Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział

 

Opowieści z Przeklętej Doliny:

 

Ucięta Mowa

 

 

Rozdział I

 

 

Dzień z pozoru niczym nie różnił się od nocy. Gdyby detektyw miał inny charakter pewnie już dawno uciekłby z tego domu, czasem sam się sobie dziwił, że jeszcze tego nie zrobił. Czuł jednak, że ten dom go jakoś przyciąga – może krył w sobie jakieś mroczne tajemnice z przeszłości, może tradycje rodzinne a może korzenie. Nawet jego siostra czasami nazywała go ekscentrykiem, chociaż mieszkała w tym samym domu. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. A może faktycznie był inny?
Z zadumy wyrwało go dopiero ciche, ledwo słyszalne stukanie do drzwi.
– Dziwne – nie przypominał sobie, żeby zamykał drzwi do swojego pokoju.
Wyjął kaganek spod kanapy i zapalił świeczkę. Przy jej nikłym świetle spojrzał na busolę. W komnacie było ciemno jak w środku bezksiężycowej nocy.
– Piąta rano – pomyślał. – Wejdź.
Drzwi otworzyły się z głuchym zgrzytem. W progu stanęła młoda dziewczyna. W ręku trzymała zapalony kandelabr. Ze zdziwieniem stwierdził, że jest już całkowicie ubrana. Ponownie spojrzał na busolę – tylko on umiał za jej pomocą odczytać godzinę.
– Nie za wcześnie?
– Przecież wiesz, że dzisiaj muszę być nieco wcześniej w pracy.
Nic nie odpowiedział. Zapadła chwila krępującej ciszy. Oczywiście, że wiedział. Przecież dzisiaj był wyjątkowy dzień. Tego dnia, dzień po jej urodzinach była promocja w bibliotece – każda osoba, która się zapisze tego dnia dostanie książkę w prezencie. I właśnie tego dnia miała być nowa dostawa. Ale nie to było najgorsze, ale to, że biblioteka była zarejestrowana na niego.
W dokumentach on był jej właścicielem i zgodnie z prawem tylko on mógł kwitować odbiór przesyłek. A że listonosz nie odwiedzał ich już od kilku dni, musiał osobiście udać się na pocztę.
Tknięty nieokreślonym przeczuciem zapytał:
– O której wróciłaś do domu?
– Byłam cały czas i czekałam na Ciebie. Specjalnie zostawiłam zapalone światło w korytarzu.
Nic nie odpowiedział. Tępo patrzył jak zamyka za sobą drzwi. Słyszał jeszcze jak schodzi po schodach. Wstał wolno z kanapy.

