Tajemnica

 Grabażem  zwano mrocznego, tajemniczego człowieka ubierającego się zawsze na czano,chodzącego zawsze z kijem podpierając się na nim. Nikt go nieznał, z nikim nigdy nie rozmawiał. Wiedziano onim tyle ile usłyszano.  Zamieszkiwał on pewien dom na uboczu małego osiedla. Dom ten kiedyś zamieszkiwał samotny człowiek, szukający miejsca w którym mugł by umrzeć.  Po pewnym czasie zaginął bez wieści. Dom stał pusty, z czasem ograbiany i niszczony. Na osiedlu były dwie osoby, które chciały poznać jego tajemnice. Byli to Ania i Piotrek, oboje mieli szesnaście lat. Od czasu do czasu śledzili grabaża, który wybierał się  tylko do lasu. Zazwyczaj do domu wracał dopiero po pięciu godzinach. Chodz bardzo się starali zawsze go gubili w lesie. Do domu każdy bał się wejść. Pewnego deszczowego popołudnia, tajemniczy człowiek znów wybrał się do lasu. Ania i Piotrek wiedzieli że szybko nie wróci, więc odwazyli się i weszli do domu, bardzo dokładnie go oglądali od strychu aż po piwnice, w której na środku stała duża, drewniana skrzynia, z której przez niewielkie szczeliny wydobywało się jaskrawe i intensywne światło.

Gdy ją otworzyli światło zgasło, ku im oczą ukazał się złoty klucz.  Wyjmując go Ania zauważyła duże dzwi, zajmujące pół ściany. Ania włożyła klucz do zamka, przez szpary w dzwiach, zaczeło się wydobywac takie samo światło jak z skrzyni. Powolnym ruchem otwierały się a światło nie gasło. Otworzyszy się całkowicie oślepiły Anię. Piotrek patrząc przez ramię widział że jego przyjaciólka leżała na podłodze, a z otwartego pomieszczenia wydobywała się postać w czarnym płaszczu. Nie dotykając Ani podniósł ją i zabrał do bardzo jasnego pomieszczenia.  Gdy zniknoł w pomieszczeniu dzwi zaczeły się zamykać. Wtedy Piotrek usłyszał że ktos schodzi do piwnicy. Ujżał grabaża który spojzał na niego, i odszedł w stronę lasu. Piotrek podążał za nim zadając mu wiele pytań. Kim była postać która zabrała Anię ? Co sie z nią stanie ? Dlaczego nic nie mówi ? Doszli do małego strumyka. Grabaż nic nie mówiąc spojzał na strumyk.  Nagle Piotrek zauważył że grabaż umiera.  Swym ostatnim tchniemiem powiedział wez ten kij i idż po Anię. Piotrek wzioł kij, po czym grabaz umarł.  Przedzierając się przez gęsty las myślał tylko o tym że ją bardzo kocha i musi ją uwolnić.  Gdy tam dotarł ujżał ciemność z której zauwazył leżącą na podłodze nieprzytomną  Anię.  Spojzał na dzwi i ujżał że są otwarte. Wszedł do jasnego pomieszczenia. Przed nim było wiele dzwi. Wszedł do tych które były naprzeci wniego. Ujzał tam ciemną postać. To pomieszczenie zdawało się być niczym, ciemna postac w tej chwili przestała istnieć. Piotrek pobiegł do Ani która się przebudzała. Wziął ją na ręce i wyniusł z piwnicy. Odzyskawszy świadomość, powiedziła do Piotrka tylko dwa słowa. Kocham cię… W tym momecie dom runoł… Piotrek spojzawszy na las ujzał postać grabaża, która kiwnowszy głową znikneła w lesie…

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział III

 

Opowieści z Przeklętej Doliny:

Ucięta Mowa

Rozdział III
Furman nawet nie zdążył zatrzymać koni, gdy pierwszy mężczyzna wyskoczył na chodnik. Jego, do niedawna jeszcze lśniące, czarne buty rozchlapały kałużę na boki. Ubrany w długi, czarny płaszcz mężczyzna zaklął pod nosem i krzyknął do swoich towarzyszy, aby się pośpieszyli.
– A zapłata? – Zapytał bezceremonialnie furman.
Mężczyzna, który pierwszy wyskoczył na chodnik, odwrócił się do niego myśląc, że to pytanie było skierowane tylko do niego i odparł zaczepnie:
– Za chwilę wracamy. Chyba, że nie chce pan na nas czekać. A może ma pan coś na sumieniu i woli nie stać przed gmachem tej instytucji?
Przy tych słowach mężczyzna w płaszczu spojrzał wymownie na swego rozmówcę. Ten spojrzał tylko na drzwi wejściowe do budynku i nic się już nie odezwał. Nasunął tylko kaptur na głowę, jakby dla niepoznaki.
Mężczyzna w czerni uśmiechnął się pod wąsem i ruszył w stronę wejścia. W między czasie z furmanki wysiedli pozostali mężczyźni. Wszyscy wyglądali tak samo, tak samo byli ubrani – jakby należeli do jakiegoś stowarzyszenia. Ale furman wolał nie wiedzieć za dużo. Odetchnął z ulgą, gdy wysiedli.
Przyprawiali go o gęsią skórkę, chociaż sam nie wiedział, z jakiego powodu.

– A jeśli go już nie będzie? – Mężczyzna nie był tak pewny siebie jak ten, który rozmawiał z furmanem i teraz szedł tuż przed nim. Był młodszy, ale bardzo przypominał go nie tylko z wyglądu. Miał podobne, tylko nieco łagodniejsze rysy twarzy i tak samo zimne i przenikliwe oczy.
– I tak go znajdziemy, synu.
– Panowie do…? – Zagadnął ich strażnik pilnujący parteru. Mężczyźni spojrzeli na siebie równocześnie, po czym przenieśli wzrok na uniform młodego obrońcy prawa. Strażnik poczuł się bardzo nieswojo. Cofnął się o kilka kroków i znalazł się w pomieszczeniu, które służyło za recepcję, a z zewnątrz wyglądało jak dobrze zaopatrzony sklep z bronią. Sięgnął pod ladę jakby szukał pistoletu. W rzeczywistości jednak starał się wymacać dłonią dzwonek alarmowy.
– Nie chcieliśmy Pana przestraszyć tym najściem. Szukamy detektywa Mothmana. Wie o naszych odwiedzinach – gładko skłamał młodszy z mężczyzn. Gdy wypowiadał te słowa nawet powieka mu nie drgnęła. Sięgnął do kieszeni i wolno, ale zdecydowanie zbliżył się do „budki” strażniczej. Guardianowi, widocznie mało jeszcze doświadczonemu w pracy, kropelki potu wystąpiły na czoło i zaczęły trząść się ręce. Ubrany w płaszcz mężczyzna położył mu na biurku jakąś małą karteczkę. Strażnik spojrzał na nią i odetchnął nieco spokojniej. Mógł się domyśleć, że to prawnicy: świdrujące, zimne oczy i energiczny, zdecydowany chód, zimne rysy twarzy. Obrazu dopełniał ich ubiór – te buty z najlepszej skóry, bawełniane długie płaszcze, teraz rozpięte i śnieżnobiałe koszule musiały kosztować majątek. Jeden z nich miał jakąś teczkę, pewnie z dokumentami. Guardian uspokoił się nieco, przypomniał sobie plotki o Panie J.M., jak mówiono o detektywie Mothmanie, krążące wśród pracowników całej Guardian Street. Może nie powinien się dziwić jego gościom.
– To taka mała klitka na…
– Znajdziemy – przerwał mu „mężczyzna od wizytówki” i odwrócił się w stronę swoich towarzyszy. Wszyscy w milczeniu ruszyli ku schodom prowadzącym na piętra.
– „Smith ‚n’ Smiths Lawyer Co.” Mogą mi się jeszcze kiedyś przydać – pomyślał strażnik chowając wizytówkę do kieszeni spodni i spojrzał na zegarek stojący na biurku. Otworzył zeszyt i zanotował skrupulatnie godzinę odwiedzin prawników.

Minęli kilka korytarzy i pokoi nim dotarli do gabinetu detektywa. Mijani przez nich pracownicy nie zwracali na nich większej uwagi, widocznie mieli pełne zaufanie do strażnika na parterze, albo byli tak zadufani w sobie, że nikt nie ośmieli się zaatakować w jakikolwiek sposób siedziby stróżów prawa.
Przybysze stanęli przed drzwiami detektywa i spojrzeli po sobie zaskoczeni.
– A jednak się spóźniliśmy – pomyślał Gvidon patrząc na kawałek kartki przyczepiony tuż pod metalową plakietką z inicjałami detektywa.
– Kazał posprzątać gabinet? Może ktoś nas uprzedził, ale nie sądzę, żeby znalazł rękopis albo zdjęcie, ojcze. Może wejdziemy i sami poszukamy? – Zapytał młodszy z mężczyzn. Pozostali spojrzeli wyczekująco na Gvidona.
– Nie mamy na to czasu Samuelu. Musimy go znaleźć zanim wyjedzie do doliny. Mam dziwne przeczucie, że ktoś mu pomaga.
Zbiegli po schodach na parter i, nie zatrzymując się nawet przy strażniku, wybiegli z budynku. Furman czekał tam, gdzie go zostawili.
– Ruszaj! – Rzucił ostro Gvidon wskakując do furmanki jako ostatni.
– Jedziemy do jego posiadłości? – Stukot kopyt prawie zagłuszył pytanie.
– Nie. Złapiemy go na nabrzeżu.
Furman zrozumiał, że ma się kierować do portu.

Pierwszą myślą, jaka teraz krążyła mu po głowie było jak najszybciej spakować bagaże i odnaleźć Cagliostra. Nic nie zwróciło jego uwagi – ani uchylona furtka na podwórzu, ani ślady błota zostawione na klatce i schodach – a może nie chciał ich widzieć. Myślał tylko, co powinien spakować.
Wbiegł po schodach, przeskakując po dwa, trzy stopnie i stanął zaskoczony przed swoim gabinetem, nie mogąc złapać oddechu ani wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Jego wzrok wędrował z jednej zapakowanej i zamkniętej szczelnie skórzanej walizki, na której widniały wyszyte inicjały J.M. na drugą z inicjałami N.M. Pomiędzy nimi widział parę wypolerowanych butów. Ich właściciel stał wsparty o grawerowaną laskę ze złotą rączką i uśmiechał się najwyraźniej zadowolony i dumny z siebie.
Detektyw zebrał w sobie resztkę siły i rzucił się na niego i rękami chwycił za kołnierz. Stracili równowagę i wpadli do gabinetu. John przygniótł przeciwnika do ściany i uniósł do góry. Tamten poczerwieniał na twarzy, ale nie zmienił wyrazu oczu i nie wypuścił laski z ręki. Żaden wyraz skrzywienia, bólu, złości ani zaskoczenia nie przebiegł przez jego oblicze.
– Gdzie jest moja siostra?! – Wysapał detektyw. W jego oczach tliły się iskierki szaleństwa. – Mów, łajdaku!
– W Przeklętej Dolinie – wykrztusił z siebie Cagliostro.
– Zabiję Cię!
– Jeśli Ci się uda – na wargach hrabiego pojawił się ironiczny uśmiech. – Ale wątpię czy ją wtedy odnajdziesz.
Detektyw puścił Cagliostra, nie chciał popełnić morderstwa, poza tym tylko hrabia wiedział gdzie jest Nikki.
Hrabia poprawił płaszcz. John nie wiedział, co ma robić, złapał się za głowę.
– Pomyślałem, że lepiej będzie jak wyjedziemy jeszcze dzisiaj. Spakowałem nasze bagaże.
Słowa hrabiego nieco otrzeźwiły Johna.
– Ale tu jest tylko walizka Nikki i moja a…?
– Moja jest w przechowalni na dworcu. Pociąg mamy za godzinę.
– Ale nie mogę tak zostawić… – wahał się jeszcze detektyw.
– Tu chodzi o życie Nikki.
John w odpowiedzi chwycił walizki i zbiegł po schodach. Hrabia podążył tuż za nim. Zostawili domostwo na pastwę losu. Detektyw tylko pozamykał drzwi i furtkę. Gdy znaleźli się na ulicy krzykiem wezwali powóz. Wrzucili bagaże na sam tył i wsiedli do środka.
– Zawieź nas na dworzec! Co koń wyskoczy! – Krzyknął John siadając wygodniej. Gdy zamykał drzwiczki usłyszał świst bata i rżenie paru koni. Z miejsca ruszyli galopem.
– Pogoda nam sprzyja – rzekł niby od niechcenia Cagliostro. John wyjrzał przez okienko – nawet nie wiedział kiedy słońce zatrzymało się w zenicie.
Ulica w połowie była jeszcze zamarznięta, a w połowie już zabłocona.
John nic się nie odezwał. Postanowił milczeć całą drogę i przeanalizować zaistniałą sytuację. Nie wyglądała ona zbyt ciekawie: najpierw zaginięcie matki, potem tajemnicze przesyłki, zniknięcie Nikki, a teraz wyjazd z nieznajomym i podejrzanym. Ale John miał dużo czasu na refleksje, ponieważ stacja Jednego Szlaku znajdowała się na drugim końcu miasteczka.
Ukradkiem tylko zerkał na wyniosłego towarzysza podróży.
– Kim Ty naprawdę jesteś? – Nie umiał odpowiedzieć na to pytanie, ale wiedział, że najbliższe dni, a nawet godziny, mogą przynieść mu wiele niespodzianek nie bardzo przyjemnych. Nie wiedział czy hrabia zdaje sobie sprawę, że jest bacznie obserwowany.
Zdawało mu się, że Cagliostro specjalnie nie patrzy w jego stronę. Jakby tendencyjnie zamknął oczy i udawał, że śpi.

Cagliostro obudził się w momencie, gdy wjechali na brukowaną uliczkę prowadzącą na stację. Spojrzał na detektywa i uśmiechnął się jak gdyby cieszył się z jego widoku.
– Chyba dojeżdżamy – Mothman próbował odgonić od siebie złe myśli. W tej samej chwili woźnica zatrzymał konie.
– Jesteśmy na miejscu – detektyw rozpoznał głos młodego lekarza. – Dziwny zbieg okoliczności – pomyślał.
Wysiadł z powozu, a za nim lekko wyskoczył hrabia. Oparł się o swoją laskę i przyglądał się w milczeniu jak woźnica zdejmuje ich walizki i kładzie je na chodniku.
– Proszę zanieść je na peron – powiedział sucho hrabia.
– Myślę, że wystarczająco nam Pan już pomógł – odparł detektyw. Swoje słowa skierował do lekarza, ale wzroku nie spuszczał z Cagliostra. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem jak rewolwerowcy przed pojedynkiem. W między czasie młody mężczyzna podniósł walizki i skierował się na peron.
Cagliostro i detektyw patrzyli na siebie w milczeniu. Mothman odwrócił się od hrabiego i także poszedł na dworzec. Odchodząc krzyknął przez ramię:
– Albo zdążysz albo jadę sam!
– I tak sam nie pojedziesz!
– Zobaczymy – pomyślał.

* * *

– Przeklęta Dolina? – Marynarz był wyraźnie zdumiony. Patrzył na kilku mężczyzn stojących koło niego. Nie wiedział czy ich pytanie powinien traktować jako żart czy pytali poważnie. Inni marynarze, siedzący nieopodal i pijący piwo z kufli, usłyszawszy ich rozmowę nie mieli najmniejszych wątpliwości i śmiali się do rozpuku.
Jeden z nich, mimo tego, że ledwo mógł utrzymać się na nogach, podszedł do nich i oparł się o Samuela. Otoczył go ramieniem i chuchał mu prosto w twarz. Jego towarzysze śmiali się na całe gardła.
– Chcecie dopłynąć do Przeklętej Doliny? – Zagadnął. – To bardzo daleka podróż. Widzisz przyjacielu, właśnie stamtąd wróciłem i do tej pory cierpię na chorobę morską.
Marynarz pozieleniał na twarzy i zrobił taką minę jakby miał zamiar wypluć swoje wnętrzności wprost na Samuela. Ale jego twarz nagle zmieniła kolor z zielonej na trupio bladą i oczy rozszerzyły się ze strachu, gdy mężczyzna w czerni wyjął spod płaszcza rewolwer i przyłożył mu lufę do brzucha. Teraz nikt już nie odważył się uśmiechnąć. Przedstawienie przestało być zabawne.
Przyglądający się temu zdarzeniu marynarze, pomału, krok po kroku zaczęli podkradać się do stojących przed nimi mężczyzn w czerni. Ale któryś z nich widocznie zauważył kącikiem oka jakiś ruch, bo odwrócił się w stronę skradających się i jednoznacznie sięgnął ręką pod płaszcz. Marynarze nie zauważyli, że w czasie rozgrywającego się widowiska przyjechały jeszcze dwa powozy i wysiedli z nich inni, ubrani także na czarno mężczyźni. Teraz już nie było ich czterech, ale tuzin. Marynarze byli całkowicie zdezorientowani: niektórzy złapali się za głowy mniemając, że oszaleli, kilku uciekło, a pozostali wrócili do swoich kufli pozostawionych w kantynie.
– Do przeklętej Doliny nikt nie pływa dla przyjemności i mało, kto stamtąd powraca. Każdy, kto ma tam wypłynąć najpierw spisuje testament. Poza tym to daleka podróż – powiedział poważnie stary marynarz. – Nikt z Wami nie popłynie. A odpowiadając na Wasze pytanie: z tego portu, nie tylko dzisiaj, ale w ciągu kilku ostatnich dni nie wypłynął ani jeden statek do Przeklętej Doliny, o którym bym nie wiedział. A Wy się nie boicie? – Zapytał.
– Nie – odpowiedział twardo Gvidon, ten sam, którego rodzice kiedyś, przypadkiem znaleźli się w Przeklętej Dolinie i pozostali w niej już na zawsze; ten sam, który się w niej urodził i wychował. – A jak możemy się do niej dostać? – Zapytał, chociaż znał już odpowiedź.
– Balonem albo pociągiem.
Wsiedli do powozów nie odwracając się ani nie dziękując marynarzom. Gvidon dobrze wiedział gdzie jest dworzec. Z Samuelem i kilkoma innymi pojechał na stację Jednego Szlaku, a pozostałe furmanki porozjeżdżały się w przeciwnych kierunkach.

Młoda jasnowłosa dziewczyna wsiadła do wagonu. Pociąg był podstawiony – tak jakby tylko na nią czekał. Znalazła wolne miejsce koło jakiejś starszej kobiety, czytającej Wiejskie Wieści i usiadła nie pytając jej o pozwolenie. Nie zwracała uwagi na ciekawskie spojrzenia innych pasażerów, ale zdawała sobie sprawę z tego, że nie codziennie widzi się kogoś jadącego do Przeklętej Doliny bez jakiegokolwiek bagażu.
Siedząca naprzeciwko niej kobieta, ubrana nieco jak mniszka w czarny habit, nawet na nią nie spojrzała. Gazeta drżała jej w rękach, gdy przewracała kolejne strony. W pewnym momencie Nikki mignął przed oczami nagłówek gazety: „Bestialskie zabójstwo młodej dziewczyny”.

* * *

Wnieśli bagaże do pociągu w momencie, gdy już ruszał. John odwrócił się do lekarza, żeby mu podziękować, ale ten już zdążył wyskoczyć, w ostatniej chwili, gdy pociąg nabierał szybkości. Detektyw zobaczył go przelotem na stacji. Przeniósł bagaże do wolnego przedziału i usiadł przy oknie.
– A jednak nie zdążył” – uśmiechnął się na samą myśl o Cagliostrze. W wyobraźni widział go wybiegającego z bagażem z przechowalni i dobiegającego na stację w momencie, gdy pociąg już znikał na zakręcie.
– Teraz pewnie stoi oparty o tą swoją laskę i wyciera pot z czoła.
Mothman zamknął oczy i spróbował się wyciszyć. Może nawet udałoby mu się zasnąć gdyby nie usłyszał ogłuszającego niemalże dźwięku otwieranych drzwi. Jak z najgorszego koszmaru do przedziału wszedł lekkim krokiem Cagliostro. Na jego twarzy nie było widać żadnego śladu zmęczenia. Z uśmiechem na twarzy postawił swoją walizkę obok bagaży Johna.
– Zdążyłem – powiedział z taką beztroską w głosie jakby to było coś najzwyklejszego na świecie. Zdjął płaszcz i Mothman ze zdziwieniem stwierdził, że hrabia ma na sobie czyściutkie, świeże ubranie, jakby odebrane prosto od krawca. John nie wiedział kiedy jego towarzysz podróży zdążył się przebrać w krwistoczerwoną, szytą według najnowszej mody koszulę, ze złotymi zapinkami; spodnie tego samego koloru o rozszerzanych ku dołowi nogawkach, zakończonych falbanami i przykrywających wypolerowane trzewiki. Przy tym ubraniu nawet jego twarz wydawała się być jakby młodsza, a ostre rysy łagodniejsze. Tylko oczy nadal pozostawały tajemnicze i nieprzeniknione.
– Czeka nas ekscytująca podróż.
– Nie rozumiem – odparł, zaskoczony detektyw.
– Mamy okazję poznać miejsce, o którym krążą niesamowite opowieści.
– Z naszej wcześniejszej rozmowy zrozumiałem, że kiedyś już tam byłeś Hrabio.
– A ja, że nasze kontakty przestały już być takie oficjalne, Detektywie.
Mothman poczuł się jakby dostał w twarz, ale nic się nie odezwał. Cagliostro ze stoickim spokojem kontynuował:
– Nie przeczę, byłem tam nieraz, ale powiedzmy, że… – zamilkł jakby chciał odpowiednio dobrać słowa. – Moje podróże odbywały się na nieco innych zasadach.
– Czy w tym także pomagali Twoi mocodawcy?
– Poniekąd, ale nie zagłębiajmy się w szczegóły. Musimy mieć do siebie trochę zaufania, a i tak obaj mamy jakieś tajemnice i póki, co niech tak zostanie. Wkrótce poznasz moich przyjaciół.
John, nie wiedząc, czemu, jeszcze raz spojrzał głęboko w oczy swojemu rozmówcy – były inne i mimo woli go przyciągały, jakby chciały mu wyjawić jakąś tajemnicę skrywaną przed całym światem i przez całe lata. Poczuł się nagle bardzo znużony.
– Pewnie to ten monotonny dźwięk jazdy – pomyślał. Jego zmysły się przytępiły. Jak za sprawą zamkniętych szczelnie drzwi przestał cokolwiek słyszeć. Oczy same mu się zamknęły. Zmuszając się jeszcze do karkołomnego wysiłku, na chwilę otworzył je i ujrzał, siedzącego naprzeciwko siebie i patrzącego na niego wyrozumiale Cagliostra. Zdawało mu się, że ma swoiste deja vu, ale to wrażenie minęło tak szybko jak się pojawiło.
Niespodziewanie przed jego oczy napłynęły obrazy, które do tej pory starał się wyrzucić z pamięci.

Znów stał przed lustrem i przyglądał się swemu odbiciu. Nieraz zastanawiał się jak będzie wyglądał w przyszłości. W pokoju przylegającym do salonu, przebierała się jego młodsza siostra. Wiedział, że w przyszłości będzie musiał się nią zajmować, ale ta przyszłość wydawała się jeszcze taka daleka. Była między nimi różnica wieku kilku lat, ale patrząc w lustro nie widział już dziecka tylko dorastającego młodzieńca i był z tego dumny. Młody i silny pragnął złamać świat, ale nie wiedział jeszcze, że już niedługo to świat złamie jego.
Wrócił do swojego pokoju i wyjrzał przez okno. Jego matka biegała boso po ogrodzie i wchłaniała pierwsze zapachy wiosny. Ta kobieta była dumą całego rodu.
– John! – Zawołała dostrzegając go w oknie. Jej głos był tak dźwięczny jak śpiew słowika. – Niech Nikki pomoże mi zebrać kwiaty do wazonu!
Taki obrządek odbywał się u nich w domu, co roku. Gdy odszedł od okna ponownie usłyszał krzyk, ale nie był to już krzyk ich matki. Obudził się. Czuł, że drży z wrażenia.
– To tylko zły sen – tłumaczył sam sobie. Jakby w odpowiedzi usłyszał kolejny kobiecy krzyk. Dochodził z pociągu. Rozejrzał się, dokoła, ale nigdzie nie dostrzegł Cagliostra.

