Styczeń 7th, 2008 przez Konrad Staszewski

 

Matka Herezji

 

Rozdział II: Papież w kielichu krwi.

 

Rozglądał się dookoła z szeroko otwartymi oczami. Nie wiedział jak się tu znalazł ani tym bardziej gdzie jest. Przecież nie wychodził z domu. Pamiętał tylko, że poszedł spać ale nie spał – miał co innego do roboty.
Uśmiechnął się na samo wspomnienie minionej nocy. Zastanawiał się gdzie jest jego nocna towarzyszka. Rozejrzał się jeszcze raz. Znajdował się w jakimś małym pomieszczeniu. Po umeblowaniu poznał, że musi to być jakaś prywatna komnata. Z zewsząd otaczały go śnieżnobiałe ściany. Wisiały na nich różnej wielkości arrasy i obrazy. Przyjrzał się im dokładniej i z niemałym zdziwieniem zauważył, że wszystkie przedstawiają sceny z historii Kościoła ale było w nich coś nienaturalnego. Na każdym wyeksponowana była krew a postacie dziwnie się uśmiechały. Podszedł do jednego z obrazów, wiszącego najbliżej łukowego, oszklonego okna i ciarki przeszły go po całym ciele. Obraz, na który spoglądał przedstawiał scenę Ostatniej Wieczerzy ale Pan Jezus miał dziwne rysy twarzy, takie kobiece. Uderzyło go jeszcze coś – jakby skądś ją znał, ale wprost odrzucała swoją surowością i zawziętością. Nie dostrzegał w niej ani śladu miłości ani miłosierdzia. Im bardziej się jej przyglądał tym bardziej mu się nie podobała. O mało nie krzyknął gdy zdało mu się, że dostrzegł zimny błysk w oczach Pana. Cofnął się kilka kroków i przeżegnał na głos. Sięgnął po krzyżyk, który zawsze pod kolczugą na piersi. Miał w zwyczaju całować go w takich chwilach ale go nie znalazł.
- „Przecież nigdy go nie zdejmuję”. – Pomyślał.
Cofnął się jeszcze parę kroków.
Zatrzymał się dopiero gdy poczuł na plecach kant biurka. Odwrócił się tyłem do obrazu. Popatrzył jeszcze raz na komnatę. Musiał znajdować się w jakimś nieznanym sobie skrzydle Watykanu. Oprócz obrazów i arrasów zdobiących swą wątpliwą urodą ściany, jego przypuszczenia zdawały się potwierdzać złote żyrandole i bogato rzeźbione meble, także inkrustowane złotem. Mimo tego przepychu, segmentu pełnego starych ksiąg i haftowanego dywanu cała komnata emanowała jakimś nieokreślonym złem. Nawet stojący przed nim na biurku krucyfiks był jakiś dziwny. Przyjrzał mu się dokładniej i dostrzegł czerwone krople. Miał nadzieje, że to tylko farba ale szybko jego nadzieje okazały się płonne. Pod palcami poczuł lepkość.
- Boże! – Krzyknął.
Jakby w odpowiedzi dobiegł go inny krzyk. Dochodził zza drzwi naprzeciwko. Podbiegł do nich i szarpnął za klamkę. Były zamknięte od wewnątrz.
- Otwierać! – Krzyknął ale znów usłyszał tylko krzyk.
Dopiero teraz rozpoznał głos i nie miał najmniejszych wątpliwości – to był głos Wielkiego Ojca. Naparł na drzwi całym swoim ciężarem ale bez rezultatu. Poczuł dotkliwy ból, pewnie otworzyły mu się rany ale nie zwracał na niego uwagi. Jakby go wcale nie czuł. Chyba miał za dużo wrażeń jak na te kilka dni bo dosyć, że nie wiedział jak się tu znalazł to nawet nie pamiętał kiedy się przebrał.
Najważniejsze, że miał przy sobie miecz. Postanowił nie czekać dłużej na innych Rycerzy Kościoła. Dobył miecza z pochwy i rękojeścią uderzył kilka razy z całej siły w zamek. Za którymś razem usłyszał oczekiwany trzask i zamek upadł mu pod nogi.
Nadstawił ucha ale już nic nie słyszał. Kopnięciem otworzył drzwi, które omal nie wypadły z zawiasów.
- Ekscelencjo?!
Nadal cisza.
Nie wiedział czy od uderzenia czy od krzyku obraz wiszący tuż nad drzwiami spadł ze ściany. Obraz przedstawiał płaczącego, leżącego w kałuży krwi Ojca Świętego. Ze zgrozą zauważył, że obecnego.

Gdy tylko przekroczył próg komnaty poczuł się jakby dostał ataku apopleksji. Cały trząsł się na widok tego co zobaczył w środku. Stał z mieczem w ręku i mimowolnie zaczął się cofać. Nawet on, chociaż wiele już przeżył nie był przygotowany na taki widok. Nikt chyba nie mógłby być na niego przygotowanym. Znajdował się w sypialni Papieża. Na samym środku w pełni światła wpadającego przez otwarte okiennice widział leżącego na łożu z baldachimem Konstantyna. Papież miał tak spokojną twarz, że wyglądał jakby spał ale Werterheusen wiedział, że ma przed sobą tylko martwe ciało. Całe jego ubranie i pościel były zakrwawione.
Rycerz widział jak Konstantyn się uśmiechał ale tak naprawdę to uśmiechała się tylko jego twarz a w zasadzie oczy. Głowa była brutalnie oderwana od tułowia a na szyi dostrzegł poszarpaną skórę. Tuż przed nim, na tym samym łożu siedziała sprawczyni tego bluźnierczego mordu. Patrzyła na niego w milczeniu a w jej oku płonęła ironia. Werterheusen po raz kolejny pomyślał, że sprowadził zgubę na cały Zakon i przekleństwo na samego siebie. Kobieta, która przed nim siedziała była wiedźmą, którą przygarnął pod swój dach.
Bacznie łypała na niego swoim zdrowym okiem ale nic nie mówiła. W dłoniach trzymała oderwaną głowę Papieża. Trzymała ją odwróconą pustymi oczodołami do ziemi. Czaszka była wyżłobiona z ten sposób, że stanowiła makabryczne naczynie. W jej środku niczym zupa przelewała się czerwona substancja. Nawet nie pytał co to jest. Nie był w stanie wykrztusić z siebie żadnego słowa. Domyślał się gdzie znajdują się oczy – pewnie służą za uszka w tym ohydnym barszczu. Jakby odgadła jego myśli. Znów usłyszał ten przerażający śmiech.
- Może jesteś głodny?
Tego już było za wiele nawet dla niego. Odwrócił się i zwrócił resztki jedzenia.
- Mogłeś powiedzieć, podałabym Ci miskę.
Nie wiedział jakim sposobem stanęła tuż przed nim. Podsunęła mu pod usta czaszkę. Jej smród odbierał mu zmysły. Wysiłkiem myśli odrzucił od siebie obrzydzenie i z całej siły odepchnął naczynie. Czaszka wypadła z rąk wiedźmy i potoczyła się po dywanie rozlewając całą swoją zawartość.
- Bądź przeklęta! – Krzyknął i zamachnął się orężem ale cofnęła się w ostatniej chwili.
Nie sądził, że kobieta ma jeszcze w sobie tyle wigoru. Jej twarz się zmieniła a oczy przestały się ironicznie uśmiechać – teraz płonęła w nich nieopisana nienawiść.
Zaczęła się do niego zbliżać. Jej wargi odsłoniły nienaturalnie długie, ostre zęby, które swoim wyglądem przypominały stare kły tygrysa szablo-zębnego.
Werterheusen wiedział, że sam jej nie pokona ale zza pleców dobiegły go odgłosy kroków. Miał szczęście.
Nieopatrznie odwrócił się w ich stronę. Chciał krzyknąć ale nie zdołał. Poczuł piekący ból na szyi, coś jakby ukłucia. Równocześnie poczuł na sobie kościste, szponiaste dłonie. Został całkowicie sparaliżowany i nie był w stanie się poruszyć. A pomoc nie nadchodziła. A może miał przesłyszenia. Powoli zamknął oczy. Jeszcze raz je otworzył.

Z początku myślał, że mu się coś tylko wydawało. Teraz jednak nie miał już takiej pewności. Miał wrażenie, że głosy się zbliżały. Nie mógł jeszcze zrozumieć poszczególnych wyrazów.
- „Chyba, że…” – Pomyślał i podszedł do samych drzwi.
Głosy dochodziły z podziemnej komnaty, tej samej, w której poprzedniej nocy walczył przeciwko Aragonowi i jego współspiskowcom.
Już miał iść zawiadomić Werteheusena o swoim odkryciu ale zdało mu się, że już może rozróżnić poszczególne wyrazy. Oparł się o drzwi chociaż zdawał sobie sprawę, że gdyby nagle się otworzyły to w każdej chwili mógłby zginąć. Przytknął ucho do ściany ale nie mógł uwierzyć własnym uszom. Jego życie już wisiało na włosku.
- „Ale jak oni się tu dostali?” – Tego nie wiedział. – „A może wcale nie uciekli?”

- Musimy doprowadzić swoje plany do końca ale tym razem nikt nie może wiedzieć, że to my. – Aragon zatrzymał się przed stolikiem.
Rozejrzał się dokładnie po komnacie ale zobaczył tylko to czego się spodziewał – trupy i resztki nie wsiąkniętej jeszcze krwi. To samo widział w korytarzach i lochach prowadzących do tajemnej komnaty pod posiadłością Werterheusena.
Aragon był doświadczonym rycerzem i nie był zdziwiony tym co znalazł w komnacie. W milczeniu spojrzał na kilku stojących w pobliżu rycerzy po czym zwrócił się do jednego z nich:
- I co Ramon?
Ten w odpowiedzi wskazał porozrzucane ciała. Aragon podjął urwaną rozmowę.
- Nie zamierzam się poddać. Nie teraz gdy już wszystko gotowe.
- Ale co zrobimy z Werterheusenem? – Zapytał jeden ze stojących za nim Rycerzy Kościoła.
- Jego zostawcie mnie. – W głosie Aragona dało się słyszeć bezlitosne zdecydowanie. – Zajmę się nim gdy nic nie będzie w stanie zagrozić mojej władzy. Jeśli mi pomożecie to wszyscy na tym skorzystamy.
- A co z tą wiedźmą?
- Ona mi się jeszcze przyda a potem… – Uśmiechnął się obleśnie.
Za nim zaśmiali się wszyscy zebrani ale Aragon już się nie śmiał. Obchodził i kopał zwłoki z pogardą. Nagle zatrzymał się i mina mu spoważniała gdy kopnął jednego z poległych i jego ciężki but utknął w dziurze.
- Co do diabła. – Schylił się i odwrócił leżące ciało. – „Czyżby jednak Ramon miał rację?” Odwrócić wszystkie ciała.
Nie wierzył. Obszedł dookoła wszystkich poległych i przyjrzał im się dokładnie. Prawie wszystkie miały rozbite potylice i nie posiadały mózgów. Pochylił się nad jednym z poległych – te zwłoki akurat posiadały jeszcze mózg a raczej to co z niego już zostało. Aragon dojrzał wyraźne ślady zębów i odgryzień. Nawet on nie mógł na to patrzeć. Kopnął ciało i odwrócił się do pozostałych rycerzy.
- Wychodzimy.
Wszyscy skierowali się w stronę korytarzy, którymi dostali się do komnaty.

Powinien zawiadomić Werterheusena ale ledwo się trzymał na nogach. Sam nie wiedział jakim sposobem zszedł po schodach.
Wiedział, że żyje tylko dzięki miksturom pewnej starej kobiety, która zeszłej nocy po walce wyniosła go z tej komnaty. Ledwo przeżył ostatnie spotkanie z Aragonem a znów sam się pakował w kłopoty. Odwrócił się od drzwi ale chyba zrobił to zbyt gwałtownie bo aż jęknął z bólu.
Usłyszał szybkie kroki i zaczął iść w górę schodów. Wiedział, jednak że nie zdoła uciec. Drzwi rozwarły się z hukiem.
- Panowie, – Usłyszał głos Aragona zwracającego się do swoich popleczników. – chyba rozwiązaliśmy największą zagadkę naszych czasów.
Chwycił próbującego uciec Jamala i brutalnie wciągnął go do komnaty.
- Panowie, poznajcie czcigodnego Jamala, naszego wybawcę i mordercę Ojca Świętego.
Wszyscy się zaśmiali i drzwi do komnaty zamknęły się z głuchym trzaskiem.


03 lutego 2006 – 09 lutego 2006

Konrad Staszewski

 

Styczeń 7th, 2008 przez Konrad Staszewski

Matka Herezji

Rozdział I: Konflikt członków Zakonu z przedstawicielami Watykanu

Wszyscy zawsze zazdrościli mu majątku, zarówno mieszczanie jak i rycerze. Żył jak książę. Często organizował huczne zabawy w swoim pałacu. Jako jeden z nielicznych rycerzy nie musiał mieszkać w Kościele – ogromnej budowli dobudowanej do Wielkiej Świątyni. Był z tego dumny jak i z tego, że sam zaprojektował przebudowę Kościoła i osobiście ją nadzorował przez kilka lat. Miał wiele zasług wobec Watykanu i często Papież przymykał oczy na jego ekstrawaganckie poczynania. Raz nawet Werterhausen siłował się z nim na rękę i wygrał pojedynek.
Jego imię codziennie brzmiało na ustach połowy miasta. Lubił jak było o nim głośno.
- „A dzisiaj kolejne przedstawienie” – pomyślał i uśmiechnął się pod wąsem.
Zbliżyli się do pałacu i wyraźnie można było już dostrzec sześć wysokich, kilkunastu-metrowych baszt. Sam pałac ze wspaniałym ogrodem liczył kilka hektarów powierzchni. Jego towarzyszka podróży nie przypuszczała, że ktoś mógłby kiedykolwiek tam mieszkać.
- Twój dom może pomieścić wiele osób rycerzu, na pewno całą Twoją rodzinę. – Odezwała się chrapliwym głosem. – To Ciebie nazywają Werterhausenem prawda?
Spojrzał na nią zaskoczony a nie wykrztusił ani jednego słowa.
- Wiem jak wyglądam ale wkrótce wszystko się zmieni.
-Gdy to usłyszał ciarki przebiegły go po całym ciele.
- „Na zawsze już będę przeklęty.” – Pomyślał.
Ona tylko się uśmiechnęła. Znów zobaczył jej zęba i odwrócił głowę, żeby nie zwrócić udźca, którego zjadł na śniadanie.
- Skąd…
Przerwała mu w połowie zdania:
- Wiem o Tobie wszystko. Niektórzy nazywają mnie Delphią.
Werterhausen nagle się zatrzymał jakby stanął na krawędzi przepaści. Spojrzał na nią a ona przyglądała się badawczo jego reakcji. Zaczął żałować, że w ogóle się narodził. Ale nic się nie odezwał. Nie chciał, żeby ktoś niepowołany usłyszał ich rozmowę.
Stanęli przed mosiężną bramą pałacu.

