Klątwa boga

Wstęp

 

Najsilniejsi zebrali się we wnętrzu Góry Grzmotów na morzu Kraniec. Wreszcie doszli do samego jej serca. Zmęczeni, zakrwawieni, ale szczęśliwi. Dowódcy armii, której już nie było.
Na początku podróży było ich dwunastu. Każdy z nich miał statek wojowników. Została jedynie trójka. Pozostali zginęli po drodze- dwa statki zniszczone przez potwory na morzu, większość podwładnych i trzech dowódców po drodze do Góry Grzmotów, reszta w samej górze.
Trzej doszli jednak do upragnionego skarbu. Mocy starożytnego boga boga. Jedynego ze starych bogów, który coś po sobie zostawił. Pozostali, gdy odchodzili zatarli wszelkie ślady. Ten zostawił morze pełne potworów i wyspę na samym jego środku, pełną demonów.
Bóg ten nie był potężny, ponieważ nie było podań o żadnych jego dokonaniach. Co jest dziwne, ze względu na to, że Bogowie pojawiali się zawsze tam gdzie hordy potępieńców, strachy i kataklizmy. O tym bogu została pamięć, że chodził, obserwował, ale nie działał. Dlatego zwano go Kronikarzem- Cichym Bogiem. Legendy mówiły o nim także, że nie był nienawidzony. To jedyny spośród Bogów który nie wsławił sie zsyłaniem na ludzi strasznych plag.
Do trójki należał wielki mag Xelon – przyszły przywódca gildii magii Imperium Avarth. Sam się tak tytułował. Faktycznie był najszybciej pnącym się w historii członkiem bractwa. Znany ze swych zdolności, ale głównie z pyszałkowatości. Inni twierdzili, że jego pycha go zgubi.
Wielka kapłanka Veami – silna w swojej wierze i potężna w swojej mocy. Nowi bogowie dzielili się swoimi siłami z wybranymi. Nie posiadali jednak takiej potęgi jak starożytni. Wywodzili się głównie z natury. Vaemi została wybrana, by sprowadzić cząstkę mocy starożytnych dla swoich bogów. Była młoda i piękna, jak wszystkie potężne kapłanki. Doznawały one błogosławieństwa pozwalającego cieszyć się młodym wyglądem i wigorem, aż do śmierci. Chociaż Veami i tak dobiegała zaledwie czterdziestki. Ciało jej wskazywało na niepełne dwadzieścia.
Ostatnim z trzech był Rhado – potężny wojownik, który zapisał się już w historii takimi czynami, jak samotną walką z czterdziestką mężczyzn. Którą to walkę wygrał. Jego siła pozwalająca podnieść byka i rzucić nim lub też wytrzymałość, dzięki której może biec ze stolicy do krańca imperium w zaledwie dwa dni były w imperium znane.

Czytaj dalej Klątwa boga

Pożar

Przeprowadzka

Był piękny ,słoneczny dzień. Lekki wiatr delikatnie pieścił zielone liście drzew ,które dopiero co zaczynały rozkwitać .W końcu nadeszła upragniona przez wszystkich wiosna ,koniec ciągłych opadów śniegu , odmrożonych palców ,wiecznego kataru no i oczywiście przeszywającego zimna ,które dawało o sobie znać za każdym razem gdy tylko wystawiło się nos za drzwi ciepłego i przytulnego mieszkania.
Dla nas był to również upragniony czas ,bo właśnie na początek tej cudownej pory roku zaplanowaliśmy z mężem ,długo przeciąganą przeprowadzkę do Stanów Zjednoczonych.Kupiliśmy tam piękną willę na Florydzie. No , a skoro już zaczęłam o mężu to może czas na kilka słów o naszej rodzinie .Oboje z Michałem pochodzimy z Polski.Poznaliśmy się w wieku 15 lat podczas drogi do szkoły.Po zakończeniu liceum , ja wyjechałam do Anglii ,aby studiować dziennikarstwo na Kings college , a Michał został w ojczyźnie i również zajął się studiami.Po zakończeniu edukacji wróciłam do kraju ,tam wzięliśmy ślub i doczekaliśmy się dwóch córek bliźniaczek-Weroniki i Bereniki.Mamy jeszcze psa rasy labrador ,wabi się Breake. No ,ale wróćmy już do naszej przeprowadzki do Stanów.
Wstaliśmy około 8 rano ,spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy i pojechaliśmy na lotnisko , skąd zaraz mieliśmy wylecieć do Ameryki . Byłam bardzo podekscytowana , w końcu z moim ukochanym mężem i córkami zamieszkam w miejscu moich dziecięcych marzeń .Samolot ruszył ,no i nagle odezwał się mój skrywany strach przed lataniem .Serce waliło mi jak młot ,ręce zaczęły się pocić .Modliłam się żebyśmy tylko szczęśliwie dolecieli do celu . Czytaj dalej Pożar