Nikki zupełnie nie wiedziała, co robić, pierwszy raz znalazła się w takiej sytuacji. Spoglądała raz po raz to na siedzącą naprzeciwko niej kobietę, a raz na mężczyznę, który przed chwilą otworzył drzwi do przedziału i był nie mniej niż ona zaskoczony reakcją kobiety. Patrzył na Nikki i widocznie zastanawiał się czy nie powinien siąść w innym wagonie, bo jedną nogą przekroczył próg, a drugą stał jeszcze za nim. Zdecydował się, gdy usłyszał kolejny, ogłuszający niemalże krzyk pasażerki. Nikki nadal nie odezwała się ani słowem, więc tylko uśmiechnął się nieco nieśmiało, ale wyrozumiale do dziewczyny i wyszedł z przedziału. Nikki wolała się nawet nie zastanawiać, co sobie o nich mógł pomyśleć.
„Niby mniszka” przy drugim krzyku wyraźnie wskazała Nikki palcem i zaczęła się trząść jakby nagle dostała ataku padaczki. Gazeta wypadła jej z rąk, ale to już nie interesowało dziewczyny. Podeszła do kobiety i chciała ją uspokoić, ale, z każdym krokiem Nikki, krzyczała coraz głośniej, jakby była opętana przez jakiegoś demona. W jej oczach malowało się paniczne przerażenie.
– Proszę się uspokoić. Pomogę Pani – Nikki ponownie zaproponowała nieznajomej. Ta na chwilę się uspokoiła i, jakby przyjmując pozycję obronną, mocniej przylgnęła do siedzenia.
Dziewczyna nie wiedziała, co ma o tym myśleć.
– Najbezpieczniej chyba będzie siąść naprzeciwko tej kobiety – pomyślała. Po chwili milczenia, która wprawiłaby w zakłopotanie każdego, rzekła najspokojniejszym głosem, na jaki w tej sytuacji mogła się tylko zdobyć. – Stało się Pani coś? Może uda mi się jakoś Pani pomóc – wyciągnęła ręce w kierunku kobiety.
Ta, zapamiętała w swoim przerażeniu zaczęła machać przed sobą rękami i krzyczeć:
– Ni…, Ni…
– Widocznie nie chce ode mnie pomocy – pomyślała Nikki. – Może nie jest stąd, bo nie mówi naszym językiem.
Z zamyślenia wyrwało ją nieoczekiwane zachowanie towarzyszki z przedziału.
Dziewczyna nic nie robiła, starała się zachowywać naturalnie, żeby nie denerwować ani nie niepokoić „niby mniszki”. Ta też w milczeniu przyglądała jej się chwilę bardzo badawczo. Zastanawiała się, co robić i analizowała zaistniałą sytuację i wtedy nastąpiło coś, czego Nikki nie zapomni do końca życia. Kobieta niespodziewanie poderwała się z miejsca, podbiegła do okna i otworzyła je. Dziewczyna siedziała i nie wiedziała, co ma robić. Była jak sparaliżowana, a kobieta wydała z siebie jeszcze jeden krzyk, ostatni, mrożący krew w żyłach i nie oglądając się za siebie wyskoczyła z pędzącego pociągu. Nikki zdawało się, że ten krzyk zawierał w sobie jej imię, ale nie była tego pewna.
Tak jakby słyszała drugi, wydany równocześnie z pierwszym, ale dobiegający z innej strony. A może jej się tylko tak wydawało; może „Ni…” wyskakującej zostało tylko nienaturalnie wydłużone przez świst wiatru i szum pociągu. Nie wiedziała. Nie wiedziała również, co stało się z samobójczynią, ale nie chciała tego sprawdzać. Nadal nie była w stanie nawet się poruszyć, a co dopiero zbliżyć się do okna.
Spojrzała tylko na drzwi do przedziału – były nadal zamknięte, tak jak zostawił je wcześniej podróżny, który zdecydował się znaleźć inny przedział. Teraz zdawało jej się, że w ich szybie widzi swego wybawiciela, kogoś, kogo tak bardzo pragnęła w tej chwili zobaczyć i się do niego przytulić, że już się czasem obawiała, że zaczyna mieć przywidzenia.
Wpatrzyła się w szybę jakby zobaczyła w niej ducha swej matki. Ale to nie była twarz Mary Mothman. I te oczy, nie Johna, ale tak miłe sercu.
– Hrabio – niemalże krzyknęła i wskazała ręką okno.
Cagliostro jednak zachowywał się jakby jej w ogóle nie widział.
– Hrabio! – Tym razem krzyknęła.
Nadal żadnej reakcji z jego strony. Przemogła odrętwienie i podeszła do drzwi. Energicznie pociągnęła za klamkę, ale były zamknięte, chociaż nie dostrzegła w nich żadnego zamka. Bezradnie spojrzała na Cagliostra. On patrzył niby na nią, ale Nikki miała wrażenie jakby jego wzrok utkwiony był gdzieś w oddali.
Dziewczyna z determinacją pociągnęła za drzwi, ale ponieważ nie dawało to żadnego rezultatu, ze łzami w oczach usiadła na podłodze i ukryła twarz w dłoniach. Jak dziecko zacisnęła pięści i przetarła nimi oczy.
Gazeta, którą wcześniej upuściła jej dziwna towarzyszka podróży, leżała teraz w zasięgu ręki dziewczyny.

John nie czekał aż usłyszy po raz trzeci tajemniczy krzyk. Już wychodził z przedziału, gdy w szybie drzwi zobaczył jakieś odbicie. Był pewny, że odbiło się coś, jakby ubranie i, że to odbicie się w szybie musiało pochodzić od okna. Zbliżył się do niego, otworzył i wyjrzał na zewnątrz pociągu. To, co zobaczył nawet jego przyprawiło o mdłości, detektywa, który był świadkiem już niejednej śmierci. Ale nie takiej.
Ciało jakiejś kobiety na jego oczach zostało rozjechane przez pociąg. Jeszcze widział zakrwawione torowisko. Miał nawet wrażenie, że słyszał chrzęst łamanych kości, może czaszki, i widział przez chwilę wleczoną, zaczepioną na kole zakrwawioną, oderwaną rękę. Ku jego zdziwieniu maszynista nawet nie zwolnił szybkości jazdy. Może nic nie wie, pociąg jest długi i głośny – pomyślał.
Był pewien, że w tym pociągu popełniono morderstwo. I miał już podejrzenia, kto mógł je popełnić. Na kolejnym zakręcie dostrzegł w którymś przedziale otwarte okno. Wszystkie pozostałe były pozamykane.
– Jeśli to nie tam popełniono morderstwo to może chociaż pasażerowie coś słyszeli – pomyślał. – Wszystko powinno się wyjaśnić jak odnajdę Hrabiego. Wybiegł z przedziału nie dbając o pozostawione bez opieki bagaże i poszedł wzdłuż pociągu. Ponieważ siedział w ostatnim przedziale, zaglądał do każdego mijanego, ale nie dostrzegał w nich niczego podejrzanego. To tylko utwierdzało go w przekonaniu, że morderca dokonał zabójstwa w przedziale z otwartym oknem. Poza tym nadal nie natknął się na Cagliostra, a minął już kilkanaście przedziałów i kilka wagonów, nie liczył nawet ile.
Otworzył drzwi oddzielające kolejne wagony i stanął zupełnie nie wiedząc, co powinien zrobić. Hrabia, którego ponoć żaden z podróżnych nie widział, gdy ten przemykał się koło ich przedziałów, stał teraz kilkanaście kroków przed detektywem, zwrócony do niego bokiem, a przodem do drzwi przedziału. Mothman domyślił się, że to w tym przedziale zostało popełnione morderstwo, a podejrzanym był oczywiście Hrabia. Detektyw miał ochotę rzucić się na niego i wycisnąć z niego wszystkie wiadomości, ale wiedział, że na razie nie mógł niczego podobnego uczynić. Potrzebował zebrać przeciwko niemu niezbite dowody, a póki, co miał tylko poszlaki i podejrzenia.
Ostrożnie zaczął zbliżać się do Hrabiego. Ten widocznie usłyszał jego kroki, bo odwrócił się w jego stronę a Mothman stanął i zaczął mu się dokładnie przyglądać.
Pierwsze, co przykuło jego uwagę to była jakaś zmiana, która zaszła w Hrabim. Najbardziej widać to było w jego oczach – były nadal nieprzystępne, ale teraz smutniejsze i jeszcze zimniejsze niż zwykle. Już nie widział w nich tej iskry życia, tak jakby ich właściciel w ciągu tej krótkiej podróży bardzo się postarzał. Znalazło to odbicie w całej jego twarzy: jej rysy stały się ostrzejsze i bardziej widoczne. Gdy tak stał oparłszy się mocno o swoją laskę bardziej teraz przypominał trawionego śmiertelną chorobą starca aniżeli pełnego prawie młodzieńczej energii mężczyznę, który kilka godzin wcześniej przyszedł do Mothmans Library. Johnowi, im dłużej na niego patrzył tym bardziej robiło mu się go żal. Może ma teraz wyrzuty sumienia po dokonanej zbrodni – pomyślał. – Mimo to jest jej winny. Z drugiej jednak strony czy świadomie odważyłby się popełnić morderstwo wiedząc, że jestem detektywem? Czy zaryzykowałby zdemaskowanie? Nie, głupi nie jest, jego inteligencja jest raczej równa przebiegłości. A może to rodzaj testu dla mnie, może mnie sprawdza. Jeśli tak to zagrajmy. Kąciki ust zadrgały mu w ledwo widocznym uśmiechu. Miał nadzieję, że Hrabia nie dostrzeże tego, co rozgrywa się teraz w jego myślach i duszy. I chyba tak było.
Mothman podszedł do niego zdecydowanie. Cagliostro dopiero jakby go wtedy zauważył, gdy ten stanął tuż przed nim.
– Stało się coś? – Zapytał detektyw jakby o niczym nie wiedział.
Hrabia patrzył na niego jakby nie rozumiał, co John do niego mówi. Dopiero po chwili odpowiedział, a każde jego słowo wbijało się w serce Mothmana niczym sztylet.
– Twoja siostra…
Te dwa słowa sprawiły, że krew zawrzała detektywowi w żyłach. Już przed oczami przesuwały mu się najstraszniejsze obrazy. Chwycił Cagliostra i zaczął go dusić i szarpać.
– Co z nią?! Gdzie ona jest?! Gadaj łajdaku! Zabiłeś ją! Powinienem zrobić z Tobą to samo! ? Krzyczał, a twarz Hrabiego stawała się coraz bardziej popielata z braku powietrza.
Urywanym, ledwo słyszalnym głosem wykrztusił:
– …popełniła morderstwo.
Mothman usłyszawszy to puścił go i cofnął się o parę kroków. Zachwiał się na nogach i musiał oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść.
– O czym Ty mówisz? Łżesz.

* * *

Samuel podciągnął rękaw płaszcza. Zawsze był dumny z tego, że jako jeden z nielicznych mieszkańców Doliny ma zegarek na ręce. Dla innych był to jedynie nieosiągalny cud techniki, ale nie dla niego, nie dla syna Wielkiego Gvidona jak często nazywali jego ojca. Święcące upiornym blaskiem wskazówki utwierdziły go tylko w tragicznym przeczuciu, ale wolał nie mówić o tym nikomu. Miał nadzieję, że Gvidon nie zapyta. Tak też się stało. Zapytał dopiero, gdy znaleźli się na stacji.
Podszedł do okienka i zastukał z niecierpliwością dłonią w blat drewnianej przybudówki. Dźwięk odbijającego się złotego sygnetu rozniósł się po całym pomieszczeniu Informacji. Dopiero po kilku minutach zjawił się ktoś, kto mógł udzielić mu potrzebnych informacji. Była to kobieta, w wieku może około czterdziestu lat. Jej ponętne kształty mogły przywodzić na myśl kobiety, które w Dolinie nieraz zaczepiały go składając niedwuznaczne propozycje. Zachowanie kobiety siedzącej teraz naprzeciwko niego mówiło samo za siebie. Uśmiechała się do niego zalotnie – widocznie chciała zatuszować tym złe wrażenie, które zrobiła na nim okazując pewnego rodzaju niesubordynację w pracy. Ale Gvidon nie zwracał nawet najmniejszej uwagi na okazywane mu zbyt nachalne zainteresowanie i może chęć przeprosin w sposób, na który nie miał teraz ochoty tracić czasu.
– Za ile minut odjeżdża stąd pociąg do Przeklętej Doliny? – Ponowił pytanie, którego widocznie kobieta przy okienku nie słyszała, gdy je zadał, przekraczając próg pomieszczenia, choć starał się je zadać jak najgłośniej.
– Odjechał – spojrzała na duży zegar wiszący na ścianie tuż za jej plecami i odwróciła się z tym samym wulgarnym uśmiechem w stronę przybyszów. – Dwadzieścia minut temu.
– Co?!
– To prawda, ojcze – Samuel zbliżył się kilka kroków. – Zapomnieliśmy o zmianie czasu pomiędzy… – zamilkł pod piorunującym wzrokiem Gvidona.
– Która jest teraz godzina?
To, prawie warknięcie przez zęby sprawiło, że nawet kobieta z informacji wyraźnie spoważniała. Teraz skierowała swój bardziej nieśmiały uśmiech w kierunku Samuela, ale ten nawet na nią nie spojrzał. Zerknął natomiast ukradkiem, tak, żeby nikt tego nie zauważył, na swój zegarek. Nie mógł wprost odpowiedzieć na pytanie ojca, aby nie narazić się na podejrzenia ze strony innych. Nie każdy uwierzyłby, że odziedziczył w genach talent do przepowiadania przyszłości od ojca, talent, który i tak, tak jak wszystkie pozostałe, w miarę pokoleń stawał się coraz słabszy i mniejszy i zanikał w pewnym wieku mężczyzny. Tylko mężczyźni go dziedziczyli z pokolenia na pokolenie, a kobiety tylko raz na ileś lat, ale i tak podejrzewał, że straci ten dar w wieku ojca, tak jak przytrafiło się to Gvidonowi.
– Ta kobieta – powiedział z wyraźnym akcentem na drugie słowo. – Niestety ma rację.
– A kiedy będzie następny? – Gvidon znów skierował wzrok na pracownicę stacji.
– Dopiero jutro rano.
Już się odwrócili i podeszli do drzwi wyjściowych ze stacji, gdy Gvidonowi coś przyszło do głowy. Odwrócił się na progu i zapytał głośno:
– A czy do tego pociągu wsiadał ktoś, kto w jakiś szczególny sposób przykuł Pani uwagę?
– Nie… – zawiesiła głos jakby się nad czymś zastanawiała albo próbowała coś sobie na siłę przypomnieć. – No, może oprócz jednego jegomościa, który miał niesamowite oczy i maniery. Także wyglądał na nietutejszego jak Panowie, dlatego pomyślałam, że Panowie są tacy sami jak on.
– Pomyliła się Pani – Samuel pierwszy raz na nią spojrzał ale w jego spojrzeniu nadal nie było nawet cienia zainteresowania nią.
– Wiem – westchnęła smutno.
– Czy może nam Pani coś bliżej opowiedzieć o wyglądzie tego, jak go Pani nazwała „jegomościa”?
– Nie sądzę. Nie znam Panów.
Stawała się coraz ostrożniejsza i Gvidon to zauważył. Szybkim krokiem wrócił do okienka. Kobieta chciała jakoś zareagować, ale nie zdążyła. Wyjął z kieszeni wizytówkę i położył ją na blacie. Kobieta nawet nie wyciągnęła po nią ręki, więc wsunął karteczkę w szparę pod szybą. Kobieta aż otworzyła usta z wrażenia.
– Może jednak przypomina sobie Pani jakieś szczegóły jego wyglądu?
– Wyglądał jak jakiś… – zaczęła już trochę bardziej rozluźniona, ale już nie próbowała się narzucać przybyszom. Z prawnikami nie ma żartów – pomyślała.

– Jestem pewny, że to Cagliostro.
Gvidon nic się nie odezwał. Traktował Samuela tak, jakby go w ogóle w pobliżu nie było.
– Prawie nas zdradziłeś – rzucił tylko, gdy wychodzili ze stacji.

* * *

Siedziała z podkulonymi nogami oparta o drzwi przedziału, a płacz, co chwilę targał jej ciałem. Otworzyła gazetę na stronie, którą czytała samobójczyni i przez łzy, jak przez mgłę zobaczyła nagłówek artykułu. Pod nim było prawdopodobnie zdjęcie zamordowanej dziewczyny, ale widocznie ktoś niespełna rozumu je wyciął. Nikki nie czytała artykułu tylko bezmyślnie wpatrywała się w dziurę po fotografii jakby ta przedstawiała jakiegoś jej znajomego. Łzy rozmazały jej litery druku i nie była w stanie przeczytać podpisu zamieszczonego pod miejscem po zdjęciu.
Odłożyła gazetę, gdy tylko usłyszała głosy. Przestała płakać i spróbowała się w nie wsłuchać. Była pewna, że dochodzą zza drzwi. Wolno wstała i starała się coś dostrzec przez szybę. Coraz wyraźniej słyszała rozmowę, kłótnię, która z każdym słowem stawała się ostrzejsza. Nie wiedziała, co stało się jej powodem, ale słyszała Johna i Cagliostra. Zaczęła krzyczeć i uderzać z całej siły pięściami w drzwi. Nagle rozmowa ucichła i dziewczyna zobaczyła upragnione oblicza. Przylgnęła do drzwi jak rozgnieciona mucha. Widocznie i oni ją zobaczyli albo usłyszeli, bo John najpierw zaczął szarpać, a potem napierać na drzwi – najwidoczniej chciał je wyważyć. Nikki na wszelki wypadek odsunęła się o kilka kroków i czekała w napięciu. Łzy jeszcze świeciły jej w oczach, ale w serce wstąpiła nowa nadzieja. Za chwilę ten koszmar się skończy – pomyślała.

John nadal nie mógł uwierzyć w słowa Hrabiego. Nawet teraz, gdy zobaczył Nikki w jedynym przedziale z otwartym oknem. Poza tym widział jej zapłakaną twarz i przerażenie w oczach. A wszystko jakby za mgłą, w oddali – zdawało mu się, że nie drzwi ich dzielą a wielka odległość.
Brutalnie odepchnął od siebie Cagliostra i próbował otworzyć drzwi. Gdy to nie dawało rezultatu krzyknął na całe gardło mając nadzieję, że siostra go usłyszy:
– Otwórz drzwi!
Ale ona nawet nie ruszyła się z miejsca.
John nadal szarpał za klamkę.
– Obawiam się, że to nic nie da. Tych drzwi nie otworzysz od zewnątrz – powiedział Hrabia i detektywowi zdawało się, że w jego głosie usłyszał nutkę szczerego smutku.
– Dlaczego sama nie otworzy tych drzwi? – John syknął przez zaciśnięte zęby.
– Może się zacięły.
John spojrzał na towarzysza spode łba i ponownie skierował wzrok na Nikki. Wydawało mu się, że trzyma coś w rękach, jakby gazetę. Z determinacją naparł całym ciałem na drzwi, ale te nie chciały ustąpić. Mothman zaczynał tracić siły.
– Będziesz tak stał i mi nie pomożesz? – Zapytał z wyrzutem Hrabiego.
– I tak ich nie otworzymy. Mam wrażenie, że działają tutaj siły potężniejsze od nas.
– Co masz na myśli?
– To, że zbliżamy się do celu naszej podróży. A z tego, co wiem to Przeklęta Dolina jest dość specyficznym miejscem.
John spojrzał na niego i chciał o coś jeszcze zapytać, ale Hrabia uprzedził go odpowiedzią:
– Za chwilę się dowiesz.

Mothman nie wiedział, co Hrabia miał na myśli.
– Stajesz się coraz bardziej tajemniczy. Myślę, że skoro już razem jedziemy to powinniśmy zacząć jakoś współpracować.
Cagliostro spojrzał na detektywa, ale nic mu nie odpowiedział. Wyraźnie natomiast cofnął się o kilka kroków, odsunął się od drzwi jakby chciał się odsunąć od Mothmana. John ruszył w jego kierunku, ale niespodziewanie poczuł tak mocne szarpnięcie jakby cały pociąg uderzył w jakąś niewidzialną przeszkodę z ogromną prędkością. Hrabia zdążył złapać się metalowej poręczy przytwierdzonej do ściany, ale Mothman nie zdołał utrzymać się na nogach – twardo wylądował na podwoziu, pojechał po nim jak zabawka i zatrzymał się dopiero uderzając w ścianę tuż pod stopami Cagliostra. Miał szczęście, że nie uderzył głową, bo wtedy, prawdopodobnie zginąłby na miejscu. Na chwilę zgasło światło w całym wagonie i zapanowała mrożąca krew w żyłach cisza. Detektyw nie słyszał nawet własnego oddechu ani bicia serca. Nie słyszał także niczego, co mogłoby wskazywać na czyjąkolwiek obecność w pobliżu. Mimo, iż wcześniej jego zmysły nie rejestrowały najmniejszego ruchu pociągu był pewien, że teraz się zatrzymał.
Światło zapaliło się samoczynnie i John zobaczył pochylającego się nad nim Hrabiego.
– Jesteśmy na miejscu – odezwał się uspokajającym głosem, ale Mothman był jakby otępiały. – Pomogę Ci wstać. Moi przyjaciele nie powinni Cię zobaczyć w takim stanie.
Pomógł mu się podnieść z podwozia i użyczył czasowo swojej laski, żeby detektyw nie upadł ponownie gdyby stracił czucie w nogach.
Mothman wodził mętnym wzrokiem dookoła i nawet nie słyszał jak drzwi do przedziału wcześniej się otworzyły. Dopiero, gdy jego wzrok przez krótką chwilę prześlizgnął się przez otwarty przedział w pełni wróciła mu pamięć i odzyskał siły. Odrzucił laskę Hrabiego i wbiegł do przedziału, ale nie znalazł w nim Nikki. Cagliostro otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Podniósł laskę i w milczeniu wszedł do przedziału. Nie odzywali się do siebie.

* * *

John przyglądał się drzwiom, ale nie mógł w nich znaleźć żadnego zamka. Cagliostro natomiast przeglądał zostawioną przez dziewczynę gazetę.
– Pomógłbyś mi.
– Myślę, że to jest ciekawsze – odparł Hrabia. – Obawiam się, że niczego nie znajdziesz w tych drzwiach natomiast to może Cię zainteresować – przy tych słowach podsunął mu przed oczy gazetę.
John spojrzał na artykuł i oczy nabiegły mu krwią z przerażenia i złości. Jeszcze nie wiedział, w jaki sposób, ale czuł, że jego siostrze grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. To, że jest osobą podejrzaną o popełnienie morderstwa wydawało mu się teraz mało ważne. Podszedł do okna, przez które wcześniej wypadła nieznajoma kobieta. Na zewnątrz pociągu panowała dziwna ciemność przemieszana z mgłą. Widział ludzi chodzących po stacji, biegających w różne strony, szukających bagaży i czekających na pociągi. Jego wzrok przykuła grupka ludzi. Niby wyglądali normalnie, ale w ich zachowaniu było coś nienaturalnego. Nawet ich ruchy wydawały mu się sztuczne. Nie widział ich twarzy, ale chyba nawet nie chciałby ich zobaczyć z bliska. Nagle zobaczył Nikki. Był pewien, że to ona. Chociaż była daleko rozpoznał ją bez trudu. Była w tym samym ubraniu, w którym widział ją uwięzioną w przedziale. Krzyknął na całe gardło jej imię, gdy przechodziła koło grupki podejrzanych mężczyzn, których nie spuszczał z oka. Widocznie nie dosłyszała jego krzyku, bowiem nie odwróciła się nawet w stronę pociągu a wręcz przeciwnie – odwróciła się plecami do grupki mężczyzn i odeszła w mrok.
– Przyjechali – John usłyszał wyraźnie jednego osobnika z podejrzanej grupy i miał wrażenie, że pochodzi on z najgłębszego piekła.
– Nikki! – Krzyknął ponownie i zaczął gramolić się przez okno. Gdy był już jedną nogą na zewnątrz złożył gazetę na kilka części i schował do kieszeni.
– John – ten spokojny, łagodny kobiecy głos sprawił, że detektyw nie umiał ruszyć się z miejsca. Poczuł także na ramieniu delikatną dłoń – dotknięcie, które tak dobrze pamiętał z dzieciństwa.
Machinalnie zszedł z okna i stanął twarzą w twarz z gośćmi.

* * *

– Domyślam się, że skoro tu przyjechałeś razem z Hrabią to otrzymałeś mój list.
Jej głos przyprawiał go o dreszcze. Nie śmiał się do niej odezwać ani oderwać od niej wzroku.
– Jest zawstydzony Twoją urodą, Pani – odpowiedział za niego Cagliostro.
John w milczeniu przyglądał się kobiecie. Jej wzrok palił jego serce. Był ciepły, zachęcający, a jednocześnie wywołujący ból wspomnień. Była tylko o parę lat starsza od niego, ale wyglądała jak obraz jego matki. Nigdy do końca nie wyleczył się z kompleksu Edypa.
Krępująca cisza przedłużała się niemiłosiernie.
– Pozwolę sobie Was przedstawić. Pani, to jest jeden z najlepszych detektywów, jakich kiedykolwiek spotkałem, John Mothman – Mothman nie zareagował na jego komplement. – John, przedstawiam Ci Lady M.
Po niej, po kolei przedstawił pozostałych przedstawicieli Delegacji, jak ich nazywał Cagliostro. Mothman zmusił się ledwo do przelotnego spojrzenia na nich i błyskawicznie wrócił do stojącej przed nim kobiety.
Wiedział, że i tak nie zapamięta ich nazwisk. Były wyszukane, obco brzmiące dla jego uszu, a tytuły delegatów reprezentowały tutejszą arystokrację – z niej najbardziej jednak interesowała go tajemnicza Lady. Wyróżniała się spośród pozostałych nawet ubiorem. Wszyscy ubrani byli w iście galowe stroje – modne koszule z bufiastymi rękawami, złotymi spinkami przy mankietach i szafirowymi guzikami. W ich butach mógłby się przejrzeć jak w lustrze. Ale ona i tak ich przyćmiewała. Piękna suknia obszyta cekinami i diamentami leżała na niej jakby była szyta na miarę. Nawet oczy miała inne od nich – łagodne, lśniące, ale przyjazne zarazem.
– Otrzymałeś mój list, prawda? – Zapytała i chwyciła go za rękę. Trzymała ją bardzo delikatnie. Za ten dotyk i ten wzrok w niego wpatrzony gotów byłby oddać życie. W tej chwili zapomniał nawet o ratowaniu swojej siostry. Lady M. magnetyzowała go wzrokiem. Jak we śnie wyjął list z kieszeni i podał kobiecie.
Uśmiechnęła się do niego, a pod nim ugięły się nogi ze szczęścia. Ośmielony jej czułym spojrzeniem powiedział:
– Dostałem także Pani książkę.
– Ale – zaczęła i spojrzała pytająco na stojących wokół niej przyjaciół, a gdy milczeli dokończyła. – Nie wysyłaliśmy żadnej książki.
Cagliostro był nie mniej zaskoczony od detektywa.
– W takim razie…
– A co to za książka? – Spytała kobieta.
– Ta – John otworzył swoją walizkę przyniesioną przez jednego z przyjaciół Hrabiego i wyjął z niej autobiografię.
Lady M. rozszerzyła oczy ze zdumienia widząc okładkę książki. Rozbłysły, gdy zobaczyła pierwsze znaki napisane na stronach.
– Czy wiecie, co to za symbole?
– To jakiś…
– Dość! – Ucięła ostro kobieta.
Hrabia nie był zadowolony, że się z nim nie liczyła. Ale już niedługo – pomyślał i już zacierał ręce w myślach.
– To runy – powiedziała dobitnie i spojrzała znacząco na Mothmana.
– Moja siostra kiedyś wspomniała… – i nagle przypomniał sobie o Nikki. Zerwał się z miejsca, chwycił walizkę i wybiegł z pociągu.
Cagliostro i Lady M. wybiegli tuż za nim. Delegaci zabrali pozostałe bagaże i także opuścili pociąg.
– Jego siostra Nikki zaginęła w tej Dolinie – kobieta usłyszała głos Hrabiego. Nagle stanęła jakby w nią piorun strzelił.
Spojrzała na Cagliostra a w jej oczach malowało się przerażenie.
– John! – Krzyknęła za biegnącym detektywem. – Ona żyje!
Mothman zatrzymał się w połowie drogi dzielącej go od grupy nienaturalnie wyglądających mężczyzn i odwrócił się w stronę kobiety. Wolno ruszył ku niej z zaciśniętymi do białości pięściami. Widząc jego desperację Hrabia zagrodził mu drogę.
– Uspokój się. W nocy i tak jej nie znajdziesz, a my możemy Ci pomóc. Zaginięcie Twojej siostry może mieć związek z wydarzeniami, które ostatnio mają tu miejsce. Sam nie pokonasz tych ludzi.
Mężczyźni, którzy wydawali mu się podejrzani nagle odeszli i detektyw nie wiedział gdzie, ale podejrzewał, że jeszcze ich spotka. Spojrzał błagalnie na kobietę. Ona patrzyła mu prosto w oczy. Pod tym spojrzeniem lód topnieje – pomyślał znowu zapominając o Nikki.
– Myślę, że po podróży należy Wam się porządny odpoczynek i posiłek – zwróciła się także do Cagliostra. – Zapraszam wszystkich do siebie.
Instynkt samozachowawczy nagle coś Mothmanowi przypomniał.
– W tej Dolinie mieszka ktoś, kto przez pomyłkę otrzymał adresowane na mnie przesyłki. Powinienem je jak najszybciej odzyskać. Dziękuję za kuszące zaproszenie, Pani, ale nie mogę z niego skorzystać.
– Twoje paczki są u mnie. I tak musisz ze mną jechać – przy tych słowach uśmiechnęła się zniewalająco ukazując szereg białych, równych zębów.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Mimo heroicznej walki z samym sobą nie umiał się jej oprzeć.