* * *

Wolno zszedł do kuchni. Nie zataczał się, przecież nic nie pił ani tego dnia ani żadnego wcześniejszego, ale i tak czuł się jakiś nieswój. Tłumaczył to sobie brakiem snu – ostatnio mało sypiał. Jeszcze ten list. Cały czas podświadomie przyciągał jego umysł. Nie umiał sobie tego wytłumaczyć.
Jakby na domiar złego nie zdążył zjeść śniadania. Gdy tylko wszedł do kuchni zobaczył stojącą w progu Nikki – kobietę, która zawsze go poganiała. Ona miała w sobie jakąś siłę, która w każdej chwili potrafiła go zmobilizować, wręcz zmusić do działania. Nawet tego dnia nie było inaczej. Wystarczyło, że rzucił na nią okiem a już dostrzegł ten niesamowity błysk w oczach. Gdyby nie była kobietą, swym wzrokiem niczym wąż ukąsiłaby niejednego przeciwnika, każdego z wyjątkiem jego. Mimo to, że znał ją niemalże od dziecka, gdy na nią spojrzał odebrało mu mowę.
Jej uroda onieśmieliłaby każdego śmiertelnika, a on mimo swych zdolności też był przecież zwykłym człowiekiem.
– Jej młode, piękne piersi… Jak chciałbym się w nie wtulić – myślał.
Nieraz tonął w takich marzeniach, ale wiedział, że to tylko chore myśli.
– Kimże ja jestem, żeby bawić się w Boga?
Nie potrafił oderwać od niej wzroku. Ale ona tylko stała. Nic nie mówiła, tylko stała w swej wyzywającej, kuszącej pozie.
Nie był w stanie powstrzymać swego instynktu. W jego oczach zapłonęła żądza.
Zbliżył się do niej kilka kroków.
– Zamówiłam powóz. Pewno już stoi przed domem.
Jakby obuchem dostał w głowę. Jakby na potwierdzenie jej słów usłyszał rżenie koni przed bramą. Zaklął pod nosem. Miał nadzieję, że tego nie usłyszała, a gdyby nawet to i tak pewnie nie dałaby tego po sobie poznać.
– Włożę na siebie tylko płaszcz. Daj mi chwilę.
Nie odezwała się ani słowem, ale miał wrażenie jakby wyczytał w jej oczach niemą ironię.
– Ach gdyby tylko nie była… – nie dokończył swoich myśli.
Odwrócił się i wyszedł do przedpokoju.
Faktycznie, woźnica czekał już przed bramą. Nikki siedziała już w środku powozu. Zamknął drzwi na trzy zamki. Sąsiedzi pewnie jeszcze spali, ale niemiłosiernie skrzypiąca furtka z pewnością ich obudziła. Uśmiechnął się ironicznie i wsiadł do dorożki. Nikki spojrzała na niego z wyrzutem.
– Nie śpieszyłeś się.
Spojrzał w jej zielone jak toń wodna oczy.
– Został nam kwadrans.
– Zdążymy. Poczta jest koło biblioteki.
Woźnica nie pytał o drogę. Chwycił cugle i popędził konie. Minęli kilkanaście domostw i jakieś ruiny – wyglądały jak pozostałości starego zamczyska.
W zaledwie kilka minut powóz zatrzymał się przed pocztą. Gdy wysiedli i zapłacili woźnica jakby od niechcenia zauważył:
– Krwawe i nieme chmury wiszą w powietrzu – popędził konie.
– Dziwny ten woźnica. O czym on mówił? – Zapytała Nikki.
– Nie wiem. Nie mniej dziwny niż my – pomyślał, gdy wchodzili na pocztę.
Jak zwykle o tej porze byli jedynymi petentami. Poczta była mała i ponura. Paliły się jedynie trzy lampy. Energicznym krokiem zbliżył się do jedynego okienka. Za szybą pojawił się starszy człowiek. Ponoć znał wszystkich w miasteczku. Nie było w tym nic dziwnego, bo miasteczko było niewielkie.
– Dzień dobry Panu. Witam Panienkę – rzekł cicho, gdy się zbliżyli. – Chciałby Pan nadać list?
– Wręcz przeciwnie Simon, chciałbym odebrać przesyłkę.
Mężczyzna otworzył usta ze zdziwienia, ale zaraz potem jego twarz stała się blada i pot wystąpił mu na czoło.
Wszyscy wiedzieli, że Simon jest bardzo sumienny i bał się popełnić jakikolwiek błąd – był już starym człowiekiem i nie miał żadnej rodziny, praca na poczcie była wszystkim, co miał i nie chciał jej stracić.
– Co się stało? Źle się Pan czuje? – Zapytała Nikki.
Jej słodki głos mógłby złamać niejedno serce. Oczy napłynęły jej troską.
– Nie, nie Panienko.
Schylił się pod ladę i wyjął stary, gruby zeszyt. Szybko przerzucił kilka kartek. Palcem odszukał odpowiednie nazwisko i przeczytał:
– Było kilka paczek dla Pana, ale wszystkie zostały wysłane na Pański adres do Przeklętej Doliny. Listonosz wczoraj zawiózł je na miejsce. Nie dotarły?
– Ale przecież ja tam nie mieszkam.
W odpowiedzi Simon pokazał zeszyt. Dużymi literami widniało „John Mothman – Przeklęta Dolina”. Detektyw nie dowierzał własnym oczom.
– Została tylko jedna przesyłka dla Pana, ale nie ma na niej adresu ani nazwiska nadawcy.
Nagle zegar nad okienkiem wybił godzinę 05.30. Nikki drgnęła.
– John i co teraz?
– Idź do biblioteki. Zaraz przyjdę.
– Pocałowała go w policzek i wybiegła z poczty.
– Niech Pan pokażę paczkę.
Simon wyjął ją spod lady. Gdy Tylko John na nią spojrzał oczy natychmiast nabiegły mu krwią. Zaadresowana była na „J.M.”. Litery napisała ta sama ręka, co list, który znalazł dzień wcześniej w skrzynce. Rozerwał paczkę i jego oczom ukazała się przepięknie złocona na brzegach książka. Jej tytuł brzmiał: ?Mary Mothman – Autobiografia”. Bez słowa wybiegł z poczty. Nawet nie podziękował Simonowi ani nie pokwitował przesyłki.