Czarny Łowca

 Był ciepły lipcowy wieczór i miasteczko Eden w stanie Maryland topiło się w czerwieni zachodzącego słońca. Już od kilku dni pogoda była naprawdę piękna i nic nie wskazywało, żeby dzisiejszego wieczoru coś miało się zmienić. Ann siedziała na ławce w malowniczym parku otaczającym tutejszą szkołę i z niecierpliwością wypatrywała Tommy’iego. Siedemnastoletnia dziewczyna miała na sobie jasną sukienkę w kwieciste wzory i letnie klapki. Jej długie, blond włosy opływały nagie ramiona. Była z nich bardzo dumna. Nie ścinała ich od dzieciństwa i bardzo o nie dbała. Jeszcze przed wyjściem spędziła kilka godzin na „robieniu się na bóstwo”. Uwielbiała siedzieć przed lustrem i rozczesywać swoje piękne, blond włosy. Musiała się spodobać Tommy’iemu. Bardzo jej na tym zależało. Ten wysoki brunet o szarych oczach, starszy od niej o rok, zawrócił jej kompletnie w głowie. Umówiła się z nim już tydzień wcześniej i cały ten czas chodziła spięta, lecz równocześnie rozmarzona, wyczekując tej chwili. Chwila ta jednak nie nadchodziła. Tom spóźniał się już piętnaście minut.
Czarny Ford Mustang z 1968 roku mknął autostradą numer 13 z zawrotną prędkością. Mroczny Johnny, siedzący za kierownicą, zajęty był studiowaniem mapy stanu Maryland i rozmową przez komórkę.
– Jesteś pewna, że to pieprzone Eden leży na tej trasie? – wykrzyczał do telefonu. – Jadę już od dobrych paru godzin, a nie poczułem nawet smrodu tej zasranej dziury!
– Spokojnie Jo – Dopływający ze słuchawki kobiecy głos był miękki i przyjemny. – Jak tylko miniesz Sulisbury, zjedź w prawo, a wrota Edenu rozstąpią się przed tobą – zachichotała.
– Nie kpij Jenny. Sprawa zrobiła się naprawdę poważna. – powiedział Johnny trochę mniej rozgniewany. Tylko ona miała na niego taki wpływ. – Mam nadzieję, że tym razem dorwiemy drani. Poprzednio byłem już naprawdę blisko, ale ten pieprzony smarkacz rzucił się na mnie z pazurami. Czytaj dalej Czarny Łowca