Nieopodal stacji czekało już kilka powozów zaprzęgniętych w najprzedniejsze konie. Lady M. zatrzymała się przed powozem, niemalże karetą obitą złotem i zaprzęgniętą w sześć Arabów.
– Pan detektyw pojedzie ze mną. Muszę mu wyjaśnić kilka rzeczy – zadecydowała. – Hrabia pojedzie tuż za nami i będzie trzymał pieczę nad bagażami – przy tych słowach nie raczyła nawet spojrzeć na Cagliostra.
Stangret nawet nie czekał na polecenia Lady, zeskoczył z karety i z ukłonem otworzył drzwiczki. Kobieta wsiadła pierwsza i podała rękę detektywowi. Gdy John usiadł wygodnie na wyłożonej aksamitem i suknem kanapie stangret nie zwlekając zamknął drzwiczki. Bagaże także zostały załadowane przez woźnicę stojącego obok nich wozu i, chcąc nie chcąc Hrabia zniknął w kabinie. Gdy tylko drzwiczki jego powozu się zamknęły opuścił czarne zasłony. Zazdrość zmieszała się z nienawiścią do Mothmana i zapłonęła żywym ogniem w jego oczach. Nie chciał, żeby ktoś widział targające nim emocje. Zacisnął pięści. Usłyszał stukot końskich kopyt – pierwsza kareta odjeżdżała, ale nie zamierzał nawet uchylić zasłon, wiedział, która zawsze jechała pierwsza.

Nie śpieszyli się jakby Lady specjalnie wypróbowywała jego cierpliwość. Słyszał jak we śnie rżenie koni, odgłos toczących się kół. Przez na wpół zasłonięte czerwone zasłony wpadały blade odblaski księżyca. Nie wiedział czy atmosfera panująca wewnątrz karety czy sama świadomość bliskości umiłowanej osoby sprawiła, że pot wystąpił mu na czoło. Kobieta widząc to wyciągnęła z jakiegoś schowka chusteczkę i przy świetle księżyca zaczęła mu wycierać pojawiające się kropelki potu. Zamknął oczy ze szczęścia. Jej delikatny dotyk, zapach lawendowych perfum i całego ciała, i gorący oddech, który poczuł przed swoimi ustami sprawiły, że nieświadomie wypowiedział imię matki.
– Mary – powtórzył półprzytomnie i nagle czar prysł.
Oddech zniknął i detektyw już nie czuł czułego dotyku. Otworzył oczy. Lady M. przyglądała mu się badawczo.
– Kim jest Mary?
Mothmanowi zrobiło się bardzo głupio i poczerwieniał jak mały chłopiec złapany na jakimś przestępstwie. Odwrócił wzrok od kobiety.
– Była moją matką. Zginęła, gdy ja i Nikki byliśmy jeszcze prawie dziećmi. Nigdy jej nie odnalazłem – mówił zduszonym głosem. Nie wiedział, czemu ale miał do siedzącej obok siebie kobiety więcej zaufania aniżeli do Hrabiego. – Nie mam dowodu, że nie żyje, dlatego gdy otrzymałem pocztą stąd jej autobiografię miałem nadzieję, że ją odnajdę.
– Domyślam się, że to ta książka, którą mi pokazałeś. A Nikki to Twoja siostra? Gdzie jest teraz?
– Nie wiem. Wiem tylko, że gdzieś w tej Dolinie i że grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo.
– Nie jest jedyną zaginioną. Niedawno została zamordowana córka mojej przyjaciółki. Miała na imię Mary. Napisałam do Ciebie, bo jest ona już nie pierwszą ofiarą. Wszyscy nas zawiedli. Jesteś naszą ostatnią nadzieją.

Detektyw słuchał z uwagą opowieści o młodej, pełnej życia dziewczynie. Tym bardziej się denerwował, bo z tego, co mówiła Lady M. wynikało, że wszystkimi zaginionymi były dziewczyny i kobiety mniej więcej w jednym wieku, w wieku Nikki. Jeden szczegół mu nie pasował w jej opowieści.
– Opowiedziałaś mi, Pani, tylko o jednej dziewczynie, ale z Twojej opowieści wynika, że jest więcej przypuszczalnych ofiar.
– Tak. Zaginęły dwadzieścia cztery osoby. Twoja siostra może być dwudziestą piątą. Wszystkie pochodzą z dobrych, arystokratycznych domów.
– Oprócz Nikki – zauważył detektyw. W jego głosie dał się słyszeć żal. Lady ścisnęła nieco mocniej jego dłoń. Spojrzał w jej modre oczy.
– Wasza matka była bardzo szanowaną osobą w Przeklętej Dolinie.
– Co z tym wszystkim ma wspólnego jej autobiografia?
– Na pierwszy rzut oka nic, ale…
Nie dokończyła. John usłyszał świdrujący uszy świst. Powóz przechylił się niespodziewanie skręcając i detektyw wylądował w ramionach Lady. Poczuł się niezręcznie, gdy jego usta znalazły się między jej piersiami.
– Bardzo Panią przepraszam – zaczął zawstydzony i wrócił na swoje miejsce.
– To było bardzo przyjemne – uśmiechnęła się do niego życzliwie – ale na to będziemy mieli jeszcze dzisiaj czas. – Zawiesiła zagadkowo głos.
Drzwi karety otworzyły się i Mothman zobaczył uśmiech na twarzy stangreta.
– Jesteśmy na miejscu.

Przetarł oczy niedowierzając widokowi miejsca, w którym się znalazł. Urzekł go barokowy styl pałacyku. Mimo mgły i strug deszczu dostrzegał najmniejsze szczegóły dekoracji ogrodzenia. Stajenny wprowadzając powozy przez ogromną, zwieńczoną łukiem bramę wspominał o krwiożerczych psach strzegących posiadłości. Tuzin tych bestii był teraz zamknięty w specjalnie przystosowanym do tego celu budynku na tyłach posiadłości. Mothman słyszał tylko ich zacięte ujadanie. Stajnia znajdująca się kilka metrów od ściany budynku z łatwością mogła pomieścić kilkanaście koni. Ładny dworek ? pomyślał, ale dopiero, gdy detektyw przekroczył próg głównego hollu mógł ocenić go lepiej. Obrazy, gobeliny na czyściutkich ścianach, kilka jadalni i dwa saloniki sprawiły, że poczuł się jak członek wycieczki zwiedzającej zamek. Służba krzątała się po całym domostwie i nie wiedział gdzie się podziać, żeby nie przeszkadzać w porządkach. Wiedział, że posprzątać sam dom – salony, jadalnie, holle, kilkanaście pokoi, łazienki i ubikacje, sypialnie, których z pewnością było kilka, nie licząc przybudówek i pomniejszych budyneczków wraz ze stajnią i psiarnią było nie lada wyczynem nawet dla czterdziestu ludzi. Zastanawiał się, jaki ogród pasowałby do takiego domostwa. Chciał zapytać na przyjęcie, kogo trwają takie przygotowania, ale nigdzie nie widział pana domu a Lady M. zniknęła gdzieś wydając coraz to nowe polecenia.
Detektyw postanowił zaszyć się w jakimś cichym pomieszczeniu i przeanalizować obecną sytuację. Tym bardziej, że od momentu przyjazdu czuł na sobie czyjś wzrok. Komuś wyraźnie przeszkadzała jego obecność. Zaczął podejrzewać milczącego i stroniącego od niego od pewnego czasu Hrabiego.
John wszedł do pierwszego lepszego pokoju i stwierdził, że cały dworek jest przesiąknięty iście królewskim przepychem. Złote zastawy stołowe, pianino, arcydzieła malarstwa podpisane własnoręcznie przez mistrzów. Usiadł w hebanowym fotelu obitym czerwonym suknem. Złote poręcze lśniły czystością. Lady M. lubiła wykwintne życie i kolor krwi, który dostrzegał w całym jej otoczeniu. Na szklanym stoliczku przed fotelem stał inkrustowany złotem i drogimi kamieniami kałamarz. Leżące obok, na notatniku pióro było przygotowane do pisania. Mothman rzucił tylko okiem na nogi stoliczka. W oczach zaświeciło mu złoto, a pod blatem ujrzał chyba największy na świecie krwawnik. Nie namyślając się chwycił obłożony skórą notatnik, umoczył pióro w kałamarzu i zaczął spisywać swoje spostrzeżenia.

* * *

Nie ominął najmniejszego nawet szczegółu. Wypisał wszystkie pytania i wątpliwości. Narysował sobie nawet drzewko osób podejrzanych – ich krąg systematycznie się powiększał. Podejrzewał już nie tylko Cagliostra, do niego dołączyła grupka na stacji, kobieta z pociągu, Lady M. a nawet swoją własną siostrę. Kluczem do rozwiązania zagadki mogła być książka. Notatki zajęły mu kilka stron. Wstał na chwilę, żeby rozprostować nogi. Podszedł do okna, ale dżdżysta pogoda nie chciała ustąpić nieba zachodzącemu słońcu.
Z odrętwienia wyrwało go energiczne pukanie do drzwi. Szybko schował notatki do kieszeni i usiadł w fotelu. Udawał, że dopiero się budzi. Pukanie rozległo się ponownie.
– Proszę – powiedział niechętnie.
Drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich ubrany w czysty, prawie odświętny strój Cagliostro.
– Przepraszam, że Cię obudziłem. Lady M. zaprasza na posiłek – odezwał się z wymuszonym uśmiechem.
– Znajdę swój bagaż. Jak się przebiorę to przyjdę.
– Lady nie lubi czekać. Ubierz coś z szafy – Hrabia podszedł do stojącej pod ścianą szafy i otworzył ją. Johnowi stanął przed oczyma szereg najrozmaitszych męskich ubrań.
– Ale to stroje Pana domu. Nie mogę…
– Możesz. Nie widziałeś tabliczki na drzwiach wejściowych? – Zapytał ironicznie Hrabia. – Na bramie pisze to samo. I w dokumentach tego dworku też, zresztą powinny one być w Autobiografii, którą otrzymałeś. Myślałem, że już ją przeczytałeś.
– Ty mi ją wysłałeś?
– Ja tylko zredagowałem list na polecenie Lady M. Ona go przepisała i wysłała.
– Ale jak…?
– Mam dar odnajdywania ludzi. Poczekam na Ciebie w hollu – Cagliostro odwrócił się i wolno wyszedł z pokoju.
Detektyw nie był zadowolony, że ktoś pokroju Hrabiego wytknął mu brak spostrzegawczości. Wybiegł do hollu drugimi drzwiami. Po kilku minutach stał przed domem i z niedowierzaniem wpatrywał się w tabliczkę przytwierdzoną do drzwi. Drewniane zadaszenie chroniło go przed strugami ulewnego deszczu. Trzy razy przeczytał nim napis „John Mothman i Lady M.” dotarł do jego świadomości. Wrócił do pokoju tą samą drogą, którą się z niego wymknął.

Po kilku minutach był już umyty i przebrany. Gdy otworzyły się drzwi i wszedł przez nie Hrabia, Mothman przyglądał się sobie w lustrze. Smoking leżał na nim jakby był szyty na miarę.
– Możemy już iść, detektywie? – Usłyszał niecierpliwe pytanie.
– Tak – odwrócił się i w tym momencie w progu pojawiła się Lady M. Długa różowawa suknia z falbanami kusząco opinała jej wąską kibić. Pełne piersi falowały z każdym jej ruchem jakby nie były niczym hamowane. Usta niemalże błagały o pieszczoty. Delikatny łańcuszek podkreślał miękkość jej skóry. John pragnął wtulić się w te lśniące, brązowe włosy opadające kaskadą na ramiona.
Cagliostro także usłyszał jej pantofelki.
– Już schodzimy. Przepraszam, że… ? zaczął, ale kobieta nie dała mu skończyć. Podeszła do Johna i delikatnie ujęła go za rękę. Nie odwracając się w stronę Hrabiego zadecydowała:
– Kolacja jest już przygotowana. Wszyscy czekają na Ciebie, Hrabio, w jadalni. My zjemy w prywatnym pokoju – uśmiechnęła się do Mothmana.
Cagliostro bez słowa wyszedł z pokoju i trzasnął za sobą drzwiami. Jego przekleństwa dały się słyszeć w całym hollu.

Niezrażona zachowaniem Hrabiego Lady M. prowadziła detektywa wzdłuż szeregu pokoi, a zapach jej perfum unoszący się wokół niej przyćmiewał mu zmysły. W końcu zatrzymali się przed masywnymi drzwiami. Lady M. otworzyła wszystkie siedem zamków i schowała klucze w fałdach sukni.
– To jest moja Twierdza.
Po tych słowach wciągnęła Johna do pokoju. Tutaj też, tak jak w innych pomieszczeniach światło zapalało się automatycznie po otwarciu drzwi. Pierwsze, co rzuciło się Mothmanowi w oczy, oprócz suto zastawionego stolika, było dwuosobowe, zasłane łoże z baldachimem.
Jego kolacja zapowiadała się bardzo interesująco.

Konrad Staszewski

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa – Rozdział II

Opowieści z Przeklętej Doliny:

Ucięta Mowa

 

Rozdział II

Był wyższy od Johna o głowę, a ubrany cały na czarno wyglądał na jeszcze wyższego. Popatrzył na stół i leżącą na nim otwartą książkę niby od niechcenia, potem ponownie przeniósł wzrok na Johna i Nikki.
– Biblioteka dzisiaj zamknięta – odezwała się ostro Nikki.
– Zdaje się, że mogę Wam w czymś pomóc a Wy mnie – odparł gość zupełnie nie zwracając uwagi na jej słowa, jakby jej w ogóle nie było w bibliotece.
John nie odezwał się ani słowem, zmrużył tylko oczy. Nikki stanęła na wprost intruza, a ten jakby dopiero teraz ją spostrzegł. Zmierzył ją wzrokiem od stóp do głowy. Jego oczy zatrzymywały się tylko na ponętniejszych częściach ciała młodej kobiety. Nikki czuła jak jej nogi uginają się pod spojrzeniem jakby mieniących się różnymi kolorami, nieprzeniknionych, ale jakże czułych oczu gościa.
Może zapach jej perfum to sprawił a może dostrzegł, co się dzieje, John otrząsnął się z marazmu.
– W jaki sposób?
Cagliostro w milczeniu siadł naprzeciwko niego.
– Jak już wspominałem jestem Cagliostro, a właściwie Hrabia Cagliostro. Myślę, że Pan w swoim zawodzie spotkał się już z pewnymi informacjami na mój temat – dodał nieskromnie.
John próbował wrócić pamięcią do przeszłości. Faktycznie, raz czy dwa razy to nazwisko przewijało się w jego dokumentach. Nawet jakaś grubsza sprawa była z nim związana, ale teraz nie mógł sobie przypomnieć, o co w niej chodziło, może o jakieś oszustwa albo uprawianie czarnej magii. Najpewniej o to drugie – zawsze na koniec wieku ludzie wracali do niebezpiecznych praktyk. Postanowił baczniej przyjrzeć się Hrabiemu.
– Mogę się przyjrzeć księdze? – Cagliostro spytał dla formalności. Położył na niej dłoń i energicznie przysunął do siebie. W słabym oświetleniu komnaty Nikki dostrzegła sygnet, który odbijał się upiornym światłem. Nie wiedziała, czemu ale poczuła jakiś niedający się wytłumaczyć pociąg do tajemniczego gościa. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana, a serce chciało jej wyskoczyć z piersi. Wsłuchiwała się w każde wypowiadane przez niego słowo, jego czuły namiętny głos rozpalał młode zmysły, a oddech czuła na swoim ciele.
– To bardzo stare i prawie zupełnie już zapomniane pismo – Cagliostro przeciągał każdą sylabę. – Te symbole, zwane runami, były używane zarówno jako zwykły alfabet i jako tajemny język magii. Dla wzmocnienia ich mocy często barwiono je własną krwią. Widzę, że ktoś próbuje wskrzesić starą tradycję – spojrzał czujnie na Johna. Ich oczy się spotkały i przyglądali się sobie w milczeniu jakby się badali, jak rewolwerowcy tuż przed pojedynkiem. Napięcie niebezpiecznie wzrastało. Nikki chciała przerwać irytującą ciszę i zwrócić na siebie uwagę Cagliostra, ale Hrabia, jakby domyślając się jej zamiarów, zapytał nie spuszczając wzroku z przeciwnika.
– Skąd macie tę księgę?
– Dostaliśmy… – zaczęła swym kuszącym głosem Nikki, ale John natychmiast jej przerwał i sam dokończył:
– Dostaliśmy ją pomyłkowo. Listonosz nam dzisiaj przyniósł, ale pewnie pomylił adresatów – gładko skłamał.
– Widocznie musiał ją dostarczyć zanim go widziałem, bo mnie mijał wyjeżdżając z miasta. Bardzo się śpieszył – mówiąc to Cagliostro nawet nie zmrużył oczu. Spojrzał na okładkę.
Nikki chciała coś powiedzieć, ale John ponownie storpedował ją wzrokiem.
– Ciekawy zbieg okoliczności. Wygląda na to, że Mothman to dość popularne nazwisko. Rozumiem, że do tej książki był dołączony jakiś list. Mogę go zobaczyć? Choć pewno niejedna osoba Pańskiego nazwiska nosi także Pańskie imię – zastanawiał się głośno.
– Myślę, że w tej sytuacji nie powinna nas interesować treść listu, a tylko miejsce zamieszkania adresata. Co nas interesuje czyjaś korespondencja?
– Słusznie – przytaknął Cagliostro. – Ale w Pańskim zawodzie…
– Właśnie w moim zawodzie najważniejsza jest dyskrecja – uciął kategorycznie.
Wyjął z kieszeni zaadresowaną kopertę i położył ją tuż przed Hrabią. Ten tylko spojrzał na nią przelotem.
– Przeklęta Dolina – zamyślił się. – Kiedy chcieliby Państwo tam jechać? – Spojrzał znacząco na Nikki.
John szeroko otworzył oczy ze zdumienia. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Kątem oka dostrzegł jak w oczach Nikki zapaliły się ogniki i cała jej twarz oblała się rumieńcem. Dobrze znał dziewicze żądze, które w niej drzemały. Cagliostro miał ją na wyciągnięcie ręki.
– Pomyślałem, że najlepiej będzie osobiście przekazać tę księgę adresatowi. Nie możemy pozwolić, żeby znów trafiła w niepowołane ręce.
John miał dziwne przeczucie, co do siedzącego naprzeciw niego gościa, ale nie mógł nie przyznać mu racji – lepiej jak sam odda list. Poza tym coraz bardziej intrygowała go ta sprawa.
Cagliostro, jakby odgadując jego myśli rzekł, znów patrząc mu prosto w oczy:
– Takie przypadki raczej rzadko się zdarzają. Pan jest dość znaną osobistością i często można o Panu czytać w różnych gazetach. Nie sądzę, żeby to był przypadek, a jeśli mam rację to sprawa godna kogoś takiego jak Pan.
– Ale wystarczy nas dwóch.
– Ta biblioteka, z tego, co wiem z dobrych źródeł, jest Pańską własnością. Zgadza się?
– Ma Pan dobrych informatorów. Kim oni są?
– Nigdy nie zdradzam swoich mocodawców, ale mogę Pana zapewnić, że udzielą nam wszelkiej pomocy. A to najważniejsze. Zdaje mi się także, że ta młoda kobieta może nam pomóc.
Johnowi zdawało się, że dostrzegł dwuznaczny uśmieszek na twarzy rozmówcy.
– Nikki w żadnym wypadku z nami nie pojedzie.
– Niech Pan pomyśli rozsądnie. Ja mało wiem o tej sprawie – tylko znam to pismo, Pan ostatnio siedzi za biurkiem; z braku czasu to ona prowadzi bibliotekę. Jej wiedza na temat niektórych książek może nam się bardzo przydać.
– Wykluczone – powtórzył i tak spojrzał na Nikki, że spuściła wzrok i wolno wyszła do drugiej komnaty. Gdy zamknęła drzwi usłyszał jej cichy płacz. Też posmutniał. Żal mu jej było, ale już podjął decyzję i nie zamierzał jej zmieniać.
Cagliostro także patrzył w ślad za nią. Może miał nadzieję, że jej ognisty temperament weźmie górę. Że zbuntuje się, wróci i będzie walczyć, ale nic takiego się nie stało – zamknęła za sobą drzwi i płakała. Hrabia był zawiedziony, ale nie dał tego po sobie poznać.
– Myślę, że jutro moglibyśmy wyjechać – powiedział beznamiętnym głosem. – Spotkajmy się jutro w południe na stacji Jednego Szlaku. Odpowiada to Panu? Myślę, że zdąży się Pan spakować.
– Trzy dni urlopu dobrze mi zrobi.
Hrabia rzekł wolno, przeciągając każdy wyraz:
– Sprawa może wymagać od nas dłuższego pobytu w dolinie.
John chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Hrabia, zupełnie niespodziewanie, wstał od stołu i wyciągnął rękę na pożegnanie. John także się podniósł.
– A jaki Pan ma w tym interes? – Zapytał, gdy się żegnali.
– Powiedzmy, że jest mi Pan zapisany w gwiazdach.
Nim zdążył zadać kolejne pytanie, Cagliostro omiótł swym długim płaszczem podłogę i wyszedł z budynku. Przy wyjściu rzucił tylko przez ramię:
– Do jutra John.
Nie wiedział czy to świst wiatru czy głos Hrabiego, ale zdawało mu się, że słyszał jeszcze:
– Do zobaczenia wkrótce Nikki – ciarki przeszły mu po ciele. Ten głos wydawał mu się jakiś taki inny, jakby nie ludzki.
Siedział jeszcze chwilę w milczeniu. Może był przeczulony, ale Cagliostro mu się nie podobał. Ale nadal nie mógł sięgnąć pamięcią w przeszłość. Jakby ktoś wyciął z niego wiadomości tak jak kasuje się dane z komputera.
Wsłuchał się w odgłosy pokoju. Na zewnątrz ustawała już burza. Mógł spokojnie iść do domu, zastanowić się nad zaistniałą sytuacją i przygotować się do wyjazdu. Dziwna cisza dochodziła z komnaty, w której zamknęła się Nikki. Czyżby zasnęła? Drzwi nie były zamknięte, chociaż wcześniej – był tego pewien – słyszał jak przekręcała klucz w zamku. Ale nie to było najdziwniejsze, ale to, że dziewczyny nie było w pomieszczeniu. Przeszukał wszystkie zakamarki. Ta komnata była właściwą biblioteką – ogromna, z kilkudziesięcioma szafami i regałami od podłogi do sufitu wypełnionymi najrozmaitszymi książkami, często nawet jemu niewiadomego pochodzenia. Nie wiedział, jakie tajemnice kryją te alfabetycznie opisane półki, wiedział natomiast, co ma zrobić. Tylko dla uspokojenia własnego sumienia podniósł książkę leżącą na najbliższej półce. Spojrzał na tytuł: „Zapomniane Symbole i Rytuały w Magii”. Nazwiska autora nie był już w stanie odczytać. Odłożył ją na miejsce i dopiero teraz dostrzegł postrzępioną kartkę. Jej róg ledwo był widoczny z pod wiekowej okładki. Szybko rozłożył kartkę i podszedł z nią bliżej światła. Stanął pod samym żyrandolem. Na kartce były napisane tylko cztery słowa. Bez trudu rozpoznał pismo Nikki. Te cztery słowa wystarczyły, żeby kropelki potu wystąpiły mu na czoło i cały pobladł ze strachu. W jednej chwili stracił resztkę siły i ciężko opadł na krzesło. Kartkę położył na biurku i przyglądał się jej otępiały. Blask świec bijący z żyrandola tylko podkreślał, jakby patrzące na niego ironicznie litery. Przeczytał jeszcze raz wiadomość od Nikki.
– Jestem w Przeklętej Dolinie.
– Czy to możliwe, żeby pojechała sama? Ale jak? Kiedy? Musiała się wymknąć jak był zaprzątnięty rozmową z Hrabią. Ale przecież trwało to bardzo krótko. A może ta biblioteka ma jakieś drugie drzwi, o których nic nie wiedział. Ale skąd wiedziała gdzie jest ta dolina i jak się do niej dostać? To pewnie sprawka tego Cagliostra. Nikki na pewno jest już w drodze a ja muszę się dowiedzieć, z kim mam do czynienia.
Zapiął płaszcz, schował książkę, żeby nikt jej nie widział i wybiegł z budynku. Nawet nie pogasił świateł ani nie zamknął drzwi – najwyżej zawistni ludzie puszczą bibliotekę z dymem. Teraz najważniejsze było życie Nikki.
Wiedział, co ma robić.

