Ogniem przez cień. Prolog

Nick cały czas zadawał sobie jedno i to samo pytanie, co ja tutaj robię?! Siedemnastoletni chłopak który zawsze marzył o pisaniu ballad, występach przed wielkimi panami, jednym słowem spokojnym życiu na dworze, znalazł się pomiędzy żołnierzami, którzy mieli przeciwstawić się armii cienia. Nick stał ubrany w kolczugę, dzierżąc w lewej ręce tarczę a w prawej krótki miecz, którymi nie potrafił się nawet posługiwać.

Równie dobrze mogli by mnie ściąć na miejscu- pomyślał.

Reszta armii wcale nie wyglądał lepiej, większość była nastolatkami którzy gdyby mieli wybór uciekli by z łzami w oczach z pola bitwy, pozostawiając swoich towarzyszów borni. Oczywiście nikt nie odważył się tego zrobić, ponieważ za ich plecami czekali dowódcy którzy byli gotowi odpowiednio ukarać każdego dezertera, aby dać przykład pozostałym. Czytaj dalej Ogniem przez cień. Prolog

Wrzosowiska Haka

Aedrin siedział w tawernie patrząc leniwie na siedziących kiedy podszedł kelner poprosił o kufel piwa.
po kilku minutach dostał piwa smakowało jak psie szczyny ale pił dalej. W karczmie zaczynało sie robic nie spokojnie ale Aedrin tylko poprawił miecz i czekał na rozwój wypadków. Mineło już troche czasu i skonczył pic piwo.
Już miał wychodzic gdy jakiś wielki Drab złapał go za kołnież kaftana i pociągnął do siebie stało się to zbyt szybko i Aedrin nie zdążył zareagowac
– Co my tu mamy? Chę
– Coś ty za jeden? Pewnie żołnieżyk co?
Nie odpowiedział.
Czterech najwyrażniej kompaów Draba wstało i podeszło
Wtem jeden z drabów odezwał się- błoto ma w paszczy to nie może mówic
i zarechotał.
-Słuchaj no daj dobrym ludziom na życie bo jak nie to sami weźmiemy. Nagle z kąta wyszedł człowiek którego nikt wcześniej nie widział i powiedział.
– Zostawcie go to mój znajomy
A co będzie jak go nie zostawimy?-Spytał drab
– To Dostaniecie mniejszy oklep-powiedział nie znajomy.
– na to drab zarechotał ale nim skończył z ppiersi wystawał mu już dułgi sztylet.Zpiersi i ust polała się krew
Aedrin bez większego namysłu wyciągnął miecz i chlasnął na odlew pirwszego kompana draba.
Ciął go przez brzuch tentylko złapał się i skonał na miejscu. pozosta łych trzech zwiało.
– Dziękuje za pomoc.
– Nie przedstawiliśmy się sobie, jestem Aedrin
– A ja Bunduk
– Drobiazk w dzisiejszych czasach lepiej nie chodzic samemu
– Jakoś nie trafiłem na dobrego kompana.
– Acha, wiesz co mam kilku kompanów może byś do nas dołączył jeden miecz więcej to jednak lepiej.
-raczej nie ja tylko w sprawie ogłoszenia.
-tego o Collingu z Bullan?
-tak.
– to tym lepiej my też o niego pytujemy.
– no to mogę się z wami ruszyc.
-poczekaj chwilę pójdę po reszte. Czytaj dalej Wrzosowiska Haka

DRUŻYNA Epizod 1: Krucze Uroczysko

W miejscu gdzie przyszedł na świat, i gdzie się wychowywał, powtarzano słowa: „Orc Blut Vremez, Uns Ax Vremez”[1]Ludzie tłumaczyli je różnie, zwykle wzniośle przedstawiając to zdanie jako krasnoludzką deklarację wojenną,  skierowaną do mrocznego, orczego gatunku. Słowa, które znał kiedyś bardzo dobrze, a które później czas zatarł w jego umyśle, dzisiaj, w tej właśnie chwili, kołatały w jego głowie, pulsowały razem z krwią w żyłach.,

„Czas Orczej krwi, czas naszych toporów” – zdławił przekleństwo, chrapliwie mruknął i splunął krwią.

– Dużo jej – przebiegło mu w myślach.

I przeklął ponownie. Tym razem głośno i wyraźnie.  Płuco musiało być uszkodzone. Żebra były zapewne zmiażdżone. Noga w strzępach, ale przez lata nabrał twardości, teraz zapewne byłby w stanie chodzić i walczyć nawet na okrwawionych kikutach.

W ciągu godziny wszystko trafił szlag. Spętani, jeśli istnieli, zapewne rechotali teraz, w swojej Otchłani, ubawieni losem bandy awanturników.

– Drużyna?  – pomimo bólu uśmiechnął się gorzko – wolne żarty. Gdzie teraz jest dumny rycerz? Z połamanymi kończynami mógł odczołgać się ledwie kilka metrów, zanim go dopadli. Pół – Shaeidańskiemu[2] bękartowi musiały skończyć się strzały. I wtedy, dostali też tego cwaniaka. Potężny Władca Ziemi? Zniknął jak tylko zaczęło się robić nieprzyjemnie. Od początku był podejrzany. Ale szczytem wszystkiego było zatrudnienie drugiego czarodzieja. Tfu. Ucznia czarodziejskiego fachu, zaledwie.