*

Było już po zmierzchu i na szczęście nikt nie dostrzegł niesamowitego gościa. Posiadłość wyglądała na wymarłą. Wszyscy spali nie licząc tylko strażników trzymających wartę na murach i przy bramie. Kazał służbie przygotować komnatę dla Delhi. Był pewien, że po tylu wrażeniach szybko uśnie. Jej komnata przylegała do jego więc słyszał jak pokojówka zaprowadziła Wyrocznię do łaźni. Po jakimś czasie znów usłyszał zgrzyt otwieranych i zamykanych drzwi. Był pewien, że poszła spać. W jej komnacie zapanowała złowroga cisza ale nie przejmował się tym. Tej nocy czekało go bardzo ważne spotkanie z rodziną – jedyną rodziną jaką posiadał.
Odczekał jeszcze jakiś czas, żeby się upewnić czy wszyscy śpią. Spojrzał na stojący na hebanowym stole zegar. Złote wskazówki zbliżały się do magicznej godziny. Gdy osiągną szczytową pozycję w miejscu łączenia się pół-komór serca powinien już być w kaplicy. Gdy tarcza zegara w kształcie serca zaczęła rytmicznie raz rosnąć a raz maleć był już ubrany w białą jedwabną koszulę z bufiastymi rękawami. Na ramionach srebrnymi klamrami przyczepioną miał czarną pelerynę, Przez prawą pierś i lewe ramię aż do pasa przebiegały dwie czerwone szarfy. Wziął ze stolika białą kopertę, leżącą do tej pory pod pięcioramiennym mosiężnym świecznikiem i schował ją za inkrustowaną srebrem klamrę przy pasie. Sprawdził jeszcze jak wygląda. Czarne bawełniane spodnie, gdzieniegdzie przetykane cekinami i okute metalem buty stanowiły ostatni krzyk mody w całym Watykanie. Gdy zapalił świece wszystkie ramiona pentagramu rozświetliły cały świecznik. Wziął go ostrożnie do ręki i wyszedł z komnaty. Miał mało czasu, żeby znaleźć się w kaplicy. Przystanął jeszcze na chwilę w korytarzu ale nie usłyszał niczego co mogłoby go zaniepokoić. Upewniwszy się, że wszyscy śpią, nawet Wyrocznia, poszedł w lewo wzdłuż korytarza. Niektóre pochodnie jeszcze nie zdążyły się wypalić. Minął trzy korytarze prowadzące do sali balowej, północnej wieży i do spichlerzy. Z obrazów i portretów na ścianach obserwowały go groźne oczy jego przodków. Nie byli oni poprzednimi właścicielami pałacu ale nigdy nie rozstawał się ze swoimi korzeniami. Czasem jednak te oczy przyprawiały go o dreszcze ale nigdy tak bardzo jak to co miało mu zmrozić krew w żyłach za kilka minut.
Skręcił w boczny korytarz i dotarł do litej ściany. Po obu jej bokach stały niczym strażnicy, posągi ubrane w zbroje i ze skrzyżowanymi halabardami. Wszystko byłoby normalnie, przecież w każdym korytarzu i przed każdą komnatą wartę trzymali tacy strażnicy ale tylko on znał ich tajemnice, jednakże tego co zobaczył nie mógłby sobie wyobrazić nawet w najgorszym koszmarze.

**

Schodził po schodach. Przebył już może pół drogi z pochodnią w ręce gdy nagle na ścianie dostrzegł ciemny kształt.
Wiedział, że jest to jakaś postać, ktoś człekokształtny. Poczuł zimno przenikające całe jego ciało.
- A może wrócić? Odwołać spotkanie? – Próbował odsunąć wszystkie myśli od siebie. Ale czy zdoła wszystkich zawiadomić? Był pewien, że większość Rady już czeka na dole. Zestąpił jeszcze kilka schodów. Stawało się coraz ciemniej. Znał wszystkie zakamarki tego pałacu. Nie bez powodu nosił on nazwę Dragonia – jego ród od wieków miał smoka w herbie. Wszystkie korytarze były długości jego ogona.
Wiatr przeniknął całe ciało rycerza. Zatrzymał sie na ułamek sekundy, poczuł jak serce niemal stanęło mu w miejscu. Jeszcze kilka sekund i krew odpłynęłaby mu z twarzy.
- „Kim ona jest? Czemu mnie prześladuje?” – Takie myśli bez przerwy krążyły mu po głowie. Spojrzał ponownie na ścianę, w tym momencie zgasła pochodnia. Zanim jego oczy przyzwyczaiły się do otaczającej ciemności usłyszał chropowaty śmiech, śmiech nieludzki, śmiech szatana. Nie słyszał swoich kroków, jakby ktoś zatkał mu uszy.

Delphia, odczekawszy kilkanaście minut, by upewnić się, że rycerz wyszedł, delikatnie i po cichu wysunęła się spod kołdry. Powiedziała, że wie o nim wszystko. Mówiła to głosem pełnym zapału i takim, że uwierzyłby w to każdy. Sama jednak wolała się upewnić, czy „wszystko” jest na pewno „wszystkim”. Spojrzała w lustro i zobaczyła samą siebie a za sobą kogoś jeszcze – inną kobietę. Wiedziała, że nie jest sama. Że w nocy coś się z nią dzieje. Że ta kobieta gdzieś znika. Jakby jej ciało rozchodziło się w dwie przeciwne strony. Były razem odkąd pamiętała. Zamknęła oczy a gdy je otworzyła już była sama przed lustrem.
Służba Werterhausena była wyjątkowo przykładna, bo w trakcie przygotowywania dla niej pokoju nie zostawili żadnych przedmiotów, z których mogłaby wyczytać coś o właścicielu. Zarzuciła więc na siebie szlafrok, wzięła palącą się świecę z kredensu i uchyliła lekko drzwi. Nikogo nie było na korytarzu, co dawało jej możliwość niezauważonego prześlizgnięcia się za róg. Gdzie chciała dotrzeć? Do biblioteki, skarbnicy wiedzy. Można w niej wyczytać prawdy nie tylko o świecie, ale i o jej posiadaczu. Pierwsze drzwi, na które się natknęła prowadziły do kuchni. Były uchylone, więc zajrzała do pomieszczenia. Cofnęła szybko głowę, widząc tłum kucharek kłębiących się wewnątrz. Zdążyła jednak poczuć zapach wytwornego jedzenia. To potwierdzało tylko to, co myślała o Werterhausenie.
- Ktoś tam był? – usłyszała piskliwy głos.
- Wydawało ci się – odpowiedział drugi, niższy.
- Ktoś tu zajrzał, mówię ci.
- Pewnie Jalian znów robi sobie żarty, zamiast sprzątać.
I na tym się skończyło, ale Delphia wolała nie ryzykować. Przeszła na palcach kilka metrów i zaczęła biec, najciszej jak potrafiła. Dotarła do schodów. Wspięła się nimi na drugie piętro. Tam napotkała galerię obrazów. Wszyscy byli do siebie na tyle podobni, że musieli być rodziną. Spojrzała na ich rysy, dumne i władcze. Było w nich coś ciekawego. Jakiś płomyk fantazji, który mógł nakłonić swojego właściciela do złamania zasad. Do walczenia dla idei, którą poprze sam, nie z przymusu. Oby Werterhausen też miał w sobie to coś. Dalej natrafiła na serię zamkniętych drzwi. Na pewno nie prowadziły do biblioteki, więc nawet nie próbowała się z nimi siłować. Przeszła jeszcze kawałek korytarzem, ale dalsza część posiadłości wydawała się opuszczona, albo przynajmniej niezbyt często używana. Wróciła do schodów i weszła jeszcze wyżej. Krążyła po korytarzach, szukała otwartych drzwi, a gdy je znalazła natrafiała na nowe korytarze. Kiedy nawet weszła do jakiejś komnaty, nic nie zapowiadało na to, by ktoś w niej mieszkał ciągle. Czy naprawdę wszystkie te komnaty były przygotowane dla gości? Po co jednemu rycerzowi tak wielka posiadłość? Czy urządza aż tak wielkie przyjęcia? Może u niego odbywa się konklawe? Delphia uśmiechnęła się drwiąco i poszła dalej. Sam Bóg wie, ile czasu krążyła po zaułkach domu, ale było to na pewno kilka godzin. Znalazła kilka rodzinnych pamiątek, ale nic osobistego. Spodobał jej się za to niewielkich rozmiarów sztylet, poręczny i wygodny, który postanowiła wziąć dla siebie. Właśnie oglądała odbicie swojej atrakcyjniejszej strony w ostrzu, gdy coś wewnątrz kazało jej spojrzeć przez okno. Jej intuicja, jak zawsze, nie zawiodła jej i gdy odsłoniła ciężkie, zakurzone zasłony. Ktoś spojrzał w okno.
- „Pewne któryś ze służących ale nawet on nie może mnie zobaczyć” – Pomyślała. Zbiegła szybko na dół, przeszła ostrożnie obok kuchennych drzwi, wróciła do swojego pokoju i zdjąwszy szlafrok wślizgnęła się z powrotem do łóżka. Potrzebowała więcej czasu na zbadanie posiadłości. Ale nic to, jeżeli teraz nie wyszło, spróbuje następnym razem. Sztylet schowała pod materacem łóżka.

- Werterhausen, to Ty?! – Usłyszał przekrzykujące się głosy. Nie odpowiedział. Zastanawiał się czym odpalić pochodnię. Nie miał przy sobie nawet krzesiwa. Nagle, tak szybko jak zgasł tak szybko płomień pojawił się ponownie. Ale Rycerz wiedział, że już nie wolno mu się cofnąć. Już widział dębowe, okute żelazem drzwi na samym dole
- Dziwne niby ciemno a jednak widzę kontury. A co to? Tam na końcu? – Jego oczom ukazało się coś w kształcie czaszki. Mógłby przysiąc, że jest to czaszka jednego z jego przodków. Ale przecież na żadnych drzwiach nigdy nie było żadnych symboli a co dopiero czasza kogoś tak bliskiego jak jego ojciec.
Poczuł jak traci czucie w nogach, osunął się na schody i z trudem łapał powietrze w płuca. Po chwili stracił przytomność.

***

Nie umiał zebrać myśli. Czuł się tak jakby ktoś rękami rozrywał mu mózg. Spróbował otworzyć oczy ale poczuł taki ból, że od razu je zamknął. Oczami wyobraźni widział jak pękają mu żyłki i białko spływa na schody. Jego zmysł słuchu także odmówił posłuszeństwa. Pamiętał tylko dziwną czaszkę nad drzwiami, która zdawała się naśmiewać z niego.
Spróbował poruszyć ręką. Poczuł jakiś dziwny ciężar jakby coś mu ją przygniatało. udało mu sie odwrócić głowę i na ułamek sekundy otworzyć oczy. Zdołał tylko dostrzec młodego mnicha trzymającego go za rękę. Pod palcem poczuł coś miękkiego, włochatego. Widocznie ktoś go znalazł i ułożył na jakimś kocu. Z wielką trudnością przesunął wolną rękę, która nagle straciła oparcie i bezwładnie zawisła w powietrzu. Miał wrażenie, że pękają mu ścięgna. Z gardła wydobył mu się mimowolnie głuchy skrzek. Usłyszał się. Wrażenie ogłuszenia minęło. Zrozumiał, że leży na jakimś stole. Ale nie tylko on go usłyszał.
- On żyje! – Ktoś krzyknął tuż nad jego uchem. – Dajcie mu pić! Szybko! Werterheusen ponownie otworzył oczy. Z wolna wracały mu siły. Chciał powiedzieć, że straszliwy ból rozrywa mu czaszkę, ale nie umiał wykrztusić z siebie słowa. Wracała mu także świadomość. Zdał sobie sprawę z tego, że minie kilka godzin zanim ponownie wróci do życia. Spotkanie musi odbyć się w innym terminie. Poza tym nadal nie wiedział gdzie się znajduje.
Usłyszał szybkie kroki. Kilku okutych w ciężkie buty mężczyzn zbliżało się w jego kierunku. poznawał ten dźwięk – czyżby to byli jacyś rycerze?
- Podnieście go! – Zadecydował ten sam gruby, władczy głos, który przed chwilą atakował jego uszy.
Coś go szarpnęło i podniosło do góry. Własnymi siłami spuścił nogi. Teraz już siedział podtrzymywany przez trzech mężczyzn. Do jego nozdrzy dotarł jakiś przyjemny waniliowy aromat. Miał już na tyle siły, że mógł swobodnie obserwować otoczenie – bolały go jeszcze oczy ale był dość wytrzymały na ból, lata ćwiczeń w zakonie go zahartowały. Przed nim stał ten sam młody mnich, który wcześniej trzymał go za rękę. Dopiero teraz go poznał, to był Jamal. Trzymał w rękach jakąś złotą miseczkę.
- Wypij to Panie.

Werterheusen nie pytał nawet co to jest, całkowicie zaufał mnichowi. Znał go jak samego siebie. Pamiętał ten dzień kiedy Jamala przygarnął pod swoje skrzydła. Był jeszcze mnichem kiedy rodzice chłopca zginęli. Krążyły różne plotki ponieważ małżeństwo Borgiów od dłuższego czasu nie wychodziło z domu i nie pokazywało się na mieście. Werterheusen znał ich dobrze i rozumiał, że młodość także ma swoje prawa. Jamal nigdy nie sprawiał im kłopotów, więc mogli sobie czasem pozwolić na chwilę relaksu, samotności we dwoje.
Nigdy nie próbował ich też nawracać na swoją wiarę. Byli jego bliskimi przyjaciółmi i nie chciał ich urazić. Tej pamiętnej nocy także miał inny zamiar. Przejechał pół miasta, żeby tylko pochwalić ich syna – wspaniale się uczył w szkole zakonnej. Nie spodziewał się takiego widoku. Gdy tylko dotarł do domostwa zeskoczył z konia i przez wyłamane drzwi wbiegł do środka. Tylko w jednym pokoju palił się kandelabr. To co kiedyś było meblami teraz nie nadawało się nawet do palenia. Wszystkie okna były powybijane. Potknął się o dwa ciała. Znalazł jakiejś świecy i odpalił jej knot od kandelabru. Pochylił się nad ciałami. Bez wątpienia byli to Ronald i Emmeline Borgia. Bladzi, w ich oczach nie znalazł żadnej iskry życia. Widocznie z kimś walczyli bowiem ich członki były połamane i powykręcane w nienaturalnych pozycjach. Najbardziej zainteresowały go jednak dziwne ślady na nadgarstkach, przegubach dłoni i tętnicy. Jakby coś ich pogryzło. Ale owady nie są w stanie wypić z człowieka całej krwi i nie mają takiego zmysłu, żeby gryźć symetrycznie w tych samych miejscach. To musiało być coś bardzo silnego, przecież zdemolowało cały dom. I nie wiedział co to mogło być za zwierzę. Te nakłucia jakby igłą i krople krwi na ubraniach przez lata nie dawały mu spokoju, nie mógł spać w nocy. Cały czas miał przed oczami to co wtedy zobaczył. Spalił zimne ciała wraz z budynkiem. W jakiś czas później Kościół oficjalnie ogłosił o pojawieniu się tajemniczej zarazy, którą dzięki bożej pomocy udało się opanować zanim zaczęła rozprzestrzeniać w całym państwie.
Werterheusen zaczął się domyślać co to mogło być ale bał się do tego przyznać. Znalazł dokumenty w podziemiach Świątyni świadczące o podobnych przypadkach we wcześniejszych okresach istnienia Kościoła. Ale to było zbyt przerażające, aby mogło być prawdziwe. Wtedy też zdecydował się przyjąć Jamala pod swój dach. Zawsze traktował go jak młodszego brata.