Nie pamiętał nawet czy podziękował Simonowi. Chyba nawet się z nim nie pożegnał. Schował książkę, żeby nie zamokła i wybiegł z poczty. Skierował się w stronę biblioteki. Poślizgnął się na krawężniku i wylądował twarzą w kałuży. Nie zważał na nic. Wytarł rękawem twarz na tyle by widzieć drogę i pobiegł dalej.
Serce biło mu jak oszalałe. Jeszcze tylko dwie przecznice. Przebiegł już prawie całą drogę. Oparł się ciężko o barierkę. Już tylko trzy schody dzieliły go od drzwi. Wskoczył na nie bez namysłu. Chwycił klamkę i szarpnął – były zamknięte od wewnątrz. Uderzył w nie kilka razy pięścią, ale grzmot go zagłuszył. Zaklął siarczyście i naparł na drzwi całym ciałem, ale ustąpiły dopiero za drugim razem.
Błyskawica rozświetliła okolicę, gdy wpadł do biblioteki. W przebłysku światła, błyskawice następowały jedna po drugiej już niemal bez przerwy, ujrzał Nikki stojącą w drzwiach prowadzących do głównej sali. Lampa trzęsła jej się w ręce.
Dziewczyna z przerażeniem w oczach spoglądała raz na wyłamane z zawiasów drzwi a raz na podnoszącego się z nich mężczyznę. Nie poznała go w pierwszej chwili i krzyknęła:
– Co Pan?! Biblioteka jeszcze zamknięta! Niech Pan wyjdzie albo wezwę żandarmów!
Odwróciła się i pobiegła do sąsiedniego pomieszczenia.
– Nikki!
Usłyszała krzyk i szybkie kroki zbliżające się w jej kierunku. Chwyciła stojący na szafce wazon, ale nie zdążyła zaczaić się za drzwiami.
Z początku myślała, że burza zniekształciła głos mężczyzny i upodobniła go do głosu Johna; że miała tylko przesłyszenia, ale gdy stanął w progu i zapalił światło wazon wypadł jej z rąk i potłukł się na drobne kawałeczki. Oparła się o ścianę i zakryła twarz dłońmi.
Wyobrażał sobie jak tragicznie musiał wyglądać. Dopiero teraz zauważył krew na rękawie, jednocześnie poczuł dotkliwy ból nosa. Był cały zabłocony, brudny i śmierdziało od niego potem.
Nikki uchyliła nieco okno. Otrząsnęła się z pierwszego wrażenia.
– Jak Ty wyglądasz. Siadaj – przysunęła mu krzesło. – Zaraz zrobię Ci okład.
Gdy wyszła z sali podniósł i dopasował wyłamane drzwi do zawiasów.
– Prawie idealnie – pochwalił sam siebie półgłosem i wyjrzał na, zewnątrz, ale nic się nie zmieniło – nadal padał śnieg z deszczem. W taką pogodę mało, kto mógłby poznać, że drzwi są już tylko atrapą.
John zadowolony ze swego dzieła dopiero teraz usiadł przy stoliku. Dotknął złamanego nosa i pod palcami poczuł lepką ciecz. Jeszcze krwawił. W tej samej chwili usłyszał słowa nagany:
– Nie dotykaj. Trzeba to zdezynfekować, bo wda się zakażenie.
Nikki zbliżała się do niego energicznym krokiem. W rękach niosła mały flakonik z jakimś nieznanym mu specyfikiem i kawałek czystego białego materiału. Wylała przeźroczystą zawartość buteleczki na materiał i zbliżyła „opatrunek” do jego nosa.
– Z początku może troszkę szczypać, ale wytrzymasz. Przyłóż go do nosa a ja wywieszę kartkę, że biblioteka dzisiaj będzie później otwarta.
– Dzisiaj zamykamy bibliotekę.
Chwycił ją tak zdecydowanie za rękę, że wypuściła z niej opatrunek. Zaskoczyło ją zachowanie brata.
– Dzisiaj nie otwieramy biblioteki – zadecydował. – Zapal więcej światła i siadaj.
Zawahała się, ale zrobiła, co kazał. Gdy już siedzieli naprzeciwko siebie John wyjął spod poły płaszcza książkę i w milczeniu, prawie z namaszczeniem położył ją na stole.