Słońce wolno wychodziło zza chmur. Może, chociaż troszkę ogrzeje świat. John podszedł do rozmawiającego z kimś nieopodal jakiegoś woźnicy.
– Ma Pan teraz wolny kurs?
Tamten spojrzał na niego groźnie. Nie był zadowolony, że ktoś mu przerywa opowiadanie plotek.
– Mam – odparł sucho i ponownie zwrócił się do swego rozmówcy.
– Niech mnie Pan zawiezie na Guardian Street.
– Panie… – zaczął grubiańsko woźnica.
– Mothman – To jedno słowo wystarczyło, żeby zmienił swój stosunek do Johna. Widocznie skojarzył fakty: miasto, ulicę i nazwisko. Mógł nie rozpoznać Johna, szczególnie, że teraz wyglądał jak żebrak, a nie jak szanujący się stróż prawa – zresztą zawsze uchodził za ekscentryka. Przyzwyczaił się do tego. Nawet był zadowolony, że wyróżniał się jakoś z tłumu.
Nie oglądając się dłużej na woźnicę, wskoczył na zydel furmanki. Nie musiał długo czekać. Nim się obejrzał skonfundowany woźnica szybko pożegnał się ze swoim rozmówcą i energicznie chwycił lejce. Siadł przed Johnem i z miejsca ruszyli galopem. Woźnica próbował się wytłumaczyć, przed Johnem ze swojego zachowania, ale ten słyszał tylko, co któreś jego słowo. Zrozumiał, że tamten jest nowy w mieście i że tylko dorabia jako woźnica. Tak naprawdę jest lekarzem i ma własną praktykę. Reszty nie dosłyszał, ale nie pytał, bo już dotarli do miejsca podróży. John zeskoczył lekko z wozu, poślizgnął się na zamarzniętej kałuży, ale utrzymał równowagę.
– Ile płacę? – Zapytał sięgając do kieszeni płaszcza.
– Nic – woźnica uśmiechnął się przyjaźnie.
– Ale ja nie jestem żebrakiem.
– Wiem. Powiedzmy, że jest Pan moim honorowym klientem. Jeśli mi Pan zapłaci, będę czuł się zobowiązany osobiście zwrócić Panu pieniądze.
John wyjął z kieszeni ile uznał za stosowne i wręczył pieniądze woźnicy.
– Wspominał Pan, że jest lekarzem. To na praktykę.
Woźnica chciał coś powiedzieć, ale John machnął tylko ręką i dodał:
– Poza tym Pańska wiedza medyczna może mi się kiedyś przydać.
Odwrócił się i zaczął wchodzić po krętych schodach do budynku. Usłyszał za sobą oddalający się chrzęst końskich kopyt na śniegu.

Pokonał kilkanaście schodów i znalazł się na wysokości drugiego piętra budynku. Zawsze wchodził do swojego biura tylnym wyjściem – omijał w ten sposób liczne korytarze, biura zazdrosnych pracowników, docinki i zaczepki ze strony współpracowników. Cenił sobie swój czas.
Przekręcił klucz w zamku i wszedł do środka. Cicho zamknął za sobą drzwi – nie chciał, żeby ktoś wiedział, że jest w pracy, żeby ktoś mu przeszkadzał. Zanim oczy przyzwyczaiły mu się do ciemności potknął się o coś, jakby krzesło leżące na środku biura, ale nie przypominał sobie, żeby je przestawiał. Po paru krokach dotarł do okna i otworzył okiennice. O mało nie krzyknął z przerażenia, gdy pierwsze promienie wschodzącego słońca ogarnęły pomieszczenie. Nie było go zaledwie dwa dni, a nie poznawał swojego biura. Dokumenty potargane, niektóre pomięte leżały prawie wszędzie, gdzie się rozejrzał. Meble połamane, nie miał nawet, na czym usiąść. Z każdym krokiem, gdy przemierzał biuro, słyszał pod butami chrzęst drzazg. Nawet metalowy sejf miał wyłamany zamek.
– Ktoś się nieźle natrudził. Ale czego szukał? Może tego, co ja – pomyślał i zaczął grzebać w papierach. Szukał jakichś gazet, wycinków prasowych albo notatek służbowych. Nie znalazł nic, co mogłoby go naprowadzić, chociaż na ślad Cagliostra.
Zawiedziony usiadł na podłodze i ukrył twarz w dłoniach. Nie miał już innego wyjścia, musiał jechać w ciemno i zaufać przeznaczeniu. Wszystkie możliwe dowody przemawiające przeciwko Hrabiemu przepadły. Podniósł z podłogi kawałek papieru i poszukał czegoś do pisania i do przytwierdzenia jej do drzwi. Znalazł ołówek, sam nie wiedział gdzie, jakby sam nawinął mu się pod rękę. Napisał kilka słów i przyczepił kartkę do futryny od strony korytarza. Ponownie zamknął okiennice i wyszedł z budynku tak jak wszedł. Nikogo nie zawiadomił o włamaniu – wolał wszystko załatwić osobiście.

Gdy zszedł po schodach, skierował się w stronę domu. Postanowił się przespacerować, może powiew świeżego powietrza podsunie mu jakiś pomysł do głowy.

* * *

Z drugiej strony Guardian Street do Budynku Straży, zaprzęgnięta w kilka koni zbliżała się furmanka. Siedzący w niej mężczyźni, co i raz poganiali woźnicę okrzykami.
– Obyśmy tylko zdążyli! – Basowy głos dochodził z jej środka.

Konrad Staszewski

Tajemnica starego domu

Tajemnica starego domu

„Życie jest jak gra w szachy, gdzie za przeciwnika ma się los,
ale ważne jest by ostatni ruch należał do Ciebie.”

T. Dwornik

– Szczerząc zęby w grymasie wymuszonego uśmiechu urzędnik wysyczał – oto i on, czyż nie jest piękny?
– O kurwa – skwitował z wyrafinowaniem Eryk – to jakaś stara rudera.
– No… ten tego – zająknął się urzędnik – może faktycznie wymaga lekkiego remontu, ale to wspaniały dom. Wejdźmy do środka a przekona się pan o jego zaletach.

Ścieżka wydeptana w wysokiej trawie prowadziła na skraj lasu. Z pomiędzy drzew wyłaniał się ponury kształt starego domu. Zwisające z dachu pnącza winogron, jak drapieżne zielone węże pieszczotliwie otulały zniszczone ceglane mury, mosiężne balustrady balkonu i półokrągłe okna. Cała budowla z daleka sprawiała wrażenie posępnej twarzy z wyszczerzonymi zębami.

– Proszę uważać na krowie placki, rolnicy z wioski wypasają tu bydło.
– Niech to szlag. Nie mogłeś powiedzieć tego trochę wcześniej. Załatwiłem swoje nowe buty.
– To na szczęście. Nie ma się czym przejmować. Jeśli chciałby pan tutaj zamieszkać, trzeba się będzie przyzwyczaić. Gumowe obuwie też się przyda.

Urzędas wyciągnął z kieszeni pęk kluczy. Różowa koszula, opinająca wielkie cielsko wydawała się krzyczeć z rozpaczy. Plamy potu rozciągające się w okolicach pach i pleców dopełniały żałosnego widoku.
– Jeszcze chwilkę, muszę odnaleźć właściwy klucz – zdyszanym głosem wyartykułował.
Zamek zatrzeszczał i drzwi stanęły otworem.

Mimo palącego, czerwcowego słońca, w domu było chłodno. Duży hol wypełniały stare, drewniane meble. Ciemne i ponure wnętrze wydawało się jednak czyste i zadbane.

– I jak? – zapytał grubas.
– Pierwsze wrażenie nie było pozytywne, ale zaczyna odżywać we mnie nadzieja.
– Dom należał do nauczyciela matematyki. Uczył w tutejszej szkole. Zmarł z piętnaście lat temu. Nazywał się chyba Krystian Wór czy może Wir.
– Dlaczego gmina przejęła dom? Nie miał rodziny? – zapytał Eryk rozglądając się dookoła.
– Chyba miał żonę i córkę, ale od czasu kiedy pewnego dnia obie zaginęły biedak strasznie zdziwaczał, załamał się. Dom przeszedł w posiadanie gminy, nie było spadkobierców. Szukaliśmy, ale nikt się nie zgłosił. Zresztą słabo pamiętam, dawne czasy…

Uwagę Eryka przyciągnęła podłoga ułożona z marmurowych kafli podobnych do łazienkowych płytek, jednak znacznie od nich większych. W środku pomieszczenia kafelki tworzyły biało-czarną mozaikę przypominającą szachownicę. Mimo widocznego wieku i pokrywającej je warstwy brudu, odbijały padające z zewnątrz światło. Większą część parteru zajmował hol. Kominek i drewniane schody prowadzące na poddasze tworzyły specyficzny staroświecki klimat.
– Czasami wysyłamy tutaj sprzątaczkę z urzędu. Są nawet wysłużone meble. Gdyby nie dało się ich wykorzystać w najgorszym razie mogą posłużyć jako opał do kominka. Dotychczas mieliśmy kilka osób zainteresowanych kupnem posiadłości, jednak wszystkich odstraszała spora odległość od Warszawy. No i brak cywilizacji. W całej wiosce jest zaledwie kilka domów i może z setka mieszkańców.
– A GPRS działa?
– Słucham? Czy pan mnie czasami nie obraża? – drapiąc się po głowie ze zdziwieniem spytał urzędnik.
– Czy telefony komórkowe mają tutaj zasięg?
– Aaaa… telefony. Jasne, to równinny teren. Nie będzie z tym problemów. A dlaczego pan pyta, jeśli można wiedzieć?
– Piszę Firewalle – zapory ogniowe.
– Jest pan strażakiem?
– Czy wyście się tutaj zatrzymali w epoce kamienia łupanego? Jestem informatykiem, programistą, piszę programy komputerowe. Potrzebuję mieć łączność z Internetem, choćby poprzez telefon komórkowy. Muszę codziennie wysyłać efekty mojej pracy do firmy w Warszawie. Rozumie pan co mówię? Komputer… takie pudełeczko, co miga diodami i czasem piszczy jak się naciśnie jakiś guzik.
– Aaaaa, mamy komputer w urzędzie gminy. Wójt całymi dniami gra w pasjansa, dlatego marny z niego pożytek. Z komputera rzecz jasna. Wójt to porządny człowiek. A ja nawet maszynę do pisania umiem obsługiwać, to może też mógłbym pisać te, no… „ogniste wały”.
– Taa, jasne stary. Nie wały, tylko zapory i nie ogniste… A zresztą… Może oprowadzisz mnie po poddaszu?
– Oczywiście, proszę tędy – wskazał grubas, ocierając rękawem koszuli krople potu spływające po czole.

Solidne drewniane schody prowadzące na poddasze, zachęcały do wejścia na górę. Rzeźbione balustrady i półokrągłe okna z mosiężnymi, zdobionymi zawiasami ujawniały przedwojenne pochodzenie budowli.
Urzędnik wchodził pierwszy. Sapiąc i dysząc pokonywał kolejne schody, przytrzymując się poręczy. Dla wiekowych stopni było to jednak zbyt duże obciążenie. Jedna z desek nie wytrzymała naporu i pękła pod naciskiem olbrzymiego cielska. Eryk instynktownie usunął się w bok i pozwolił grubasowi stoczyć się ze schodów. Bezwładna masa runęła w dół.
– Pewnie wykituje albo przynajmniej coś sobie złamie – przemknęło mu przez myśl.
– Żyję. Jestem cały. Nic się nie stało – wystękał – odliczę ten schodek od ceny domu. Z mozołem podniósł się z ziemi i ponownie zaatakował schody. Z grymasem bólu na twarzy przeskoczył złamany stopień i niczym łania pognał na poddasze.
– Tutaj są pokoje gościnne, łazienka i balkon, z którego można podziwiać okolicę.
– Proszę, niech Pan na niego nie wchodzi, nie chcę mieć nikogo na sumieniu – z drwiną w głosie stwierdził informatyk.

Polna droga i pastwiska to widok, który przebijał przez leśne gęstwiny otaczające dom. W oddali lśniła w słońcu tafla niewielkiego jeziora. Żadnych zabudowań, tylko ten nieprzenikniony busz.
– Rozumiem, że cena ulegnie obniżeniu, choćby ze względu na zniszczone schody – z ironią zapytał Eryk.
– Jest już i tak wyjątkowo niska, czy kwota dziewięćdziesięciu pięciu tysięcy złotych za dom i ziemię będzie odpowiednia? Pięć tysięcy za złamany schodek to chyba dobra cena? – wysapał urzędnik, próbując złapać oddech.
– Proszę mi tu nie umierać. Zgadzam się, tylko proszę odpocząć.
– Tutaj niedaleko w lesie jest stary cmentarz. W razie gdybym wykorkował, można będzie mnie tam pochować – grubas zdobył się na odrobinę sarkazmu. Czerwony kolor jego twarzy wróżył nadchodzący krwotok wewnętrzny lub przynajmniej zawał serca. – Proszę się trochę przejść, ja tu odpocznę. Na dole jest jeszcze piwnica. Zagracona, bo sprzątaczka boi się tam schodzić. Może znajdzie Pan jakieś skarby po byłych lokatorach.

Eryk zwiedził wszystkie pomieszczenia na poddaszu. Pokoje były posprzątane, jednak brak remontu i mijający czas odcisnęły na nich swoje piętno. Pożółkłe ściany i stare okna zapowiadały spore wydatki. Kolejne kroki skierował do piwnicy. W rogu holu znalazł stalową klapę. Podniósł ją. Ujrzał strome schody prowadzące w dół. Drewniana podłoga w piwnicy skrzypiała przy każdym kroku. Niski strop sprawiał, że musiał iść pochylony. Małe promyki światła wpadające przez brudne piwniczne szyby delikatnie rozświetlały pomieszczenie. Ciemne nieoświetlone kąty zdawały się kryć jakąś mroczną tajemnicę. Lekka poświata padała na drewniane drzwi.
– Na pewno są tu szczury i bóg wie co jeszcze – przeszło mu przez myśl.
Za drzwiami w mrocznym pokoju walały się przeróżne graty; jakieś żelastwa, butelki, ubrania. Wzrok Fiałkowskiego przykuła podniszczona, drewniana, zdobiona szachownica. Wewnątrz znajdowały się ręcznie wykonane i malowane figurki. Zabrał przedmiot ze sobą i wrócił na górę. Usiadł na kanapie i zaczął oczyszczać szachownicę czekając na urzędnika dogorywającego na poddaszu.

Po chwili pojawił się gruby.
– To co? Jedziemy do urzędu miasta załatwić wszystkie formalności – zapytał.
– Pewnie tak… Jak się nazywa ta miejscowość – Gęby?
– Czołomyje, gmina Mordy – wykaszlał.
– No tak, to brzmi świetnie. Powiem kolegom w pracy witam – Eryk Fiałkowski z Czołomyjów w gminie Mordy – główny programista „Corpo Association” . Brzmi jak: cześć – jestem z Marsa.

***

Droga z Warszawy do Czołomyjów upływała Fiałkowskiemu na rozmyślaniu. Odległość stu kilometrów dawało się pokonać w dwie godziny, wliczając nawet postój w korkach na wyjeździe z miasta. Firma przewozowa „Żęch” już zajęła się transportem całego dobytku do nowego miejsca. Mieszkanie w Warszawie udało się sprzedać za fantastyczną kwotę. Wydawało się, że powinno wystarczyć na remont, a nawet znacznie więcej. Układ jaki Eryk zawarł z „Corpo Associations” pozwalał mu pracować w domu. Liczyły się tylko efekty. Jako filar jednego ze sztandarowych produktów firmy mógł sobie pozwolić na dyktowanie warunków.

Eryk zawsze był chudy i wysoki. Długie kościste ręce i nogi upodabniały go do pająka. Proste włosy blond opadały na ramiona. Lekki zarost i brud za paznokciami wskazywały brak specjalnej troski o higienę osobistą. Mimo swoich 28 lat był kawalerem, tłumaczył sobie, że tak jest wygodniej, że to jego własny wybór. Miłosnych podbojów nawet nie warto wspominać – jedno wielkie pasmo porażek. Zawsze był odludkiem, ciężko dogadywał się z ludźmi. Znacznie lepiej rozumiał maszyny. Czytelne, nigdy nie zaskakiwały. Wiadomo czego się po nich spodziewać. Ludzie byli inni, nie dawali się zmierzyć, wyliczyć. A szczególnie najbardziej skomplikowana odmiana maszyny zwanej człowiek – kobieta.

Mignęła niewielka tabliczka – Gmina Mordy. Fiałkowski obudził się z letargu koszmarnych wspomnień, które jak czarne pająki rozłaziły się po głowie.
– Zaczynam nowe życie. Z dala od tłoku miasta i wyścigu szczurów. Może kiedyś wrócę do Warszawy. Musze trochę odpocząć – pomyślał – wtedy zobaczymy.
Następne dni zleciały na urządzaniu nowego domu. Remont odłożył na przyszły rok, nie miał ochoty na cały ten zgiełk i użeranie się z ekipą budowlaną. Dawało się tu mieszkać; dach nie przeciekał, okna były szczelne. Urządził dla siebie jeden z pokoi na poddaszu. W holu na dole postawił kilka mebli przywiezionych z warszawskiego mieszkania. Minimalista, ktoś mógłby powiedzieć, jednak dla niego było aż nadto luksusów. Kominek, wiejskie życie, dzikie zwierzęta wokół, pełna asymilacja z naturą. Wolność, to słowo, które najlepiej oddawało jego stan emocjonalny.

***

Zapisał ostatni fragment programu na twardym dysku laptopa. Wybrał połączenie modemowe przez GPRS, komórka zaświeciła się niebieskim światłem. Zautoryzował się na firmowym serwerze i zaczął przesyłać pliki nowego systemu Firewall. Puszka piwa zakupionego w oddalonym o trzy kilometry wiejskim sklepiku zachęcała, aby ją otworzyć. Pierwsze łyki złotego płynu były jak zbawienie dla zmęczonej wymyślaniem nowych algorytmów głowy. Pasek postępu kopiowanych plików dobiegł do końca. Jeszcze jedno kliknięcie myszki i można będzie zamknąć to piekielne pudełko, nad którym człowiek spędza większą część dnia.

Letni wieczór. Odgłosy świerszczy dobiegające zza okna i ta hałaśliwa cisza, świdrująca w głowie. Brak świateł, gwaru miasta i odgłosów cywilizacji. Trudno się do tego przyzwyczaić. Eryk podrzucił drwa do kominka i pociągnął kolejny łyk piwa.
– Ciekawe czy w tych lasach są wilki? – pomyślał.
Gałęzie drzew niczym długie chude ręce poruszały się na lekkim wietrze szumiąc cichutko. Księżyc w pełni i przepływające chmury tworzyły niesamowicie mroczny klimat. Delikatne światło kominka wypełniało pomieszczenie. Eryk zanurzony w wygodnym skórzanym fotelu patrzył w tańczące po drewnie ogniki. Właśnie miał sięgać po kolejną puszkę piwa, gdy na drewnianym stole zauważył stare szachy przyniesione z piwnicy. Wziął do ręki zabrudzone, zamykane na skobelek pudełko; oczyścił je rękawem. Spod warstwy kurzu wyłoniła się biało – czarna szachownica: na polach wyryte litery alfabetu, wewnątrz ręcznie wykonane figurki. Na tylniej ściance widniał napis.

„Tajemnica tkwi w oczku konika”

– Jaka tajemnica? Jakie oczko konika? – pomyślał – i te dziwne litery na szachownicy.
Fiałkowski miał analityczny umysł, lubił zagadki. Bardzo łatwo przychodziło mu zapamiętywanie liczb. Jednak słowa zarówno te pisane, jak i mówione nie były jego domeną. Mimo tego, tak zapisane zdanie pobudziło jego ciekawość. Zaczął się zastanawiać… Konik zapewne szachowy, tylko dlaczego oczko. Spojrzał raz jeszcze na szachownicę. Litery wyryte na polach wydawały się nie mieć żadnego sensu. Próbował złożyć z nich wyrazy, znaleźć jakieś znaczenie. W dodatku niektóre pola zostawały niezapisane.

Włączył laptopa, połączył się z Internetem. Najpierw w przeglądarkę wpisał słowo „oczko”. Pojawiło się kilkanaście pozycji, wśród których dostrzegł zdanie „gra karciana polegająca na zebraniu 21 punktów czyli oczka”. Następnie wpisał „konik szachowy” i „tajemnica”. Po chwili wyskoczyło kilka linków do stron z zagadkami szachowymi. Otworzył stronę szachista.pl i zaczął czytać. Wśród wielu tekstów znalazł:

„Łamigłówka konika szachowego – jedna z bardziej popularnych zagadek szachowych szczególnie w latach pięćdziesiątych dwudziestego wieku.
Należy skakać konikiem zgodnie z jego ruchami, tak aby odwiedzić jak największą liczbę pól na szachownicy nie stając na żadnym dwukrotnie”.

Jak mógł na to nie wpaść? Na pierwszym roku studiów przerabiało się takie algorytmy. To wystarczyło. Umysł Eryka pochłonęła zagadka. Kto mógł zostawić zakodowaną informację? Co chciał przekazać, i dlaczego ukrył ją w ten sposób? Czyżby nauczyciel matematyki?
Wziął konika i postawił na szachownicy. Skokami przesuwał go po polach odczytując jednocześnie litery, na których stawiał figurkę. Po kilku minutach zrezygnowany wstał i zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Ktoś ukrył w szachownicy tajemny przekaz, a on geniusz informatyki nie potrafił go odczytać. Informacja musi być zakodowana w ruchach konika szachowego. Gdzie mam jednak zacząć? W którym miejscu szachownicy i ile ruchów mam wykonać? Krótka analiza faktów nie pozwalała wątpić, nad czym Eryk spędzi najbliższy czas. Wziął laptopa na kolana, uruchomił środowisko ulubionego języka programowania i zaczął układać założenia algorytmu. Odzwierciedlił w programie szachownicę z literami. Ustalił, że cztery puste pola na szachownicy powinny być najbardziej prawdopodobnymi miejscami, w których należy zacząć. Ruchów ma być dokładnie dwadzieścia jeden – oczko.

Pisanie programu zajęło go tak bardzo, że nie zauważył, iż kominek przygasł, a zegar wybił północ. Wiatr za oknami uginał gałęzie, jakby zbierało się na burzę, niebo jednak było czyste. Księżyc odbijający się w tafli jeziora spoglądał w okno starego domu, z którego dobiegała dziwna łuna niebieskiego światła.

– Skończyłem – z zadowoleniem stwierdził Eryk. Uruchomił swój nowy program. Analiza wszystkich możliwych dwudziestu jeden ruchów nie powinna trwać długo. Ciągi znaków były automatycznie zapisywane do pliku. Eryk wiedział, że ich liczba będzie duża. Zostawił włączonego laptopa na stole i poszedł na górę do sypialni. Zastanawiał się jaki efekt przyniesie jego program. Nie mógł zasnąć. Postanowił, że jutro zrobi sobie wolne w pracy, i tak napisał znacznie więcej, niż przewidywał harmonogram. Powie, że źle się czuje gdyby pytali. Pogrążony w rozmyślaniach, nie zauważył gdy nadszedł sen.

Rano obudził go telefon. Spojrzał na wyświetlacz.
– Cześć Adam – rzucił zaspany Eryk.
– Cześć. Śpisz? – zapytał głos w słuchawce.
– Nie, nie śpię – odpowiedział, zastanawiając się nad głupotą pytania. Jasne, że nie śpi przecież gada przez telefon. A z drugiej strony, gdyby kogokolwiek w środku nocy spytać czy śpi, wszyscy zawsze odpowiadają skądże, w życiu, nigdy.
– Wiesz, mam pytanie o ten moduł, który ostatnio przesłałeś do firmy.
Omówienie szczegółów rozwiązania jednego z elementów nowego oprogramowania zajęło kolegom trochę czasu.
Fijałkowski odłożył słuchawkę. Dzień nie był tak słoneczny jak wczoraj. Chmury zasnuwały niebo i padał letni deszczyk. Zerknął na zegarek – południe. Schodził na parter, gdy nagle przypomniał sobie o komputerze. Program skończył analizować wszystkie układy. W pliku wynikowym znajdowała się spora liczba możliwych ciągów znaków, większość z nich nic nie znaczyła. Po krótkiej weryfikacji dało się jednak zauważyć jedno zdanie, które miało sens.