****

Musiało minąć wiele czasu. Nie wiedział kiedy i jak znalazł się przy stole. Siedział na drewnianym krześle pośrodku komnaty. Rozejrzał się dookoła. Wszystkie żyrandole były zapalone. Gładkie gipsowe ściany, obrazy i zbroje, nawet posągi ustawione przy drzwiach. Nie miał wątpliwości, że znajduje się w podziemnej komnacie swojego pałacu. Naprzeciwko niego stało około tuzina mężczyzn. Ich zbroje tańczyły tęczą kolorów pod łukowym sklepieniem komnaty.
- Czas żebyśmy porozmawiali. – Znowu ten sam tubalny głos świdrował mu umysł. Czuł się jak na przesłuchaniu. – Chyba, że nie czujesz się na siłach. Werterheusen wiedział wreszcie z kim ma do czynienia. To był Aragon – najstarszy wśród obecnych rycerzy – mnichów. Odkąd tylko Werterheusen wszedł do zakonu od razu zaczęły sie między nimi scysje i nieporozumienia. Werterheusen podejrzewał, że jego konkurent zazdrości mu tak szybkiej kariery w zakonie. Sam został mianowany jedynie Skarbnikiem Zakonu a przecież też miał niemałe zasługi.
- O czym?
- Dobrze wiesz o czym! – Krzyknął Aragon. Werterheusen spojrzał mu głęboko w oczy ale ujrzał jedynie bezdenną przepaść. Popatrzył na twarze pozostałych ale wszystkie były kamienne a oczy szklane.
- Też macie wrażenie, że ktoś Was obserwuje?
Aragon w odpowiedzi rzucił na stół jakiś plik dokumentów.
- On albo my!
Werterheusen rozwinął rulon.
- To podziemia Świątyni. – Wyjaśnił Aragon. Jego siwa, równo przystrzyżona broda dodawała mu arystokratycznego wyglądu. Zdawało się, że w tej chwili jest głosem całego zakonu. – Ten długi, wąski korytarz doprowadzi nas do sypialni Papieża.
- Wydaje mi się, że jeszcze za wcześnie na tak drastyczne kroki.
Złowrogi szmer rozniósł się po całej komnacie. Werterheusen w porę zorientował się co się dzieje. Błyskawicznie zerwał się z krzesła. Przewrócił stół roztrzaskując go na kawałki i wyszarpnął miecz z pochwy.
- Przecz zdrajcom!
Wycofywał się krok po kroku aż plecami oparł się o ścianę.
W tej samej chwili żyrandol, który wisiał tuż nad stołem spadł z chrzęstem w miejsce, gdzie jeszcze kilka sekund wcześniej stał Werterheusen. Rycerz kątem oka dostrzegł przecięte sznury zwisające z sufitu.
Wszystko było przygotowane na wypadek jego oporu. Pozostali rycerze w milczeniu dobyli broni i z zawiścią w oczach ruszyli w jego stronę.
Werterheusen wiedział, że w tej bitwie nie ma szans.

Nikt nie zaważył dziwnego cienia wolno sunącego po ścianie a ci, którzy go dostrzegli nie zwracali na niego uwagi myśląc zapewne, że to tylko jeden z cieni rzucanych przez sztuczne oświetlenie komnaty. Przecież znajdowali się kilkanaście metrów pod ziemią.
- Wypruję flaki każdemu kto się tylko ruszy! – Napastnicy stanęli na chwilę i zaskoczeni spojrzeli po sobie. Co prawda Werterheusen poruszał ustami ale to nie był jego głos. On nie wydał z siebie żadnego dźwięku a słowa pojawiły się w ich głowach z niewiadomego źródła.

Rycerz Kościoła skorzystał z dezorientacji przeciwników i z obnażonym mieczem w dłoni rzucił się w sam środek rycerzy. Stanął oko w oko z Aragonem. Ten w porę odzyskał świadomość tego co się dzieje.
- Zdechniesz psie!
Werterheusen w odpowiedzi ciął mieczem ale napotkał opór w postaci oręża przeciwnika. Spróbował ponownie ale starszy rycerz wytrącił mu broń z ręki i uderzył go pięścią trzymającą miecz. Na skórzanej, nabijanej ćwiekami rękawicy pozostał krwawy ślad. Werterhesuen nie spodziewał się takiej siły ciosu. Upadł na ziemię i pojechał kilkanaście centymetrów rozrywając sobie płaszcz na strzępy. Nawet nie miał czasu sprawdzić obrażeń, czuł tylko ból nosa i szczęki – domyślił się, że są złamane. Teraz wszyscy rycerze ponownie ruszyli w jego stronę. Spróbował sięgnąć po miecz ale broń wbiła się aż po samą rękojeść w futrynę drzwi. Nie mógł go dosięgnąć. Zdążył tylko wydobyć sztylet z za cholewy buta gdy pierwszy ze zdrajców go dopadł. Ostre jak brzytwa ostrze było skierowane w krtań ale Werterheusen instynktownie przeturlał się w bok a jego ręka wystrzeliła błyskawicznie gdy napastnik zgiął się po uderzeniu. Ostrzę sztyletu wbiło się w gardło zdrajcy. Ten wypuścił broń, która wbiła się w ziemię tuż obok ucha Werterheusena. Miał szczęście.
- „Gdybym tylko chwycił ten miecz – nauczyłbym was moresu.” – pomyślał ale nie miał takiej możliwości.
Przymknął oczy a gdy je ponownie otworzył zobaczył nad sobą kolejnego pałającego chęcią mordu napastnika. Kopnął go z całej siły w podbrzusze, po czym wsunął nogę między jego stopy i go przewrócił. Tamten próbując uchronić głowę przed uderzeniem nadział się na własną broń. Krew z przebitej piersi chlusnęła w twarz Werterheusena.
Rycerz nic nie widział. Nagle w swojej głowie usłyszał dziwny szept. Nie znał tego języka, umiał się porozumiewać z różnymi obcokrajowcami, w Zakonie nauczył się wielu języków. Ten był mu obcy ale kilka słów miał podobnych do znanych mu języków. Miał znaleźć się pod ścianą. Postanowił zaryzykować. Ale jak na Boga miał się tam dostać? Przecież nic nie widział. Słyszał tylko krzyki napastników. Widać nie wiedzieli co robić. Kodeks zabraniał zabijać bezbronnych nawet rycerzy a niewidomy także był bezbronny. Jeden z napastników pochylił się nad leżącym, żeby przetrzeć mu oczy a ten błyskawicznie wyrwał mu sztylet z za pasa i wbił mu w oko. Rycerz zawył z bólu i zatoczył sie do tyłu.
Werterheusen wykorzystał nadarzającą się okazję i potoczył się w stronę ściany. Topografię komnaty miał w małym palcu, był obecny przy jej pracach odkrywkowych i sam zaprojektował jej przebudowę.
Jedynym problemem okazało się ominięcie wrogów. W tej chwili mógł liczyć tylko na swój zmysł słuchu. Niezidentyfikowany głos w jego głowie ucichł niemal całkowicie tak szybko jak się pojawił.
Werterheusen uznał jednak, że to sam Anioł Stróż przemówił do niego i postanowił mu całkowicie zaufać. Rozsądek zresztą także podpowiadał mu to wyjście z sytuacji – gdyby tylko udało mu się stanąć pod ścianą miałby już zabezpieczone plecy.
Udało mu się ominąć kilku napastników, usłyszał tylko ich przekleństwa wypowiadane pod swoim adresem i odgłosy broni tnącej powietrze w miejscu, gdzie leżał jeszcze przed chwilą. Ale chyba jego szczęście powoli się kończyło ponieważ kolejny ze zbuntowanych rycerzy przyszpilił go do podłoża. Ostrzę drasnęło mu ramię i przebiło rękaw koszuli.
- Chcę go żywego! – usłyszał górujący nad okrzykami głos Aragona w momencie gdy kolejne ostrzę zbliżało się do jego gardła.
Z wyliczeń Werterheusena lada chwila powinien się znaleźć pod ścianą. Wyszkolone zmysły po raz kolejny go nie zawiodły – gdy tylko ostrzę przeciwnika zatrzymało się w powietrzu, wykonał kilka błyskawicznych obrotów rozrywając sobie koszulę w kolejnym miejscu i uderzył w ścianę. Kawałek materiału został przyszpilony do podłoża. Adrenalina podniosła mu ciśnienie w żyłach, nie czuł już żadnego bólu.

*****

- „Dziwne” – pomyślał.
Od pewnego czasu nikt go nie atakował. Napastnicy jakby cofnęli się w przestrachu. Słyszał ich ale podświadomie przeczuwał jakąś zmianę. Poczuł delikatny dotyk na powiekach. Miał wrażenie, że ktoś przeciera mu oczy jedwabną chusteczką, ale zdawał sobie sprawę z nierealności takiej sytuacji.
- Otwórz oczy.
Ponownie posłuchał tego głosu ale nie spodziewał się takiego widoku. Jego oczom ukazała się kobieta ale nie jakaś zwykła kobieta, ona miała ciało bogini i była całkowicie naga. Jej piękne ciało łagodnie odbijało światło znajdujące się w komnacie. Zdawało się być aksamitne i lekkie jak wiatr. Nie widział jej twarzy bo szła w stronę jego prześladowców ale mógłby przysiąc, że ją zna.
Nie tylko on był zauroczony, była fascynująca, kusząco poruszała biodrami. Świętego mogłaby doprowadzić do obłędu. Na oko mogła mieć około dwudziestu lat.
Zapach jej falujących, jasnych włosów wanilią zalał jego nozdrza. Coraz bardziej się od niego oddalała. Usilnie starał się na nią nie patrzeć ale nie potrafił oderwać o niej wzroku. Nie wiedział jak się znalazła w komnacie. Spojrzał po twarzach pozostałych rycerzy i ze zdumieniem spostrzegł jak ich początkowa fascynacja ustępuje panicznemu lękowi. Zauważył także coś nie dającego się logicznie wytłumaczyć zdrowym zmysłom. Kobieta im bardziej się od niego oddalała a zbliżała do rycerzy, na jego oczach rozmywała się w powietrzu. Przetarł oczy ze zdumienia. Ale nie został już po niej żaden ślad.

Wśród rycerzy zapanowało nie dające się opisać zamieszanie. Niektórzy zaczęli się cofać i wskazywać palcem w jego stronę – tak mu się przynajmniej z początku zdawało. Oni przeraźliwie krzyczeli i zaczęli walczyć ze sobą. Nagle zobaczył coś lecącego w swoim kierunku od strony przeciwległej ściany, przy której teraz tłoczyli się jego niedoszli mordercy. Ledwo powstrzymał odruch wymiotny gdy to coś upadło tuż pod jego stopami. Był to jeden z napastników a raczej jego resztki. Wśród zakrwawionych szczątków rozpoznał wytrzeszczone ze strachu oczy i kawałek nosa. Reszta ciała była całkowicie zmasakrowana. To jeszcze żyło, wyciągnęło zakrwawiony kikut ręki i chciało go chwycić za nogę. Werterheusen spróbował odskoczyć ale poczuł, że ktoś go chwycił za ramiona. Rozejrzał się dookoła ale nikogo nie było w pobliżu. Za sobą miał tylko ścianę i dziwny cień – nie jego cień. Cieniste ręce wyciągnęły się w jego stronę i nagle poczuł nieznośny ból głowy. Bezskutecznie próbował się wyszarpnąć z niewidzialnego uścisku. Jakaś siła podniosła mu głowę i rozszerzyła źrenice oczu. Widział jak cień zstępuje z sufitu i niczym mgła otula jego ciało.

Nagle drzwi do komnaty rozwarły się z hukiem i stanął w nich z mieczem w ręku zdyszany Jamal.
W mgnieniu oka zorientował się co się dzieje. Chciał jakoś pomóc Werterheusenowi ale przecież nie mógł oddać mu swojej broni, chyba, że w ostateczności. A może to jest właśnie ta ostateczność.
- „Gdybym chociaż miał jeszcze jeden miecz. Mogłem przecież wziąć jakiś zapasowy.” – Pomyślał.
Nie zastanawiał się nawet, że cudem chyba tylko udało mu się wymknąć z komnaty bocznymi drzwiami w czasie kłótni Werterheusena z Aragonem i tak samo wrócić zupełnie niepostrzeżenie. Nagle zobaczył światełko w tunelu – ujrzał miecz wbity w podłoże. Gdyby tylko zdołał go wyrwać.
- „Jamal, uda Ci się.” – Powiedział sam do siebie.
W tej samej chwili usłyszał dziwne mlaskanie, jakby ktoś coś zachłannie jadł lub pił, i mrożące krew w żyłach krzyki. Mieszało się to z ogłuszającym szczękiem żelaza. Spojrzał ale zobaczył, że Werterheusen chwiejący się na nogach z nikim nie walczył, nie miał nawet broni. A więc kto z kim walczył? Czyżby sami napastnicy między sobą? Nie otrzymał odpowiedzi na dręczące go pytania.
Ruszyło na niego kilkunastu rycerzy. Nie zdołał nawet dobiec do miecza. Zdążył tylko zobaczyć coś czego nigdy w życiu nie spodziewał się ujrzeć. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą tłoczyli się Rycerze Zakonu pozostała tylko jedna postać. Była to młoda, naga kobieta. Najpiękniejsza jaką kiedykolwiek widział na oczy. Kuliła się jakby ze strachu. Dookoła niej leżało kilka trupów, po poszarpanych strojach poznał, że byli to Zdrajcy Kościoła. Ich twarzy jednak nie rozpoznał – były rozszarpane aż do mięsa. Szczątki połamanych i poogryzanych do kości kończyn walały się po całej komnacie. Zdawało mu się nawet, że widział jakąś galaretowatą substancję. Po jej konsystencji i kolorze rozpoznał, że do niedawna musiała być jeszcze mózgiem.
Kobieta miała pochyloną głowę, tak, że nie widział jej twarzy. Zdawało mu się, że zasłoniła ją dłońmi. Wokół niej było pełno krwi, której nadmiar nie wsiąkł w podłoże.
- „Biedactwo, przecież to jeszcze dziecko.”
Myślał, że prawdziwy Anioł zstąpił z nieba. Musiała być sprzymierzeńcem Werterheusena, może nawet jego ukochaną. Na samą myśl o tym nieznane dotąd uczucie zazdrości zaczęło się wkradać do jego serca. Nieważne kim była należało ją uratować. Chciał do niej podejść, zabrać ją z tego przeklętego miejsca.
- Nie zbliżaj się do niej! – Dobiegł go krzyk od przeciwległej strony. Ledwo rozpoznał głos Werterheusena tak był nienaturalnie zniekształcony.
W tym samym momencie kobieta podniosła głowę i spojrzała w stronę Jamala a jej wzrok sparaliżował młodego zakonnika. Teraz już nie miał przed sobą wystraszonej, bezbronnej dziewczyny ale potwora, zawodową morderczynię.
Spoglądała na niego dziwna twarz, młoda i piękna ale o bezlitosnych, ostrych rysach. Takie same były jej oczy a w zasadzie jedno oko bo zamiast drugiego spoglądał na niego czarny, pusty oczodół. Jej skóra była gładka ale dziwnie biała. Wcześniejsze wrażenie miękkości i powabu jej ciała zdawało mu się teraz jedynie błędem natury.
Na twarzy miała ślady krwi a w rękach, niczym lalkę trzymała zakrwawione ciało któregoś z rycerzy. Krew miała na całym ciele, nawet na pięknych, pełnych piersiach – wcześniej chętnie by się w nie wtulił, utonął w nich całując każdy ich milimetr a teraz patrzył na nie z rosnącym z każdą sekundą przerażeniem. Gdy się do niego uśmiechnęła zobaczył nienaturalnie długie i szpiczasto zakończone, zakrwawione zęby, a raczej kły trzonowe.
- Uciekaj! – Usłyszał ale nie umiał zlokalizować źródła tego głosu. Tak czy inaczej była to dobra rada.
Ale już nie miał wyjścia. Był tak przerażony widokiem wpatrzonej w niego kobiety, że całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Nawet nie czuł jak wpadają na niego uciekający w panice Rycerze Zakonu. Nabijali mu siniaki i przesuwali go. Nie wiedział nawet kiedy znalazł się kilka metrów od drzwi. Gdy otrząsnął się z wrażenia chciał się wycofać w stronę drzwi ale przy nich nadal było tłoczno. Nagle poczuł palący ból na wysokości lewego żebra. Ręką chwycił się za bolący bok. Pod palcami poczuł lepką, gęstą ciecz a nieco powyżej sterczącą rękojeść sztyletu. Próbował go wyrwać z rany ale bezskutecznie. Obrócił się w bok i wytrzeszczył oczy w niedowierzaniu. Zdołał tylko wydobyć ze swojego gardła jeden krzyk:
- Ar…! – Reszta wyrazu została niewypowiedziana w rozciętym gardle.