– To dla mnie? – Nikki prawie krzyknęła z radości i z nieukrywaną nadzieją w głosie. W jej oczach znów tańczyły ciepłe płomyki szczęścia. Chciała podbiec i ucałować brata z radości, że jednak nie zapomniał o jej urodzinach. Ale nie wypadało jej tego robić, nie była już dzieckiem. Dzisiaj stała się kobietą, przynajmniej psychicznie a fizycznie – ciągle wierzyła, że znajdzie tego jedynego.
– To nie to, co myślisz – odwrócił wzrok, żeby nie widzieć rozdzierającego serce zawodu w jej oczach i spojrzał na książkę. – To coś o wiele cenniejszego – powiedział jakby chciał się przed nią usprawiedliwić. – Wiesz, co to jest?
– Książka – odpowiedziała lekceważąco. – Jak każda inna. Co może być w niej takiego interesującego?
Nie wiedział, co jej odpowiedzieć, przecież nawet nie przejrzał tej książki, od razu przybiegł z nią do biblioteki. Ale…
– Popatrz na jej autora a raczej autorkę – poprawił się specjalnie podkreślając ostatni wyraz i wskazał na okładkę.
Nikki otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.
– To książka o naszej mamie. Kto ją napisał?
– To autobiografia – na potwierdzenie swoich słów pokazał jej tłoczony napis „Mary Mothman” na okładce.
– Pięknie zachowana. Skąd ją masz? Z jakiegoś muzeum? Musi być bardzo stara.
– Wręcz przeciwnie, Nikki. Ktoś mi ją przysłał. Książka jeszcze pachnie drukiem a raczej…
– Krwią – dokończyła przerażona. Wzięła książkę i szybko przewróciła kilka kartek. Johnowi mignęła przed oczami data jej wydania.
– To jej charakter pisma. Książka też wygląda jakby była nowa.
– Bo jest nowa.
Popatrzyła na niego.
– Chyba oszalałeś. Nasza matka nie żyje. Też do niedawna jeszcze się łudziłam. Ale to już dziesięć lat. John, ona już nie wróci. Musimy się w końcu z tym pogodzić.
– Nie znaleźliśmy ciała – upierał się John. – Śledztwo nic nie wykazało.
– Ty i to Twoje śledztwo. Wiedziałam, że kiedyś ta praca zacznie na Ciebie źle wpływać.
Powinieneś wyjechać gdzieś, odpocząć trochę.
– Tak, masz rację siostrzyczko, tak zrobię, ale jak rozwiążę zagadkę jej zaginięcia.
Chciała coś powiedzieć, ale nakazał jej milczenie przykładając palec do ust. Wziął książkę z jej rąk, odszukał datę, która wcześniej mignęła mu tylko przed oczami a gdy był już pewien, że się nie przywidział wskazał ją Nikki.
– Sama zobacz.
Dziewczyna nie wierzyła własnym oczom. Z wrażenia głos zamarł jej w gardle.
– Tak, ta książka została wydana w tym roku i nie mamy wątpliwości, że została ona napisana przez naszą mamę. Własnoręcznie – podkreślił. – Ale nie to mnie zastanawia. Wiemy już, że nasza matka żyje – zdawał sobie sprawę, że nie w pełni przekonał swoją siostrę, ale… – Zastanawiają mnie tylko te znaki na rogach książki – wskazał je palcem.
– Może to jakieś symbole, też są napisane krwią. Myślisz, że to może być krew naszej mamy?
– Nie mam tej pewności – odpowiedział. – Dostałem też list z takimi samymi znakami. Przejrzałem książki w domu, ale nie znalazłem w nich nic podobnego. Chyba, że poszukamy jeszcze tu, w bibliotece – zasugerował.
– A może ja Państwu w czymś pomogę?
Oboje jednocześnie spojrzeli w stronę skąd dobiegł ich nieznajomy głos. Przed nimi stał mężczyzna. Cała jego postać była niesamowita. Ale najdziwniejsze były jego oczy – zdawały się zupełnie nie pasować do całej postaci, były to oczy bardzo starego człowieka, jakby sprzed wieków. Patrzył na nich spod szerokiego ronda czarnego kapelusza.
Pierwsza z wrażenia otrząsnęła się Nikki.
– Kim Pan jest? – Wstała zza stołu.
– Różnie mnie nazywają. Ale Wy mówcie na mnie Cagliostro.