Pewna straszna noc

Nie wiem, czy opisując wydarzenie już spory czas po fakcie, będę w stanie oddać autentyczny stan swojego umysłu i absurdalność rzeczywistości, bądź nierzeczywistości, która z potwornym hukiem uderzyła we mnie pewnej letniej nocy. W niewielkim drewnianym domku na przedmieściach Warszawy, przez kilkanaście lat będącego ostoją dla całej mojej rodziny, podczas wakacji każdy dzień i każda noc wydawały się bliźniaczo podobne. Rano śpiew ptaków i zapach leśnej mgły, popołudniowe wycieczki rowerowe, mecze w piłkę nożną na żwirowym placu, a wieczorem filmy, gry komputerowe i opróżnianie lodówki z zapasów lodów i słodyczy. Zero szkoły, zero stresu, dwa miesiące laby, 60 dni dużo dłuższych od 60 nocy. Tego pamiętnego dnia położyłem się spać około dwunastej w nocy. Zmęczenie po kolejnym wakacyjnym dniu dało mocno w kość, i po szybkiej kolacji oraz obowiązkowej partii w Warcrafta II, bądź StarCrafta, nie pamiętam takich szczegółów, nie potrzebowałem długich godzin na oddelegowanie organizmu na zasłużony odpoczynek. Szybko zasnąłem, przespałem kilka godzin i przebudziłem się nad ranem, około godziny czwartej, pamiętam bo szybko zerknąłem na zegarek na szafie, a poza tym za oknem krajobraz był taki, jaki zawsze jest o wczesnym poranku. Krople rosy na trawie, gdzieniegdzie mgła, i piękne budzące się do życia, błękitne niebo. Na tym niebie samolot, zwykły pasażerski aeroplan jakich codziennie pełno przemierzało przestworza nad chojnowskimi lasami. Coś na niebie wydało się jednak nie w porządku. Nie było chmur, tylko samolot, ale obok niego coś jeszcze. Coś, co powiększało się w zastraszająco szybki tempie, nabierając kształtu. Z dziwnej, małej czarnej kropki na niebie, przeistaczało się w coraz to większy, lekko spłaszczony obiekt, przypominający wirujące jojo. Szybko zorientowałem się, że to „coś” wcale nie zmienia kształtu, ale bardzo szybko podąża w stronę samolotu. A raczej w moją stronę. Oniemiałem. Słyszałem historie o UFO, oczywiście wiedziałem z niezliczonych filmów, zdjęć i opowiadań jak wygląda latający talerz, ale nie powiedziałbym nigdy, że w rzeczywistości jest aż tak przerażająco identyczny ze swoimi hollywoodzkimi odpowiednikami. Ale najgorsze, że jest autentycznie przerażający, i nie budzi żadnych pozytywnych odczuć, i żadnej nadziei, że jego pasażerowie przybywają w pokojowej misji. Dopóki nie zrozumiałem, czemu dokładnie się przyglądam, robiłem to z zaciekawieniem, ale po paru chwilach dotarło do mnie że nie mogę dobyć nawet krzyku przez zaciśnięte gardło. I wiedziałem, nie wiem skąd, że trzeba się bać. Odczułem to, jak jakąś nietypową telepatię, coś co mówiło mi że te kolorowe światełka, cygarowate maszyny i postacie o wielkich oczach, jeszcze większych głowach i szarej skórze znane z ekranu telewizora, wcale nie istnieją. Istnieje potworna siła z kosmosu, z nieznanej nam galaktyki, z nieznanego być może wymiaru. Nie mamy na ziemi słów, żeby opisać czym w rzeczywistości jest owa cywilizacja, ale pewne jest, że jeśli są ludzie, którzy mają wiedzę na jej temat to zabiorą, lub już zabrali te informacje do grobu. Widziałem co się działo na niebie tej pamiętnej nocy, i strach jaki mnie wtedy przeszywał nie może być porównywalny do żadnych ziemskich doznań. A to co wydarzyło się w dalszej kolejności pamiętam tylko fragmentarycznie. Nie mogłem się ruszyć, nie mogłem nic powiedzieć, zawołać kogoś z domowników. Chociaż krzyczałem, nie było słychać nic. Tylko w mojej głowie. Chociaż chciałem ruszyć ręką, wkładałem w to całą siłę, nie drgnąłem. Powtarzałem sobie, to tylko w mojej głowie. To sen, gówniany, zły sen. W panice przewracając oczami, zdesperowany, zobaczyłem na szafie stojącej przy oknie doniczkę z kwiatem z liśćmi opadającymi na drewnianą obudowę mebla. Nie było tego, nigdy w moim pokoju nie było żadnej rośliny. To musiał być sen. W oknie pełen grozy obiekt zawisł spokojnie w powietrzu. Nie ruszał się, patrzył. Choć był pewnie kilka kilometrów od okna, wiedziałem że patrzy na mnie. Nagle zobaczyłem światło, w ułamku sekundy oświetliło ono moje okno, a ja po chwili znalazłem się w jakimś zupełnie nierealnym miejscu, leżąc na czymś przypominającym stół, ale jednocześnie nie będącym materialnym obiektem. Nie wiem na czym, ale to nie był stół. Trzy ciemne postacie pochylały się nade mną, i mimo podobieństwa do osobników z opowieści o Roswell, czy Strefie 51, mimo tego że były właśnie takie, jakie wyobrażają je sobie ludzie, były inne. Czuć było, że są okrutne, a może okrutne to złe słowo. One nie znały okrucieństwa. Nie posługiwały się definicjami jakimi posługują się ludzie. Błagałem o to, żeby ten sen się skończył. Nie chcę nazywać ich kosmitami, bo to zbyt błahe określenie dla potwornej mocy jaka z nich emanowała. Te istoty co chwila wymieniały między sobą spojrzenia, porozumiewały się między sobą, ale nazwać to telepatią to tak, jakby nazwać kalkulator Enigmą. To coś, było ponad wszystkim co ludzkość może zdefiniować. Raziło mnie światło, niewyobrażalnie jasne białe światło, które zdawało się nie istnieć, gdy patrzyłem na czarne sylwetki przybyszów z innej rzeczywistości. Nic, żadne najmniejsze słowo wyjaśnienia, żaden komunikat od nich, nie trafił do mojego mózgu. To nie był film. Poczułem za to jakiś dziwny ból, pulsujący ból w plecach, potem w brzuchu, następnie w nerkach. Ból był coraz większy, tak silny że nie opiszę go słowami. Zamknąłem oczy a piorunujące uderzenia przeszywały raz za razem lewą stronę mojego żołądka, sprawiając, że wiedziałem że umieram. Przy zamkniętych oczach, powtarzałem sobie, że to tylko chwila cierpienia, parę chwil nieziemskiego bólu i będzie koniec. Obudzę się, albo umrę. Jak zasrany sen może być tak realistyczny?! Zrobiło się ciemno jak w piekle. Przez chwilę nie żyłem.