Werterheusen nadal próbował wyrwać się z niewidzialnego uścisku ale zamarł na chwilę słysząc głos Jamala. Zobaczył jak jego broczące krwią ciało upadło na ziemię. Zdawało mu się, że przez moment mignęła mu w drzwiach rękawica Aragona. Łatwo mógł ją rozpoznać – tylko on miał rękawice obrębione złotą nicią.
Znów zaczął się szamotać ale cieniste ręce trzymały go niemiłosiernie mocno. Poczuł jak coś wnika w jego ciało. Coś niematerialnego, jakaś obca siła próbowała zawładnąć jego ciałem i umysłem. Ból w skroniach niemal rozrywał mu mózg. Nagle, zupełnie niespodziewanie ucisk, cały ból zniknął, cień także. Ale Werterheusen jakby już nie był sobą. Wstąpiły w niego nowe nieznane do tej pory siły. Miał wrażenie, że mógłby podbić cały świat.
Dwaj pozostali napastnicy próbowali równocześnie wydostać się z komnaty ale zablokowali się w drzwiach. Lekko wyrwał swój miecz, jakby w ogóle nie użył siły i wolno ruszył w ich stronę. Kobieta jednak okazała się o wiele szybsza. Spojrzała w stronę drzwi, odrzuciła ścierwo trzymane w rękach i odbiła się od ziemi lekko niczym kotka. Mignęła mu tylko w powietrzu i bezszelestnie wylądowała na plecach jednego z zakonników. Powietrze rozdarł ogłuszający krzyk gdy jej palce, a może szpony – tego do końca nie wiedział, wbiły się w plecy nieszczęśnika. Na podłoże zaczęły skapywać krople krwi. Werterheusen zatrzymał się na chwilę na środku komnaty i z chorą fascynacją przyglądał się tej scenie jakby oglądał jakieś przedstawienie na deskach teatru. Na jego oczach pochyliła głowę nad szyją rycerza i znów usłyszał to charakterystyczne mlaskanie. Teraz już nie skapnęła ani jedna kropla. Na jego oczach z wolna uciekało życie.
Kompan ofiary nie nękany przez nikogo z trudem przedostał się przez drzwi i pobiegł wgłąb podziemi.
- Daleko nie ucieknie. – Werterheusen powiedział głośno i z ulgą stwierdził, że powoli wraca mu jego własny, naturalny głos. Nadal miał jednak dziwne wrażenie dwoistości swojej osoby, jakby oprócz niego samego ktoś jeszcze mieszkał w jego ciele.
Otrząsnął się z marazmu, kopnął walające mu się pod nogami zwłoki swoich niedoszłych zabójców i skierował swe kroki w stronę nieznajomej kobiety. Ta puściła blade jak płótno ciało, wyprostowała się podeszła do niego kilka kroków po czym stanęła jakby onieśmielona swoją nagością. Jej pełne gładkie piersi kusząco falowały przy każdym jej oddechu. Stanęła naprzeciwko niego i dopiero teraz mógł się jej dokładnie przyjrzeć. Dziwne ale nie czuł przed nią lęku. Wbrew pozorom nie miała pazurów ani szponów. Kły ukryła pod czerwonymi od krwi, cienkimi wargami. Przez chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. Spojrzał w jej błękitne oko i zobaczył w nim nieskończoną głębię oceanu.
- Kim jesteś?
- Częścią Ciebie. – Odpowiedziała a jej słodki, łagodny głos sprawił, że serce mu szybciej zabiło.
Gdyby była zwykłą kobietą mogłaby spłodzić liczne i silne potomstwo. Zatopił się we własnych myślach. Dopiero po kilku sekundach oprzytomniał i zorientował się, że jak jakiś nastolatek zapatrzył się na jej szerokie, może nawet dziewicze uda. Ale ona nie była człowiekiem.
Uniósł miecz i skierował jego ostrzę w jej kierunku. Dziwne ale nie atakowała go.
Spoglądała na niego jakby z zaciekawieniem i uśmiechała się zalotnie. Znów ruszyła wolno w jego stronę. Nie wiedział co robić – religia zakazywała zabijać kobiety, nawet w obronie własnej.
Targany wątpliwościami nie zauważył kiedy stanęła tuż przed nim. Była wyższa od niego prawie o głowę.
Był całkowicie oszołomiony jej pięknem. Nie umiał powstrzymać swej wewnętrznej potrzeby. Wyciągnął rękę, żeby ją dotknąć i nagle stało się coś zupełnie nieprzewidywalnego – uklękła przed nim na jedno kolano, zupełnie jak giermek czekający pasowania na rycerza. Nie umiałby jej skrzywdzić. Opuścił miecz, pochylił głowę i delikatnie pocałował ją w czoło.
- Wstań.
- Musimy zacząć działać. – Usłyszał w odpowiedzi.
To był jej głos ale ona sama nie powiedziała ani jednego słowa. Ten głos jakby pochodził z jego głowy.
Łagodnie ujęła jego dłoń i przycisnęła do swoich ust ale go nie ugryzła. Wstała.
- Chodźmy stąd. Musimy powstrzymać Aragona. Papież będzie nam potrzebny. – Powiedziała.
Wyszli z komnaty.

******

Nie wiedział co się z nim dzieje. Dał się prowadzić młodej, nagiej, nieznajomej kobiecie za rękę jak małe dziecko. Choć znał majętność jak własną kieszeń teraz nie wiedział gdzie się znajduje. Rozum podpowiadał mu, że jest u siebie w domu, nie przypominał sobie, żeby gdzieś wychodził ale zmysły mówiły mu zupełnie coś innego.
Rozglądał się ciekawie po korytarzach przypominających mu wyglądem jakąś katedrę. Był nimi zauroczony. Choć było ciemno dość wyraźnie dostrzegał zarysy sprzętów, marmurowych posągów pół ludzi a pół zwierząt. Miał wrażenie, że bacznie go obserwują.
Weszli do jakiejś komnaty. W ciemności wyraźnie rysowało się wystrojone łoże. Nagle poczuł ogromne zmęczenie. Usłyszał bicie zegara dochodzące gdzieś z głębi budowli.
Wskazywał godzinę trzecią w nocy.
Werterheusen ledwo trzymał się na nogach. Podszedł do łóżka i dotknął pościeli – była mięciutka, tylko się w niej zanurzyć.
- Rano zastanowimy sie co robić. Teraz idę spać. Tylko się wykąpię. – Odwrócił się w stronę nieznajomej ale nie było jej w komnacie.
Nawet nie słyszał kiedy wyszła.

Piętnaście minut później leżał już w miękkiej pościeli. Było tak ciemno, że oko wykol. Teraz już nie liczyło się dla niego gdzie jest, najważniejsze, że mógł spać. Zamknął oczy i już oddawał się w ramiona Morfeusza gdy nagle coś zaczęło się ruszać pod kołdrą wzdłuż jego nóg.Otworzył oczy ale nie miał odwagi się poruszyć. Zawsze miał przy sobie sztylet, tak na wszelki wypadek, ale tej nocy, sam nie wiedział dlaczego, zamiast włożyć go pod kołdrę schował pod poduszkę.
Poczuł coś ciepłego i wilgotnego na wysokości podbrzusza. Coś szorstkiego. Wyraźnie się rozluźnił i robiło mu się coraz przyjemniej. Coś pod kołdrą ułożyło się w kształt kobiety. Zamknął oczy i lekko się uśmiechnął.


24 października 2005 – 13 stycznia 2006
3/4 rozdziału napisane wspólnie z Klarą Piotrowską (Morgan Claire Le Fay)

 

Styczeń 7th, 2008 przez Konrad Staszewski

Matka Herezji

Prolog:

Przepowiednia

Nikt nie pamiętał jak miała na imię ani skąd pochodziła. Pojawiła się znikąd pośrodku Targu. Kupcy i sprzedawcy z najrozmaitszych miast oferowali swoje wyroby. Wśród tłumu przewijali się też drobni rabusie i mordercy. A ona szła przez sam środek. Usuwali się jej z drogi zarówno zamożni i ubodzy i to bynajmniej nie dlatego, że była silna czy miała broń. Wręcz przeciwnie. Ci, którzy z daleka już słyszeli jej głos ostrzegali pozostałych. Ale nawet najtwardsi uciekali gdy tylko ją zobaczyli. Kiedyś chcieli ją spalić na stosie, uważali ją bowiem za czarownicę ale Rycerze Watykanu wyraźnie tego zabronili – zakazali grożąc mękami piekielnymi w lochach Wielkiej Świątyni i po śmierci.
A wygląd? Wyglądem rzeczywiście mogłaby wystraszyć nawet samego Papieża a ten ponoć samego diabła się nie bał.
- Ona przybędzie i zniszczy Was wszystkich! Nikogo nie oszczędzi! Ten czas już nadchodzi! Podepcze Wasze ołtarze, będzie tańczyła na Waszych stołach i będzie piła krew z Waszych czaszek, psy! Zapamiętajcie moje słowa, – Podbiegła do jednego ze straganów, zerwała z wystawy czerwony szal i rzuciła go na ziemię przed swoimi stopami. – bo to będzie linia Jej królestwa! Rzeka krwi, która się potoczy po Waszym Plugawym Mieście! – Zaśmiała się szyderczo. Kawałek dalej, udając, że jej nie słyszą, kupcy upychali na siłę swoje produkty komu się dało.
- Obniżę Jaśnie Panu cenę. – Sprzedawca uśmiechał się przymilnie. Patrzył na stojącego rycerza a jego oczy aż się uśmiechały, żeby jeszcze wyciągnąć od niego parę monet. Rzadko przychodziły do niego tak ważne osoby. Oszacował go wzrokiem. Musiał być majętny. Zbroja ze szczerego złota, długi miecz w wysadzanej klejnotami pochwie. Sam koń musiał kosztować majątek. – Dołożę Panu jeszcze to sukno, po obniżonej cenie. Połowa ceny. Najlepszy gatunek. Lepszego nie znajdziesz Ja?nie Panie.
- Lepiej mi powiedz co to za kobieta. – Jego oczy spoważniały i cień przetoczył się po jego twarzy. Teraz już nie był uśmiechniętym czterdziestolatkiem ale mężem gotowym na wszystko. Zauważył to także sprzedawca.
- Która Panie? – Zapytał z przerażeniem w oczach. Przed sobą miał mordercę o bezlitosnym spojrzeniu.
- Ta która ośmieliła się nazwać Święte Miasto Plugawym Miastem?
- A ta. – Odpowiedział lekceważąco sprzedawca. – Nie zwracaj na nią uwagi, Panie. To szalona kobieta. – W momencie gdy wypowiedział ostatnie słowo splunął z obrzydzeniem na ziemię. – To wiedźma przeklęta. – Nikt nie usłyszał jego ostatnich słów bo kobieta znów zaczęła krzyczeć.
- Bądźcie przeklęci wszyscy rycerze, Wy, którzy nazywacie się Sługami Pana. Niech Was piekło pochłonie. Tego już nie mógł znieść. Odwrócił się w stronę dobiegającego go krzyku. Teraz przed nim rozstępował się tłum. Szedł majestatycznym, dostojnym krokiem a jego krwista peleryna miękko odbijała się od okutych żelazem butów. Stanął naprzeciwko niej z ręką na rękojeści miecza.
Nawet na niego nie spojrzała. Stała do niego tyłem i drewnianą laską kreśliła jakieś znaki na ziemi.
- Nie życzę sobie więcej takich herezji na tej Świętej ziemi! – Zagrzmiał rycerz.
- Odezwał się jeden z psów.
Nawet się nie odwróciła. W odpowiedzi usłyszała zgrzyt wyjmowanego miecza. Dopiero teraz się odwróciła ale tylko bokiem. Spojrzała na niego a jemu nogi się ugięły pod jej widokiem. Spojrzał i utonął w jej niebieskich jak ocean oczach. Miał przed sobą piękną, młodą kobietę. Mogła mieć nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Nie potrafił oderwać wzroku od jej gibkiego ciała, od pełnej, falującej piersi. Długie, jasne włosy lśniły w promieniach wschodzącego słońca. Miał przed sobą księżniczkę ubraną w długą, białą suknię z niebieskimi falbanami i bufiastymi rękawami. Stał przed nim ideał kobiety, nie rozumiał dlaczego wszyscy przed nią uciekali. Przecież chropowaty głos starej kobiety, który ją charakteryzował nie mógł być powodem takiego zachowania ludzi.
Stał jak sparaliżowany. Zerwał się silny wiatr i odsłonił zbrojne ramię do tej pory ukryte pod płaszczem.
Wszyscy ujrzeli czerwony krzyż z zaostrzonymi końcami. Na krzyżu były jakie? Litery w nieznanym im języku. Ramiona były owinięte cierniową koroną.
Wszyscy w milczeniu patrzyli jak wyjął swój miecz i ukląkł przed nią na prawe kolano. Oręż spoczął na metalowym nagolenniku. – Zauroczyła go. – Krzyknął jeden z mieszczan i podbiegł do rycerza. Chwycił go za rękę i chciał odciągnąć ale rycerz odepchnął go z taką siłą, że tamten wzbił się w powietrze i upadł na ziemię niczym kamień. Leżąc trzy metry dalej Zwijał się z bólu, niezdolny podnieść się z ziemi. Nagle niebo się zachmurzyło i nie wiadomo skąd uderzył piorun prosto w mieszczanina. Płomienie objęły biedaka i po paru sekundach pozostał z niego tylko popiół. Gapie cofnęli się z przerażeniem. O tej porze roku, w środku lata od kilku stuleci nie było żadnej burzy.
Ale ani rycerz ani kobieta nawet nie drgnęli.
- Przyjmij mnie na swojego sługę, o Pani. Chcę być na każde Twoje wezwanie. Przyjmij moje serce i rządź nim. – Chwycił jej dłoń i przyłożył do ust.
Teraz dopiero się odwróciła i stanęła przed nim w pełnej okazałości. Nadal klęczał z opuszczą głową.
- Wiedziałam, że przybędziesz, Werterhauserze.
Podniósł wzrok i dopiero teraz zrozumiał dlaczego wszyscy przed nią uciekali. To nie była kobieta, to była hybryda. Doleciał go smród gnijącego mięsa. Stała przed nim kobieta – demon. Jedna jej połowa była ciałem anioła ale druga szatana. Wystające kości. Twarz zaropiała i owrzodzona. Zamiast oka miała pusty dół toczony przez robactwo. Płaty poszarpanego mięsa zwisały jej z żeber. Na głowie miała resztki włosów. Uśmiechnęła się i zobaczył ostatniego zęba czarnego jak czeluści piekła. Miała na sobie tylko połowę sukni więc dopiero teraz zobaczył całą jej „urodę”. Dreszcz przebiegł po całym jej Ciele ale już nie mógł cofnąć rycerskiej przysięgi.
- Ty weźmiesz pod swoja opiekę Przeznaczenie całej ludzkości. – Zaśmiała się szyderczo.
Nic nie odpowiedział.
- Wstań i zabierz mnie do domu.
W milczeniu wstał. Podprowadził konia i posadził ją w siodle. Sam szedł obok prowadząc zwierzę za uzdę. Wszyscy ustępowali mu z drogi. Nigdy jeszcze nie mieli takiego widowiska. Po ich odejściu długo jeszcze stali w milczeniu i dopiero po kilkunastu minutach otrząsnęli się z wrażenia i, jak gdyby nigdy nic, wrócili do swoich straganów.