Konrad Staszewski

 

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Prolog

 

Opowieści z Przeklętej Doliny:

 

Ucięta Mowa

 

 

Prolog

 

Jeszcze raz przeczytał list, jego czujne oczy prześlizgnęły się po nim bardzo dokładnie, ale nie znalazł żadnej wzmianki na temat nadawcy. Zamiast tego dane adresata były napisane bardzo wyraźnie, nawet mniej wyczulone oko rozpoznałoby w tym piśmie młodą kobietę, ale on widział więcej. Był niemal pewien, że adres napisano silną, energiczną ręką. Dopracowanie każdej literki dobitnie świadczyło o pedantyzmie nadawcy. Nigdzie nie było widać, żeby ręka zawahała się choćby na moment. Ta osoba dobrze wiedziała, do kogo i co pisze. Musiała także być bardzo zdesperowana. Zastanowiła go tylko forma listu. Jakby był tłumaczeniem jakiegoś starodruku. I te dziwne symbole na jego rogach, jakby napisane krwią – dokładnie 24ry.

Ze zdumieniem zauważył, że z każdą chwilą był coraz bardziej zainteresowany tą historią. Zdjął cieniutkie okulary i przetarł aksamitną chusteczką, włożył do pudełka z wygrawerowanymi na wieczku inicjałami „J.M.”. Ostrożnie schował wszystko do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Mimo dość mroźnej, bo miejscami spadającej poniżej -15 stopni Celsjusza temperatury jemu było ciepło. Zresztą był dopiero początek grudnia, a on nigdy nie zważał na temperaturę.

Złożył list na czworo i schował do oddzielnej kieszeni uszytej specjalnie na rzeczy znalezione. Jeszcze raz zajrzał do skrzynki, ale nie znalazł żadnej więcej poczty. Listonosz znowu się spóźniał, ale zimą często się to zdarzało. Zamknął skrzynkę i wszedł do ogrodu. Z przyzwyczajenia chciał zamknąć furtę, ale przypomniał sobie, że ta dziewiętnastowieczna żelazna brama się zacinała. Przymknął ją mocno, przeszedł przez ogród – na śniegu pozostały tylko jego ślady. Rzadko miewał gości, wszyscy omijali jego dom z daleka, bali się. Odzwyczaili się od mrocznych budowli z łukowymi oknami, gargulcami nad drzwiami. Nawet w dzień przypominała katedrę. Nocą była niewidoczna.

Podszedł do ciężkich drewnianych drzwi. Wymacał ręką mosiężnego gargulca i pociągnął za jego szczękę. Zza drzwi dał się słyszeć cichy dźwięk organ i melodyjny kobiecy głos. Bardzo lubił taką muzykę, kontrast siły i subtelnej delikatności. Mroczna, smutna a jaka piękna, nostalgiczna, opowiadająca o uczuciach i przemijaniu. Tą odmianę gotyku lubił najbardziej, zresztą pasowała do tego miejsca.

Odczekał chwilę nim pieśń całkiem nie zamilknie, ale nikt nie otworzył mu drzwi. Wyjął pozłacany klucz z poły płaszcza i włożył go w oko gargulca, przekręcił dwa razy i jednym pchnięciem otworzył obie części drzwi – rozwarły się jak brama. Zatrzasnął je i zaryglował. Uderzyła go niesamowita cisza.

– Jesteś w domu? – Nie otrzymał odpowiedzi. – Pewno znowu gdzieś wyszła ze znajomymi – pomyślał.

Mimo, że na zewnątrz dopiero nadchodził zmierzch a zegar w pokoju nie wybił jeszcze godziny 4-tej po południu w domu panowały nieprzeniknione ciemności. Znalazł wyłącznik, przekręcił go i całe pomieszczenie zalała fala światła. Świece w sześcioramiennych żyrandolach zapaliły się równocześnie. Płaszcz powiesił na masywnym, drewnianym wieszaku w drugim pokoju. Teraz w dobrym świetle mógł jeszcze raz przyjrzeć się listowi. Wyjął go z kieszeni, rozłożył i krzyknął ze zdziwienia – miał przed sobą prawie czystą kartkę. Treść jakby nigdy nie istniała. Tylko na rogach pozostały te dziwne symbole.

– Jest tylko jedna szansa – pomyślał.

Zrzucił buty i na bosaka wbiegł po krętych schodach na piętro. Nawet nie zgasił światła na dole. Świece i tak były wieczne.

Pamiętał, że odkąd odziedziczył z siostrą ten dom ani razu nie nawaliło oświetlenie.