Obudziłem się. Żyłem, ale nie odetchnąłem z ulgą jak po zwyczajnym koszmarze. Cały przesiąknięty potem, z głową tak otępiałą, jak gdybym przez całą noc nie zmrużył oka nawet na chwilę. Była godzina szósta rano. Chciałem powiedzieć sobie: uff, to tylko sen. Nie dałem rady. Nie mogłem. Byłem przestraszony tym co miało miejsce w nocy. Nie przerażony, to uczucie minęło. Strach, czy to był sen czy nie, paraliżował mnie na wskroś. Błagałem w myślach, żeby to był sen, nie wiedziałem co mam robić. Wstać, napić się wody, ochłonąć? Włączyć telewizor? Nie byłbym w stanie tego zrobić, nie był to zwykły poranek, i nie był to zwykły koszmar. W ułamku sekundy przypomniałem sobie o ostatnim widoku, który zanotowałem w pamięci przed kulminacją grozy jaka miała miejsce w oślepiającym blasku białego światła na pokładzie statku przybyłych istot. A może tylko w mojej głowie? Szafa i ten pieprzony kwiat, którego nie miało prawa być! Spojrzałem w jej stronę. Nie było kwiatu, nie było! Krzyknąłem z radości, a serce stało się lżejsze o parę kilogramów, i powoli zaczynało bić w swoim normalnym rytmie. Byłem przejęty, ale wreszcie zacząłem odczuwać radość w jej najprostszym wydaniu. Tylko sen, powtarzałem sobie i cieszyłem się jak nigdy. Bo budziłem się po koszmarach już wcześniej, ale były to koszmary surrealistyczne, nie zastanawiałem się w nich nigdy, czy to sen, czy nie. Wstałem, poszedłem napić się soku, i wróciłem do łóżka udając, jak gdyby nigdy nic, że wszystko w nocy było w porządku, że po prostu miałem koszmar. Pomyślałem, że prześpię się jeszcze dwie godziny i wstanę o ósmej, żeby opowiedzieć przy śniadaniu domownikom o swojej sennej przygodzie, a następnie udać się na zasłużoną eskapadę w świat którejś z ulubionych gier komputerowych. Miałem trwogę w sercu, ale wszystko łagodniało. Zasnąłem. Ale, na Boga, nie obudziłem się o ósmej! Obudziłem się o 4.56! Godzinę wcześniej, niż zasnąłem! Nie chciałem patrzeć na zegar, serce ledwo wytrzymywało tempo narzucane przez przesiąkniętą chorymi myślami głowę. Warzyła tonę, a ja ze łzami na policzkach spojrzałem na szafę. I była tam ta przeklęta roślina! Taka sama jak we śnie! Ale teraz, to nie był sen, to była najprawdziwsza rzeczywistość. Ojciec krzątał się po mieszkaniu szykując się do pracy na poranną zmianę, i był świadectwem że po tej przerażającej nocy, nastał realny ranek. Nie chciałem już zasypiać. Leżałem, chcąc wmówić sobie że wszystko, od samolotu za oknem, do pobudki o szóstej godzinie, było tylko snem. Ale gdy tak leżałem, sparaliżowany niepokojem, jaki zostawiła we mnie ledwie miniona noc, około wpół do szóstej wszedł ojciec, uśmiechnięty, machnął ręką i przywitał mnie słowami „nie śpisz już?”. I zabrał roślinę, mówiąc, „o, mama wczoraj ją tu postawiła, przestawię na parapet żeby miała więcej światła”. I przestawił, a ja po dziś dzień nie opowiedziałem nikomu tej historii. Od jakiegoś czasu, co kilka dni pulsuje ból w lewym boku. I śnią mi się rzeczy, które, gdybym się nimi podzielił, odmieniłyby Wasz pogląd na świat. Pogląd na wszechświat…