Konrad Staszewski, Morgan Claire Le Fay

 

Styczeń 1st, 2008 przez Konrad Staszewski

Opowieści z Przeklętej Doliny: Ucięta Mowa

Rozdział IV

Dzień zapowiadał się nie mniej interesująco aniżeli noc, ale z pewnością mniej upojnie. Gdy John leniwie otworzył oczy jakiś czas po przebudzeniu się, w środku nocy, nie czuł już ciepła kochanki. Sam siebie nie poznawał. To nie leżało w jego charakterze, ale w tej chwili nie miał nawet wyrzutów sumienia wobec Nikki. Po kilkunastu minutach wstał z łoża. Nie zakręciło mu się w głowie, czego się tak bardzo obawiał, ale nie umiał sobie przypomnieć, co dokładnie wydarzyło się minionej nocy. Pamiętał smak czerwonego, półsłodkiego wina, po którym puste puchary stały jeszcze na stoliku, obok półmisków, z niedojedzonymi resztkami pieczonego bażanta i innymi potrawami.
Nad ich zapachem górowała delikatna woń różanych perfum Lady M. Mothman nie wiedział skąd, ale tkwiło w jego świadomości, że ta kobieta musiała być jego żoną. Czuł się tak jakby nagle znalazł się w zupełnie innym świecie, wolnym od jakichkolwiek trosk.
Na języku czuł jeszcze lepką słodycz Lady.
Stał nagi i wspominał uczucie ciepła na podbrzuszu, które towarzyszyło mu tej nocy.
Po drugiej stronie łóżka, na pomiętej pościeli czekało na niego świeże ubranie, godne Pana Domu. Wrzucił je na siebie w pośpiechu. Czas zobaczyć, co się tu dzieje – pomyślał.
Machinalnie włożył rękę do kieszeni. Pod palcami poczuł coś jakby kawałek papieru. Może to liścik miłosny od żony? – Uśmiechnął się sam do siebie. Ale nie był to liścik.
Nogi ugięły mu się z przerażenia. Cofnął się o kilka kroków i opadł ciężko na łóżko. Płacz wstrząsnął całym jego ciałem. Drzwi do pokoju były zamknięte, więc nikt nie mógł usłyszeć szlochu detektywa. Z kawałka papieru patrzyła na niego twarz Nikki – te same oczy, włosy i usta, chociaż była bardzo zniekształcona. Patrząc na jeden zakrwawiony oczodół dostawał mdłości.
Dziewczyna, a raczej jej nieme zdjęcie patrzyło na detektywa błagalnie i jakby z wyrzutem. Nikki, którą trzymał teraz w dłoni miała zaszyte igłą i nićmi usta, a w ich kącikach widać było zakrzepłe krople krwi. Jakby jej język ucięli, żeby nie mogła mówić. Jaki zwyrodnialec… A może to ktoś chory żartuje sobie ze mnie… – myślał. – Cały ten dom jest chory, ale już ja go wyleczę. Czuł, że cały trzęsie się ze złości.
Jej piękne, złote włosy były potargane i zlepione, a cała twarz jakby pocięta nożem.
John był tak wstrząśnięty, że nie słyszał, kiedy drzwi do pokoju się otworzyły. Nie interesowało go, co się wokół niego dzieje. Podniósł głowę i ujrzał ubraną w błękitną suknię Lady M. Biła od niej świeżość i pełnia energii.
Mothman, w innych okolicznościach rzuciłby się na nią i przygniótł do ściany albo do łóżka, ale teraz jedynie opuścił wzrok i wbił go w zdjęcie dziewczyny.
- Widzę, że masz już to zdjęcie – zaczęła zagadkowo, ale detektyw nie dał jej dokończyć.
W mgnieniu oka, niczym lew dopadł swą ofiarę. Chwycił ją za włosy i brutalnie przeciągnął przez pokój. Rzucił ją na łóżko i przygniótł swym ciałem. Szarpała się jak ranne zwierzę, ale silnym uściskiem trzymał jej przeguby rąk nad głową, a wolną ręką macał stojącą obok szafkę w poszukiwaniu czegoś ostrego. Znalazł jedynie nóż do otwierania listów. Przyłożył jego ostrze do gardła kobiety. Oddychała coraz trudniej, ale nie przestawała się szamotać. Nawet nie krzyczała.
- Co zrobiliście mojej siostrze? – pytał przez zaciśnięte zęby. – Skończysz gorzej niż ona.
Lady M. nawet mu nie odpowiedziała. Tylko patrzyła na niego wymownie.
- To nie jest… – zdążyła z siebie wykrztusić gdy nagle, zupełnie niespodziewanie poczuł mocne uderzenie w tył głowy. Jego ciało bezwładnie opadło na kobietę. Nim stracił całkowicie przytomność usłyszał jeszcze wściekłe słowa Hrabiego:
- Smiths wracają.
Nic więcej już nie usłyszał.

* * *

Nikki sama nie wiedziała gdzie idzie. Była jakby na wpół świadoma tego, co robi. W sercu czuła dziwne ciepło, jakby ktoś w nie wlał nową nadzieję. Coś mówiło jej, że powinna znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, chociaż sama nie bardzo wiedziała, przed czym ma się chronić.
Szła przed siebie omijając kawiarnie, głośne speluny i podejrzane uliczki, które, jak podejrzewała panienki z dobrych domów starały się omijać.
Z każdą chwilą stawało się coraz ciemniej i tylko latarnie rozświetlały mrok, choć i one z trudem przebijały się przez gęstą mgłę. Zwolniła kroku by nie potknąć się w ciemnościach o jakiś kamień.
W zasadzie to nawet nie zastanawiała się gdzie idzie. Nogi same ją prowadziły, a serce ciągnęło ku tylko jemu znanemu miejscu.
Właśnie mijała kolejną, straszącą ruiną posiadłość i dobudowaną do niej karczmę, gdy nieoczekiwanie jej drzwi otworzyły się na oścież. Wyszło z niej kilku ledwo trzymających się na nogach klientów. Nikki odruchowo przyśpieszyła kroku. Nie oglądała się w ich stronę – dobrze wiedziała, jakie szumowiny mogły zbierać się w takich miejscach.
Pamiętała pikantne opowiadania brata mające na celu ostrzeżenie i przestraszenie jej na przyszłość.
Chciała jak najszybciej ukryć się w ciemnościach nocy, ale, ku swemu przerażeniu zorientowała się, że grupka mocno podchmielonych mężczyzn ją dostrzegła.
- Panienko, gdzie się tak śpieszysz? – Usłyszała chrypiący głos.
- Zgubisz się sama. Poczekaj, odprowadzimy Cię! – Zaśmiał się złowieszczo inny pijany głos.
Mężczyźni widocznie postanowili nie dać łatwo za wygraną. Nikki słyszała ich wulgarne propozycje i, z gwałtownym biciem serca zaczęła biec.
Cały czas czuła na karku ich gorące, śmierdzące oddechy. W głębi serca ucieszyła się jak jeden ze ścigających ją mężczyzn potknął się o coś i upadł na ziemię. Na całą ulicę rozległy się wtedy jego obelżywe przekleństwa i „obietnice” pod adresem dziewczyny. Nikki bała się nawet myśleć, co by się z nią stało gdyby ją złapali.
Cały czas deptali jej po piętach. Skręciła za róg rozsypującej się kamienicy. Chciała jak najszybciej zgubić pościg. Jeden z napastników wcześniej wpadł na ten sam pomysł i skręcił we wcześniejszą przecznicę. Nikki dobrze wiedziała, że sama, w obcym miejscu ma nikłe szanse ucieczki, tym bardziej, że ścigający ją, mimo stanu odurzenia świetnie znali okolicę. Po chwili przekonała się jak bardzo.
Za następnym zakrętem wpadła w rozwarte ramiona jednego z napastników. Ten aż mlasnął z radości łapiąc długo oczekiwaną zdobycz. Krzyknął do swoich towarzyszy, a zapach z jego ust przyprawił ją o mdłości. Nikki próbowała się wyrwać z trzymających ją tłustych i spoconych rąk. Im bardziej się wyrywała tym mocniej oprawca ściskał ją ramionami. Wyszczerzył żółte zęby w uśmiechu i zaczął przybliżać swoje do jej ust. Dziewczyna z obrzydzeniem splunęła mu prosto w twarz i kopnęła kolanem w jądra. Napastnik wydał z siebie ryk śmiertelnie ranionego bawoła, puścił Nikki i złapał się za obolałe miejsce. Odetchnęła z ulgą.
- Przeklęte miejsce – pomyślała.
Mimo odżegnania niebezpieczeństwa nadal nie czuła się zbyt bezpiecznie. Cofała się krok po kroku i aż krzyknęła, gdy poczuła parę rąk obłapiających jej piersi. Ze strachu serce podeszło jej aż do gardła.
Napastnik brudną od sadzy dłonią zatkał jej usta. Nikki nie miała już nawet siły, żeby się szamotać.

- Mam przeczucie, że wkrótce nasze sprawy przybiorą szybszy obrót – Gvidon siedział z zamkniętymi oczami na krześle.
Samuel patrzył na ojca w milczeniu. Liczył na to, że może dowie się czegoś więcej, ale Gvidon umilkł. Nie chciał zdradzać swoich myśli. Samuel musiał się dowiedzieć, co ojciec miał na myśli, co przed nim ukrywał. Młody prawnik nerwowo spacerował po spartańsko umeblowanym pokoju. Gvidon zawsze był oszczędny, skąpy nawet, a bogactwo rodziny miało być tylko na pokaz. Samuel zatrzymał się tuż przed krzesłem, na którym siedział jego ojciec, a jego cień złowrogo padł na starszego prawnika. Ten jednakże nawet nie otworzył oczu, żeby na niego spojrzeć. Siedział z opuszczoną głową, podpartą dłońmi. Jego łokcie wbijały się mocno w blat stołu.
- To znaczy?
- Odbieram dziwny przekaz. Ktoś próbuje się z nami skontaktować – Gvidon nadal nie otwierał oczu.
- Nie pierwszy raz – Samuel machnął lekceważąco ręką. – To nic nie znaczy.
Odetchnął z ulgą.
- Wręcz przeciwnie – Samuel aż przystanął z wrażenia. To nie był głos jego ojca. Zdawało mu się, że słyszy kogoś ze swej przeszłości; kogoś tak potężnego jak on sam. Ale czy to możliwe, żeby po tym wszystkim, co nastąpiło od ich ostatniego spotkania. To niemożliwe, żeby ten człowiek mógł jeszcze nawiązywać jakikolwiek kontakt mentalny.
Gdy Samuel widział go po raz ostatni, jego największy wróg wyglądał jak człowiek, co najmniej w wieku dziewięćdziesięciu lat, a jego dziwne oczy sugerowały, że mógłby być jeszcze o wiele starszy. Od tego czasu do dnia dzisiejszego minęło kilka lat. Samuel był pewien, że ten starzec już dawno sczezł w lochach tartaru. Ale odkąd dowiedział się, że to zombie, jak go często nazywał, nadal żyje i próbuje pomagać Mothmanowi czuł, że powoli traci grunt pod nogami. Ale to, że jeszcze miał na tyle siły psychicznej, żeby się z kimś kontaktować jak z medium przeraziło go.
- Cieszę się, że mnie poznajesz.
Samuel wszędzie rozpoznałby głos Cagliostra.
- Czego chcesz? – Zapytał grubiańsko, gdy otrząsnął się z pierwszego wrażenia.
- Mam dla Was interesującą propozycję.
W głosie Hrabiego nie dało się wyczuć żadnych emocji.
- Ani ja ani mój ojciec…
- Wiem, czym się zajmujesz. Mogę Ci pomóc albo Cię zniszczyć. Twój wybór. Czekam na odpowiedź po Waszym powrocie do Doliny.
Samuel chciał jeszcze coś powiedzieć, ale połączenie z Hrabią zostało przerwane. Gvidon powoli znów stawał się sobą. Oddychał powoli, ale miarowo jakby obudził się długiego snu.
Młody prawnik nerwowo chodził po pokoju.
- Musimy pierwszym pociągiem dotrzeć do Przeklętej Doliny. Nastąpił przekaz – powiedział nie przestając krążyć po spleśniałej podłodze.
- Od kogo? – Gvidon był całkowicie zaskoczony.
Wyraźnie się ożywił. Samuel był przyzwyczajony do tego, że jego ojciec zawsze zapominał szczegółów tuż po zakończeniu kontaktu.
- Od Cagliostra.
Ta krótka odpowiedź sprawiła, że starszy prawnik machinalnie się przeżegnał. Samuel nawet nie zwrócił uwagi na ten odruch dewocji ojca. Obaj milczeli zatopieni we własnych myślach. Ciszę przerwało nieśmiałe pukanie do drzwi. Samuel miał nadzieję, że gość się jednak rozmyśli i odejdzie, ale po kilku sekundach ciche, przerywane pukanie rozległo się ponownie. Młody prawnik podszedł i wolno otworzył drzwi.
Obaj domyślali się, kim może być wieczorny gość – zostawili wyraźne wskazówki recepcjoniście na parterze, kogo ma im szukać, ale takiego widoku się nie spodziewali. Nawet Gvidon wstał i otworzył usta w niemym podziwie ujrzawszy stojącą w progu kobietę. Mimo chłodnej, wieczornej pory ubrana była niemalże tak jakby dopiero zeszła z plaży.
Pewnie mieszka w tym hotelu, pomyślał Gvidon. Jego wzrok zatrzymał się na czarnej, połyskującej bluzeczce ściśle przylegającej do ciała. Przez siateczkę można było dostrzec nagie, pełne piersi. Jak zaczarowany patrzył na jej głęboki dekolt. Samuel natomiast zamknął za nią drzwi, gdy weszła do pokoju. Przyjrzał się jej szczupłym udom ukrytym pod czarną spódniczką. Długie nogi dziewczyny były gładkie jak polerowane ostrze.
- Jak masz na imię?
- Jackie – głos miała jeszcze dziewczęcy. Ta rudowłosa piękność o modrych oczach i pełnych wargach mogła mieć zaledwie dwadzieścia lat, ale doświadczeniem zapewne mogła pokonać niejedną konkurentkę. Miała wszelkie walory, aby zostać gwiazdą. Na samą myśl o tym się uśmiechnął. Ona także odwzajemniła jego uśmiech.
Nie dała po sobie poznać, jakie na pierwszy rzut oka pokój zrobił na niej wrażenie. Najwyraźniej była przyzwyczajona do pracy w różnych miejscach. Nie okazała także zdziwienia, gdy Samuel położył dłonie na jej kształtnej pupie. Kolejny pociąg do Przeklętej Doliny odjeżdżał dopiero o brzasku, tam chcieli się z kimś spotkać i dopiero powiadomić Cagliostra, a więc mieli jeszcze około czterech godzin czasu.
- Nie bój się, Jackie – powiedział Gvidon zbliżając się do dziewczyny. – Wszystko zostanie w rodzinie. Będziesz naszą gwiazdą na jedną noc.