Wtedy ich usłyszał. Z kilku stron wspinali się na zrujnowana wieżę. Bulgotliwie wymieniali między sobą uwagi i pokrzykiwali na siebie w Czarnej Mowie.

– To już – szepnął,  zaciskając dłonie na stylisku obosiecznego topora – Czas posmakować waszej krwi.

Ziggo Bragg z Żelaznej Bramy,  doświadczony krasnoludzki wojownik, wykopał zdrową nogą drewniane drzwi, by zaraz po tym, klnąc i wyjąc z bólu rzucić się do przodu. Ciął z góry, rozpłatując czaszkę pierwszego z Czarnych Orków[3]. Wtedy, rzucili się na niego z każdej strony.

Czytaj dalej DRUŻYNA Epizod 1: Krucze Uroczysko

Sendai cz.1

Rozdział 1 Początek

Był wilgotny jesienny dzień deszcz cicho stukał o brukowane uliczki Elthrandu. W taką pogodę ludzie siedzieli w domach. Wszechobecną cisze wypełnił cichy dźwięk kroków tuż przy bramie. Główną ulicą szedł odziany na czarno mężczyzna w głębokim kapturze. Pod pachą niósł coś w rodzaju czarnej skrzynki wypełnionej szmatami i kocami a w ręce trzymał podłużny pakunek . Obojętnie przeszedł pod kamiennym łukiem z napisem ,,Targ-Elthrand” i równie beznamiętnie potraktował siedzących na targu niezmordowanych pogodą kupców. Idący skierował się do gmachu zwanego świątynią poświęconą bogu kupców Belderowi. Wszedł po niewysokich schodach do pomieszczenia z ołtarzem. Tam zdjął kaptur ukazując w blasku świec młodzieńczą twarz. Nieznajomy był stosunkowo młody, miał długie blond włosy i brązowe oczy. Był elfem. W pomieszczeniu stał ołtarz i sześć biurek. Przy każdym z nich siedziała jakaś osoba i coś niezwykle szybko notowała. Jedna z osób podniosłą głowę i jej wzrok padł na nieznajomego. Czytaj dalej Sendai cz.1

Kamień Przeznaczenia

Późne lato, morza pól oblanych złocistym zbożem i sady pełne jabłoni. Niedaleko studnia i bielony wapnem dom z kamienną podmurówką. Wewnątrz codzienna krzątanina i tłusta kucharka trzymająca pieczę nad wieczorną biesiadą. Powietrze przepełniają zapachy spod ciężkich pokryw wielkich garnków grzejących się na kaflowej kuchni oraz suszonych ziół zawieszonych nad powałą. Czarny kot siedzi wpatrując się wielkimi bursztynowymi oczami w dziewuchę szorującą brudne naczynia. Dziewczyna jest szara jak jej imię – Szae, ubrana w kołtun brudnych kosmyków i lnianą koszulę, jej bose stopy miarowo wystukują rytm o podłogę. Ma może 10-12 lat i zacięty, bystry błysk w oczach. Szae jest zawsze czujna, nigdy nie wiadomo skąd padnie kolejne polecenie, upomnienie czy dezaprobata powszechne jak deszcze w listopadzie. Półmrok zapada, niedługo kuchnia umilknie a każdy rozejdzie się do swojego kąta. Czas dokończyć powierzone obowiązki. Praca mija w monotonnym rytmie, przestrzeń pustoszeje. W miarę jak zapada cisza ruchy dziewczyny stają się bardziej nerwowe, impulsywne, w końcu Szae wybiega na ganek i dalej wzdłuż ścieżki na łąkę.
Znowu ten szum w mojej głowie, narasta, przechodzi w przytłumione szepty dochodzące jak zza ściany, odległe i niepokojące. Słyszę je znowu, słowa których nie rozpoznaję – jak brzęczenie komara nie mogę ich uciszyć ani zignorować, jedynym wyjściem pozostaje znaleźć ich źródło.
Głosy prowadzą dziewczynę w określonym kierunku, bosymi stopami wyczuwa ciepło ziemi, miękki dotyk trawy. Podąża za nią kot o złocistych oczach. Szum wewnątrz czaszki staje się przytłaczający, pozbawia sił, Szae kładzie się na ziemi i zamyka oczy. Palcami czesze przestrzeń dookoła, dotyka czegoś… W dłoni zaciska kamień pulsujący wewnętrznym ciepłem, szklista powierzchnia odbija refleksy zachodzącego słońca. W środku mgły walczą ze sobą, zmieniają barwy. Szae podnosi kamień i słucha.
Marrukahr…marukahr…
Usta dziewczyny układają się w dźwięk obcego języka, zaklęcia, które zmienia wszystko. Kamień przestaje pulsować, ukazuje pośród cieni kobietę o kruczoczarnych włosach przeplecionych srebrnymi pasmami, oczach granatowych jak burzowe niebo i tatuażach ciągnących się wzdłuż policzków i szyi. Postać wydaje się poruszać , mówić, jednak słów i gestów nie można zrozumieć. Wraz z ostatnim promieniem słońca wizja oddala się i zanika. Szae leży na trawie i wpatruje się w bezchmurne ciemne niebo, cieszy się z upragnionej ciszy przerywanej jedynie rytmem bijącego serca. Jeszcze kilka chwil a powróci do domu w którym żyje, do miejsca gdzie po raz kolejny zamknie na noc oczy. Może choć tej nocy odpoczynek przyjdzie szybko i nie przyniesie ze sobą proroczych snów, które nękały Szae odkąd tylko sięga pamięcią.