Narodziny Mefisto

Noc Yuke- najdłuższa noc w roku…Noc, w którą poganie czczą nowonarodzonego boskiego syna. Gęsta, mistyczna ciemność, prawie namacalna zapowiadała coś niezwykłego…i ta cisza… Nocą w lesie daję się słyszeć różne odgłosy. Tym razem jednak milczenie ogarnęło puszczę, a zło rozpostarło swe skrzydła nad światem.

      Lasem biegła przerażona dziewczyna. Jej długie kruczoczarne włosy rozwiewał wiatr. Suknia-niegdyś piękna, teraz brudna i porwana- świadczyła o jej wysokim urodzeniu. Rysy twarzy miała niezwykłe, nadawały jej dumnego wyrazu mimo przerażenia. Z lazurowych oczu nieustannie wypływały łzy, ich ślady wyryły liczne tuneliki na jej bladych, umorusanych policzkach. Była całkowicie zdezorientowana. Rozbiegane spojrzenie szukało drogi ucieczki, jakiejkolwiek, byleby jak najdalej stąd. Zdyszana upadła na ziemię. Dopiero teraz poczuła jak bardzo jest zmęczona. Oszołomiona strachem nie wiedziała co ma zrobić. Próby zachowania spokoju kończyły się niepowodzeniem. Po chwili zebrała resztki sił, wstała i zaczęła pędzić dalej przed siebie. Nie miała pojęcia gdzie jest i jak długo juz biegnie. W nienaturalnej ciszy słyszała tylko i wyłącznie swój własny, nieregularny oddech. nagle na drodze pojawiła się postać nienaturalnej wielkości. Był to mężczyzna w mnisim habicie, na głowę miał narzucony kaptur, który krył w cieniu jego obliczę. Postaci wyciągnęła rękę do dziewczyny. Instynkt podpowiadał jej by uciekała, jednak ciało odmówiło posłuszeństwa. Była przerażona do granic możliwości. Nigdy nie przypuszczała, że znajdzie się w takiej sytuacji… nie dopuszczała takiej myśli.       Nie miała już wpływu na nic. Nawet na reakcje własnego ciała. Myśli krążyły po głowie; chaotyczne, przypadkowe wspomnienia. Zrobiło się jej ciepło- mimo przejmującego chłodu nocy. Po chwili bezwładne ciało upadło wprost w ramiona mnicha…zemdlała.