* * *

Pierwszym uczuciem, które przeniknęło jego ciało po odzyskaniu przytomności był przeszywający ból głowy. Na szczęście pamiętał, co się stało. Delikatnie dotknął potylicy i pod palcami poczuł zimny, wilgotny materiał. Domyślił się, że bandaże przesiąkły krwią. Miał wrażenie, że był nieprzytomny cały dzień. Znów leżał na łóżku. Wiedział, że nie powinien zabijać Lady M., ale nie panował nad swoimi uczuciami. Gdyby nie cios zadany przez Cagliostra ta kobieta nie siedziałby teraz tak spokojnie na fotelu naprzeciwko łóżka. Światło w pokoju było nieco przygaszone, ale wyraźnie widział swoją żonę. Siedziała i przyglądała mu się w milczeniu.
Detektyw z wysiłkiem i zaciśniętymi z bólu zębami usiadł na łóżku. Nigdzie nie dostrzegł hrabiego. Przez chwilę patrzyli na siebie nie wiedząc, co powiedzieć.
- Źle mnie oceniłeś. To nie jest zdjęcie Nikki, to Mary. Musisz mi pomóc ją odnaleźć, choćby po to, żeby ją pochować. Po to Cię wezwałam.
- Nikki może być następna r11; pomyślał.

Samuel i Gvidon czuli się zupełnie bezkarni, gdy opuszczali tandetny motel. Mimo, że byli jego jedynymi gośćmi nie przypuszczali, żeby ktoś ich słyszał. A gdyby nawet to i tak nikt nie mógłby ich odnaleźć.
Teraz, gdy siedzieli już spokojnie w pociągu i zbliżali się do Przeklętej Doliny, zastanawiali się ile czasu upłynie nim ktokolwiek znajdzie ciało Jackie. Nie spodziewali się, żeby specjalnie ktoś jej szukał. Z doświadczenia wiedzieli, że z reguły dziewczyny takiego pokroju jak ona nie miały rodzin ani znajomych. A gdyby nawet ktoś ją znalazł, to i tak nie mógłby rozpoznać jej zmasakrowanej twarzy.
I tak jak jej powiedzieli – wszystko zostało w rodzinie.

* * *

Zbliżał się poranek, ale na ulicach Przeklętej Doliny mgła szczelnie zasnuwała zaułki. Wiatr tańczący wśród liści drzew zagłuszał krzyk Nikki. Jej oprawcy dopiero teraz rozpoczynali swoją zabawę. Poczuła jak rozpinają jej spodnie. Znów zaczęła się szarpać, ale nadal bez rezultatu. Poczuła jak te dłonie, które jeszcze przed chwilą ledwo ją złapały, teraz bez trudu rozpinają jej spodnie i zdejmują je z niej. Po chwili, wśród obleśnego uśmiechu, odrzucającego zapachu i oddechu nieco już otrzeźwiałych napastników to samo uczynili z jej majteczkami. Teraz ich ruchy stawały się coraz bardziej skoordynowane, co oznaczało, że oprawcy zaczynali dochodzić do swego naturalnego stanu. Ich dłonie krążyły i zagłębiały się w coraz bardziej intymne miejsca jej ciała. Do napastujących ją mężczyzn dołączyło jeszcze kilka osób.
Jej przerażenie sięgnęło szczytu, gdy na wysokości pupy poczuła coś podłużnego i bardzo twardego. Nie mogła nawet krzyknąć, bo we mgle nie widziała, kto, ale ktoś ponownie zatkał jej usta i wsunął w nie palec.
Ale nic nie robili więcej i Nikki zupełnie nie wiedziała, co się stało.
- A może ze mną się zabawicie? – Usłyszała za swoimi plecami głos, który sprawił, że na chwilę odebrało jej mowę. Nie wiedziała, do kogo należał, ale po jego barwie zrozumiała, że choć ochrypły to jednak był to głos jakiejś kobiety. Nikki była pewna, że teraz obie zginą, ale wydarzyło się coś, czego zupełnie się nie spodziewała.
Jeden z oprawców z przeraźliwym krzykiem przyłożył dłonie do oczu. Nikki nie wiedziała, co się dzieje. W otaczającej ją mgle dostrzegła dziwną, zielonkawą kulę, która z sekundy na sekundę stawała się coraz większa i bardziej oślepiająca. Nikki także zaczęły boleć oczy, ale miała wrażenie, że dzięki tej kuli zaczynała coś widzieć, jakby ta dziwna poświata rozrzedzała mgłę. Na jej oczach przybrała kształt rąk i palców, które skoczyły do oczu napastnika i dziewczyna widziała jak mu je wydłubały. Oślepiony po omacku uciekł w mgłę. Pozostali oprawcy też nagle zniknęli. Nikki odwróciła się, aby podziękować tajemniczej kobiecie, ale gdy ją zobaczyła, słowa znów uwięzły jej w gardle. Patrzyła na osobę ubraną w mnisi habit. Bała się, że to ta kobieta z pociągu. Tylko jej kształty utwierdzały dziewczynę w przekonaniu, że jej wybawicielką była kobieta.
- Kim jesteś? – Zapytała, ale nie otrzymała odpowiedzi. – A jak mogę ci podziękować?
- Wystarczy, że tu przyjechaliście.
Kobieta tylko machnęła ręką. Nikki przypadkowo ujrzała zniekształconą dłoń wystającą z rękawa. Wydawało się jej, że dostrzegła palce połączone błoną, ale wolała się im nie przyglądać. Na samą myśl o tym odczuwała silne mdłości.
- Chodź ze mną – ten głos także wydawał się Nikki dość dziwny.
Do ogólnego wrażenia dołączył jeszcze jeden szczegół. Otóż tajemnicza kobieta ani na chwilę nie zdejmowała kaptura z głowy. Dziewczyna nie mogła nawet dostrzec jej twarzy. I myśląc o swoim wcześniejszym wrażeniu nie miała ochoty jej oglądać. Mimo to, z bijącym ze strachu sercem ubrała się i zdała się na jej przewodnictwo.

* * *

Detektyw dopiero po chwili otrząsnął się z ogarniającej go apatii. Chcąc nie chcąc musiał raz jeszcze zaufać siedzącej naprzeciwko niego kobiecie.
- Załóżmy, że to wszystko prawda – jego bezbarwny głos powinien dać jej do myślenia.
- Jest jakby bliźniaczką twojej siostry. Mogłeś się pomylić patrząc na wycięty kawałek gazety. Nie mam do ciebie o to żalu.
Mothman tylko machnął lekceważąco ręką jakby to nie miało dla niego znaczenia. W rzeczywistości jednak było zupełnie inaczej.
- Jeśli mamy współpracowaćr30; – zmienił temat i odwrócił wzrok od kobiety, kierując go na jeden z arrasów wiszących na ścianie. – To powinniśmy się zastanowić gdzie rozpocząć poszukiwania. Masz jakiś pomysł?
- Hrabia Cagliostro mógłby nam pomóc, ale zauważyłam, że niezbyt przyjaźnie się do siebie odnosicie.
Ciekawe spostrzeżenie, zauważył w duchu. Ale trudno wymagać od niego, żeby szczególnie lubił podejrzane indywidua.
- Myślę… Jest takie jedno miejsce, to Bloody Cemetery. Nie wiem skąd wzięła się nazwa tego cmentarza. Jedna z ofiar tych maniaków została na nim pochowana, ale tutejsi Strażnicy nie zezwolili na oględziny zwłok. Może ty, swoim zawodem jakoś ich przekonasz.
- Nie wiem. Guardianie zwykle mnie unikają – udał, że się nad tym zastanawia, ale tak na prawdę uderzyło go stwierdzenie Lady. Nie wiedział czy się przejęzyczyła czy wiedziała coś więcej o popełnianych w dolinie morderstwach. Czemu powiedziała o sprawcach a nie o sprawcy? Nie wierzył w jej intuicję. – Ale spróbuję.

Po kilkunastu minutach pożegnał się z Lady M. Nie chciał tracić czasu na niepotrzebne rozmowy. Wyjaśnienia kobiety mogły być całkowicie fałszywe, ale musiał sam się o tym przekonać. Dostał od niej mapę Przeklętej Doliny i kierując się nią ruszył w stronę cmentarza.
Dziwnie czuł się w urzędowym stroju, ale czasem okoliczności zmuszały go do jego noszenia. Bardzo go nie lubił.
Wiedział, kogo ma szukać. Ze słów Lady wynikało, że ofiarą była córka miejscowego prefekta. Była tak zmasakrowana, że ojciec ledwo ją rozpoznał. Detektyw domyślał się, że łatwo odnajdzie miejsce jej pochówku – rodziny księży przeważnie miały okazałe groby. A gdyby było inaczej to zna jej nazwisko. Mimo mało sprzyjającej nawet na spacer pogody, nie wezwał woźnicy i nie skorzystał z powozu czekającego w stajni. Pomyślał, że spacer i chłodny wiatr wstającego dnia wywieje mu z głowy myśli udręki. Zdawał sobie sprawę, że nadal walczy z cieniem. Liczył na to, że idąc ulicami Przeklętej Doliny natknie się na ślad Nikki. Przecież ktoś musiał ją widzieć.
Stanął pod latarnią i w jej nikłym świetle spojrzał na mapę. Musiał założyć okulary i mocno wytężyć wzrok, żeby coś na niej dostrzec. Na ulicach nie widać było żywej duszy i skazany był tylko na swoje zmysły. Dowiedział się od Lady, że cmentarz znajduje się w środku doliny i tym się kierował. Spojrzał na tabliczkę na ścianie na pobliskiej kamienicy: znajdował się na ulicy Gościniec Podróżnych. Z trudem odszukał ją na mapie i upewnił się, że idzie w dobrym kierunku – do centrum doliny. Lada chwila powinien dotrzeć do cmentarza. Złożył mapę i schował ją wraz z okularami do kieszeni, co i raz to oglądając się na boki.
Raźniejszym krokiem skręcił w najbliższą przecznicę i po chwili, wśród opadającej mgły ujrzał żelazne ogrodzenie cmentarza.

* * *

Gvidon pierwszy wysiadł z pociągu, tuż za nim wyskoczył Samuel. Nie musiał patrzeć na zegarek, żeby się zorientować, która jest godzina – w Przeklętej Dolinie nie było przeskoku czasu. Poza tym mało, który z jej mieszkańców mógł sobie pozwolić na luksus posiadania zegarka.
Prawnicy spojrzeli na niebo; chociaż noce prawie niczym nie różniły się od dni, i może właśnie, dlatego życie w dolinie toczyło się własnym tempem – obie pory były zachmurzone, dżdżyste i chłodne, a mgła rzadko się rozrzedzała, nauczył się rozróżniać bladą poświatę księżyca od ledwo przebijających się promieni słońca.
Teraz Gvidon rozglądał się uważnie wśród grupek ludzi czekających na peronie na swoje pociągi, wyraźnie kogoś wypatrując.
- Powinni już tu być – powiedział przyciszonym, niemal ledwo słyszalnym głosem Samuel. Jego czujne oczy też nikogo nie dostrzegły. Czyżby nikt na nich nie czekał?
Poczekali jeszcze chwilę i gdy już mieli odchodzić, z szarości świtu wyłoniło się kilku mężczyzn.
Wolnym krokiem podeszli do siebie.
- Nikt was nie śledził? – Zapytał Gvidon.
- Nie, ale nie tego powinniśmy się najbardziej obawiać – odparł jeden z mężczyzn. Jego twarz przypominała maskę, na której nie malowały się żadne uczucia. Odkąd Gvidon go pamiętał, a znali się kilka lat, nie okazywał swoich uczuć.
Samuel nie umiał powstrzymać swoich emocji i chwycił mężczyznę za kołnierz płaszcza.
- Mów ważniejsze rzeczy.
Znajomy Gvidona nawet nie spiorunował wzrokiem młodego prawnika.
- Przyjechali.
Samuel odetchnął głęboko. Z biciem serca czekał na potwierdzenie swego złego przeczucia i właśnie nastąpiło to, czego się tak obawiał. Osłabł z wrażenia, puścił mężczyznę i Gvidon musiał podtrzymać syna, żeby nie upadł.
- To przez zmiany powietrza – wytłumaczył Gvidon. – Biedaczek, zawsze mu się to zdarza, gdy wracamy z jakiejś podróży. – Zdawało mu się, że uwierzyli i oby tak było.
- Gdzie są? – Głos Samuela był cichy jak szum wiatru.
- Śledziliśmy ich, ale nic o tym nie wiedzą. John Mothman mieszka u Lady M.
Prawnicy spojrzeli na siebie z niepokojem. Przeszli wraz ze zwiadowcami w ustronne miejsce i ukryli się przed niepotrzebnymi świadkami ich rozmowy, w budynku stacji kolejowej.

Teraz, gdy już siedzieli w knajpce dla podróżnych i wolno sączyli piwo, mogli swobodnie rozmawiać. Mało w niej było trzeźwych ludzi i mało, kto odważyłby się zaczepić czy podsłuchiwać rozmowę jedenastu ludzi.
- Co on tam robi?
- Moi informatorzy twierdzą, że z nią mieszka, podobno jak mąż z żoną.
Gvidon nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał.
- Może właśnie to chce nam przekazać Cagliostro – powiedział słabym głosem Samuel, który długo nie mógł dojść do siebie.
- Możliwe – odparł inny ze zwiadowców. – On także mieszka w tym domu.
Gvidon, usłyszawszy to, zakrztusił się piwem.
- Muszą się nienawidzić. A co z dziewczyną?
- Uciekła nam. Żyje, ale ciężko będzie ją odnaleźć.
- Skoro ją zgubiliście to skąd pewność, że jeszcze żyje?
- Była napastowana przez grupkę pijanych mężczyzn. Nie zdążyli jej zgwałcić, bo uratowała ją… – nie wiedział jak to powiedzieć.
Prawnicy, z jednej strony odetchnęli z ulgą, że Nikki nic się nie stało, ale z drugiej strony wyczuwali jakieś nieokreślone niebezpieczeństwo.
- Kto? – Dopytywał się Gvidon. – I gdzie to miało miejsce?
- Niedaleko Klasztoru St. Mary.
Oczy Samuela rozszerzały się coraz bardziej.
- Kobieta – kontynuował ich rozmówca. – Ubrana w mnisi habit. I o bardzo dziwnym głosie.
- Widziałeś jej twarz?
- Nie, ale z jej całej postaci emanowała jakaś zielona poświata. Gdy dotknęła jednego z napastników poczułem swąd palonego mięsa i biedak uciekał z krzykiem, jakby go obdzierano ze skóry. Pozostali napastnicy także się rozpierzchli w popłochu.
- I nie widziałeś jej twarzy? – Jeszcze raz zapytał Samuel.
- Nie, stałem za daleko. Poza tym skryła ją pod kapturem.
Prawnicy spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Podziękowali swoim rozmówcom, zostawili kilka złotych monet na zapłacenie rachunku i wyszli z budynku stacji, zostawiając mężczyzn przy pełnych kuflach.
- Musimy spotkać się z Cagliostrem.
- Ojcze. Myślisz, że to ona mści się po tylu latach?
- Nie mam żadnych wątpliwości. Musimy znaleźć dziewczynę.
- Ale gdzie?
Gvidon milczał.

