ale nie mogę – posmutniała Wera. – Daniek zaprosił mnie na kolację… czytaj dalej »
Obudził się. Michał znów widział normalny dzień… Leżał tam, pod swoim oknem z kamienicy. Pomyślał że to jakiś żart, i gdy zasnął, ktoś go wyniósł i położył tutaj. Ah mam bujną wyobraźnię… Pomyślał. Ruszył w stronę pędzących samochodów, śpieszących się pieszych, z daleka krzyczących ludzi, z targu. Po chwili sobie wszystko przypomniał, narkotyki, czarne stworzenia, i upadek. Dziękował bogu że to nie jest jednak prawda. Myślał jak przeprosić boga i aniołów, w końcu teraz wierzył już w ich istnienie. Doszedł do chodnika, skręcił w lewo. Zamierzał zrobić coś dobrego. Dać resztę pieniędzy? Przepraszam, to by pomogło, ale nie chce później odbierać innym pieniędzy, żebrając. Pomyślał. Szukał innego sposobu na pomaganie. Wpadła na pomysł pójścia do pracy, i zarobić coś, a potem zacząć pomagać, a na razie będzie robił małe rzeczy, jak w telewizji. Czyli pomagał pomagać starszym osobom przechodzić przez ulice, pomagać ludziom wnosić różne rzeczy, lub coś w tym stylu. Wszedł na pasy i dalej rozmyślał. Muszę się poprawić, teraz widzę jakie jest życie, piękne, zaskakujące… Pogrążony w swych myślach nie zauważył samochodu. Starał się coś zrobić, odskoczyć, ale strach go sparaliżował. Samochód jechał jakby go tam nie był. Michał się odchylił i zasłonił twarz rękami. Usłyszał pisk opon. Przerażony otworzył oczy, które ze strachu miał bardzo zaciśnięte. Zobaczył trojący tuż przed nim samochód, rozejrzał się i ujrzał starszą panią za nim. czytaj dalej »