Oparł się o barierkę. Spojrzał na koniec ciemnego holu. W żadnym pokoju nie paliło się światło. Drzwi były pozamykane. Przekręcił klucz w zamku i wszedł do jednego pokoju, nazywanego przez niego biurem. Faktycznie tak było urządzone – stary segment z ciemnego drewna po brzegi wypełniony książkami naprzeciwko drzwi, biurko 4-ro szufladowe i stylowe fotele, wszystko było tak dobrane, żeby na pierwszy rzut oka stanowiło komplet. Pamiętał jak znosili te meble ze strychu. Zapalił lampę stojącą na strychu i usiadł na krześle. Wokół niego leżało kilka niezapłaconych rachunków, zebrał je na kupkę i rzucił na drugi fotel. Rozłożył ostrożnie list. Kartka była czysta nie licząc tajemniczych znaków na rogach. Przypomniał sobie, że jego siostra przyniosła kiedyś jakąś książkę o tajemniczych znakach i symbolach, ponoć przeklętą. Przeszukał cały segment i znalazł ją dopiero po dwóch godzinach. Przejrzał ją, ale niczego szczególnego się z niej nie dowiedział. Owszem, były zdjęcia i opisy różnych symboli, ale nie tego, czego szukał. Były podobne, porównywał je z listem, każdą kreseczkę, ale jednak nie identyczne. W całej książce znajdowała się tylko jedna przydatna informacja. Ponoć istniały kiedyś języki magiczne składające się z 24-ro literowych alfabetów i co ciekawe – zawsze były pisane ludzką krwią. Potwierdziło to tylko jego wcześniejsze spostrzeżenia. Zamknął książkę i odłożył na półkę. Spojrzał na busolę leżącą koło lampy – była pierwsza w nocy.

– Jak ten czas szybko mija – pomyślał. Jego siostra jeszcze nie wróciła. – Na pewno znowu wróci nad ranem. W razie, czego i tak ja usłyszę a jak nie to ma zapasowe klucze.

Wziął list, żeby go złożyć i schować do kieszeni, ale gdy światło lampy padło na papier od tyłu coś zobaczył.

– Oczywiście. Atrament sympatyczny! – Krzyknął. Sam się dziwił, czemu wcześniej o tym nie pomyślał.

Podniósł papier i aż usiadł na krześle. Nie umiał wykrztusić z siebie słowa. Na kartce ktoś wyraźnie pisał:

„Uratuj nas póki jeszcze możesz.

Johnie, jesteś naszą ostatnią nadzieją i…”.

Ostatnich słów nie umiał odczytać – były rozmazane, jakby napisane w pośpiechu. Ale skąd ten ktoś znał jego imię? Owszem, był dość znany z racji zawodu, który wykonywał, ale przecież cały świat go chyba nie znał. Przeszukał wzrokiem jeszcze raz trzymaną w rękach kartkę, musiał do tego założyć mocniejsze okulary, które wyjął z szuflady z biurka, ale nie znalazł żadnej wzmianki o nadawcy – ani adresu ani podpisu, ale był niemal pewien, że napisała go ta sama ręka, co adres na kopercie.

Płynące falą myśli brutalnie przerwał mu odgłos otwieranej furtki. Już dawno należało ją naprawić, skrzypieniem umarłego mogłaby obudzić. Nie wyjrzał nawet przez okno. Miała klucze. Złożył list i schował do kieszeni – zajmie się nim rano. Zgasił lampę, położył się na kanapie i utonął w natłoku myśli. Nawet nie wiedział, kiedy Morfeusz wziął go w swe objęcia.

Konrad Staszewski

Noc gdy przybył

List sir Richarda Donahue z Vithouse do Malcolma Swift’a

Vithouse, 7.05.1894 r.