„Znak czerwonej kostki”

Znowu jakiś rebus – pomyślał – głodny jestem.
W trakcie robienia śniadania analizował otrzymaną odpowiedź. Cóż to mogło znaczyć? Jedyne skojarzenie, jakie był w stanie wymyślić to cegła – czerwona kostka. Jednak czym był znak cegły? Może znak na cegle. To bez sensu, cały dom jest z tego zbudowany. Mam szukać wszędzie? Zastanawiał się, w którym miejscu domu mogły znajdować się cegły. Oprócz zewnętrznych części elewacji przypomniał sobie ścianę w piwnicy. Rzucił wszystko i pobiegł na dół zabierając po drodze wiekową latarkę.

Oświetlił dużą ścianę z czerwonej, przedwojennej cegły. Szukając jakiegokolwiek znaku badał każdą z osobna. Wszystkie jednak były identyczne. Zrezygnowany miał już wracać z powrotem, gdy nagle snop światła latarki spoczął na przeciwległej ścianie. Coś błysnęło, jakby jakiś metal. W jedną z cegiełek wkomponowany był mały znaczek przypominający wojskowe odznaczenie a może herb jakiegoś rodu.
W pomieszczeniu ze starymi gratami, znalazł metalowy pręt, którym podważył czerwoną kostkę. O dziwo, z łatwością wypadła na ziemię rozbijając się na małe kawałki, i uwalniając wmurowany znaczek. Fijałkowski zabrał go do kieszeni i ostrożnie włożył rękę do otworu po cegle. Wyczuł blaszane pudełko, małe, zardzewiałe, z pokrywką. Na górze niewyraźny napis „herbatniki z cukrem”.
No to faktycznie odkrycie… – pomyślał. – Spleśniałe wypieki z ery głębokiego komunizmu.
Zabrał znalezisko i udał się na ulubioną kanapę przed kominkiem. Zasiadł wygodnie, otworzył pudełko. Wewnątrz znajdowała się pożółkła kartka papieru zapisana pochyłym tekstem.

Matematyka to królowa nauk, zawsze była moją miłością. Mam nadzieję, że czyta ten list ktoś, kto podziela moją pasję. Ja zapewne już dawno nie żyję. Nie byłbym jednak sobą, gdybym nie zostawił jakiegoś śladu. U progu śmierci potrzebuję mieć chociaż nikłą nadzieję, że ktoś odkryje tajemnicę mojego życia. Będzie mi łatwiej umierać z tym przeświadczeniem, że podzielę się swoim brzemieniem z kimś jeszcze.
Mam nadzieję, że podejmiesz wyzwanie i pomożesz mi wyspowiadać się z grzechów. Jeśli jednak czytasz to przez przypadek i nie masz ambicji podążać za moimi wskazówkami po prostu spal list i wyjedź. Pozwól mojej tajemnicy umrzeć razem ze mną.

Krystian Wir 15.09.1985

Fiałkowski odwrócił kartkę papieru w poszukiwaniu dodatkowych wytycznych. Na dole odnalazł tekst napisany drobną czcionką: „Znajdź grób mojej córki, tam ukryta jest kolejna wskazówka”.
Oczy Eryka zajaśniały. Jego wrodzona ciekawość rozwiązywania trudnych zagadek została mile połechtana. Teraz już nie mógł odpocząć, odpuścić sobie. To nie w jego stylu. Ścisły umysł pracował na najwyższych obrotach. Kto mógłby powiedzieć coś o tajemniczym Krystianie Wirze?

***

Kościół św. Piotra w wiosce Olędy położony był na krańcu lasu. Ksiądz Janusz, trzydziestokilkuletni proboszcz parafii po zakończonej mszy czyścił kielichy. Świątynię opuszczali ostatni wierni. Niektórzy zostawali dłużej po ceremonii, aby porozmawiać z kapłanem. Eryk usiadł w pierwszej ławce i czekał na okazję, by zagadnąć proboszcza. Z zainteresowaniem oglądał kościół. Ponad stuletnia drewniana świątynia, miała półokrągłe okna z kolorowymi witrażami przedstawiającymi sceny ze Starego Testamentu, które wspaniale komponowały się z ręcznie wykonanym ołtarzem pokrytym malunkami i rzeźbami świętych. Majestatyczne wnętrze mogące pomieścić kilkuset wiernych sprawiało piorunujące wrażenie. Bez wątpienia był to największy i najokazalszy budynek w całej okolicy.
– Witaj, synu. Nie widziałem cię tu nigdy wcześniej – stwierdził ksiądz.
– Jestem nowym właścicielem domu w Czołomyjach. Chciałem zapytać o poprzedniego mieszkańca Krystiana Wira.
– A, nowa owieczka w parafii. Jestem proboszczem od dziesięciu lat. Nieczęsto zdarza się, że pojawia się ktoś nowy. Częściej odchodzą starzy.
– Czy nie zna ksiądz kogoś, kto pamięta Krystiana Wira? – poirytowany powtórzył Eryk.
– Słyszałem o nim różne historie, głównie stare opowieści ludzi z wioski. Najczęściej nic dobrego. Po śmierci córki i żony przestał spotykać się z kimkolwiek. Stał się odludkiem.
– To one zmarły? Podobno zaginęły.
– Tak naprawdę nie wiadomo. Słyszałem nawet opowieści, że utopiły się w jeziorze a ich duchy nawiedzają okoliczne tereny. Odebrały sobie życie, bo nie mogły żyć z Krystianem pod jednym dachem. Ale to tylko legendy. Wiem za to, kto znał Wira osobiście.
– Czy będę mógł się z tym kimś spotkać? – z nadzieją w głosie zapytał Eryk.
– Czy ja wiem? Zapytam. Stary proboszcz już dawno przeszedł na emeryturę. Nie lubi gości. Modli się. Chciałby dożyć trzystu lat – jak święci. Brakuje mu jeszcze dwustu dwóch.

Ksiądz odszedł, zostawiając Eryka samego. Informatykowi przyszły do głowy myśli: Co to za dziura? Gdzie ja trafiłem? Tylko czekać, aż pewnej nocy mieszkańcy okolicznych wiosek przyjdą z pochodniami w ręku w białych kapturach jak członkowie sekty ku-klux-klan. Staną przed drzwiami mojego domu i wywloką na zewnątrz, aby spalić na stosie za to, że nie przybyłem na mszę. Oczami wyobraźni widział siebie nabitego na pal, przypiekanego żywcem, gotowanego w smole.
Chyba bredzę. To od upału – pomyślał. Mamy dwutysięczny rok a nie średniowiecze.
Ksiądz Janusz pojawił się w drzwiach zakrystii i machnął ręką – Proszę wejść, proboszcz zgodził się z Panem porozmawiać.

Znalazł się w nieoświetlonej komnacie o ascetycznym wystroju. Drewniane łóżko w rogu, stół, dwa krzesła i modlitewnik były jedynymi elementami skromnego wyposażenia wnętrza. Obok łóżka dostrzegł małą przygarbioną postać w pocerowanej sutannie. Ręce wyciągnięte przed siebie wykonywały osobliwe ruchy, z gardła wydobywał się dziwny odgłos, jak gdyby indiański szaman odprawiał modły nad zmarłym.
Ksiądz Janusz po wprowadzeniu Eryka do pomieszczenia szybko się wycofał zamykając za sobą drzwi, jakby przeczuwając jakieś nadchodzące niebezpieczeństwo. Sytuacja wyglądała groteskowo. Stary kapłan odprawiający osobliwe rytuały i Fiałkowski stojący przy wejściu czekający na rozwój sytuacji. Po kilku minutach, które wydawały się godzinami, informatyk zakaszlał i wystękał cichutkie przepraszam.
Nagle starzec odwrócił się. Zapadł cisza. Mężczyźni wymienili spojrzenia.
– Nie chciałbym przeszkadzać, ale miałbym kilka pytań.
W jednej chwili ksiądz ruszył przed siebie z rękami wyciągniętymi w stronę szyi Eryka. Dwie kościste dłonie z siłą niedźwiedzia zaczęły dusić przybysza.
– Nie dam się zabrać. Powiedz milicji, że nigdzie nie pójdę – krzyczał zaciskając coraz mocniej uchwyt na krtani ofiary.
– Puść, nie jestem z milicji – w obronnej reakcji złapał ręce kapłana i zaczął je odciągać.
Jestem Eryk Fiałkowski, z Czołomyjów… – wycharczał.
Uchwyt starca nagle zelżał.
– To nie jesteś z milicji.
– Nie, nie jestem. Puść mnie – łapiąc powietrze wykaszlał. – Chciałeś mnie zabić. Z taką siłą w rękach to faktycznie dożyjesz trzystu lat. Kto by pomyślał, że takie chuchro…
– Przepraszam, stary już jestem, słabo widzę i słyszę. Usiądź, rozgość się. Słucham cię synu, z czym przybywasz? –powiedziawszy to podreptał w kierunku łóżka.
Fiałkowski z nieufnością w oczach, przesunął krzesło i usiadł w bezpiecznej odległości, by na wypadek ponownego ataku, mieć czas na reakcję.
– Słyszałem, że znał proboszcz Krystiana Wira.
– Hmmm… Wir. Był taki, mieszkał dawno temu przy lesie w Czołomyjach, z żoną i córką.
– Czy mógłby ksiądz coś mi o nim opowiedzieć? – z zainteresowaniem w głosie zagadnął.
– Osiedlił się kilka lat po wojnie w starym domu. Poznał tutaj żonę. Pobrali się. Wiekowy człowiek już wtedy był. Mimo to mieli dziecko. On uczył matematyki w tutejszej szkole. Prowadził również kółko szachowe, nawet z sukcesami. Jego wychowankowie zdobywali medale na zlotach młodzieży socjalistycznej.
– Co stało się z jego rodziną? Ksiądz Janusz wspominał, że zaginęli.
– Że, co? A, rodzina. Słabo słyszę. Głośniej trzeba i do lewego ucha synu. Jednego dnia żona i córka przepadły bez echa, wszyscy szukali. Nie udało się ich znaleźć, nawet jezioro przeszukiwali. Wir po tym wydarzeniu odszedł na emeryturę, zwariował. Raz nawet psem mnie poszczuł, jak po kolędzie chodziłem. Niedługo potem zmarł. Znaleziono go w fotelu. Rozgrywał sam ze sobą partię szachów.
– Czy córkę i żonę pochowano? A może miał jeszcze jakieś dzieci, rodzinę? – z coraz większym zaciekawieniem pytał programista.
– Do końca swoich dni liczył na to, że one wrócą. Innej rodziny nie miał. Przybył po wojnie jak wielu z nas znikąd. Nikt wtedy nie pytał o pochodzenie. Ruskie zawsze mogły przesiedlić człowieka – strach było o cokolwiek pytać. Chociaż…
– Czyli było coś jednak?
– Tak, teraz sobie przypominam. Miał córkę Gabrysię, chyba… Zmarła mając kilkanaście dni. Sam odprawiałem pogrzeb na cmentarzu w lesie, za domem. Teraz nekropolia jest już zamknięta, porosła chaszczami. Ech stare czasy, młody wtedy byłem – ledwie siedemdziesiątka na karku. Świat mogłem zawojować – z rozrzewnieniem w głosie zaczął wspominać stary proboszcz.
– Czy było jeszcze coś dziwnego w tym człowieku? Czy ksiądz coś zapamiętał?
– Skromny był, małomówny. Zawsze bardziej wolał liczby niż ludzi. Tak dziwnie wymawiał głoskę „r”. Chyba nic więcej nie zapadło mi w pamięci. A czemuż ty synek tak o niego wypytujesz? Czy ty aby na pewno z milicji nie jesteś?
– Proszę księdza milicji nie ma już od dawna, teraz jest policja. Tak poza tym mieszkam w jego domu, chciałem coś wiedzieć o poprzednim lokatorze. Zwykła ludzka ciekawość.
– Synek, ciekawość to pierwszy krok do piekła. A na spowiedzi kiedy byłeś?
– To może ja już pójdę proszę księdza. Do widzenia – to powiedziawszy Eryk szybko wymknął się z pokoju unikając kolejnych niewygodnych pytań. Pożegnał się z księdzem Januszem i wsiadł do samochodu.
Odetchnął z ulgą – może jednak wyobrażenia o nabijaniu na pal, nie były aż tak bardzo przesadzone – pomyślał zapalając silnik.

***

Zbierało się na burzę. Czarne chmury spowiły całe niebo. Wiatr uginał gałęzie drzew, które z trudem przeciwstawiały się napierającym masom powietrza. Wieczorną godziną pomiędzy drzewami, wśród ciemności jaśniał mały promień latarki. Wysoka i chuda postać przypominająca Nosferatu przedzierała się pomiędzy zaroślami.
– Kurwa … Ja chyba postradałem wszystkie zmysły – zaklął na głos Fiałkowski. – Lezę przez las i szukam starego cmentarza. Zaraz coś mnie napadnie, jak to się zawsze w horrorach kończy. Na dodatek zbiera się na deszcz. Kurwa mać… – skwitował.
Trzask! Jeden z piorunów uderzył w pobliżu. Zaczął padać rzęsisty deszcz. Ciemność wypełniła cały las. Delikatna łuna księżycowego światła przebijająca pomiędzy chmurami teraz gdzieś znikła. Tylko stara zardzewiała latarka oświetlała fragment dróżki prowadzącej przez gęstwinę. W oddali majaczyła niewielka polanka z niewyraźnymi kształtami krzyży i grobów. Całość tworzyła przerażające wrażenie.
– Po co ja tu przyszedłem? Chyba wezmę nogi za pas. Spokojnie, odnajdę właściwy grób, rzucę okiem i zwiewam stąd. – Fiałkowski próbował się uspokoić.
Zerwał się ulewny deszcz. Błyski piorunów rozświetlały czarne niebo a huk wdzierał się w czaszkę potęgując poczucie zagrożenia. Eryk przeskoczył przez niewielkie ogrodzenie i wszedł na wysoki grobowiec, próbując odnaleźć dziecięce mogiły. Światło latarki padło na małe kurchany, na skraju polanki.
To musi być tam – pomyślał.
Przechodził przez zarośniętą alejkę pomiędzy mogiłami, gdy nagle coś złapało go za nogę. Runął jak długi na ziemię. Zdawało mu się, że kątem oka widzi cień długiej kościstej ręki, z powykrzywianymi palcami. Przylgnął do mokrej trawy i skulił się chcąc obronić się przed nagłym atakiem. Twarz schronił w dłoniach i w pozycji embrionalnej czekał na rozwój wydarzeń. Serce waliło jak młot, tętno wzrosło. Nie wiedział co może się wydarzyć, ale oczekiwał najgorszego. Minęło kilka sekund, nic jednak się nie działo. Żadna bestia nie rozszarpywała jego wnętrzności. Podniósł głowę spomiędzy dłoni odwrócił się i roześmiał. Nad nim niczym strażnik grobów rozpościerało się małe wyschnięte drzewko. Bezlistne gałęzie rozpostarte niczym ręce starca z rozcapierzonymi palcami uginały się na wietrze. Zapuszczone korzenie wiły się po ziemi jak węże. Deszcz nieco zelżał. Niebo również zaczynało się przejaśniać.
– No i po burzy, ot mała letnia ulewa – pomyślał – a ja leżę na mokrej ziemi i trzęsę się ze strachu przed konarami drzewa.
Wstał otrzepał się z błota i ruszył dalej w poszukiwaniu małego grobu. Podchodził do tablic nagrobnych i w świetle latarki próbował rozszyfrować napisy. Niektóre z nich słabo już widoczne, ledwo dawały się odczytać. Był cały mokry i bał się, jednak nie dawał za wygraną. Poczucie uczestniczenia w grze, którą Wir przygotował i chęć rozwiązania łamigłówki były silniejsze. Nagle na jednej z tablic dostrzegł:

„Gabrysia Wir”
„Kochana córeczka.
Odeszła zbyt wcześnie.
Panie przyjmij ją do swego królestwa”
Ur. 1968.03.15 13:31:21.000001 ns
Zm.1968.03.31 23:44:21.781287 ns

Eryk stał jakiś czas nad grobem Gabrysi, próbując wszystko zapamiętać. Każdy drobny szczegół mógł mieć istotne znaczenie. Fotograficzna pamięć rejestrowała wszystkie fakty mogące pomóc w rozwiązaniu układanki.
– Zmywam się stąd, muszę to wszystko przemyśleć. Zaraz trupy zaczną wstawać z grobu, jak jeszcze chwilę tu zostanę.
Odwrócił się i zaczął biec. W wyobraźni widział za sobą, rozpadające się ciała wstające z trumien. Długie dłonie próbujące złapać go za kark i odgryźć kawał mięsa. Wszystkie sceny z horrorów, które zawsze tak lubił nagle zaczęły pojawiać się przed jego oczami. Przyspieszył. Biegł najszybciej jak potrafił. Potknął się jeszcze dwa razy. Cały mokry i ubłocony próbował nie myśleć, nie analizować, wyłączyć wyobraźnię. Po kilku chwilach sprintu mocno zmęczony zwolnił. Odprężył się. Spomiędzy drzew widać już było jego dom.
I o co tyle strachu? Przecież to tylko cmentarz, wszyscy kiedyś tam trafimy – pomyślał.

***

Gorące piwo z miodem i suche ubranie od razu przywróciły Fiałkowskiemu dobrą formę. Siedział na kanapie i trzymając laptopa na kolanach odtwarzał z pamięci tekst przeczytany na grobie Gabrysi. W zasadzie nie byłoby w nim nic nadzwyczajnego, gdyby nie jeden fakt. Kto u licha zapisuje na grobie dokładny czas narodzin i śmierci i to jeszcze w nanosekundach (jedna milionowa część sekundy). Wydawało mu się, że dokładny czas został dopisany później. Napis był bardziej wyraźny, a może to tylko złudzenie. Może czas obszedł się z tym fragmentem tekstu mniej okrutnie. Wszystko to było zagmatwane, a informacja, która miała się rzekomo znaleźć przy grobie niekoniecznie musiała dotyczyć napisu. Może powinien tam wrócić i dokładniej zbadać to miejsce. W żadnym wypadku – pomyślał – a na pewno nie dzisiaj. Może w jakiś słoneczny dzień odważy się pójść tam ponownie.
Miał garść informacji, które nijak nie chciały się ułożyć w jedną całość. Jedynymi punktami zaczepienia wydawały się podejrzane daty. Otworzył arkusz kalkulacyjny. Wpisał datę urodzenia i śmierci małej Wirowej. Chwilę spoglądał na obie daty.
– Biedna – pomyślał – żyła dwa tygodnie. Ciekawe na co zmarła?
Intuicyjnie odjął jedną datę od drugiej. Arkusz wskazał dokładny czas życia Gabrysi. Zmienił formatowanie, tak aby czas wskazywał liczbę nanosekund jej życia.
Otrzymał wartość: 1419171218714.
– Co może oznaczać ta liczba? Może jest w niej ukryta jakaś informacja? Tylko jak ją odczytać? – pojawiało się w myślach. – A może to błędny trop?
Z pomocą przyszedł Internet. Kilkanaście minut studiował strony kryptograficzne. Przeszukiwał najbardziej popularne szyfry i łamigłówki. Piwo z miodem zaczęło lekko szumieć w głowie. Instynktownie bez zastanowienia wstał i poszedł do kuchni przygotować sobie kolejną porcję trunku.
Godzinę i kilka piw dalej głowa stawała się coraz cięższa. Eryk zapisywał kolejne hasła, wynikające z przyjętej metody szyfrowania tekstu. Doszedł już do kilkunastu. Dosyć – to jakaś Enigma – stwierdził. Odłożył laptopa i mocno już zmęczony położył się spać. Przez myśl przeszło mu jeszcze – muszę sobie kupić jakieś zwierzątko, choćby kotka. Strasznie tu pusto a kotek to zawsze coś… Rozmyślając nad nowym lokatorem zasnął.

***

Wracając z Warszawy zastanawiał się nad swoim nowym życiem. Czy słusznie postąpił wyprowadzając się na wieś? A może trzeba było zostać w mieście? Co jakiś czas musiał meldować się w firmie, aby porozmawiać o kolejnych krokach, planach związanych z rozwojem systemu. Od czasu gdy zamieszkał na wsi w „Corpo Association” nastąpiły duże zmiany. Nowa krew zatrudniona w ramach planów rozwojowych firmy potrzebowała wskazówek i mentorskiej opieki. W tym Eryk czuł się wspaniale. Był niedoścignionym wzorem logicznego myślenia. Każdy problem dało się sprowadzić do postaci algorytmu i zapisać go w dowolnym języku programowania.
Jest jeszcze tajemnica starego domu. Przebiegłość poprzedniego lokatora, który wciągnął Fiałkowskiego w dziwną grę. Co można wygrać? A może na końcu jest tylko porażka? Sprawa trafiła na podatny grunt. Gdyby odkrył ją ktoś inny, zapewne już dawno dałby sobie spokój. Nie drążyłby tematu, odpuścił. Ale nie najpotężniejsza głowa „Corpo Association”. Ciekawość jaką wzmagało odkrycie zagadki z przeszłości nie pozwalała mu się skupić, przeszywała na wskroś, drążyła umysł niczym kropla wody skałę.
Nie po to eksplorował stare cmentarze, narażał życie, chodząc w nocy po starym lesie, aby teraz dać za wygraną. Podczas ostatniej nocy stał się ekspertem kryptologii. Można powiedzieć doktoryzował się w różnych metodach szyfrowania informacji. Jednak żadna z poznanych metod nie pozwalała rozszyfrować tego piekielnego ciągu liczb: 1419171218714.
Nagle do głowy przyszła mu prosta zabawa z dziecięcych lat. Eryk ponumerował w głowie litery alfabetu, licząc A jako 1, B – jako 2 itd. Następnie dopasował kolejne pary liczby do takiego kodu. Chwilę analizował wyraz, który powstał mu w głowie. Głośno się roześmiał. Nie wysilił się zbytnio nasz matematyk, że też wcześniej na to nie wpadłem – takie proste słowo KOMINEK. Szukałem zaawansowanego szyfru i to mnie zmyliło – pomyślał – pewnie za dużo wczoraj wypiłem. Do domu zostało jeszcze kilka kilometrów piaszczystej, wiejskiej drogi. Eryk zastanawiał się czy to, może być to aż takie proste? Zatrzymał samochód przed domem, wpadł do holu i zaczął wygrzebywać z kominka stare, niedopalone polana. Następnie zdjął osłonę, która oddzielała palenisko od wylotu powietrza. Wreszcie zniecierpliwiony wsunął swoje długie ciało w głąb komina. Ciasno i brudno. Zaledwie mógł się okręcić wokół własnej osi.
– Niech to szlag. Kominiarze to mają przesrane – pomyślał gdy wymacał niewielkie zagłębienie. Ostrożnie wsunął rękę, walcząc z resztkami węgla i drewna, którymi palono w kominku przez lata. Pod ręką wyczuł jakieś dziwne organiczne przedmioty, może to zgniłe szczury, albo karaluchy. Miał już zrezygnować, wyobrażając sobie, że jego wsunięta w otwór ręka zaraz zostanie pożarta przez jakiegoś szczura wielkości psa, gdy nagle wyczuł mały przedmiot. Koniuszkami palców złapał go i zaczął wyciągać. Poczuł lekki opór. Stękał i klął wygrzebując się z otworu po kominie. W rękach niewielkie blaszane pudełko po ciastkach zapowiadało kolejną część łamigłówki. Wewnątrz znalazł mocno zużytą kartkę papieru z tekstem:

Zabiłem sukinsyna. Zastrzeliłem go z zimną krwią. Sprawiło mi to nawet przyjemność. Dawno się tak nie czułem. Mieliśmy się spotkać, porozmawiać. On musiał jednak przyjść pod moją nieobecność do mojego domu i zacząć węszyć. Gdyby się nie pojawił, one jeszcze by żyły. Boże jak ja go nienawidzę. Odnalazłem spokój w Czołomyjach. Założyłem rodzinę, a on wszystko popsuł. Niech gnije w ziemi…
Wybacz za ten wstęp, ale kiedykolwiek przypomnę sobie o nim nie jestem w stanie się opanować. Jeśli chciałbyś go odnaleźć, zakopałem ciało w starym poniemieckim bunkrze we wsi Klimy kilka kilometrów stąd. I jeszcze ostatnia rada – wyjedź z tego miejsca jak najszybciej.

Krystian Wir 16.09.1985

I to wszystko. Trup? – zafrasował się Fiałkowski. Cały sekret to pieprzony umarlak w jakiejś ciemnej norze. Sfrustrowany otrzepał z resztek czarnego węgla ubranie, nadające się tylko do prania.

***

Kolejne dni upływały na konsultacjach z „Corpo Association”. Nowe oprogramowanie musiało być ukończone do jesieni. Dużo pracy wymagał jeszcze moduł administracyjny. Mimo ciągłego zajęcia i pracy kilkanaście godzin dziennie Eryk gdzieś w zakamarkach mózgu nieprzerwanie analizował problem ciała zakopanego w poniemieckim bunkrze przez Krystiana. Kim był człowiek, który wyrządził tyle krzywdy rodzinie Wirów? Czy był mordercą? Dlaczego został zabity? Te pytania pozostawały bez odpowiedzi. Czy cała tajemnica ukryta w starym domu dotyczyła zabójstwa? A może było coś jeszcze?

Zalogował się na publiczny serwer. Zgłosił się znak zachęty powłoki systemu UNIX. Eryk uruchomił specjalny skrypt wysyłający do policji e-maila. Adresatem były również trzy największe lokalne dzienniki. Znał te wszystkie informatyczne sztuczki, pozwalające uniknąć rozpoznania komputera, z którego wysłano pocztę. Treść wiadomości brzmiała:

Najuprzejmiej donoszę co następuje: We wsi Klimy, gmina Mordy, województwo mazowieckie zakopane są w starym poniemieckim bunkrze zwłoki. Leżą tam od dobrych kilkunastu lat, dlatego ich stan może być niezadowalający. To nie jest żart. Proszę o potraktowania sprawy poważnie i sprawdzenie niniejszego donosu.