***

      … Dziwna lekkość ogarnęła jej ciało. Była całkowicie naga. Dookoła niej krążyło kilkudziesięciu mnichów bez twarzy. Ona sama… unosiła się ponad ołtarzem ofiarnym. O takich rytuałach opowiadał jej dziadek, te wszystkie historie o czarownicach i czcicielach Złego. Zawsze myślała, że dziadek po prostu lubi ją straszyć zmyślonymi opowieściami…jednak … W przestworza wzbijał się monotonny śpiew mnichów, powtarzany nieustannie przez echo. Były to jakieś dziwne słowa, brzmiały podobnie do tych, które wypowiada ksiądz podczas mszy … jakby łacina. Jednak różniły się od nich. Były pełne plugawości, jak te ohydne wyrazy szeptane przez kobiety lekkich obyczajów… Gdy była jeszcze małą dziewczynką, widziała jak parobkowie zabawiali się z jedną w stajni. Chciało jej się wtedy wymiotować. A teraz zmuszona była do słuchania tego ohydnego śpiewu pełnego pożądania , przeradzającego się stopniowo w coraz szybszy i donośniejszy. Im głośniej brzmiała pieśń tym większe napięcie rosło w jej ciele. Od stóp do czubka głowy przebiegały ją dziwne, ohydnie.. przyjemne dreszcze. Głosy mnichów czuła w sobie, przeszywały ją, wbijały się, dotykały ciała, to silniej to delikatniej…ale zawsze w ten specyficzny, pożądliwy sposób. Oddech miała coraz szybszy, krótszy, im intensywniej brzmiały słowa, tym głośniej oddychała, w końcu nie mogąc znieść tego dziwnego uczucia otworzyła usta i wydała z siebie cichy jęk podniecenia. Brzmiał on identycznie jak ten, ladacznicy, kiedy jeden z parobków ją… Otworzyła oczy i… ujrzała nad sobą rozmytą, nieziemską postać mężczyzny. W jego całkowicie czarnych, pozbawionych białek oczach zobaczyła odbicie swego własnego oblicze, na którym malowało się coś… lubieżnego i pożądliwego… spełnienie… Dopiero teraz dotarło do niej, iż cały czas cicho jęczała w uniesieniu. Podobało jej się to… podobało jej się, że ją gwałcił. On sam był taki niezwykły, nieziemski a zarazem fizyczny, jego przerażające oczy były złe, pełne nienawiści, pragnął jej, jej ciała. Silne, brutalne ramiona bezlitośnie wręcz obejmowały ją w talii. Dolna partia ciała rytmicznie unosiła się to w górę, to w dół coraz szybciej-zgodnie z rytmem pieśni. Mnisi padli na kolana, unieśli ramiona w stronę kochanków. Ich śpiew przeistoczył się w orgiastyczne okrzyki, zaś ona sama ogarnięta skrajnym podnieceniem, przepełniona swoim kochankiem wiła się w ekstatycznych uniesieniach. Nagle wszystko ucichło. Mnisi zamilkli, nawet leśne echo zaprzestało swej pieśni. W ciało dziewczyny wpłynęły życiodajne soki. Wycieńczona tą nocna orgią, zasnęła.

      Obudziła się w jakiejś gospodzie, przy jej łóżku stała szklanka świeżej wody. Pokój był czysty, zadbany. Chciała się podnieść jednak nocne „wędrówki” dały o sobie znać w postaci bólu. Do pokoju weszła kobieta. Pulchna staruszka, o miłej rumianej twarzy. Z troską w głosie rzekła:

-No, kochanie, wreszcie się obudziłaś. W samym środku nocy przyprowadził cię tu jakiś mnich. Powiedział, że biegałaś po lesie jak szalona! Oj, zachciało ci się nocnych spacerów….A jak ty masz na imię?? – Lilith- odpowiedziała lekko zdezorientowana… -Więc jednak to wszystko…to musiał być tylko sen…-pomyślała.