Drogi mój Przyjacielu!
W swym ostatnim liście zapytujesz mnie o owe wydarzenia, tak szeroko komentowane przez prasę brukową. Pytasz mnie, czyż prawdą jest to co opisują, a co jakoby wydarzyło się owej pamiętnej nocy. Z tonu Twego listu wynoszę, iże bardzo krytycznie do owych sensacji jesteś nastawion. Niepotrzebnie.
Ja także czytałem owe historie w gazetach. Lecz to, co napisały te nędzne dziennikarzyny, żywiące się ludzkim upodleniem i nieszczęściem, niczym jest w obliczu tego co wydarzyło się naprawdę i co dzieje się nadal. Choć znasz mnie jako człowieka na wskroś uczciwego i prawdomównego to śmiem wątpić, iże uwierzysz w mą opowieść. Zaklinam Cię jednak! Wszystko co tu napiszę jest najswiętszą prawdą i wcale nie oszalałem, tak jak będziesz sądził, czytając moje słowa.
Owe wydarzenia zaczęły się wieczorem, 17 stycznia obecnego roku. Siedzielismy w pubie wraz z szanownym sir Arturem Bounte i wielebnym pastorem O’Riley, Panie niech spoczywa w pokoju. Spotykaliśmy się tu niemal każdego wieczoru, prowadziliśmy długie dysputy i raczyliśmy się opowieściami z dalekich podróży lub po prostu rozmawialiśmy o naszych sąsiadach. W historiach z dalekich wypraw prym wiódł sir Artur, o którym pisałem Ci we wcześniejszych swych listach. Doprawdy Malcolmie, trudno było się oderwać od jego wspaniałych historii o zaginionych na pustyni miastach, o tajemniczych ludach mieszkających w puszczach Afryki. Opowieści pełne tajemnic, czasem smutne, czasem wesołe. Myślę, że wiele z nich sir Artur ubarwiał, aby sprawić nam przyjemność, jednak mnie to nie przeszkadzało. Wiele razy wraz z pastorem zaśmiewaliśmy się do łez, na przykład z historii o tym, jak sir Artur pokonał za pomocą lustra kilkunastu uzbrojonych w dzidy dzikusów, czy też jak ukradł pewnemu maharadży ulubionego rumaka, po to tylko by udowodnić spryt i odwagę prawdziwego Anglika. Wspaniałe były owe opowieści.
Tego tragicznego wieczoru nie było jednak żadnych opowieści. W on czas rozmawialiśmy o demonach. Pastor tłumaczył nam iż demony to jeno wymysł biblijny, aby nastraszyć pogan i spowodować, by zbłąkane owieczki chętniej przyłączyły się do stada Najwyższego Pasterza. Bóg, w swej miłosci, nie mógł stworzyć czegoś takiego jak demony, czegoś złego. „Demony siedzą w ludziach” tłumaczył nam pastor. Sir Artur gwałtownie oponował. Stwierdził, iż demony to istoty z krwi i kości, równie realne, jak my sami.
Pastor i sir Artur często nie zgadzali się w poglądach i spory między nimi nie należały do rzadkości, ba, stanowiły sprawę tak normalną, jak to iż Słońce wschodzi i zachodzi. A jednak spór ów dziwną i niezrozumiałą zaciekłość u obu wywołał. Wreszcie sir Artur zaproponował wielce wzburzony, by udać się do jego posiadłości, gdyż tam ma dowód na prawdziwość swoich słów. Pastor i ja zgodziliśmy się ów dowód obaczyć i ruszyliśmy do domostwa sir Artura. Mimo iż początkowo owe dziwne zacieklenie u przyjaciół wywoływało u mnie uśmiech pobłażania, to jednak kiedy zbliżaliśmy się do celu naszej nocnej wędrówki, poczułem jak żelazna obręcz strachu oplata moje serce.
Kiedy dotarliśmy do domu sir Artura było już dobrze po północy. Weszliśmy do salonu, a gospodarz opuścił nas na chwilę. Kiedy wrócił, niósł w dłoniach jakąś starą księgę. Opowiedział nam, że owa księge dostał pewnej nocy w Egipcie, kiedy to w jego obozie u stóp piramid pojawił się nieznajomy Arab. Arab ponoć podarował mu tę właśnie księgę, mówiąc, że zawiera ona tajemnice starsze niż czas. Rankiem nieznajomego już nie było i nikt go później nie widział. W trakcie tej opowieści oczy sir Artura zapłonęły jakimś niezwykłym blaskiem i doprawdy, mój przyjacielu, poczułem prawdziwą trwogę.