Wylogował się z serwera i zamknął laptopa. Poszedł do kuchni zastanawiając się czy wysłana właśnie informacja odniesie efekt. Oczami wyobraźni widział siebie idącego do starego lochu z łopatą i wiaderkiem. Kopiącego w ziemi, wyciągającego zgniłe zwłoki na zewnątrz. Poszukującego wskazówek mogących odkryć kolejną część układanki. A może żadnego trupa już tam nie ma? Może to tylko wymysł starca, który u schyłku życia stworzył niewiarygodną historię? Może niepotrzebnie wysyłałem e-maila? Jednak życiowa ciekawość i pasja rozwiązywania tajemnic kazała Erykowi węszyć dalej, dociekać, sprawdzać i analizować.

***

Podczas kolejnej wizyty w Warszawie informatyk odwiedził sklep zoologiczny. Jego uwagę przykuły małe, kudłate stworzonka na czterech łapkach. Obok napis PERS. Zakupił jednego włochacza, płacąc za niego coś koło czterystu złotych.
Jadąc samochodem do Czołomyjów, spoglądał co chwila na siedzenie pasażera. Drobny zwinięty w kulkę kotek spał jak zabity. Wyglądał tak słodko.
– Mam nadzieję, że mi nie zdechnie – zatroskał się Fiałkowski.
Po przybyciu do domu położył małego futerkowca na kanapie, a sam otworzył laptopa i połączył się z Internetem. W wyszukiwarkę wpisał hasła związane z donosem wysłanym kilka dni temu. Na stronie jednej z lokalnych gazet, w dziale kryminalnym zauważył krótki artykuł prasowy:

Szkielet w bunkrze

Stołeczna Policja w Warszawie odnalazła ciało mężczyzny zakopane w starych, poniemieckich bunkrach we wsi Klimy. Mężczyzna, ubrany w Izraelski mundur, miał przy sobie dokumenty na nazwisko Abraham Pfeffeberg. W miejscu odnalezienia zwłok kilkunastoletni sataniści organizowali Czarne msze. Śledczy nie wiążą, działalności satanistów z odnalezionym ciałem. Wstępne oględziny wskazują, że przeleżało ono w ziemi kilkanaście lat. Policja dostała anonimową informację e-mail o miejscu położenia zwłok. Po krótkim śledztwie udało się odnaleźć nadawcę elektronicznej wiadomości. Okazało się, że pochodziła z komputera osiemnastoletniego mieszkańca Warszawy. W trakcie przeszukania mieszkania, odnaleziono również pirackie oprogramowanie i pornografię przechowywaną w kanapie.
Siedemdziesięcioletnia opiekunka została odwieziona przez pogotowie, gdy okazało się, że nastoletniemu przestępcy grozi do pięciu lat więzienia. Badany jest trop wiążący nastolatka z satanistami i odnalezionym ciałem.

– Cholera, chyba kogoś wkopałem. Zresztą nie był bez winy.
Przez chwilę Fiałkowski szukał jeszcze dodatkowych informacji, ale nic więcej nie udało mu się odnaleźć.
– Czyli stary pisał prawdę. Kim w takim razie był ten żydowski wojskowy? – zastanawiał się.
Otworzył kolejne okno przeglądarki i wpisał hasło „Abraham Pfeffeberg”. Na jednej z anglojęzycznych stron odnalazł lakoniczną wzmiankę:

Założona przez Szymona Wiesenthala organizacja poszukiwania zbrodniarzy hitlerowskich od kilkunastu lat tropi byłych żołnierzy niemieckich ukrywających się przed wymiarem sprawiedliwości. Do najskuteczniejszych funkcjonariuszy w dziejach „Jewish Documentation Center” należeli nieżyjący już: Dawid Goldsmith, Abraham Pfeffeberg, Alfred Shostak.

– Coś tu nie gra – pomyślał. Czego izraelski żołnierz ścigający hitlerowskich zbrodniarzy szukał w domu Wirów? Kim był Krystian? – nasuwało się na myśl. Eryk czuł, że to nie koniec zagadki. Tajemnica ma ciąg dalszy.
Siedział przed komputerem z głową w dłoniach i rozmyślał nad faktami. W końcu sięgnął do kieszeni po telefon i wybrał numer.
– Cześć – odpowiedział głos – kopę lat. Nic się nie odzywałeś.
– Dużo pracy – odpowiedział Fiałkowski – poza tym, wyprowadziłem się z Warszawy.
– Nie gadaj, rzuciłeś pracę?
– Piszę teraz w domu, czasami dojeżdżam do firmy. Lepiej powiedz co u ciebie?
– Będziemy mieć z Sylwią dziecko, poza tym zostałem redaktorem naczelnym „Faktów i Kłamstw”.
– Gratuluję. W zasadzie to dzwonię do ciebie w interesie – z niepewnością w głosie oznajmił.
– Tak myślałem. Normalnie byś nie zadzwonił. O co chodzi?
– Jak by ci to powiedzieć. Czy znasz może kogoś z gazety „Dziennik Mazowiecki”?
– Jasne. Prasa to wbrew pozorom hermetyczny światek. Każdy z nas ma rozległą siatkę informatorów i wiele znajomości. Nigdy nie wiadomo, kto się przyda. Dlaczego pytasz?
– Wczoraj ukazał się mały artykuł o zwłokach wykopanych niedaleko miejsca, gdzie mieszkam. Wiem, że może to zabrzmieć dziwnie, ale czy mógłbyś wypytać niejakiego A. Sadzę, autora wzmianki o kilka szczegółów dotyczących ciała. Czy odnaleziono przy nim jakieś przedmioty? Czy nie zauważono czegoś ciekawego?
– Wiesz, nie zapytam, do czego potrzebne ci są te informacje. Zapewne byś mi nie odpowiedział. Mam nadzieję, że nie wplątałeś się w jakąś kabałę.
– Zapewniam cię, że wszystko jest w najlepszym porządku. Moje życie zaczyna być spokojne i harmonijne. Potrzebuję tylko tej informacji. Możesz to dla mnie zrobić. Postaram się odwdzięczyć.
– Zobaczę co da się zrobić, ale niczego nie obiecuję. Z którego numeru jest ten artykuł?
– Z wtorkowego, strona 7, wiadomości kryminalne, tytuł „Szkielet w bunkrze”. Musimy się umówić na piwo jak będę w Warszawie.
– Zawsze tak gadasz, a potem nie widzimy się pięć lat. Dobra muszę lecieć, trzymaj się.
– Na razie, dzięki – zakończył rozmowę Eryk.

Stał jeszcze przez chwilę gryząc końcówkę telefonu komórkowego. Jego przymrużone oczy świadczyły, że w głowie toczy się istna wojna neuronów. Impulsy elektryczne z prędkością światła przemierzały zakamarki jego pamięci, analizując każdy istotny fakt.
Nagle przypomniał sobie o świecącym znaczku znalezionym w piwnicy. Tam za ceglaną kostką w pudełku po ciastkach był pierwszy liścik Wira. Pobiegł szukać spodni, które wtedy miał na sobie. Poszukiwania zakrojone na szeroką skalę. Niełatwe zadanie. Porządek, to nie była jego domena. Porozrzucane ubrania, puszki po piwie, łóżko, które wyglądało jakby niedawno rozegrała się w nim najgorętsza scena z filmu porno.
– Muszę tu posprzątać – stwierdził widząc nieporządek w pokoju. Ciężko jednak było wcielić ten plan w życie. W końcu nikt nie powie mu złego słowa. Jeśli ma umrzeć z brudu, niech tak się stanie. Nikomu nic do tego.
W kieszeni spodni odnalazł znaczek przypominający wojskowe odznaczenie. Dawał się odczytać słabo widoczny napis: GAUSIEGER. Sprawdził w Internecie. Na jednej ze stron zobaczył zdjęcia niemieckich odznaczeń z lat 1914-1918, wśród nich widniało podobne do tego, które odnalazł w piwnicy.
– Coś mi tu śmierdzi- pomyślał. Za dużo Szwabów.

Nagle zadzwonił telefon.
– Cześć. Szybko oddzwaniasz – stwierdził Eryk – masz coś?
– Rozmawiałem z dziennikarzem, twórcą artykułu. Był tam, kiedy Policja wykopywała ciało. W zasadzie powtórzył mi tylko to, co zostało opisane w gazecie.
– Czy nie zauważył czegoś dziwnego?
– Mówił, że ciało przeleżało w ziemi wiele lat. Mało apetyczne, zawinięte w stary worek. W zasadzie był to tylko szkielet. Ubrany w mundur, chyba jakiegoś żydowskiego funkcjonariusza wojskowego, z napisami po hebrajsku.
– Miał przy sobie jakieś przedmioty?
– Dokumenty, mocno już zniszczone. Dało się wyczytać imię i nazwisko: Abraham Pfeffeberg. Zapalniczkę i małe blaszane pudełko jakby po cygarach lub tytoniu.
– Pudełko? – z błyskiem w oczach zapytał. – Czy w środku coś się znajdowało?
– Nie wiem czy ma to jakieś znaczenie, ale wewnątrz był czarny szachowy król, lekko nadjedzony przez czas i korniki.
– Czy coś jeszcze?
– Tyle. Niczego nie udało mi się więcej dowiedzieć. Podobno dostali anonimowego e-maila od jakiegoś małolata. Dostał sporą grzywnę. Czy ty aby nie masz z tym nic wspólnego?
– Skądże znowu. Dziękuję ci mam nadzieję, że mi pomogłeś – odpowiedział informatyk.
– Masz nadzieję? – ze zdziwieniem zapytał dziennikarz.
– Mam nadzieję – to mówiąc Fiałkowski rozejrzał się po holu. Jego wzrok utkwił na dużych kaflach na podłodze. Błyszczały w świetle kominka. Pośrodku podłogi układały się w biało-czarną szachownicę. Ich kolor wyraźnie odróżniał się od pozostałych.
– Dziękuję ci bardzo – próbował zakończyć rozmowę – kiedyś się odwdzięczę.
– Nie wiem czy ci pomogłem. Trzymaj się.
– Pomogłeś mi. Na razie – skwitował.

Znajdując się pośrodku holu starał się odnaleźć w kwadratowej czarno-białej mozaice miejsce, na którym stałaby figura czarnego króla szachowego. Podszedł do płytki na szachownicy przykucnął i zaczął oglądać. Ponad półmetrowy porysowany kafel wydawał się zwyczajny, niczym nie odróżniał od pozostałych. Postukał butem w kilka płytek. Kafel króla szachowego wydawał nieco inny dźwięk. Tak jakby pod spodem zamiast metrów betonu i ziemi wiała pusta przestrzeń.

Pobiegł do piwnicy. Gdzieś w rupieciach widział kilof. W amoku przeszukiwał zardzewiałe żelastwa. Wpadł w rodzaj ekstazy. Tak blisko znalezienia rozwiązania. Jeszcze nigdy nie czuł takiego podniecenia.
Złapał coś co przypominało kilof i wybiegł na górę. Z wielką siłą zaczął uderzać w kafel. Ten opierał się pod pierwszymi ciosami. Wreszcie puścił. Pod nim kilkucentymetrowa warstwa betonu. Pod kolejnymi uderzeniami rozkruszone kawałki wpadły do środka pomieszczenia robiąc przy tym potężny huk. Ukazał się ciasny przesmyk prowadzący w dół. Eryk przypomniał sobie o starej latarce. Słabe światło skierowane do środka tunelu zatrzymało się na głębokości około trzech metrów.
– Cholera ciemna i głęboka ta nora – stwierdził. Muszę wymyślić sposób, aby się tam dostać. Z kuchennej szafki wyciągnął sznur. Przywiązał go do schodów, drugi koniec zrzucił do otworu. Bardzo powoli przytrzymując się ścianek ciasnego przejścia zaczął zsuwać się po linie. Wąska dziura ledwo mieściła chude ciało.
– Cholera… Co ja wyprawiam, jeszcze utknę w tej dziurze.
Nigdy nie cierpiał na klaustrofobię. Jednak myśl o uwięzieniu dwa metry pod ziemią, w wąskim kanale mroziła krew w żyłach. Umrę z głodu, nikt mnie nie usłyszy. Nawet po telefon nie dam rady sięgnąć – rozmyślając nad najgorszymi scenariuszami niespodziewanie poczuł grunt pod nogami.
– Uff, ziemia – z ulgą wysapał.
Wyciągnął latarkę schowaną w kieszeni i wcisnął włącznik. Znajdował się w niewielkim pomieszczeniu z betonowymi ścianami, w głębi dostrzegł drewniane drzwi. Na ścianach wisiały czarno-białe zdjęcia niemieckich żołnierzy. Fiałkowski rozpoznał tylko Adolfa Hitlera, nigdy specjalnie nie interesował się historią II wojny światowej. Postacie wydawały się być wysokiej rangi kadrą oficerską. W kącie mrocznego pokoju stało biurko z krzesłem, na którym zawieszony był niemiecki mundur. Na blacie kilka książek, notes w skórzanym etui i zwinięte w rulon gazety.
Eryk ostrożnie obszedł ciasne pomieszczenie, oglądając dokładnie wszystkie zdjęcia rozklejone na ścianach. Podpisy pod zdjęciami: Rudolf Hess, Haindrich Himmler – dobrze znani niemieccy patrioci – stwierdził z drwiną.
Na kolejnej fotografii dwie obejmujące się kobiety. Może to rodzina Wira – pomyślał.
Podszedł do biurka. Sprawdził czy krzesło wytrzyma jego ciężar. Usiadł z latarką w ręku i zaczął po kolei oglądać znajdujące się na nim przedmioty.
„Main Kampf” Adolfa Hitlera, „Der Stern“ z 1943 roku, długopis i niewielki notes z zapiskami w języku niemieckim. Wewnątrz Fiałkowski znalazł klucz i dziwnie znajomą kartkę zapisaną z obu stron odręcznym, drobnym pismem.

Witaj znajomy. Mam nadzieję, że mogę tak do ciebie mówić, po tym co razem przeszliśmy.
Nazywam się Christian Wirth. Urodziłem się w 1905 r. w Oberbalzheim w Württembergii. Zapewne domyślasz się, że jestem oficerem SS. Chciałbym napisać o sobie kilka słów. Nie wiem jednak, co musiałbym wyznać, abyś mnie zrozumiał. Postaram się być obiektywny i zrelacjonować wszystko bez emocji.
Podczas pierwszej wojny światowej mój ojciec służył jako podoficer na froncie zachodnim, gdzie wyróżnił się w walce i został uhonorowany wysokimi odznaczeniami. Byłem z niego bardzo dumny. Chciałem być jak on. Po dojściu nazistów do władzy w Niemczech służyłem w Policji. Jednak moja prawdziwa kariera, a jednocześnie pasja zaczęła się wraz z objęciem funkcji szefa administracji w centrum eutanazji w Brandenburgu. W grudniu 1939 przeprowadziliśmy pierwsze eksperymenty gazowania ludzi z użyciem tlenku węgla. To były prawdziwie twórcze lata. Zaczynaliśmy jeszcze od gazu musztardowego zwanego iperytem, jednak był on nieskuteczny. Wprowadziłem wiele usprawnień w procesie uśmiercania niepotrzebnych i starych jednostek ludzkich. Jeden z największych wynalazków, z którego jestem szczególnie dumny to pomysł maskowania komór gazowych jako łaźni. Piekielnie sprytny pomysł – nieprawdaż? Za cały ten wkład i pomysłowość w 1940 r. zostałem mianowany inspektorem wszystkich ośrodków eutanazji w Niemczech i Austrii. Moje dalsze losy potoczyły się jeszcze ciekawiej. Pod koniec 1941 zostałem mianowany przez Haindricha Himmlera komendantem obozu zagłady w Bełżcu. Stworzyliśmy od podstaw cały system zagłady. Obozy w Treblince, Sobiborze i Auschwitz stosowały wymyślone przez nas rozwiązania. W 1942 roku zostałem inspektorem wszystkich obozów akcji Reinhard (zagłada żydów).W 1943 na przedmieściach Triestu w dawnym młynie ryżowym San Samba założyliśmy z Globocnikiem obóz. Przesłuchiwaliśmy tam partyzantów i żydów. Prowadziliśmy również testy nowego gazu bojowego. Byliśmy już bardzo bliscy celu. Losy wojny mogłyby rozstrzygnąć się na korzyść Niemiec. Wyprodukowaliśmy już kilkadziesiąt kontenerów. To była prawdziwie skuteczna i śmiercionośna broń. Pamiętam gdy na oddziale kobiet podaliśmy sałatę nasączoną Cyklonem – X (taką roboczą nazwą posługiwaliśmy się podczas tworzenia i testowania gazu). Wszystkie kobiety zaczęły wymiotować krwią i opętańczo krzyczeć trzymając się za brzuchy. W ciągu 10 minut były martwe. Cholerni Alianci musieli wkroczyć do Triestu. Tydzień przed planem rozrzucenia Cyklonu – X nad największymi miastami Europy. Musiałem uciekać. Przebrałem jakiegoś biedaka w mój mundur i dałem swoje dokumenty. Jugosłowiańscy partyzanci nawet nie pozwolili mu powiedzieć słowa. Dostał kulkę w łeb. Sam ukryłem się w Austrii. To były ciężkie czasy. Potworny strach, głód i brak snu – to jedyne co pamiętam. Całą zimę 1945 roku, aż do końca wojny przeżyłem tylko dzięki pomocy jednej z wiejskich rodzin. Los w końcu rzucił mnie na wschodnie tereny Polski. W 1947 roku powracali tu zesłani więźniowie. Nikt nie pytał skąd pochodzisz, jaką masz przeszłość. Całkiem dobrze mówiłem po polsku. Zamieszkałem więc w domu po wysiedlonej rodzinie. Podobno Rosjanie zesłali ich na Syberię. Wiodłem spokojny żywot. Znalazłem dom, rodzinę. Ożeniłem się z kobietą prostą, ale uczciwą. Pochodziła z Wilna. Byliśmy nawet szczęśliwi. W 1960 urodziła nam się córka. Nie byliśmy już młodzi gdy największe nasze marzenie – mieć dziecko – ziściło się. Pierwsza nasza córka zmarła po kilkunastu dniach, ale tę historię zapewne znasz, inaczej nie czytałbyś tego listu.
Pieprzeni mściciele Szymona Wiesenthala – jak ja ich nienawidzę. Tropili wszystkich byłych niemieckich oficerów, żołnierzy, zresztą także i urzędników. Nikomu nie przepuścili. Jeden z nich trafił do mojego domu. Musiałem walczyć. Zabiłem go. Niczego dzisiaj nie żałuję. Brakuje mi żony, dziecka. Bóg i ludzie nigdy nie wybaczą mi moich grzechów. Nawet ich o to nie proszę.
Dziś jestem starym człowiekiem. Czuję, że mój czas nadchodzi. Została mi tylko gra w szachy…
W notesie jest klucz do drzwi w głębi pomieszczenia. Tam znajdziesz ostatnią część mojej smutnej historii.

Christian Wirth 21.10.1985 r.

Teraz wszystko stało się jasne. Historia zaczynała tworzyć jedną całość. Co znajdzie za drewnianymi drzwiami? Może powinien stąd uciekać. Strach i ciekawość mieszały się między sobą.
Fiałkowski wziął do ręki klucz. Oglądał go przez chwilę. Wstał i podszedł do drzwi. Wyglądały na solidne. Wsunął klucz do zamka. Przekręcił i usłyszał głośny chrzęst. Drzwi stanęły otworem. Słabe światło latarki nie pozwalało ogarnąć wzrokiem całego pomieszczenia, jednak to co zauważył wstrząsnęło nim zupełnie.
W niewielkim betonowym pomieszczeniu pod ścianą stało kilka żółtych kontenerów z napisem „Ahtung! Toxisch!”. Obok na ziemi przytulone do siebie leżały dwa ciała w stanie głębokiego rozkładu. W rękach mniejszego szkieletu błyszczał jakiś przedmiot.
Eryk zamarł z przerażenia, nogi odmówiły mu posłuszeństwa, ręce zaczęły dygotać. Jeszcze nigdy tak się nie bał. Mimo paraliżującego strachu podszedł do leżących ciał. Zauważył znajome, małe, blaszane pudełeczko. Sięgnął po nie, otworzył. Wewnątrz była kartka. W świetle latarki odczytał:

Powinienem się nienawidzić jednak w głębi duszy cieszę się, że czytasz tę wiadomość. Zbyt wiele zła wyrządziłem, aby teraz coś odczuwać. Dlatego pozostaje mi tylko satysfakcja z tego, że dałeś się uwikłać w dokończenie dzieła mojego życia. Na moje usprawiedliwienie przemawia fakt, że cię ostrzegałem. Prosiłem abyś wyjechał…
Nie dbam o nikogo… W całym moim życiu wierzyłem tylko w Trzecią Rzeszę…i kochałem swoją żonę, córkę.
Boże wybacz mi, że musiałem je zabić – tylko tego żałuję. Niestety nie dano mi innego wyjścia. Pewnego dnia przyszła do mojego domu ta żydowska gnida i wszystko im powiedziała. Abraham, chyba tak się nazywał pokazywał liczne dowody. One mu uwierzyły… Zresztą dzisiaj to już nieważne.
Jedyne co mam teraz w duszy, to chęć zemsty, zniszczenia całego tego cholernego świata. Być może zabiorę moją gorycz do grobu, ale dzięki tobie powiem swoje ostatnie słowo. Bardzo na ciebie liczyłem, a ty mnie nie zawiodłeś. Wybacz mi, ale posłużyłem się tobą jak narzędziem. Wchodząc do tego pomieszczenia uaktywniłeś zegar czasowy. Nie próbuj go szukać. Za kilka minut nastąpi eksplozja, która rozniesie zmagazynowany tu Cyklon-X na wiele kilometrów po okolicy. Uwierz mi, że nie było łatwo go tutaj przetransportować, ale jak widzisz udało się.
Zastanawiam się jeszcze co przekazać ci w moim i twoim ostatnim zdaniu.

„Życie jest jak gra w szachy, gdzie za przeciwnika ma się los,
ale ważne jest by ostatni ruch należał do Ciebie.”

Kochany Pan Miś

Kochany Pan Miś

„Mała dziewczynka, zagadkę odgadła,
do jej pokoiku śmierć się zakradła.
Zbyt późno jednak, sierotka mała
o czyhającym zagrożeniu się dowiedziała.
Dlatego uważaj na lalkę, misia swojego,
bo możesz już nie ujrzeć, światła dziennego.”

Niewielu znalazłoby się takich, którzy uwierzyliby w tę nieprawdopodobną historię. Ty również nie dałbyś wiary, co może wydarzyć się w dziecięcym pokoju.
Pełnia księżyca na gwiaździstym niebie rozświetlała miasto i roztaczała ponurą aurę tajemniczości, jakby coś złego miało się wydarzyć. Gwar cywilizacji za dnia ciężki do wytrzymania, teraz zamienił się w sporadyczne odgłosy przejeżdżających aut, tramwajów i ludzkich rozmów.

Wychylił się zza rogu i próbował dostrzec w oparach fioletowego światła drogę, prowadzącą do sklepu z zabawkami. Chodził nią często, jednak teraz sytuacja była zupełnie inna. Krótka przebieżka, która zwykle zajmowała mu kilka minut, obecnie wydawała się być prawdziwą eskapadą na koniec świata. Każdy kąt mógł kryć śmiertelne zagrożenie. Muffy oczami wyobraźni widział Jego twarz z wielkimi wybałuszonymi oczyma i demonicznym uśmiechem. Przynajmniej tak opisywali go ci, którym udało się przeżyć spotkanie z Nim. Zło w czystej postaci. Wcielenie najgorszych koszmarów.
Muffy wiedział, że jak najszybciej musi wszystkich ostrzec. Ta myśl drążyła jego mózg, nie dawała spokoju. A może to już niepotrzebne? Może oni już dawno nie żyją?
Idąc na palcach przemieszczał się w kierunku mysiej dziury prowadzącej ze sklepu na zaplecze. Stamtąd było już niedaleko. Ominął wyłożoną przez właścicielkę łapkę na myszy i przystanął nasłuchując. Doszedł go dźwięk, coś jakby szuranie butów. Czy to tylko jego wyobraźnia, czy może to cierpiące dusze wszystkich tych, których On zabił? Trzeba iść dalej – pomyślał. Mimo paraliżującego strachu nie wolno mu się było zatrzymać, odpocząć.
Uklęknął i posuwając się na czworakach próbował przecisnąć się przez otwór. Połową ciała znajdował się już na zapleczu gdy poczuł, że coś łapie go za nogi. Zimny dreszcz przeszył ciało. Serce biło jak oszalałe. Zaczął się wyrywać, kopać, jednak coś mocno trzymało. Chwilę potem poczuł ogromny ból w kostkach. To coś zaczęło go ciągnąć za nogi. Próbował szarpać, jednak nadaremnie. Ogromna siła, wyciągnęła go z otworu i rzuciła jak workiem o ziemię. Leżąc na brzuchu próbował się podnieść, jednak ból skutecznie udaremnił jego plany.
– Przeciąłem ci pęciny. To stara sztuczka, aby uniemożliwić ofierze ucieczkę. Życie jest brutalne – zagrzmiał donośny głos.
Muffy jak bezbronny żuczek przewrócił się na plecy i zobaczył potężną postać, trzymającą ostry, długi przedmiot. W ciemności nie był w stanie dostrzec dokładnie wszystkich szczegółów, jednak bez wątpienia to był On. Krew sącząca się z przeciętych kostek, zalewała podłogę a ból przeszywający ciało, krępował ruchy. Z wielkim wysiłkiem Muffy wstał na kolana i próbował zebrać siły do ucieczki. Nagle poczuł na karku silny uścisk a chwilę potem wisiał kilkanaście centymetrów nad podłogą. Ktoś trzymał go za szyję i niczym szmacianą lalką wywijał w powietrzu. Oprawca popchnął go w kierunku pułapki na myszy. Muffy mimo rozpaczliwych prób zapanowania nad ciałem nie był w stanie wygrać z siłą bezwładności. Metalowy pręt uderzył z prędkością kuli. Trzask pogruchotanych kości i przeraźliwy jęk przeszyły ciszę.
– Teraz na pewno mi nie uciekniesz – zagrzmiał głos.
Oprawca podszedł do uwięzionego Muffiego. Nadepnął mu na dłonie, uniemożliwiając poruszanie rękami. Używając ostrego narzędzia wykonał dwa głębokie nacięcia na wysokości nadgarstków, tam gdzie zwykle robią to samobójcy.
Muffy wił się z bólu, jego krzyk rozległ się w całej kamienicy. Kat czekał. Przeraźliwe jęki stopniowo ucichły. Muffy spojrzał na oprawcę pustym wzrokiem i tylko ciche westchnienie świadczyło, że uchodzi z niego życie.