-Musisz się o czymś dowiedzieć, dziecko. Wiem, że to będzie dla ciebie trudne… Kiedy cię tu do nas przyprowadzono mówiłaś coś o lesie i powozie… i o czymś złym… Mężczyźni znaleźli niedaleko stąd powóz…. Wszyscy nie żyli …-nastała cisza… ostatnie słowa wibrowały w powietrzu niczym złowroga mantra. Lilith patrzyła na kobietę ze łzami w oczach. Straciła ukochanego dziadka. Nie wiedziała co ma robić. Ale nie to najbardziej ją martwiło. Cały czas zastanawiała się nad dziwnym nocnym…wydarzeniem.

-Blada jesteś…prześpij się jeszcze trochę.- powiedziała kobieta, poczym troskliwie otuliła dziewczynę kocem i cichutko wyszła z pokoju. Ona jednak nie mogła spać… nie teraz, kiedy w jej życiu wydarzyło się cos tak ..niezwykłego…

***

      Nareszcie w domu. Rodzice załamani po stracie patriarchy rodu, przerażeni jej stanem, wyglądali na starszych niż byli. Niestety nie zauważyli tego dziwnego błyski w jej oku.. nie zauważyli zmiany. Niegdyś wesoła, pełna życia- teraz przygasła, jakby zmęczona koniecznością egzystencji. Już nie uczestniczyła w zabawach, nie spotykała się z przyjaciółmi…przestała rozmawiać z lud?mi. Zamknęła się w sobie. Cały wolny czas spędzała w lesie, w samotności. Lubiła las …przypominał jej … to zdarzenie. Rodzina starała się akceptować jej dziwne zachowanie. Wiedzieli, że Lilith była bardzo związana z dziadkiem… sądzili, iż przez to się zmieniła… Prawdziwy powód jednak tkwił głębiej, ludzie we wsi wiedzieli. Znali oni baśnie, legendy… potrafili zauważyć zło, które zagnie?dziło się w tej niegdyś uroczej osóbce. Nocami lubiła wymykać się z domu. Szła przez wieś prosto do lasu… Z utęsknieniem wyczekiwała dnia, w którym jej mistyczny kochanek powróci… Wieśniacy, widząc ją czynili znak krzyża chcąc uchronić się przed złem. Mówili, że jest opętana, że jest…kochanką Lucyfera…

***

      Minęło kilka miesięcy. Lilith z dnia na dzień stawała się coraz bardziej mroczna, coraz mniej mówiła. Nawet wygląd jej się zmienił. Patrzyła z nienawiścią na wszystkich, których niegdyś kochała. Pod oczyma zarysowały się cienie, zaś twarz pobladła jeszcze bardziej.

Nadszedł ten czas. Wyczekiwana przez nią chwila. Na świat miał przyjść jej syn.

-Syn Szatana.- pomyślała. Wiedziała, że będzie musiała umrzeć, z jej ciała rozrywanego w boleściach wyjdzie nowy Pan świata.- On po mnie wróci…Mój władca. Da mi nowe życie.. leprze od tego. Spędzę wieczność u jego boku…Zostałam wybrana, by powić nowego mesjasza… Jestem na to gotowa.- rozmyślania przerwał ból…niesamowity ból, który w pewnym sensie sprawiał jej przyjemność. Był to ból całkowicie uzasadniony. Ból dla jej dobra dla dobra dziecka… Czuła jak jej skóra napina się coraz mocniej, jakby miała za chwilę pęknąć. Do oczu nabiegła krew, pięści zacisnęły się tak siknie, że paznokcie przebiły skórę. Z małych ranek zaczął wyciekać ciepły, czerwony płyn. Skapywał na prześcieradło, kropla po kropli . Zobaczyła go dookoła siebie …-moja krew…- pomyślała- Moja krew przelana za mojego syna…-przeszyła ją kolejna fala bólu tym razem poczuła jak ciało pęka, a kości łamią się niczym nędzne zapałki. –takie maleństwo a … takie silne… będzie doskonałym władcą…- Nie mogła już wytrzymać …zaczęła krzyczeć. Do pokoju wbiegli przerażeni domownicy, jednak było już za późno… Lilith, prawie martwa wyszeptała –zaopiekujcie się nim jak…własnym dzieckiem… dajcie mu wszystko czego zapragnie…to przyszły władca świata…to…Mefisto…