Co do samej księgi. Jej tytuł brzmiał „Necronomicon”. Oprawiona była w czarną skórę, która zdawała się oddychać, jako żywa istota. Kiedy dotknąłem księgi, przysiągłbym, że poczułem słabe tętno, puls czy bicie serca. Jakież piekielne serce mieć musiała owa rzecz… cóż ja mówię, ona sama starsza być musiała niżli piekło.
Sir Artur otworzył księgę i pochłonęło nas szaleństwo. Naszym przerażonym oczom ukazała się rycina, kreski proste, lecz o ogromnej mocy. Zaledwie na nią spojrzałem krzyknąłem do sir Artura, by zamknął księgę. Pastor także krzyczał. „To niemożliwe, diabelskie sztuczki jeno” tak krzyczał pastor. A potem… Mgła szaleństwa zaćmiewa mój umysł… Pastor dotknął ryciny. I wtedy się zaczęło.
Jako, iż teraz właśnie zaczyna się najbardziej szaleńcza część mej opowieści, proszę Cię, Przyjacielu, byś zrozumiał jedną rzecz. Nie ma słów w ludzkiej mowie, by oddać tę grozę. Nie potrafię opisać Ci owej nieszczęsnej ryciny. Przedstawiała ona dwie Bestie splecione ze sobą w powietrznym pojedynku. Kształty owych Istot… były wstrętne, zdawało się, że żyją na owej rycinie i zmieniają się nieustannie. Lecz nie to było najgorsze. Najgorsza była nienawiść, jaka biła z owych, prostych zadawałoby się, kresek. Nie potrafię tego opisać, a nawet gdybym mógł, to nie chcę w obawie o Twe zmysły. Przejdę do dalszych wypadków, chociaż uwierz mi, Przyjacielu wolałbym, by nigdy nie nastąpiły. Jak już rzekłem, pastor dotknął owej ryciny.
Dotknął, krzycząc jakieś egzorcyzmy. Z księgi buchnął płomień i ogień objął dłoń pastora. Ten nie zważał na to, dalej wywrzaskiwał swoje „Apage Satanas”, nawet wtedy, gdy płomienie paliły całe jego ciało. Sir Artur śmiał się jak szalony, a ja zataczałem się niczym w pijackim zwidzie. Pastor upadł na podłogę, a smród spalonego ciała rozszedł się po całym salonie. Nagle ujrzałem, że na dworze zrobiło się całkiem widno, niczym za dnia. Chwiejnym krokiem podszedłem w strone okna i wyjrzałem na zewnątrz. Niebo właśnie się rozstępowało i całą ziemię spowiło szmaragdowe swiatło.
W górze dwie Bestie, jak na owej przeklętej rycinie, toczyły śmiertelny pojedynek. Słyszałem łopot olbrzymich, niby nietoperzowatych skrzydeł, uderzenia potężnych dziobów i odgłosy kości łamanych w usciskach potężnych macek. Jakimś sposobem owe Bestie wydostały się z księgi. Po krótkiej walce jedna z tych Istot zakrzyczała tryumfalnie i za pomocą szponów, macek, odnóży i dziobów rozerwała drugą na strzępy. To właśnie był ów „krwawy deszcz” o którym pisano w brukowcach. Zwycięska Istota spojrzała jeszcze w moją stronę, a potem odleciała w stronę gór. Jej spojrzenie odebrało mi resztki zmysłów. Upadłem bez czucia na podłogę. Taka oto jest prawda o owej nocy.
Kiedy rano ocknąłem się ciało pastora dopalało się. Sir Artur siedział w fotelu przy kominku i mówił cos do siebie. A księga… księga zniknęła i nikt tu jej nie widział od tej pory. Na koniec jeszcze powiem Ci tylko, Przyjacielu, że sir Artur, umieszczony w tutejszym sanatorium dla ludzi obłąkanych, do końca nie odzyskał zmysłów. Piszę do końca, bowiem zniknął z owego sanatorium trzy dni temu. Tu, w Vithouse, zniknęło bez śladu od czasu owej Nocy wiele osób. Bestia ma swe gniazdo gdzieś w górach i coraz częściej wychodzi nocami na żer.
Przyjacielu mój drogi! Chcę się z Tobą pożegnać. Wiem, że owa Istota przyjdzie po mnie wkrótce. Już nigdy się nie zobaczymy. Zaklinam Cię na wszelakie świętości, nie przyjeżdżaj do Vithouse i nie szukaj nigdy owej księgi przeklętej… My, ludzie, jesteśmy dla Starszej Rasy, owych bóstw sprzed stworzenia Ziemi, niczym kurz albo mrówki. Lepiej zatem nie zwracajmy na siebie ich uwagi, bo czeka nas los takiego właśnie natrętnego owada, którego, bez chwili wahania, zgnieciesz jednym palcem.
Żegnaj,Twój na zawsze, Richard.
P.S. Powiedz innym, może jeszcze nie jest za późno.