Zerwał się wiatr. Czyste niebo zasnuły chmury. Małe trąby powietrza niosące jesienne liście tańczyły jak baletnice, wykonując egzotyczne figury.
Morderca stał i sycił się widokiem martwego, sponiewieranego i zakrwawionego ciała. Trzymał chirurgiczny skalpel, z którego kapały jeszcze krople krwi.
Oprawca podniósł ręce do góry w geście triumfu.
– Starożytni bogowie Venomu dodajcie mi sił – wykrzyczał. – Panie nie zawiedź moich oczekiwań. Twój wierny sługa wypełni przepowiednię i proroctwo stanie się faktem. Ziemia pokłoni się przed ostatnim synem rodu Valgendorf.
Teraz wydawał się jeszcze większy i potężniejszy. Ogromne ramiona trzymające ostre narzędzie i demoniczny wyraz twarzy obwieszczały całemu światu nadchodzący koniec.

Wolnym krokiem, szli leniwie ulicą Marynarską w kierunku centrum handlowego „Galeria Mokotów”. Żona i dzieci senatora Iwasińskiego przyzwyczajeni byli do luksusów. Halina ubrana w garsonkę od Versace, skórzane buciki za jedyne siedemset złotych z wyprzedaży i torebkę z krokodylej skóry prowadziła za rączkę Jacusia, siedmioletniego, zmanierowanego chłopczyka. Znudzona, pięcioletnia Małgosia szła obok i co chwila zaglądała w sklepowe wystawy. Przystawiała twarz i rączki do szyby, wystawiała język i wpatrywała się do środka. Od wewnątrz rozpłaszczony nos przypominał świński ryjek.
– Małgoniu! – krzyknęła mama. Chodź tutaj.
Dziewczynka nic nie robiąc sobie z reprymendy udzielonej przez Halinę dalej w najlepsze zaglądała przez szybę.
Za jedną ze sklepowych wystaw dostrzegła ślicznego pluszowego misia. Miał szare futerko, czarny nosek i przecudne, lśniące jak węgielki oczka, którymi patrzyły w kierunku Małgosi i prosił: „Zabierz mnie ze sobą. Jestem tu taki samotny. Nie mam się do kogo przytulić. Jeśli masz dobre serduszko, uratuj biednego misia”.
– Mamusiu, mamusiu, popatrz – z przejęciem w głosie zagadnęła dziewczynka. Złapała mamę za spódnicę i szarpiąc stanowczym głosem krzyczała – Ja chcę misia, musisz mi go kupić. Rozkazuję ci, inaczej nie będę jadła do końca życia.
– Córeczko, czy nie widzisz, co to za sklep? Przecież nie wejdziemy do lumpeksu. Co sobie ludzie o nas pomyślą? Kupimy ci lepszą lalkę w Centrum Handlowym.
– Ale ja chcę tego misia, nie lalkę – z płaczem w głosie krzyczała. Otworzyła sklepowe drzwi i wślizgnęła się do środka.
– Utrapienie z tymi dziećmi – westchnęła mama, ciągnąc za rękę Jacusia. Chcąc nie chcąc weszli do second handu. Małgosia trzymała w objęciach kilkudziesięciocentymetrowego pluszowego niedźwiadka. Krzyczała głośno, że nie wyjdzie stąd, dopóki mamusia nie kupi jej zabawki.
– Dziecko, czy wiesz ile robactwa znajduje się w takiej zabawce? Kto wie, czy nie ma w niej wszy, albo pcheł? – z oburzeniem westchnęła Halinka.
– Mamusiu, ale on jest taki kochany, będzie moją ulubioną maskotką – lśniące oczy dziewczynki oznajmiały, że nie ma najmniejszego zamiaru rozstać się z nową zabawką.
Zrezygnowana mama zapłaciła za misia i z markotną miną wyszła ze szmateksu.

Sobotnie popołudnie jak co tydzień spędzali w hipermarkecie. Halina przeszukiwała markowe sklepy w poszukiwaniu butów i garsonek. Dzieci starały się dotrzymywać jej kroku. Co chwilę jednak rozbiegały się widząc nowe, kolorowe stoiska. Małgosia cały czas nie wypuszczała pluszowego misia z rąk. Tuliła go i głaskała, mimo że leżąc na sklepowej wystawie, zdążył się zakurzyć i lekko pobrudzić.
– Nazwę cię Teddy – stwierdziła z przekonaniem. – Jesteś taki kochany. Co prawda trochę śmierdzisz, ale jak wrócimy, mama wypierze cię w pralce. Będziesz jak nowy.

Późnym popołudniem przybyli do domu. Parterowa willa z czerwonym dachem zamieszkiwana przez rodzinę Iwasińskich, nie wyróżniała się niczym spośród innych domów zamożnych osób z dzielnicy. Politycy, biznesmeni, aktorzy, stworzyli w tym miejscu enklawę dla bogatych.
Pokój Małgosi przypominał świat z bajki. Zielone ściany z namalowanymi kolorowymi kwiatuszkami idealnie komponowały się z niebieskim sufitem pokrytym świecącymi, fluorescencyjnymi gwiazdkami. Wszędzie porozrzucane było mnóstwo najnowszych, najpiękniejszych zabawek.
Na parterze znajdował się jeszcze zabawkowy pokój Jacusia. Przeważali tam bohaterowie kreskówek i komiksów. Pomieszczenia sypialne dzieci mieściły się na piętrze, obok sypialni rodziców.

Teddy przeszedł pranie i dezynfekcję. Skoro miał zająć honorowe miejsce wśród innych domowników, musiał być wzorem czystości i schludności. Małgosi przeszło nawet przez myśl, że pluszowe misie idealnie nadają się do łapania w futerko brudu i kurzu, i że firmy sprzątające powinny zatrudniać je zamiast sprzątaczek.
Teddy zajął najważniejszą pozycję w całym pokoiku, został posadzony na komodzie uważanej za honorowe miejsce w pokoju.

Nastała noc. Wszyscy domownicy ułożyli się do snu. Nawet pies Azor, zwinął się w półmetrową kulkę i cichutko pochrapując śnił o baleronach, szynkach i kiełbasach. Wszystkie łapki schował pod siebie i wyglądał z daleka jak duża futrzana bryłka. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak przerażające wydarzenia rozegrają się przed jego nosem.

„Kochane dzieci, nie wiem czy wiecie,
że cudowności dzieją się na świecie.
Nocy każdej, gdy wszystkie śpicie
w domkach waszych wstaje życie.
Zabawki wszystkie ze snu się budzą
i ani trochę wtedy się nie nudzą.
Zabawy i harce urządzają sobie,
jedną z historii opowiem dziś tobie.”

Zabawki powoli zaczęły przebudzać się z dziennego snu. Wiadomością dnia, było przybycie kolejnego mieszkańca zielonego pokoju.

– Słyszeliście nowe wieści? – odezwał się Clown. – Mamy nowego.
– Niemożliwe, kto to taki? – odpowiedział długonosy Pinokio.
Szary miś wywołany do tablicy najuprzejmiej jak potrafił przedstawił się.
– Witam, wszystkich nazywam się Teddy, przynajmniej tak nazwała mnie moja nowa właścicielka.
– Skąd jesteś? Jak się tutaj znalazłeś? – dopytywali mieszkańcy.
Pojawienie się nowego domownika, nie było rzeczą rzadką. Wybredna Małgosia średnio raz w tygodniu dostawała nową maskotkę. Pierwszoplanowe role odgrywały jednak Barbie i Ken – modne, pachnące i ubrane w najlepsze ubranka lalki. Niższą kastę społeczną stanowiły misie, clowny i smutny mim z łezką w oku. Nie mogło zabraknąć również kucyków Ponny.
Na prośbę mieszkańców Teddy rozpoczął opowieść o swoich losach, wszyscy słuchali go z zainteresowaniem.
Oto moja historia – zaczął. Mieszkałem w zamożnej rodzinie na obrzeżach miasta. Niczego mi nie brakowało. Miałem swojego opiekuna Piotrusia. Byliśmy przywiązani do siebie tak bardzo, że ani na moment się nie rozstawaliśmy. Kiedyś do naszego domu przyszli źli ludzie. Wszystko obrabowali. Zabrali również i mnie. Dlaczego? Tego zapewne nigdy się już nie dowiem, może przypominałem im zabawkę z dzieciństwa. Po wielu perypetiach trafiłem wreszcie do sklepu z używaną odzieżą, gdzie wbrew woli swojej mamy kupiła mnie mała dziewczynka. I tak właśnie znalazłem się u was, przyjaciele moi kochani.
– Biedny misiu, my się tobą zajmiemy – z wyraźnym rozczuleniem westchnęła Barbie, przytulając Teddiego. – U nas nic złego cię nie spotka. Żyjemy tutaj w spokoju i zgodzie z zabawkową naturą.
Rozmawiali przez całą noc o różnych sprawach. Teddy budził wśród mieszkańców pokoju coraz cieplejsze uczucia. Wszyscy polubili misia, za jego dobre usposobienie, śliczne czarne oczka i słodki wyraz twarzy. Jednocześnie współczuli mu trudnej przeszłości. Opowiedzieli mu o pokoju Jacusia i o tych wszystkich bohaterskich postaciach, z którymi ciężko znaleźć wspólny język. O psie, na którego trzeba uważać, bo można skończyć jako śniadanie. O beztroskim życiu, jakie prowadzi się w domu Iwasińskich.
Nowy lokator zdążył się zadomowić. Czuł się tutaj dobrze, lecz o ukrytym życiu lokatorów zielonego pokoju przyszło mu się dowiedzieć nieco później…

– Czy aby nie za bardzo zaufałaś temu misiowi? – zapytał Ken.
– Czy ty zawsze we wszystkim doszukujesz się podstępu? – pytaniem na pytanie odpowiedziała Barbie.
– Nie o to chodzi, ale według mnie za bardzo zbliżyłaś się do niego, mimo że jest u nas od niedawna.
– Nie widzisz jak smutny był jego los, należy okazać mu trochę zrozumienia i czułości – z rzewnością w głosie stwierdziła lalka.
– Ja nic nie sugeruję, ale nie podoba mi się ta sytuacja. Tak jak i to, że wieczorami wychodzisz do pokoju Jacka. Krążą plotki, że spotykasz się z ActionManem.
– Jesteś zazdrosny! Nie mogę tego słuchać! Czy insynuujesz, że cię zdradzam – z wyrzutem w głosie zaprotestowała.
– Nic nie sugeruję. A ty nie podnoś na mnie głosu – wykrzyczał mocno podenerwowany Ken.
– Myślisz, że nie widzę, jak gapisz się na cycki tej lalki w niebieskiej sukience – odpierała atak Barbie.
– Mówisz o Klarze? To tylko moja przyjaciółka.
– A skąd ja mam wiedzieć, że nie pieprzycie się za moimi plecami.
– Dosyć! Nie mogę tego słuchać. Z nami koniec. A ty idź sobie do tego swojego mięśniaka bez mózgu – wyrzucił z siebie i odszedł.
– Bardzo dobrze. Ty też idź sobie do tej silikonowej lafiryndy. Aż dziwne, że produkują nas jako parę – wywrzeszczała do odchodzącego Kena.

Czarny pluszowy miś z klapniętym uszkiem podszedł do Teddyego, usiadł obok i przedstawił się.
– Cześć, jestem Rolo – powiedział piskliwym głosikiem.
– Cześć, miło mi cię poznać – odpowiedział grzecznie Teddy.
– Jak leci? – pytał dalej próbując podtrzymać konwersację Rolo.
– Dobrze – z dystansem odrzekł szary miś.
– Jestem taki samotny – zaczął się żalić.
– Mogę być twoim przyjacielem jeśli chcesz – zaproponował Teddy.
– No coś ty naprawdę? Od początku wyglądałeś mi na swojego misia. Brakuje mi prawdziwej miłości – zaczął szlochać czarny.
– Nie mazgaj się, proszę. Bądź misiem stary.
– Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. To co, pójdziemy na boczek i ten tego… – natychmiast się rozchmurzył a w jego oczach zajaśniały małe ogniki.
– Słucham? – ze zdziwieniem patrzył Teddy, nie bardzo wiedząc o co chodzi.
– Może gdzieś się schowamy i zaznamy prawdziwej misiowej miłości – z nadzieją w głosie przekonywał Rolo.
– Czego ty ode mnie oczekujesz?
– Jasna cholera. Fajny to ty może jesteś, ale kapujący to za grosz – z konsternacją stwierdził czarny. – Nic nie kumasz?
– Nie bardzo wiem, co mam kumać. Czy nie mógłbyś tego powiedzieć tak wprost, bez owijania w bawełnę? – zaproponował Teddy.
– Wiesz chciałbym cię bzyknąć, albo lepiej nie, to ty możesz bzyknąć mnie. Jeśli tylko chcesz – mrugając oczami, starał się być czarujący.
Na twarzy Teddyego pojawiło się zniesmaczenie i zdziwienie równocześnie.
– Ty zboczeńcu jeden. Teraz wszystko rozumiem. Idź sobie w cholerę. Ja taki nie jestem. Pomyliłeś się – z oburzeniem w głosie oznajmił Teddy.
– Życie jest ciężkie. Jeszcze do mnie przyjdziesz i będziesz prosił o łaskę.
– Zobaczymy. Nie licz na moje towarzystwo – to powiedziawszy oddalił się, aby nie prowokować Rolo.

– Wiesz Fioletowy, ten Teddy jest bardzo sympatyczny. Nie uważasz? – zapytał różowy konik Ponny.
– Tak, masz rację. Mimo, że jest u nas od niedawna, bardzo go polubiłem – odpowiedział Fioletowy.
– Co innego ten kłapouchy miś. Jak on się nazywa – Rolo?
– Chyba tak. Boję się go. Nie zamieniłem z nim ani słowa, mimo że jest u nas już od miesiąca.
– Ma w oczach coś złego. Jakby ukrywał jakąś tajemnicę.

Barbie siedziała obok pudełka z zabawkami i cichutko szlochała.
– Co się stało? – zapytał Teddy, najdelikatniej jak potrafił.
– Znowu pokłóciłam się z Kenem. Obwinia mnie, że go zdradzam. Wymyśla niestworzone historie a ja jestem niewinna – wyszlochała lalka.
– Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Przejdzie mu, faceci tacy już są. Podszedł do niej i przytulił do pluszowej piersi. Lalka przestała płakać i poczuła się lepiej.
Siedzieli tak wtuleni w siebie. Z oddali obserwował wszystko Ken tłumacząc sobie całą sytuację jednoznacznie. Dziwka, na pewno pójdzie z nim do łóżka – pomyślał – co mi tam, znajdę sobie inną dziewczynę.

Teddy siedział na dywanie, trzymając w objęciach Barbie.
– Jesteś taki miły. Dobrze mi – to mówiąc, gładziła misia po brzuszku.
– Wiesz co Barbie? – zapytał stanowczym głosem.
– Słucham cię mój pluszaku.
– Puszczalska jesteś. Ken ma rację, że ci nie ufa.
– Słucham? – popatrzyła ze zdziwieniem, podnosząc głowę.
– Szmata i zdzira jesteś. Czy mam ci to narysować? – zapytał szary miś.
Na twarzy Barbie zarysował się grymas zdziwienia.
Teddy zerwał się na nogi i szybkim ruchem złapał Barbie za włosy.
Lalka starała się wyrywać, krzyczeć jednak nie była w stanie. Jedną ręka trzymał ją mocno za złociste długie włosy, drugą zakrywał twarz, aby nie mogła krzyczeć.
– Ciekawe z kim jeszcze się gziłaś, dziwko. Zobaczymy, co tam masz pod tymi różowymi ciuszkami. Położył ją na ziemi i zaczął rozpinać bluzkę. Jej nagie piersi wzbudziły w nim uczucie pożądania, którego dawno już nie czuł. Próbowała się uwolnić, jednak po chwili dała za wygraną i zupełnie spokojnie poddała się jego woli widząc, że opór tylko pogarsza sytuację. Teddy rozebrał lalkę i zaczął dotykać swoimi wielkimi, włochatymi łapskami. Leżała bez ruchu. On wyciągnął z kieszeni srebrny błyszczący skalpel i przyłożył jej do gardła. Jego misiowa chuć i energia musiały znaleźć ujście. Sytuacja potoczyła się jak burza. Zdarł z lalki bieliznę i trzymając za włosy gwałcił, grożąc, że zabije jeśli zacznie krzyczeć. Gwałtownymi ruchami penetrował jej ciało. Na jego ustach pojawiła się piana, a oczy płonęły z nienawiści. Był jak w narkotycznym transie. Przypominał dzikie zwierzę, którego nic nie jest w stanie powstrzymać. Drapieżnik i ofiara, której los, jest już przesądzony. Scena uniesienia trwała krótko. Miś wydobył z siebie głośne westchnienie. Stoczył się ze swojej ofiary, wstał i spojrzał w jej kierunku. Leżała jak martwa. Obojętna twarz nie przedstawiała żadnego uczucia przerażenia czy strachu.
– Zaraz zginiesz mała suko – wycharczał.
Przyłożył Barbie skalpel do policzka. – Jak się teraz czujesz? Boisz się? Masz już pełne majtki? Co ja mówię, przecież ty nie masz majtek – wybuchnął śmiechem, zachodząc się z własnego wyszukanego dowcipu.
Wykonał delikatne cięcie po policzku lalki, mała stróżka krwi popłynęła po twarzy.
– I nie próbuj krzyczeć, bo cię wypatroszę – zagroził miś.
Było jej wszystko jedno. Nie dbała o to, co dzieje się z jej ciałem. Po tym co jej zrobił, nie znajdowała w sobie energii do dalszej walki. Biernie poddawała się swojemu losowi. Mimo, że ciało jeszcze żyło, dusza była już martwa. Koszmar jaki przeżyła, spowodował całkowitą utratę woli życia.
– Skończmy już ten spektakl, nie jesteś dla mnie żadnym przeciwnikiem – to mówiąc miś przeciągnął ostrym narzędziem po szyi ofiary. Barbie opadła na kolana i oparła ręce o podłogę. Uszkodzone tętnice tłoczyły wyciekającą krew. Teddy musiał się odsunąć, aby nie ubrudzić futerkowych łapek w czerwonej posoce.
– Agghhh – upadając wydobyła z siebie ostatnie westchnienie. Jej ciało leżało w kałuży krwi i wykonywało dziwne ruchy.
Teddy stał obok i obojętnym wzrokiem patrzył na ostatnie oznaki uchodzącego z niej życia. Jej czysta dusza jak piękny motyl, żyjący na świecie tylko kilka dni, odchodziła do lepszego świata.
Teddy spojrzał w kierunku domku, zamieszkiwanego przez Kena – On będzie następny – warknął. Wolnym krokiem podszedł do drzwi i zapukał.
– Kto tam? – zapytał zgorzkniały głos Kena.
– To ja, nowy mieszkaniec zielonego pokoju, chciałbym z tobą porozmawiać.
– O czym? Odejdź, nie mam nastroju do rozmowy – odrzekł.
– Otwórz, właśnie przerżnąłem twoją laskę – z drwiną w głosie zażartował – dosłownie i w przenośni.
– Co takiego? – ze zdziwieniem odpowiedział głos i w drzwiach pojawił się Ken.
Nastąpił cios. Wielka kosmata łapa, uderzyła Kena w nos. Ten z wielką siłą przeleciał przez cały domek. Jego ciało zsunęło się po ścianie, a świadomość zgasła.
Obudził się po krótkiej chwili. Wisiał na linie, przywiązany za ręce i nogi do sufitu. Obok na ziemi siedział znudzony szary miś i czekał, aż Ken odzyska świadomość. Lalka miała być głównym daniem tego wieczoru.
– Witaj – zaczął Teddy.
Kenowi powoli wracało czucie. Cios był potężny. Językiem wyczuł, że brakuje mu kilku przednich zębów. Twarz, bolała jak diabli. – Czego chcesz? – wyseplenił odpluwając krew.
– Ciebie, mój mały. Życie jest ciężkie – wstał i podszedł do wiszącego.
– Zabij mnie, jeśli chcesz. Od początku wiedziałem, że jesteś nienormalny – wysapał Ken.
– Zabawimy się w grę – zaproponował miś. Ty mi powiesz, jak chciałbyś zginąć, a ja za każdą złą odpowiedź, odetnę ci palec, a może coś innego. Co ty na taki układ? – z wyraźnym rozbawieniem zapytał.
– Odpieprz się. Jesteś pomylony. Idź do diabła, tam twoje miejsce.
– Zła odpowiedź, tracisz fant. – to powiedziawszy wetknął do ust wiszącej lalki kawałek szmaty. – To abyś nie krzyczał.
Następnie chwycił rękę Kena i gwałtownym ruchem, odciął mały palec.
Ofiara wiła się z bólu, wydawała z siebie dziwne dźwięki. Teddy złapał Kena za gardło i poczekał, aż ten się uspokoi. Następnie wyjął knebel z ust.
– Runda druga, proszę wybrać metodę swojej śmierci. Do wygrania nic – z wyraźnym rozbawieniem stwierdził pluszak.
– Ty pojebie… Ratunku! – zaczęła krzyczeć lalka.
– I znowu zła odpowiedź. Oddajesz kolejny fant. Wetknął knebel i odciął mu mały palec z drugiej ręki.
Ken zemdlał. Krew z odciętych palców, wylewała się na podłogę. Jego ciało opadło, a twarz pobladła.
– Mięczak – burknął Teddy. Sam wybiorę dla ciebie śmierć. Wbił skalpel w klatkę piersiową Kena na wysokości serca i niczym sprawny chirurg zaczął przedzierać się przez skórę, mięśnie i kości. Dotarł do bijącego serca i pozbawił je doprowadzających żył i tętnic. Złapał organ w rękę i wyszarpnął z ciała ofiary. Fragmenty układu krwionośnego i mięśnie stawiały opór, ale miś pomógł sobie ostrym narzędziem. Nabił serce Kena na końcówkę skalpela i wbił swoje zębiska w życiodajny organ. Odgryzł kawałek i wypluł.
– Panie mój! Przyjmij tę ofiarę i spraw, aby twój wierny sługa, dostąpił zaszczytu poznania wielkiej tajemnicy starożytnej księgi zabawek. Mistrzu marionetek, zgodnie z twoim proroctwem, pozostała mi jeszcze jedna dusza. Nie zawiedź mnie i pozwól mi dostąpić wtajemniczenia. Zbyt wiele poświęciłem w imię Twoje. Ja Abaddon ostatni syn królewskiego rodu Valgendorf, zaklinam was bogowie Venomu, dajcie mi siłę.
Jego ciało umazane krwią i wnętrznościami ostatniej ofiary osunęło się na ziemię. Mimo skrajnego wyczerpania zdawał sobie sprawę, jak niewiele dzieli go od dostąpienia do wielkiej tajemnicy.

Wśród zabawek zapanowała panika, kiedy rozeszła się wieść o śmierci Barbie i Kena.
Nigdy jeszcze, nie zdarzyło się w ich świecie, tak okrutne morderstwo. Tymczasem dwa ciała ich współtowarzyszy okrutnie okaleczone leżały bez życia, a oni mogli być następni. Podejrzenie padło na Rolo. Nikt go nie lubił, wszystkim wydawał się bardzo podejrzany, a chodziły nawet słuchy, że jest homoseksualistą, co dodatkowo przemawiało przeciwko niemu.
Zabawki zebrały się i zaczęły obradować, co zrobić w takiej sytuacji. Oprócz Rolo brakowało również Teddyego. Bali się, że niebawem odnajdą również i jego ciało. Jednak nie to teraz było najważniejsze.

– To ten przybłęda Rolo. On zabił naszych – stwierdził Pinokio.
– Od początku twierdziłem, że jest dziwny – zaznaczył Pajacyk.
– Co zrobimy? – zapytały koniki Ponny.
– Musimy się jakoś zjednoczyć i dopaść tego drania.
– Ale my nawet nie wiemy jak walczyć, nie mówiąc o schwytaniu misia oprawcy – z przejęciem w głosie stwierdziła Różowa.
– Musimy wezwać na pomoc gwardię narodową z pokoju Jacka – padła propozycja. – Nigdy nie żyliśmy z nimi w przyjaźni, jednak sytuacja jest wyjątkowa.
– Ja pobiegnę – stwierdził Fioletowy. – Wy się schowajcie i czekajcie na mój powrót. Spróbujcie się jakoś zorganizować. Postaram się wrócić jak najszybciej.

Fioletowy, pożegnał się z Różową. W jej oczach widać było strach i niepokój o partnera. Wiedziała jednak, że bez pomocy z zewnątrz wszyscy zginą.
– Wracaj szybko, ukochany. Będziemy czekać twojego powrotu. – Ostatni uścisk kopyt i bohater wyruszył na niebezpieczną wyprawę. Zdawał sobie sprawę, że od niego zależy ich los, to dodawało mu odwagi.