* * *

Miejsce było dość przygnębiające. Odczuł to, gdy tylko zbliżył się do marmurowej, zarośniętej bluszczem i powojem bramy. Lady M. Ostrzegała go przed Strażnikami, ale żadnego z nich jeszcze nie spotkał na swej drodze. Nikt nie zatrzymał go nawet wtedy, gdy bez pozwolenia przeciskał się przez zardzewiałą, na wpół otwartą kratę. Zresztą zdawało mu się, że tak na prawdę cały cmentarz był bez dozoru. No, może tylko czarny kot był stróżem.
Zwierzę uciekło z sykiem spod buta detektywa, gdy mijał krzaki rosnące w pobliżu zaniedbanych grobów. Mothman dostrzegł tylko wystające żebra i liniejące futro kota. Długo do jego uszu dobiegało jeszcze miauczenie zwierzęcia, ale sam kot zniknął gdzieś między grobami.
Mothman wiedział, że będzie musiał sprawdzić wszystkie mogiły nim znajdzie interesujący go grób. Cmentarz imponował mu wielkością i detektyw przygotował się na kilkugodzinne poszukiwania.

Zaczął od grobów znajdujących się wokół, gdzieniegdzie pękającego i rozsypującego się już ogrodzenia. Następnie spoglądał na groby, krzyże i figury przedstawiające anielskie postacie, ale na żadnym z nich nie znalazł szukanego imienia i nazwiska.
Stopniowo zbliżał się ku środkowi cmentarza mijając poniszczone, popękane i zdewastowane groby, i obawiał się, że jego poszukiwania okażą się daremne, gdy, przeciskając się pomiędzy sięgającymi mu aż do piersi grobowcami, i odsuwając dłonią zroszone liście topoli rosnącej między nimi dostrzegł coś, co wyraźnie przykuło jego uwagę. Po prawej stronie ścieżki znajdował się mały, zupełnie niewidoczny wśród gałęzi grobowiec. Mothman zapewne nie zwróciłby na niego uwagi, tym bardziej, że napis na nim był mało czytelny. Ale na płycie nagrobnej siedział czarny kot, który kilka godzin wcześniej uciekł detektywowi spod buta, i wpatrywał się w niego prowokująco.
Mothman podszedł powoli do grobu. Gdy stanął tuż przed nim, kot zamiauczał jakby chciał mu coś powiedzieć i czmychnął z płyty. John, nie zastanawiając się nad tym, co robi, machinalnie pochylił się nad grobem. Nie zważając na szkło, dłonią zepchnął na ziemię potłuczone znicze i zwiędłe kwiaty. Jego oczom ukazał się zalany miejscami napis. Paznokciami zdrapał parafinę i przeczytał: Julie James. Znalazł tą, której szukał.
- To święte miejsce. Bez pozwolenia nie wolno tu wchodzić.
Drgnął słysząc te słowa. Nie spodziewał się, że ktoś go śledzi. Odwrócił się i ujrzał, stojącego przed sobą i rzucającemu mu złowrogie spojrzenia, mężczyznę. Patrząc na niego detektyw poznał, że takich ludzi miała na myśli Lady M. mówiąc o strażnikach.
Zacięta twarz i zimne oczy świadczyły o charakterze tego człowieka, dla którego nic się nie liczyło oprócz służby. Tylko, że Mothman nie bardzo wiedział, komu ten człowiek służył.
- Jestem tu w celach służbowych – odparł i sięgnął do kieszeni uniformu po dokumenty.
Strażnik nic się nie odezwał, tylko zmarszczył szpakowate brwi i przyglądał mu się badawczo. Mothman wyjął legitymację i podał mężczyźnie mówiąc:
- Prowadzę dochodzenie w sprawie zaginięć i zabójstw młodych kobiet.
Guardian albo go nie słuchał, albo bardzo dobrze udawał brak zainteresowania. W milczeniu przeglądał książeczkę legitymacyjną. Wyraźnie zwęziły mu się oczy, gdy zobaczył nazwisko i zawód Mothmana. Nie uszło to uwagi detektywa, który postanowił podążać dalej obraną ścieżką.
- I chciałbym obejrzeć zwłoki Julie James.
Strażnik drgnął i spojrzał groźnie na Mothmana. Z oczu biły mu błyskawice. Detektyw jednak wytrzymał jego spojrzenie.
- Dzisiaj to niemożliwe, Panie Detektywie – powiedział ironicznie i podkreślając ostatnie wyrazy. Z niechęcią oddał mu legitymację.
Mothman nie odpowiedział, schował dokument i skierował się ku bramie cmentarza. Czuł jednak odprowadzający go wzrok strażnika. Na pożegnanie usłyszał jeszcze:
- Śledztwo może niczego nie wykazać. A jeśli wykaże to tym gorzej.
Gdy Mothman obrócił się, ujrzał tylko oddalającego się człowieka. W promieniach słońca, ledwo przebijającego mgłę dostrzegł znajomy symbol, wyszyty na plecach munduru strażnika. Była to prosta, gruba kreska, od której, po prawej stronie, ukośnie skierowane w dół, i symetrycznie odchodziły dwie linie równej długości, tworząc jakby pół dłuższej strzałki, i leżącej na niej pół krótszej. Widział go wśród krwistych znaków, znajdujących się na stronicach „Autobiografii” Mary Mothman.
Sprawdzi to po powrocie do domu.

Tu znajdziesz schronienie. Tu będziesz bezpieczna – kołatały jej w głowie słowa tajemniczej wybawicielki. I tak właśnie było.
Siedziała w specjalnym pokoju, Pokoju Zagubionych Dusz – jak go nazywały opiekujące się nią zakonnice. Klasztor St. Mary wydawał się być najspokojniejszym miejscem na świecie. Nikki kontemplowała jego piękno. Nie był to taki klasztor, o jakich słyszała w opowiadaniach matki. Był piękny, ale gustowny i skromny. Nie było w nim marmurów, drogich kamieni – wszystko było w drewnie. Obrazy, ryciny – naliczyła ich jedenaście. Na ołtarzu zauważyła tylko posąg w kształcie krzyża, ale nie dostrzegła figurki Chrystusa. Nigdzie też nie widziała miejsca ukrycia Hostii. Pomyślała, że pewnie ksiądz przynosi ją na początku mszy.
Tyle zdążyła zauważyć, gdy wraz ze swoją wybawicielką przemierzała klasztor i teraz zastanawiała się nad tym w Pokoju Zagubionych Dusz. W sąsiedniej komnacie tajemnicza kobieta rozmawiała z księdzem.

Minęło kilkanaście minut nim drzwi się otworzyły i weszli do pokoju. Zakonnice wyszły zabierając naczynia do kuchni.
- Smakowało? – Zapytał ksiądz. Miał może trzydzieści lat i łagodne rysy twarzy. Jego głos wlewał ukojenie w serce.
- Tak. Bardzo dziękuję, Ojcze – odpowiedziała wstając zza stołu.
- Siedź, moje dziecko – poczuła nienaturalną siłę uścisku jego dłoni na swoim ramieniu. Była tak brutalna, że Nikki musiała ponownie usiąść za stołem. Ta siła zupełnie nie pasowała do łagodnego oblicza księdza.
- To jest Ksiądz Hugon – powiedziała tajemnicza kobieta. – Jest proboszczem tego klasztoru. Będzie traktował cię jak ojciec.
- Nie bój się. To nie więzienie – po tych słowach zostawił kobiety same, wychodząc z pokoju.
- Pokażę ci twoją sypialnię.
Nikki wstała i, wraz ze swoją wybawicielką wyszły z pokoju.

Ciekawość nie pozwalała mu nawet na chwilę oderwać myśli od tajemniczego symbolu. Gdy tylko przekroczył próg domu, przebieg kilka pokoi w poszukiwaniu Lady M. Nie zamknął nawet drzwi wejściowych. Służba nie wiedziała, co się stało, i przezornie wolała zejść mu z drogi, a nawet nie wychodzić z pokoi.
Odgłos jego butów roznosił się po parkiecie.
Mothman myślał, że pierwszą osobą, jaką spotka będzie Cagliostro, ale tak się nie stało. Zamiast niego, nieomal na niego nie wpadając wyłoniła się pobliskiego pokoju młoda pomocnica kucharki. Na rękach niosła kilka dopiero, co umytych talerzy. Detektyw nie zważał na nic. Stanowczo zagrodził jej drogę. Mocno chwycił ją za ramiona, tak mocno, że wypuściła talerze z rąk. John jakby nie słyszał tłukących się naczyń. Młoda dziewczyna nie odważyła się nawet spojrzeć mu w oczy.

- Przepraszam – powiedziała tylko ledwo słyszalnym, wystraszonym głosem. – Nic nie zrobiłam.
Detektywowi zrobiło się jej żal. Skarcił sam siebie w duchu i powiedział już nieco łagodniejszym głosem:
- Nic się nie stało. Wystraszyłem Cię. Chciałem się tylko dowiedzieć gdzie jest Lady.
Zwolnił uścisk i dziewczyna odetchnęła z ulgą. Nadal nie miała odwagi podnieść na niego wzroku. Była od niego niższa, więc musiał patrzeć na nią z góry i wyraźnie widział jej pełne, unoszące się szybko piersi. Starał się odegnać od siebie sprośne myśli, ale nie potrafił oderwać wzroku od atrybutów kobiecości młodej dziewczyny.
- Pani jest w ogrodzie, ale prosiła, żeby jej nie przeszkadzać.
- Nie bój się. Wezmę odpowiedzialność na siebie – pogłaskał ją lekko po buzi. Dziewczyna przycisnęła swoją dłonią jego rękę do policzka.
- Dziękuję r11; wyszeptała.
John chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nagle puściła go i uciekła do drugiego pokoju. Mothman przez chwilę zastanawiał się nad jej zachowaniem, po czym przemierzył kilka korytarzy i wyszedł na balkon jednego z pokoi.
Schody prowadziły do ogrodu, który na oko mógł mieć kilka hektarów wielkości. Mothmanowi zdawało się, że w oddali widzi postać leżącą na trawie. Kształtem przypominała człowieka. Wolno zszedł po schodach i zagłębił się w krzaki i las, przetykany gdzieniegdzie polankami. Roślinność i drzewa miejscami tylko przepuszczały blade promienie słońca. Nie wyobrażał sobie ile potrzeba rąk ludzkich do zagospodarowania takiej połaci terenu.

Minęło kilkanaście minut nim wreszcie dotarł do leżącej pod jabłonią kobiety. Podniosła na niego wzrok, odrywając wzrok od czytanej książki. Zamknęła ją, gdy tylko zobaczyła, kto przed nią stoi, i wyciągnęła do niego rękę. Widziała jego groźne spojrzenie i zacięte wargi, ale nic nie powiedziała. Nadal trzymała tylko wyciągniętą przed siebie rękę. Ale jej oczy wyrażały miłość i błaganie, którym nie mógł się oprzeć.
- Dowiedziałeś się czegoś? – Zapytała kusząco miękkim głosem. Detektyw nie odpowiedział. Chwycił ją za rękę i usiadł koło niej na trawie. Wyraz jego twarzy się nie zmienił.
- Tak myślałam. Bałam się tego. Minie sporo czasu zanim Strażnicy przyzwyczają się do ciebie i zaczną z nami współpracować.
- Tak – odpowiedział niby od niechcenia.
Chciał sprawdzić jej reakcję. Nie pomylił się – Lady M. uniosła brwi z zaskoczenia.
- Tak, dowiedziałem się czegoś – nieco skłamał. – Co to jest? – Zapytał rysując patykiem tajemniczy znak na ziemi, ten sam, który ujrzał na płaszczu Guardiana i ten sam, który widniał na stronach Biografii Mary Mothman.
Kobieta przyjrzała mu się uważnie, po czym powiedziała, starannie dobierając każde słowo:
- To bardzo silny znak. Jeden z tajemnych, magicznych i alfabetycznych znaków ludów skandynawskich. Słyszałam, że ktoś w dolinie używał tych znaków, ale było to bardzo dawno temu. Rozumiem, że widziałeś ten znak w książce. Ja też go tam widziałam, jest w niej zapisany cały alfabet.
- Nie tylko w niej go widziałem. A co możesz mi powiedzieć o ludziach posługujących się tym symbolem w dniu dzisiejszym?
Kobieta milczała. Patrzyła tylko detektywowi prosto w oczy. Jej dłoń trzęsła się i nie wiedział czy ze strachu czy z wrażenia. Chciała coś powiedzieć, ale John ją ubiegł.
- Widziałem go na płaszczu strażnika.
Jej oczy rozszerzyły się ze strachu.
- Jesteś tego pewien? – Głos Lady wyraźnie się załamywał.
- Tak jak ciebie teraz.
- Myślałam, że… – zaczęła ale urwała w połowie zdania. Mothman chwycił ją mocno za ramiona i potrząsnął nią. Był już na dobrym tropie.
- Co myślałaś? – Niemal krzyknął
- Że Ansuzyjczycy już dawno nie istnieją. Przestało być o nich głośno 20 lat temu. To niebezpieczni ludzie. Jeśli dalej istnieją to będę zmuszona prosić cię o opuszczenie doliny, gdy tylko odnajdziesz Nikki.
- Ale kim oni są? – Nadal trzymał ją mocno w swoich dłoniach. Oczy mu się zwęziły i zaczęły ciskać złowieszcze błyski. – Widzę, że dużo o nich wiesz.
- Tylko z książek – próbowała się bronić. – Pokażę ci jedną z nich. Lepiej będzie jak sam o nich poczytasz.
Lady M. spojrzała na niebo, które zasnuły ciemne chmury. Lada moment znów zaczną się opady. Wiatr przybrał na sile i zamieniał się już w porywach w wicher. Nagle cały ogród zaczął żyć. Szum liści zagłuszał ich słowa. Nie mogli się porozumieć. Nawet jabłoń nie mogła oprzeć się jego sile i niechętnie się pod nim ugięła.
Dopiero na balkonie John usłyszał jej urywane słowa.
- Gdzie są te książki? – Zapytał, krzycząc jej prosto do ucha.
- W bibliotece Hrabiego.
Mothman miał nadzieję, że się przesłyszał, ale niestety tak nie było. Znowu ten Cagliostro, pomyślał ze złością. Może, chociaż raz mu się na coś przyda. Ale interesowało go skąd hrabia ma wiadomości o ansuzyjczykach i czemu się nimi interesuje.
- Zaprowadź mnie tam.
- Hrabia nie lubi, nikogo nie wpuszcza do swojej biblioteki, ale go nie ma dzisiaj.
- A gdzie jest? – Zapytał detektyw.
- Nie wiem. Powiedział, że ma jakieś ważne spotkanie i prosił, żebyśmy nie czekali na niego z obiadem, ani z kolacją.
Mothmanowi zdawało się, że wyczuł podkreślenie ostatniego wyrazu.