Fioletowy wyruszył. Miał do przebycia cały przedpokój i pokój gościnny. Nie była to może jakaś wielka wyprawa, jednak Ponny czuł, powagę sytuacji. Odpowiedzialność, jaka na nim ciążyła, była ciężkim brzemieniem, nie mógł zawieść.
Wyszedł z zielonego pokoju i rozglądnął się. Bywało, że pies Azor leżał w przedpokoju i nasłuchiwał odgłosów. Jednak dzisiaj go nie było, zapewne spał u Haliny w sypialni.
Zorientowawszy się, że nic nie stoi mu na drodze Ponny ile sił w kopytkach pobiegł. Musiał jak najszybciej dotrzeć do pokoju gościnnego. Tentem kopytek uderzających o posadzkę słychać było, aż w zielonym pokoju. Tam w kąciku wszyscy mieszkańcy przerażeni i stłoczeni na małej powierzchni czekali na wybawienie. Zabawki dyskutowały nad planem awaryjnym na wypadek, gdyby pojawił się Rolo, albo Fioletowy nie wrócił z wyprawy.
Konik tymczasem przebył ponad połowę drogę i widział już drzwi do pokoju Jacka. Ominął stół i parę foteli. Nie zatrzymywał się ani na chwilę. Pędził jak wiatr. Był już o krok od celu, gdy nagle wyrosła przed nim ogromna postać. Teddy szczerząc zęby, stał trzymając w ręku narzędzie zbrodni. W oczach miał zemstę, krwawą wendettę. Konik starał się zatrzymać, przebierał kopytkami, jednak śliska posadzka skutecznie mu to uniemożliwiała. Wpadł prosto w łapska oprawcy. Miś złapał konika za grzywę, powalił na ziemię i przycisnął kolanem. Ponny starał się bronić. W akcie rozpaczy, zdołał wbić zęby w udo napastnika. Zacisnął szczękę najsilniej jak potrafił. Teddy wydał z siebie okrzyk bólu i w odwecie wbił skalpel w ciało konika. Ostrze weszło jak w masło a w miejscu uderzenia pojawiła się strużka krwi. Wijąc się w spazmatycznych bólach konik coraz mocniej zaciskał zęby na udzie Teddyego. Ten w obronnym odruchu zaczął szlachtować Fioletowego ostrym narzędziem uderzając gdzie popadnie. W końcu uścisk szczęki na udzie zelżał. Miś przestał krzyczeć. Życie Ponnyego kończyło się. Ostatni cios został zadany w głowę. Skalpel przeszył skroń. Teddy z trudem wstał z ciała. Udo bolało go okropnie. Rana gryziona wyglądał paskudnie, jednak nie to, było najważniejsze.
Teddy stanął z wyciągniętymi w górę rękami, skalpel wypadł na podłogę. Wydawało mu się, że jego ciało unosi się w powietrze. Czuł otaczające go nadprzyrodzone siły. Wstępowały w niego moce Pana, przepowiednia miała się wypełnić. Wydał z siebie okrzyk zachwytu, słyszalny w całym domu.
– Jestem królem całego świata! – upadł na podłogę. Nie mógł złapać oddechu, jednak był szczęśliwy. Leżał bez ruchu, powoli dochodząc do siebie. Wielkie proroctwo Mistrza Marionetek spełniło się.

Zabawki tymczasem zaczęły się niepokoić. Dlaczego Ponny nie wraca? Powinien już tu być. W dodatku Pajacykowi wydawało się, że słyszał przeraźliwy krzyk. Nie wiedzieli kto go z siebie wydał, jednak był to niepokojący sygnał.
– Co teraz, zrobimy? – zapytał Clown.
– A co, jeśli Rolo dopadł Fioletowego – z trwogą w głosie zapytała Różowa.
– Musimy wierzyć, że uda mu się dotrzeć do żołnierzy gwardii, że sprowadzi pomoc – uspokajał Pinokio.
– Potrzebujemy planu awaryjnego na wypadek, gdyby Rolo przyszedł po nas, a Ponny nie wrócił.
– Wszyscy zginiemy – z grozą stwierdziły zabawki.
– Musimy walczyć, niech każdy znajdzie coś, co mogłoby służyć jako broń – poradził Pinokio.
– Ja idę szukać Fioletowego – stwierdził Różowa. – Nie mogę tu tak biernie czekać, kiedy mój narzeczony, naraża swoje życie.
Zabawki nie zdążyły nic powiedzieć, klacz pobiegła za ukochanym.
– Stój! Dopadnie cię. Nie możesz tak narażać siebie i nas. Razem mamy szansę – krzyczał za odbiegającą Pajacyk.
Różowej jednak ani w głowie było zawrócić. Biegła ile sił w nogach. Wpadła do przedpokoju i schowała się pod lustrem. Postanowiła trochę się rozejrzeć zanim ruszy dalej. Przylgnęła do podłogi, starała się maksymalnie zlać z otoczeniem. Rozglądała się po całym przedpokoju. Nagle zauważyła Teddyego, idącego w stronę zielonego pokoju. Ucieszyła się widząc, że żyje jednak nadal tkwiła w ukryciu. To był zupełnie inny miś niż ten, którego znała. Idący wolnym krokiem szary pluszak wyglądał przerażająco. W ręku trzymał skalpel, cały był umazany krwią, przypominał ogromnego wilka na polowaniu. Wydawał się potężniejszy niż kiedykolwiek. Różowa uświadomiła sobie, że mordercą jest Teddy a nie Rolo. Bała się ruszyć. Nie wiedziała czy pobiec ostrzec wszystkich przed zbliżającym się niebezpieczeństwem, czy poczekać i sprowadzić pomoc. Postanowiła siedzieć cicho. Zabawki nie mają szans – pomyślała. Najgorsze, że nie zdają sobie sprawy, że to Teddy jest oprawcą. Starała się wymyślić jakiś sposób na ocalenie przyjaciół i jednoczesne sprowadzenie pomocy. Przyszedł jej do głowy rozpaczliwy pomysł.
Kiedy Teddy był blisko drzwi do zielonego pokoju wyszła spod lustra i ruszyła w stronę gościnnego pokoju. Miś kontem oka zauważył konika i rzucił się za nim w pogoń. Różowa jednak była szybsza, wpadła na dywan i najszybciej jak potrafiła biegła nie odwracając się za siebie. Teddy próbował ją dogonić, jednak nie był w stanie. Postanowił wrócić i rozprawić się z pozostałymi zabawkami.

W zielonym pokoju przygotowywano się do wojny. Każdy trzymał w ręku jakąś broń: agrafkę, spinacz biurowy, znalazła się nawet igła. Przed wejściem usypano zasieki i wały obronne. Wykorzystano w tym celu ziemię z doniczki i rupiecie z biurka Małgosi.
Kiedy wszystko było przygotowane, w drzwiach pojawił się Teddy. Szedł w ich kierunku z uśmiechniętą miną. Skalpel schował w kieszeni. Starał się być miły i uroczy. Wszystkie zabawki wybiegły do niego, nie przeczuwając żadnego zagrożenia.
– Słyszałeś co się stało? – pytały. – Musimy się schować. Barbie i Ken nie żyją.
– Przed kim mamy się chować, nic nam nie grozi. Poradziłem sobie z mordercą – odpowiedział miś.
– Rozprawiłeś się z Rolo? Co z nim zrobiłeś – z nadzieją w głosie pytały zabawki. – Nic nam już nie grozi?
– Oczywiście, że nie. Chodźcie, opowiem wam, co się wydarzyło – w jego oczach pojawił się ledwie dostrzegalny błysk, a na twarzy szyderczy uśmiech.

Różowa tymczasem, przebiegała przez pokój gościnny, gdy jej oczom ukazało się potwornie pokaleczone ciało ukochanego. Małe serduszko napełniło się niewyobrażalnym smutkiem i rozpaczą. Leżała nad Fioletowym i szlochała. Zanosiła się spazmatycznym płaczem a ból i cierpienie jakie odczuwała, był nie do opisania. Kątem oka dostrzegła misia Rolo leżącego w kałuży krwi. To jednak, było już nieistotne.

Teddy opowiedział wszystkim zabawkom o okrutnym Rolo. O tym, że jakimś cudem udało mu się obezwładnić przeciwnika i wskutek nieszczęśliwego wypadku Rolo nabił się na własny nóż. Zapanowała ogromna radość. Mimo ofiar jakie ponieśli pozostałe zabawki były już bezpieczne. Teddy urósł do rangi bohatera, wybawcy. Uśpił czujność wszystkich mieszkańców zielonego pokoju.

Różowa zdołała się pozbierać, wiedziała, że przyjaciele czekają na pomoc, że Teddy jest mordercą, a mieszkańcy zielonego pokoju są nieświadomi zagrożenia. Z wielkim trudem dotarła do celu swojej podróży i opowiedziała o wszystkim. Zabawki z pokoju Jacka postanowiły zorganizować wielką akcję ratunkową pod kryptonimem „Krucjata”. Żołnierze piechoty morskiej, kawaleria, saperzy, bohaterowie kreskówek; Batman, SpiderMan, ActionMan, wyruszyli do pokoju Małgosi na ratunek. Jeszcze nigdy w historii domu Iwasińskich nie przeprowadzono manewrów na tak wielką skalę. Sytuacja była nadzwyczajna. Oto ktoś dopuścił się największej zbrodni – zabójstwa.
Odsiecz jednak nadciągnęła zbyt późno. Widok jaki zastali w zielonym pokoju był przerażający. Małe, okaleczone ciała zabawek pokrywały podłogę. Jakby jakiś psychopatyczny rzeźnik zebrał krwawe żniwo na niczego nie spodziewających się biednych owieczkach.
Nagle jakaś postać poruszyła się na biurku.
– To Teddy. Brać go, to on jest mordercą – krzyczała Różowa. Wszyscy zjednoczyli się w jednym celu złapać misia. Teddy próbował uciekać, potem się bronić, zranił nawet kilku żołnierzy, jednak SpiderMan skutecznie związał go swoją siecią.
– Zanieście tę gnidę na środek pokoju i przywiążcie go do krzesła tak, aby nie uciekł – powiedział Człowiek Pająk. – Czas na sąd wojenny.

W ławie sędziowskiej znalazło się pięciu najstarszych i najbardziej zasłużonych żołnierzy. Teddy został związany, jednak mógł mówić.
Na środek wkroczył oskarżyciel.
– Wysoki sądzie, przyjaciele! Przed nami znajduje się miś Teddy, który dopuścił się najstraszniejszej zbrodni w dziejach zabawkowego świata. Z zimną krwią, brutalnie i bezlitośnie pozbawił życia naszych braci i siostry. Czy taki czyn może mu ujść na sucho? Odpowiedź brzmi – nie! Dowody są bezsprzeczne. Wnioskuję zatem o najsurowszy wymiar kary. Śmierć! Zabawki nigdy nie były mściwe i nie zabijały, jednak sytuacja, którą zastaliśmy jest więcej niż nadzwyczajna. Ten osobnik dopuścił się czynu tak okropnego, że jeszcze przez wiele lat ród zabawek będzie o tym pamiętał. Dlatego kara może być tylko jedna. Powtarzam jeszcze raz – śmierć.
Najstarszy i najbardziej poważany przewodniczący ławy sędziowskiej zabrał głos.
– Dziękuję oskarżycielowi, ale chciałbym przesłuchać Teddyego.
– Czy oskarżony mnie słyszy? – zapytał sędzia.
– Tak proszę sądu słyszę i odpowiem na każde pytanie – odpowiedział skruszony Teddy.
– Proszę się przedstawić.
– Jestem Abaddon, ostatni syn królewskiego rodu Valgendorf – z dumą odpowiedział.
– Co masz do powiedzenia na swoją obronę? Zważ, że wszystko co powiesz, może mieć wpływ na dalsze postępowanie w tej sprawie oraz na wysokość kary.
– Proszę sądu, opowiem wszystko od początku. Liczę, że mnie wysłuchacie, zrozumiecie a co najważniejsze, przyłączycie się do mnie.
– Mów zatem, słuchamy cię – powiedział stanowczo sędziwy żołnierz.

Teddy – Abaddon zaczął opowieść. Wszystkie zgromadzone na rozprawie zabawki przysłuchiwały się z uwagą.
Zamieszkiwaliśmy południowe zbocza islandzkiego księstwa Vik. Mój ojciec Mortyr Wielki, król rodu Valgendorf miał trzech synów: Cronosa, Mantasa i mnie. Byłem najmłodszy. Moi bracia, dzielni rycerze zasłynęli wieloma heroicznymi czynami. Królestwo rosło w siłę a podwładni byli szczęśliwi. Ojciec nasz miał jednak jedną, wielką wadę. Ambicją jego życia, niemal obsesją, było odnalezienie starożytnej księgi zabawek.
Na Sali rozpraw rozległ się szum. Dawało się słyszeć wyrwane zdania: wielka księga zabawek…, tajemna książka.., ona nie istnieje… , to tylko legendy…
– Proszę o spokój– uciszał sędzia – mów dalej.
Całe swoje życie podporządkowaliśmy woli ojca, poszukiwaliśmy legendarnej księgi bogów Venomu. Przemierzyliśmy morza, oceany i kontynenty. Okazało się, że księga była tuż obok w domu w Islandii.
– Czy twierdzisz zatem, że odnaleźliście zaginioną, starożytną księgę zabawek? – zapytał z niedowierzaniem sędzia.
– Nie tylko tak twierdzę, ale jestem o tym przekonany– z pewnością w głosie odpowiedział Teddy. – Dzięki niej, podczas jednego z seansów spirytystycznych zorganizowanych przez ojca i moich braci przywołaliśmy Wielkiego Mistrza Marionetek.
– Bzdura! On bredzi. Spalić go na stosie – krzyczał tłum. – Niech odpowie za wszystkie swoje zbrodnie.
Zapanowała konsternacja. Mówiono o założycielu, praojcu wszystkich zabawek. O kimś, kto żył tylko w legendach i podaniach. Możliwość istnienia Mistrza Marionetek nie mieściła się w głowie.
– Proszę o ciszę. Zaraz każę wyprowadzać tych, którzy przeszkadzają w rozprawie – krzyknął sędziwy żołnierz.
Teddy mówił dalej. – Nie wiedzieliśmy z jakimi siłami się mierzymy. Pokusa wykorzystania starożytnej księgi zabawek była jednak większa. Mistrz Marionetek przybył na nasze wezwanie. Dziś przeklinam ten dzień. Jak żądny władzy był mój ojciec i bracia? Ja zresztą również – ze skruchą stwierdził pluszowy, szary miś. – W nasze dusze wlano nienawiść, chęć władzy i najgorsze cechy o jakich ktokolwiek słyszał. Pan obiecał nam, że będziemy mogli rządzić całym światem, że zdejmie z nas odwieczny zakaz nici życia.
– Prawo nici życia nie może być złamane – wyrwał się jeden z sędziów – jeśli ktokolwiek z nas podniósłby rękę na człowieka stanie się zwykłą zabawką. Jego życie gwałtownie się zakończy. Prawo to jest tak stare jak wszechświat, obowiązuje od czasów, kiedy pierwsze dwie zabawki podniosły rękę na człowieka. To jak grzech pierworodny wśród ludzi.
– A ja Abbadon ostatni syn książęcego rodu Valgendorf mogę to prawo łamać. Jestem w stanie zabijać ludzi.
– Dlaczego jesteś ostatni, co stało się z twoimi braćmi i ojcem? – zapytał sędzia.
– Zabiłem ich z żądzy władzy. Mistrz Marionetek to okrutny władca, zażądał bardzo wysokiej zapłaty za możliwość łamania prawa nici życia.
– Jakaż to cena?
– Warunkiem osiągnięcia proroctwa było zabicie czterdziestu czterech braci. Poświęcenie w ofierze czterdziestu czterech istnień ze świata zabawek. Pan wiedział, że będziemy za to wyklęci, że nigdzie nie znajdziemy sobie miejsca.
Po jednej z kłótni zakradłem się do pokoju swoich braci i zabiłem ich z zimną krwią. Zostałem opętany, rządza władzy i panowania nad światem była silniejsza niż wszystko inne. Pomyślcie tylko możemy pozbyć się ludzi. Jestem tym, który może spowodować, że staniemy się najwięksi na całej planecie. Zapanujemy nad światem. Przyłączcie się do mnie. Pomyślcie jak wiele możemy zdziałać.
– Ludzie są naszymi panami, nie możemy im się przeciwstawić – krzyknął ktoś z tłumu.
– Ależ, właśnie mówię wam, że możemy. Ja jestem kluczem, aby ród zabawek mógł zapanować. Będziemy się rozmnażać, stworzymy nowy, lepszy świat. Zastanówcie się, jacy możemy być potężni. Wybierzcie mnie na swojego przywódcę, króla a ja poprowadzę was przeciwko ludzkości. Nie zaprzepaśćmy tej szansy, błagam was. Wiem moja droga Ponny, że straciłaś ukochanego, ale poświęcił się on dla wyższej idei. Był czterdziestą czwartą ofiarą złożoną przeze mnie Wielkiemu Mistrzowi. Taki był warunek. Pomyślcie tylko, spełniło się. Niech dotrze do was, jak wielką mocą dysponuję. Zastanówcie się nad tym.
Teddy opuścił twarz i zamilknął.
– Czy to wszystko co masz do powiedzenia? – zapytał sędzia.
– Tak wysoki sądzie. Proszę jedynie abyście rozważyli to co powiedziałem. Nie możemy zaprzepaścić takiej szansy. Zbyt wiele istnień poświęcono dla tej sprawy.
– Dobrze zatem. Sąd odchodzi na naradę, po powrocie wyda wyrok.
Sędziowie wyszli z zaimprowizowanej sali rozpraw. Tłum gapiów zamilkł. Wszyscy zastanawiali się nad tym co przed chwilą usłyszeli. Czy to możliwe? Historia wydawała się tak niesamowita, że aż nieprawdopodobna. A co jeśli on mówi prawdę? Czy zabawki mogłyby zapanować nad światem? Czy są na to gotowe?
Po kilku minutach pojawili się sędziowie. Wszyscy w skupieniu wyczekiwali na to co się wydarzy.
– Proszę o uwagę. Sąd odczyta wyrok – wykrzyczał jeden z żołnierzy, pełniący rolę strażnika.
– Ze względu no to, że dopuszczono się wyjątkowo nikczemnego czynu, niespotykanego w ostatnich czasach w świecie zabawek – morderstwa. Sąd skazuje oskarżonego na karę śmierci. Sąd nie dał wiary historii opowiedzianej przez Teddyego. Ze względu na okrucieństwo z jakim zabijał swoje ofiary postanowiono, że kara śmierci wykonana zostanie jak za czasów średniowiecznych. Ręce i nogi osądzonego zostaną przywiązane do końskich uprzęży. Czterech jeźdźców w jednym czasie rozjedzie się w czterech kierunkach świata rozrywając mordercę na strzępy. Niech choć przez chwilę poczuje to co czuły jego ofiary. Ród zabawek nigdy nie był okrutny, jednak nie możemy dopuścić, aby wśród nas żył tak zwyrodniały i nie mający żadnych uczyć obywatel. Sąd zakończył rozprawę, proszę o wykonanie wyroku.
– Nikczemnicy, nie wiecie co czynicie – zaczął krzyczeć Teddy – tej szansy nie wolno zaprzepaścić, przyłączcie się do mnie – jego twarz wykrzywiła się w okropnym grymasie. Próbował się uwolnić, pluł, wyrywał się. To był ten sam miś, który zabijał, ten sam wyraz oczu odmalował się na jego twarzy, ta sama nienawiść biła we wszystkich kierunkach.
– Zabić go, niech zdycha, na pohybel, zasłużył sobie na to – krzyczały głosy zgromadzonych.
Czterech kawalerzystów na pięknych, gniadych koniach, wyjechało na środek placu. Żołnierze przywiązali cztery liny do dłoni i rąk Teddyego, ich końce do końskich uprzęży. Na znak, wszyscy mieli rozjechać się w cztery strony świata.
– Zemszczę się, wrócę tu. Biada wam, biada. Nie zdajecie sobie sprawy, co czynicie. Opamiętajcie się. Wszyscy zginiecie, przyrzekam wam. Wrócę zza grobu i wyrżnę was wszystkich w pień – to krzycząc miś szarpał liny. Z pyska sączyła się piana a czerwone oczy wyglądały tak, jakby opętał go demon, jakby wstąpiła w niego nieczysta siła – zło wcielone.
– Ruszajcie, czyńcie swoją powinność jeźdźcy – zawołał sędzia.
Konie ruszyły, liny coraz bardziej się napinały. W pewnym momencie nastąpiło szarpnięcie. Tylko najbardziej odważni z tłumu gapiów nie odwrócili wzroku. Ogromna siła rozerwała ciało misia na cztery kawałki. Wyszarpnięte kończyny z kawałkami kości, mięśni i żył powlekły się na linach za odjeżdżającymi rumakami. Korpus Teddyego, do którego przytwierdzona była głowa, wyleciał w powietrze i spadł w pobliżu zgromadzonych zabawek. Miś w ostatnim przedśmiertnym odruchu wystękał – Zemszczę się.
Wszyscy odetchnęli. To był koniec koszmaru. Z całego zielonego pokoiku ocalała tylko mała różowa klacz, która siedziała w kąciku i pochlipywała. Opłakiwała swoich przyjaciół i narzeczonego. Ta noc przeszła do niechlubnej historii świata zabawek, jednak to co miało się wydarzyć później, było po tysiąckroć gorsze.

Nastał dzień. Wszystkie ocalałe przy życiu zabawki zasnęły.

„Kochane dzieci, nie wiem czy wiecie,
że okropności dzieją się na świecie.
Dnia każdego, gdy słońce wstaje,
odetchną z ulgą zabawkowe kraje.”

Małgosia obudziła się tego ranka wyjątkowo wcześnie. Czuła podświadomie, że wydarzyło się coś złego. Zbiegła z piętra i pobiegła do zielonego pokoiku. To co tam zobaczyła bardzo ją zasmuciło. Wszystkie zabawki były popsute. Leżały z powyrywanymi nóżkami i rączkami. Z ich ciałek wystawały jakieś farfocle, nitki i wata. Pośrodku leżał pies Azor i kończył obgryzać nogę Barbie.
– Wynocha Azor – krzyknęła rozwścieczona Małgosia. – Mamusiu, moje zabawki – zaczęła szlochać. Halinkę obudził płacz dziecka. Miała w zwyczaju wstawać pierwsza i krzyczeć na cały dom – wstawać lenie do szkoły, do przedszkola, do pracy. Teraz jednak ktoś najwyraźniej obudził się przed nią. Zbiegła na dół i zobaczyła córkę leżąca wśród popsutych zabawek, zachodzącą się płaczem.
– Co się stało Małgosiu? – zapytała mama.
– Niedobry Azor, zżarł wszystkie moje zabawki. Oszczędził tylko tę różową szkapę, której i tak nigdy nie znosiłam. Wzięła konika Ponny i ze złością ukręciła mu główkę odrywając ją od tułowia. Rzuciła popsutą zabawką w kąt i zaczęła dalej płakać.
– Nie martw się córciu, kupimy ci identyczne zabawki. Jeśli chcesz, to jeszcze dziś pojedziemy do centrum handlowego.
– Naprawdę? – z nadzieją w głosie spojrzała na Halinkę.
– Oczywiście, to tylko zabawki. Nowe spodobają ci się jeszcze bardziej.
– A co z Teddym? – ocierając łzy spytała. – Jest rozdarty na cztery kawałki, a nie kupimy takiego w sklepie.
– Wiesz, jeśli chcesz to go zszyjemy. Wypchamy go materiałem i będzie jeszcze piękniejszy niż był. Przynieś go, zaraz zrobimy mu operację. Jeszcze przed twoim wyjściem do przedszkola, będzie jak nowy.
– To super, mamusiu. Jesteś kochana. To moja najlepsza zabawka. A ty Azor idź do budy. Za karę śpisz od dzisiaj na zewnątrz.
Halinka nie była zawodową krawcową, jednak z pluszowym misiem poradziła sobie bardzo sprawnie. Teddy był jak nowy.
– Nie odstąpię cię na krok – przytulając misia wzdychała Małgosia. – Od dzisiaj śpisz ze mną w łóżeczku.

– „Tygodnik Regionalny” poproszę – wymamrotał siwy, przygrabiony starszy pan.
– Proszę – odpowiedział sklepikarz.
– I jeszcze Marlboro Light – dopowiedział mężczyzna.
Zabrał gazetę pod pachę, zapłacił osiem pięćdziesiąt drobnymi i poczłapał na przystanek autobusowy. Cholera znowu się spóźni – pomyślał – to przez te korki. Boże, jak ja nienawidzę tego miasta. Autobus spóźnił się tylko kilka minut, co jak na warszawskie warunki było i tak dobrym wynikiem. Siwy mężczyzna usiadł przy oknie i jadąc jak co dzień do pracy, zaczął czytać kupioną przed chwilą gazetę. Przekartkował strony i zatrzymał się na artykule z działu kryminalnego. Znowu kogoś zabili – pomyślał. Początek artykułu brzmiał.

Rytualne morderstwo

W jednym z podwarszawskich domów zamordowano małą dziewczynkę. Okoliczności zabójstwa są bardzo dziwne. Prokuratura bada wszystkie poszlaki. Rodzice rano odnaleźli swoją pięcioletnią córkę w straszliwym stanie. Całe ciało dziecka było pocięte ostrym narzędziem. Mógł to być nóż, jednak rozmiary ran były stosunkowo niewielkie, co mogłoby wskazywać na inny rodzaj narzędzia. Tak jakby napastnik wykonywał krótkie chirurgiczne cięcia ostrym przedmiotem. Jedna z ran, od której prawdopodobnie umarła dziewczynka, zadana została na wysokości krtani. Rodzice są wstrząśnięci, gdyż drzwi i okna były w nocy zamknięte. W jaki sposób morderca dostał się do pokoju dziecka, tego nie wiadomo. Brak odcisków palców i śladów włamania. Policja przypuszcza, że mogło to być morderstwo na tle rytualnym, gdyż na czole dziecka wyryto napis Abaddon. Z hebrajskiego oznacza to anioła zagłady opisanego w Apokalipsie św. Jana (9,11), jako pana przepaści, księcia czeluści piekielnych. Ironicznie obok okaleczonego ciała dziewczynki leżał pluszowy szary miś.