Przeszli przez pokój. Ledwo weszli do niego, pokojówka zamknęła drzwi balkonowe. Garderobiany odebrał od Mothmana wierzchni strój urzędowy – był tak mokry, że krople lały się po parkiecie i zaniósł do garderoby.
Detektyw miał okazję bliżej przyjrzeć się swojej posiadłości. Kobieta prowadziła go po różnych korytarzach, pokojach. Oglądał sprzęt i pracujących w domostwie ludzi.
- Z czego utrzymujemy ten dom?
- Hrabia nam pomaga – odpowiedziała. Szli po schodach prowadzących na drugie piętro. Mothman nawet nie wiedział, że jest drugie piętro. Musiały to być prywatne pokoje Cagliostra i chyba nie mniej tajemnicze niż on sam. Lady M. zapaliła świeczniki stojące w korytarzu, żeby nie potknęli się o stopnie. – To chyba jedyne miejsca nieoświetlane w tym domu.
- Dlaczego?
- Hrabia nie zgodził się podłączać elektryczności. Nie wiem, czemu. Często w nocy słyszałam jak chodzi po piętrze. Kiedyś nawet zakradłam się zobaczyć, co robi, ale drzwi były zamknięte od środka. W każdym razie nie widziałam nawet iskry, a co dopiero światła. Jakby wszystko robił po ciemku. Gdyby teraz był w domu to nie miałabym odwagi nawet oddychać w tych zakamarkach domu, ale teraz go nie ma i możemy śmiało rozmawiać.
- Hrabia ma bardzo dużo tajemnic – zastanawiał się Mothman. – Może nawet za dużo.
- Dużo się zmieniło odkąd wyjechałeś.
- Wyjechałem? Cały czas mam wrażenie, że mylicie mnie z kimś innym. Ja nie mieszkam w dolinie, przyjechałem tylko, dlatego, że listonoszowi pomyliły się listy. Ty wysłałaś do mnie przesyłkę i od początku mnie okłamujesz, tak samo Cagliostro. I lepiej powiedz mi, o co tu chodzi.
- Dobrze.
Lady M. odwróciła się na szczycie schodów i spojrzała mu prosto w oczy. Stali przed drzwiami, które prowadziły do pokojów hrabiego.
- To ja wysłałam list i książkę. Twoja matka urodziła się w Dolinie. To jej dom. Zapisała go w spadku mnie, ale pod warunkiem, że cię odnajdę i za ciebie wyjdę. Cagliostro miał być gwarantem małżeństwa. Ślub odbył się kilka lat temu. Potem wyjechałeś i ślad po tobie zaginął. Zabrałeś ze sobą Nikki i zostałam sama. Postanowiłam cię odnaleźć i wiedziałam, że jesteś detektywem. Najlepszym pretekstem mogła być tylko sprawa, która by cię zainteresowała. Lata czekałam aż coś się wydarzy w dolinie i się doczekałam. Teraz już wiesz wszystko.
Patrzyła na niego i wiedział, że w tej chwili nic więcej nie mógł już z niej wyciągnąć. Na wszystko przyjdzie czas.
- Wierzysz mi? – Zapytała słodkim głosem zbesztanej dziewczynki. – Nie martw się, z czasem wszystko ci się przypomni. To wszystko przez ten przeskok czasowy.
- Masz rację – powiedział. Wiedział, że albo w tej dolinie wszyscy są szaleni albo on wkrótce oszaleje. – Pokaż mi książkę. Muszę wiedzieć, z kim mam do czynienia, zanim ponownie spotkam się ze Strażnikami.
- Kiedy chcesz się z nimi spotkać?
Otworzyła drzwi. Nie wiedział skąd, ale miała klucz do zamka. Uśmiechnęła się widząc jego zaskoczenie.
- To jest nasz dom. Dla bezpieczeństwa musimy mieć zapasowe klucze do wszystkich pokoi – uśmiechnęła się kokieteryjnie. – Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
- Jutro – rzekł sucho, wchodząc do ciemnego pomieszczenia.
Przez chwilę stała bez ruchu. Teraz ona była wyraźnie zaskoczona. Odpaliła knot świecy od świecznika stojącego na schodach. Weszła za Johnem i odpaliła od niej świeczniki. Oczom detektywa ukazał się obszerny pokój. Na suficie nie dostrzegł żadnego żyrandola, tylko kilkanaście świeczników zamocowanych przy ścianach oświetlało pomieszczenie. W pokoju było jedno okno, ale tak małe, że przepuszczało niewiele światła. Cagliostro musi mieć świetny wzrok, pomyślał Mothman.
Pod ścianą stał drewniany segment cały wypełniony książkami. Zaiste, była to prawdziwa biblioteka. John tylko przelotnie oglądał oprawione w skórę, zapewne zwierzęcą, woluminy, papirusy o datach sprzed wieków. Ale nie dostrzegał między nimi zwykłej literatury tylko księgi znajdujące się do nie dawna na Indeksie Ksiąg Zakazanych. Niektóre z nich nadal jeszcze były do niego wpisane. Czyżby hrabia parał się czarną magią?
Lady M. w milczeniu przeglądała tytuły książek. Nie miała tak dobrego wzroku jak właściciel pokoju i podświetlała segment trzymanym w ręku świecznikiem. W pewnej chwili jej dłoń zatrzymała się na chwilę.
- Znalazłam – powiedziała. Wyjęła z półki książkę i podała Mothmanowi.
Detektyw rzucił na nią z ciekawością. Nie sądził, żeby znalazł w niej coś, co mogłoby zaważyć na prowadzonych przez niego poszukiwaniach, ale przez lata prowadzonej pracy nauczył się, chociaż pobieżnie studiować wszelkie dokumenty. Jednakże tytuł, który teraz miał przed oczami mógł go do czegoś doprowadzić. W milczeniu wziął z jej rąk zakurzony wolumin. Skórzana oprawa była szorstka w dotyku, dobrze zakonserwowana i na pewno była naturalna.
- Myślę, że powinniśmy się przyjrzeć tej książce. Za ile może wrócić hrabia? – Nie odrywał wzroku od książki.
- W każdej chwili. Co chcesz zrobić?
Nie odpowiedział. Podszedł do stolika ustawionego pod ścianą, naprzeciwko kredensu i położył książkę na blacie. Kobieta odprowadzała go wzrokiem.
- Postaw świecznik na stoliku, ale nie gaś go. I stań koło stolika skierowana w stronę drzwi.
W czasie, gdy to robiła, Mothman zaczął się przechadzać wolno wzdłuż każdej ściany.
- Czym zajmuje się hrabia w wolnych chwilach? Ma jakieś ulubione miejsce? Ma jakieś hobby?
- Nie wiem. Rzadko wychodzi z tego pokoju. Ale czasem go nie ma i… – zawahała się.
- I? – Zatrzymał się na chwilę. Przyglądał się jej z wyraźnym oczekiwaniem.
- Nie wiem, do czego zmierzasz? Podejrzewasz mnie o coś?
- Póki, co, każdy jest podejrzany – w zamyśleniu podrapał się po trzydniowym zaroście.
- Nikt nie wie gdzie on wtedy jest.
- Dziwne. Ja nie mógłbym wytrzymać w jednym pokoju, mając dyspozycji cały dom. Wspominałaś, że ma więcej pokoi.
- Tak, ale wejście do nich znajduje się w innej części domu. Zetrzesz sobie skórę – widziała, jak co jakiś czas dotykał dłonią ściany.
- Obejrzyjmy tę księgę.
- Tutaj? – Zapytała przerażona. – A jeśli nagle hrabia przyjdzie?
- Wtedy… – niby przypadkowo oparł się o ścianę dłonią i Lady M. usłyszała najpierw przeraźliwe skrzypienie, a potem jej oczom ukazało się ukryte za ścianą mroczne pomieszczenie. – Myślę, że zamyka się samoczynnie po wejściu do pokoju. – Podszedł do stolika, a ściana pozostała odsunięta.
W milczeniu siadł w fotelu i przysunął bliżej świecznik. Kobieta przysunęła drugi fotel i siadła obok Johna, żeby także widzieć książkę. Palcem przesunął po tłoczonym tytule jakby chciał się upewnić, że jest rzeczywisty. Odwrócił okładkę i w świetle świec płonących w świeczniku zobaczył namalowany taki sam znak, jaki widział na płaszczu Strażnika. Nad nim czerwone litery głosiły: Historia Zakonu Ansuzyjczyków.
- Domyślam się, że jest to jakaś sekta – powiedział półgłosem.
- Bardzo groźna.
- Zakładam, że czytałaś tę książkę – spojrzał pytająco na kobietę.
- Tak, ale bardzo dawno temu. Mimo to myślę, że uda mi znaleźć w niej coś, co może nam się przydać.
- To poszukaj, ja muszę chwilę pomyśleć.
Podał jej książkę, a ona z werwą zaczęła ją przeglądać.

Co chwilę zamykał oczy i otwierał je tylko gdy pokazywała mu pewne opisy. Analizował fakty. Co jakiś czas dochodziły nowe. Książka była ciekawa, a Lady M. umiała szybko znaleźć najważniejsze rzeczy. Wiedział już, kiedy powstał Zakon, z raczej sekta, kto stał na jego czele i jakie miał źródła pochodzenia. Mniej więcej też orientował się w regułach życia i zasadach postępowania. Ale to była historia. Nadal jednak nie wiedział, czym ansuzyjczycy zajmowali się obecnie.
- Nic więcej na razie nie znajdę.
- Myślę, że to chwilowo powinno nam wystarczyć. Jutro sprawdzę informacje. Chodźmy, zrobiło się późno. Książkę weźmiemy ze sobą – może się nam jeszcze przydać. Cagliostro ma tu tyle książek, że z pewnością nie zauważy jak sobie jedną od niego pożyczymy.
Lady M. nie protestowała. Odstawiła fotel na swoje miejsce, zabrała świecznik ze stolika, a pozostałe zgasiła.
- A co z ukrytym przejściem?
- Musi tak zostać – odpowiedział John wychodząc z pokoju. – Może się samo zamknie.
Kobieta podążyła za nim. Zamknęła drzwi i przekręciła klucz w zamku. W milczeniu zeszli po schodach. Na piętrze doleciał do nich zapach obiadu. Unosił się po całym domu.
- Chyba dzisiaj znowu zjemy sami – uśmiechnęła się. Detektyw nie miał nic przeciwko temu.

* * *

Cagliostro i prawnicy, wszyscy trzej domyślali się gdzie może przebywać Nikki Mothman i kto może jej pomagać. Każdy z nich chciał ją wydostać z ukrycia.
Ksiądz Hugon wszedł do bocznej kapliczki przy klasztorze i ukląkł na ziemi. Nie zważał na kałuże i błoto. W milczeniu pogrążył się w modlitwie. Postanowił zaopiekować się dziewczyną, ale potrzebował siły i wiary, oświecenia od Boga. Wierzył, że gorąca i szczera modlitwa pomoże mu. Może z czasem odnajdzie jakąś rodzinę Nikki. Na razie musi pomóc biedaczce. Jego przyjaciółka nie powiedziała mu, co jej grozi, ale nie miał wątpliwości, że chodziło o życie Nikki. A to było teraz dla niego najważniejsze.
Tak się zapomniał w modlitwie, że przestał całkowicie słyszeć, co się dzieje dookoła niego. Nie słyszał zbliżających się do niego kroków. Miał zamknięte oczy, żeby lepiej się skupić i nie widział nawet cienia rzucanego przez atakującego go napastnika.
Pierwszy cios pobawił go przytomności. Ksiądz nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Zabójca pochylił się nad nieprzytomnym ciałem i przyjrzał się wyraźnie jego twarzy.
- Ojczulku, złamałeś pewne zasady. Nie ma kary bez winy.
Złośliwy uśmiech rozjaśnił mu twarz, gdy spod płaszcza wyjął ostry jak brzytwa nóż i sprawnym ruchem podciął ofierze gardło. Przez chwilę z chorą fascynacją przyglądał się mieszającej się z kałużą krwi. Końcówką noża, na czole księdza wyciął tajemnicze symbole. Opłukał nóż w kałuży, schował pod płaszcz i w milczeniu opuścił teren klasztoru.

Konrad Staszewski

Styczeń 1st, 2008 przez Agent3

 Grabażem  zwano mrocznego, tajemniczego człowieka ubierającego się zawsze na czano,chodzącego zawsze z kijem podpierając się na nim. Nikt go nieznał, z nikim nigdy nie rozmawiał. Wiedziano onim tyle ile usłyszano.  Zamieszkiwał on pewien dom na uboczu małego osiedla. Dom ten kiedyś zamieszkiwał samotny człowiek, szukający miejsca w którym mugł by umrzeć.  Po pewnym czasie zaginął bez wieści. Dom stał pusty, z czasem ograbiany i niszczony. Na osiedlu były dwie osoby, które chciały poznać jego tajemnice. Byli to Ania i Piotrek, oboje mieli szesnaście lat. Od czasu do czasu śledzili grabaża, który wybierał się  tylko do lasu. Zazwyczaj do domu wracał dopiero po pięciu godzinach. Chodz bardzo się starali zawsze go gubili w lesie. Do domu każdy bał się wejść. Pewnego deszczowego popołudnia, tajemniczy człowiek znów wybrał się do lasu. Ania i Piotrek wiedzieli że szybko nie wróci, więc odwazyli się i weszli do domu, bardzo dokładnie go oglądali od strychu aż po piwnice, w której na środku stała duża, drewniana skrzynia, z której przez niewielkie szczeliny wydobywało się jaskrawe i intensywne światło.

Gdy ją otworzyli światło zgasło, ku im oczą ukazał się złoty klucz.  Wyjmując go Ania zauważyła duże dzwi, zajmujące pół ściany. Ania włożyła klucz do zamka, przez szpary w dzwiach, zaczeło się wydobywac takie samo światło jak z skrzyni. Powolnym ruchem otwierały się a światło nie gasło. Otworzyszy się całkowicie oślepiły Anię. Piotrek patrząc przez ramię widział że jego przyjaciólka leżała na podłodze, a z otwartego pomieszczenia wydobywała się postać w czarnym płaszczu. Nie dotykając Ani podniósł ją i zabrał do bardzo jasnego pomieszczenia.  Gdy zniknoł w pomieszczeniu dzwi zaczeły się zamykać. Wtedy Piotrek usłyszał że ktos schodzi do piwnicy. Ujżał grabaża który spojzał na niego, i odszedł w stronę lasu. Piotrek podążał za nim zadając mu wiele pytań. Kim była postać która zabrała Anię ? Co sie z nią stanie ? Dlaczego nic nie mówi ? Doszli do małego strumyka. Grabaż nic nie mówiąc spojzał na strumyk.  Nagle Piotrek zauważył że grabaż umiera.  Swym ostatnim tchniemiem powiedział wez ten kij i idż po Anię. Piotrek wzioł kij, po czym grabaz umarł.  Przedzierając się przez gęsty las myślał tylko o tym że ją bardzo kocha i musi ją uwolnić.  Gdy tam dotarł ujżał ciemność z której zauwazył leżącą na podłodze nieprzytomną  Anię.  Spojzał na dzwi i ujżał że są otwarte. Wszedł do jasnego pomieszczenia. Przed nim było wiele dzwi. Wszedł do tych które były naprzeci wniego. Ujzał tam ciemną postać. To pomieszczenie zdawało się być niczym, ciemna postac w tej chwili przestała istnieć. Piotrek pobiegł do Ani która się przebudzała. Wziął ją na ręce i wyniusł z piwnicy. Odzyskawszy świadomość, powiedziła do Piotrka tylko dwa słowa. Kocham cię… W tym momecie dom runoł… Piotrek spojzawszy na las ujzał postać grabaża, która kiwnowszy głową znikneła w lesie…